Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Boże Ciało – Bóg, który nas karmi

Jezus opowiadał rzeszom o królestwie Bożym, a tych, którzy leczenia potrzebowali, uzdrowił. Dzień począł się chylić ku wieczorowi. Wtedy przystąpiło do Niego Dwunastu mówiąc: „Odpraw tłum; niech idą do okolicznych wsi i zagród, gdzie znajdą schronienie i żywność; bo jesteśmy tu na pustkowiu”. Lecz On rzekł do nich: „Wy dajcie im jeść”. Oni odpowiedzieli: „Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby; chyba że pójdziemy i nakupimy żywności dla wszystkich tych ludzi”.

Było bowiem około pięciu tysięcy mężczyzn. Wtedy rzekł do swych uczniów: „Każcie im rozsiąść się gromadami mniej więcej po pięćdziesięciu”. Uczynili tak i rozmieścili wszystkich.

A On wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówiwszy nad nimi błogosławieństwo, połamał i dawał uczniom, by podawali ludowi. Jedli i nasycili się wszyscy, i zebrano jeszcze dwanaście koszów ułomków, które im zostały. (Łk 9,11 b-17)

Dawać jeść znaczy tyle, co dawać życie, podtrzymywać jego trwanie. Tak czynią rodzice troszczący się o swoje dziecko, tak czynił Jezus na pustkowiu. Między innymi dlatego Pan po zmartwychwstaniu je i pije, by pokazać, że nie jest duchem lecz należy do świata żywych.

Można by przedstawić historię świętą jako historię jedzenia: zaczęło się od zjedzonego przez pierwszych rodziców owocu, a zakończyć się ma wielką ucztą Baranka na końcu czasów. Nie tylko zresztą dla Ewy perypetie zaczęły się od przekąski na boku. Głodny Ezaw za miskę soczewicy utracił pierworództwo, a Izaak dał się zwieść za potrawkę z koźlęcia. Izraelici tak szemrali na pustynne menu, że narazili się na Boży gniew. Z drugiej strony, ileż kwestia jedzenia lub niejedzenia zrodziła bohaterów i męczenników. Pamiętamy biblijną historię  zamordowanej matki i siedmiorga jej synów tylko dlatego, że odmówili jedzenia potraw królewskich składanych w ofierze bożkom kananejskim albo starca Eleazara z Księgi Machabejskiej, który ze względu na wiarę nie chciał nawet udawać, że spożywa zakazaną wieprzowinę. Kiedy ktoś otwiera usta, żeby jeść, wchodzi w kontakt ze światem, z tym, co spożywa, i z tym, od kogo jedzenie pochodzi. Jedzenie jest podstawowym doświadczeniem zależności od świata, ludzi, wreszcie od Boga. Nie mamy życia w sobie! To jest podstawowa różnica między Bogiem a stworzeniem. Otwarcie ust, tak do jedzenia, jak i do modlitwy, nieustannie nam o tym przypomina. Przynajmniej Powinno!

Choćbyśmy sami sobie łyżkę do ust wkładali, zawsze jesteśmy karmieni. Nikt sobie Komunii świętej sam nie bierze, zostaje mu ona dana, a nawet podana do ust. Przyjmuję Ciało Pańskie, bo rozpoznaję, że nie mam w sobie życia, że potrzebuję, by ktoś je we mnie podtrzymał.

Co więcej, jest to taki dar, na który nie można sobie zasłużyć, bo czy można tak naprawdę kupić sobie życie? To, co najważniejsze, zawsze dostajemy w darze: życie doczesne, miłość rodziców, przyjaźń, zaufanie i wreszcie wieczność…

Postawa wobec Eucharystii, którą słusznie przyjmujemy z największą czcią, jeśli jest prawdziwa, dobrze, aby uczyła nas jak zachować się wobec każdego daru. Przecież Bóg daje nam siebie i swoje życie w każdej chwili. Inaczej nie byłoby nas tutaj. Za każdym razem gdy otrzymuję dar chleba, miłości czy jakikolwiek inny dar przez pośrednictwo człowieka ostatecznie przecież to Bóg jest Źródłem tych darów.

Wśród nich dzisiaj stajemy wobec tajemnicy, jaką jest Eucharystia.

Wobec Eucharystii jesteśmy jak dzieci. Nie rozumiemy do końca, co się dzieje, co spożywamy, Kogo przyjmujemy. Można mnożyć „duże słowa”: Miłość nieskończona, rzeczywista i prawdziwa obecność Boga. Ale i tak do końca nie rozumiemy. Stajemy wobec Tajemnicy… Mamy przeczucia, intuicje, doświadczenia. I spożywamy, bo ufamy jak dzieci, że to, co powiedział Chrystus jest prawdą – że w tym chlebie i winie jest z nami aż do końca świata. Dziecko wie jedno… ma to w sobie – instynktownie: by żyć, trzeba jeść. Nie zastanawia się. Poddaje się porządkowi rzeczy, ufa, marudzi czasem… ale je.

Warto wobec Eucharystii być jak dziecko. Warto ją spożywać, bo nie jesteśmy samowystarczalni, potrzebujemy kogoś, kto daje. A Bóg w Eucharystii daje, jest DAWANIEM.

Ale wobec Eucharystii musimy być również jak dorośli. Musimy dojrzewać!  Bo człowiek dojrzały pyta, zastanawia się, co mu służy, chce zrozumieć, uchylić rąbka tajemnicy. Po co? Żeby nie było jak w anegdocie: „Mówi zakonnik do zakonnika:

– Słuchaj, ty już w swoim życiu cały kosz komunikantów zjadłeś.

– I co z tego! – pyta tamten.

– Właśnie: co z tego?…”

Czy z tego, że już tyle razy przyjąłem do swego serca Jezusa w Eucharystii wynika, że moje życie staje się coraz lepsze, że coraz bardziej upodabnia się do Tego, którego przyjmuję do swojego serca? To dobre pytanie, które warto sobie postawić w uroczystość Bożego Ciała.