Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Przestrzeń ciszy

Jezus podążył w okolice Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko nękana przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem.

Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami».

Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela».

A ona przyszła, padła Mu do nóg i prosiła: «Panie, dopomóż mi».

On jednak odparł: «Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom».

A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów».

Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa. (Mt 15, 21-28)

Kobieta kananejska jest dla nas wzorem wytrwałości w modlitwie.

Wsłuchując się w rozmowę kobiety z Jezusem można zobaczyć tę rozmowę jako zmaganie się z trudnymi słowami Jezusa. Pomimo to kobieta nie zniechęca się, nie ustępuje w błaganiu.

Obraz ten może być także doskonałym odzwierciedleniem naszej medytacji.

Medytacja – zwłaszcza monologiczna – może być czasem szczególnego zmagania ze słowem, ze zniechęceniem, z naszymi oczekiwaniami, które po ludzku się pojawiają. Ewangelia dzisiejsza uczy nas przezwyciężać te zmagania.

To, co pozwala nam trwać pomimo wszystko w praktyce jest przestrzeń ciszy, którą dzięki medytacji możemy w sobie odnaleźć. W ciszy łatwiej nam przenieść uwagę z naszych ludzkich wyobrażeń i oczekwiań na zasłuchanie w Słowo. Z kolei Słowo, w które się wsłuchujemy w medytacji będzie nas prowadziło jeszcze bardziej w przestrzeń ciszy, w głębię, gdzie możemy się spotkać z Jezusem, gdzie nasze emocje, oczekiwania, zmagania zostają wyciszone i nie przemawia do nas już nic więcej niż Słowo.

To pozwala nam doświadczyć, że rzeczywiście Słowo jest żywe i skuteczne [por. Hbr 4,12]. Powtarzanie go w rytmie oddechu i wsłuchiwanie się w nie staje się tym, co rodzi pokój w naszym wnętrzu. „Nie taki pokój jaki daje wam świat, ja wam daję” – powie Jezus [J 14,27]. Jest to pokój wobec którego ustępują wszystkie myśli, namiętności, liczne warstwy hałasu drzemiące w nas, czy ludzkie osądy.

„Jednocześnie to miejsce ciszy i pokoju, które czyni w nas Słowo jest twórcze i płodne – jak pisze Merton w Nowym Posiewie kontemplacji – gdyż ma zdolność rodzenia w nas pokoju i wolności, które przenosimy z medytacji na płaszczyznę codziennego życia”.

Abyśmy jednak poprzez Słowo mogli wejść w ciszę i dotrzeć do  pokoju serca zrodzonego przez Słowo potrzebujemy wiernego i codziennego siadania w medytacji.

Siadać każdego dnia w obecności Mistrza, którym w medytacji jest Słowo jest przyjęciem postawy ucznia, który wie, że życie pozbawione przestrzeni ciszy łatwo ulega destrukcji, zaś życie oparte o ciszę, która stanowi dla nas medytujących centrum odniesienia staje się miejscem nawrócenia i przemiany serca; miejscem nieustannego rodzenia się do nowego życia w Chrystusie.

Moc Boża działa w ciszy i samotności

Jezus opowiedział tłumom taką przypowieść:

«Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę.

Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją». (Mt 13, 44-46)

Gdy słyszałem wcześniej tę przypowieść to zastanawiałem się dlaczego człowiek, który znalazł skarb po prostu go ze sobą nie zabrał? Otóż światło na zrozumienie tego rzuca nam  ostatni wers akapitu z dzisiejszej perykopy: „poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę”. Ten skarb okazał się zbyt wielki, żeby go tak po prostu zabrać. I trochę tak jest z medytacją. Dla medytujących jest ona zbyt wielkim skarbem. I to jest nim w potrójnym przynajmniej znaczeniu.

Po pierwsze jest zbyt wielkim skarbem, aby móc go zabrać. Mam na myśli chęć przekazania innym tego, czym jest medytacja i jaką rolę odgrywa ona w życiu osoby medytującej. Owszem część jej owoców zabieramy w codzienność, ale wiemy, że całego jej bogactwa nie da się przenieść w życie, które jest często pełnie zgiełku, tempa, wygórowanych oczekiwań, tak bardzo nie pasujących do ducha medytacji. Podobnie, gdybyśmy chcieli opowiedzieć innym o tym, jak wielkim bogactwem jest dla osoby medytującej ta duchowa praktyka, doskonale wiemy, że słowa, nawet najlepsze nie oddadzą w pełni doświadczenia, które jest udziałem medytującego.

