Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Piotr i Paweł

Każdy z nas chce się czuć bezpiecznie. Lubimy spontaniczność, ale jednak wolimy, gdy rzeczywistość jest przewidywalna. Potrzebujemy pewnych, jasnych reguł, procedur, schematów. Czujemy się zagubieni i zagrożeni, gdy coś się wymyka spod kontroli. Czasem chcielibyśmy przenieść to doświadczenie na relacje z Bogiem. Tymczasem wiara jest tym doświadczeniem, które szczególnie często wymyka się naszej kontroli a nawet naszemu rozumieniu. Nieżyjący już ks. Tadeusz Dajczer w swojej książce „Rozważania o wierze” pisał, że natura wiary polega na tym, że ona nie tylko nie usuwa ciemności (tajemnicy, kryzysów, niezrozumienia) ale wręcz je zakłada…

Wspominamy dziś dwóch apostołów: Piotra I Pawła. Czytane dzisiaj teksty biblijne opisują sytuacje, gdy obaj znajdują się w więzieniu, w sytuacji zagrożenia życia. Do jednego przychodzi anioł i go cudownie uwalnia. Drugi zostaje zamordowany – nie ma anioła, nie ma żadnego cudu, żadnej nadzwyczajnej interwencji Boga. Jak to zrozumieć, że jednego z nich Pan ratuje, a drugiego nie?

Dziś w Kościele popularne są modlitwy o uzdrowienie czy uwolnienie z chorób, zniewoleń, rozmaitych zranień. Jak to wytłumaczyć, że niektórzy otrzymują tę łaskę, a inni nie?

Po ludzku zapewne trudno zrozumieć. Wiara nie usuwa ciemności, lecz je zakłada! Szybko pojawia się pokusa, by się oburzyć na Pana Boga. Niby uznajemy, że jest Wszechmogący, ale nasze pojmowanie miłości automatycznie podsuwa myśl, że ta wszechmoc powinna nam służyć – czasem wręcz chcielibyśmy przymusić Go lub przekupić, by działał według naszych pragnień. Bo jeśli Bóg nie pomaga w cierpieniu, to jak to się ma do Jego miłości?

A może nasz sposób patrzenia jest niewłaściwy? Może nasze niezrozumienie Jego działania jest wyrazem Jego boskości i miłości? Wiary, która raz jeszcze podkreślmy jest bardziej doświadczeniem tajemnicy niż czymś dla nas oczywistym.

Czy nasze zachowanie wobec osób, które kochamy, zawsze jest zrozumiałe dla otoczenia? Przypatrzmy się, co dajemy innym. Często są to drobne rzeczy, czasem gesty. Dla tej konkretnej, kochanej osoby są bezcenne. Dla kogoś obcego mogą wydawać się niepozorne i niewiele znaczące. Miłość bowiem składa się z drobiazgów, choć drobiazgiem nie jest. Rozumieją to jedynie ci, którzy karmią się tymi „drobiazgami”. To tajemnica języka miłości.

Święty Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian pisze: „Tak więc trwają wiara, nadziej i miłość, te trzy. Z nich zaś najważniejsza jest miłość.” [! Kor 13,13] Może powinniśmy częściej zrobić rachunek sumienia z naszej wiary do Boga przez pryzmat miłości i zaufania, którym Go obdarzamy. Nierzadko zachowania drogich nam osób są niezrozumiałe, czasem raniące. Ale jeśli miłość w tej relacji jest autentyczna, to pozwoli ostatecznie przezwyciężyć to, co trudne. Bo przecież wiemy, że ktoś, kto nas kocha, nigdy nie chce dla nas zła. Czy jednak w taki sposób potrafimy myśleć o naszej relacji z Bogiem? Czy potrafimy Mu zaufać i zamiast się obrażać, że nie zawsze nas wysłuchuje i pytać, dokąd chce nas w ten sposób nas prowadzić? Co chce nam pokazać? Czego nauczyć?

Historie przedstawione w dzisiejszych czytaniach są różne, ale obu apostołów łączy bardzo silna więź z Bogiem. To dzięki niej umieją przyjąć i zaakceptować swoje życie, jakiekolwiek ono jest. Bo wierzą, że cokolwiek ich spotka, ma to ich prowadzić do jeszcze głębszego zjednoczenia z Ojcem.

Czytając Ewangelie, ze zdumieniem odkrywamy, że szczególnie św. Piotr (choć w jakimś wymiarze także i św. Pawłowi można przypisać tę cechę), że przez swoją spontaniczność, prostotę, kruchość i ufność byli w swoich relacjach z Bogiem „jak dziecko”. Może w tej postawie warto starać się ich naśladować.