Po drugie jest zbyt wielkim skarbem, aby móc się jej wyrzec. Każdy, kto znalazł w medytacji swoją drogę duchowego rozwoju, wie, że nie potrafi już bez niej żyć; że to siadanie dwa razy w ciągu dnia by zanurzyć się w ciszę obecności i zasłuchania w Boga jest czymś bezcennym, z czym zrasta się dusza i serce medytującego.

Po trzecie jest skarbem, bo przez nią dokonuje się nasze oczyszczenie. Niejednokrotnie podobni jesteśmy do perły zagubionej i przez to leżącej nie na swoim miejscu, czyli w koronie królewskiej, ale gdzieś w błocie. Perła zagubiona, ubrudzona nie ma swego piękna – jej piękno jest ukryte pod warstwą owego brudu. Również nasze wewnętrzne piękno często bywa ukryte pod powłoką słabości, grzechu. Medytacja  jest – o czym przekonuje mnie moje doświadczenie – procesem, w którym mocą słowa, które jej towarzyszy sam Jezus działający przez to słowo oczyszcza nas w wymiarze wewnętrznym, w wymiarze serca, emocji, doświadczeń, przywiązań i przywraca nam wrodzony blask miłości a wraz a nim wolność dzięki którym na nowo odnajdujemy swoje miejsce w Bożym planie zbawienia i w historii, którą Bóg pisze wraz z nami.

Medytacja uświadamia mi za każdym razem, że Jezus nie robi tego wszystkiego z litości, ale dlatego, że w Jego oczach zawsze jesteśmy bezcenni, jesteśmy przez niego kochani.

Medytacja jest też rolą, w której dokopujemy się do skarbu ukrytego w głębi, w naszym sercu. Prowadzi nas do odkrycia, że w świecie jest dla nas Ktoś jedyny, kogo nikt ani nic nie może zastąpić – to Bóg.

Patronem dzisiejszej medytacji jest szczególny święty – Szarbel Makhlouf – patron dnia dzisiejszego, maronita, pustelnik.  Pozwolił, aby Bóg był dla niego wszystkim a wówczas dużo łatwiej było mu oddać siebie w pełni Bogu, a co za tym idzie, dać siebie całego drugiemu człowiekowi. To była jego droga. Droga jego świętości. 

Ogromną wagę przywiązywał do szukania ciszy: Uczył: „dusza nie może poznać Boga, jeżeli sama się nie oddali od ludzi i wszystkich spraw”.

W innym miejscu św. Szarbel pisze: „Wielcy prorocy jak Eliasz czy Jan Chrzciciel dlatego, że wcześniej przez długi czas pozostawali w osamotnieniu i ciszy otrzymali Boże moce po to, aby sam Bóg w nich zamieszkał”.

Oraz „Ludzie Boga niechętnie porzucają ciszę i samotność. Moc Boża działa w ciszy i samotności w jaki sposób, że uzdrawia nas wewnętrznie. Dlatego polecam wam, abyście się okazali mocni w tym, czemu się oddajecie, i abyście poznali, że dzięki odosobnieniu i modlitwie w ciszy doszli do doskonałości wszyscy święci. Porzucający samotność i ciszę nie mogą pokonać swoich namiętności, a kiedy są im poddani, nie potrafią też toczyć skutecznej walki z przeciwnikiem swojej duszy”. [Cedr Libanubiografia świętego Charbela]

Niech przytoczone cytaty będą dla nas zachętą do wytrwałego podążania ścieżką medytacji i pełnego ufności odkrywania w ciszy skarbu ukrytego w sercu każdej i każdego z nas, jakim jest miłująca obecność Boga.

Przestaliśmy liczyć na Jezusa

Jezus udał się na drugi brzeg Jeziora Galilejskiego, czyli Tyberiadzkiego. Szedł za Nim wielki tłum, bo oglądano znaki, jakie czynił dla tych, którzy chorowali.

Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami. A zbliżało się święto żydowskie, Pascha.

Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą się do Niego, rzekł do Filipa: «Gdzie kupimy chleba, aby oni się najedli?» A mówił to, wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co ma czynić.

Odpowiedział Mu Filip: «Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać».

Jeden z Jego uczniów, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: «Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?»

Jezus zaś rzekł: «Każcie ludziom usiąść». A w miejscu tym było wiele trawy. Usiedli więc mężczyźni, a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy.

Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił i z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: «Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło». Zebrali więc i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, pozostałymi po spożywających, napełnili dwanaście koszów.

A kiedy ludzie spostrzegli, jaki znak uczynił Jezus, mówili: «Ten prawdziwie jest prorokiem, który ma przyjść na świat». Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę. (J 6, 1-15)

Słuchając historii o cudzie rozmnożenia chleba przychodzi na myśl inna historia i to nie ta opisana w dzisiejszym pierwszym czytaniu z Księgi Królewskiej.

Mam na myśli wydarzenie, którego miejscem także było pustkowie i także dotyczyła ona chleba: chodzi mi o pokusę którą podsuwa Jezusowi szatan, gdy Pan przez post przygotowuje się do swojej publicznej działalności, namawiając Go ażeby przemienił kamienie w chleb.

Szatan próbował skusić Pana Jezusa do tego, ażeby swoje cele mesjańskie ograniczył do zdobywania raju na ziemi. Podstęp szatana polegał na tym, że próbował on nie dopuścić do dwóch rzeczy:

Po pierwsze – żeby nasze życie przemieniło się w drogę do życia wiecznego.

Po drugie – nie chciał też szatan, żebyśmy się starali o miłość wzajemną, która nieraz wymaga ofiary i poświęcenia.

Dobrobyt budowany bez miłości ma w sobie coś nieludzkiego, można się w nim utopić, tak jak muchy topią się w miodzie. Niestety, niemało ludzi ulega pokusie zbudowania szczęścia poza miłością i poza perspektywą wieczności, która pozwala niejednokrotnie nabrać dystansu do tego, co próbujemy zdobyć tu na ziemi.

Duchowym nieszczęściem naszych czasów jest poczucie ciągłego niespełnienia. Tak często nie potrafimy się cieszyć tym, co już posiadamy.

Przykłady można by mnożyć:

To jeszcze nie to mieszkanie, nie ten wymarzony dom, nie ten model samochodu, nie to stanowisko, nie ta szkoła, nie ten kierunek studiów, nie ta przyjaźń, nie ta miłość… Jakże często podobne przemyślenia rodzą poczucie niezadowolenia, zrezygnowania, zazdrości czy wręcz zawiści, a także pokusę ucieczki w marzenia.

Tymczasem nasze życie dzieje się tu i teraz. Niedoskonałość tego, kim jesteśmy i co posiadamy, nie czyni go mniej prawdziwym.

Oczywiście trzeba iść naprzód, szukać rozwiązań problemów i dróg rozwoju. Nie wolno jednak zapominać, że szczęście i poczucie spełnienia są dostępne już teraz.

One nie przychodzą inaczej jak tylko przez zanurzenie i przeżywanie wszystkiego, co jest naszym doświadczeniem w perspektywie wiary.

Można mieć wrażenie, że Jezus, czyniąc znak rozmnożenia chleba, mówi: przynieś mi tę odrobinę, którą już posiadasz.

Ona jest prawdziwa, jest owocem twojej pracy i troski. Jezus pragnie tę odrobinę pomnożyć i nasycić nią nie tylko nas samych, ale też wszystkich wokoło. Czasem wystarczy mały gest….

Bardzo często nam się wydaje, że zanim zrobimy coś dobrego, musimy być do tego bardzo dobrze przygotowani. Musimy zabezpieczyć jakieś zaplecze i mieć środki – i dopiero możemy zacząć czynić więcej dobra.

Tymczasem dzisiejsza Ewangelia mówi coś zupełnie przeciwnego: Nie czekaj, aż będziesz miał/a więcej pieniędzy, nie gromadź zapasów. Po prostu daj komuś kromkę chleba, a okaże się, że nakarmisz tysiące.

Jakby Jezus chciał nam przypomnieć, że życie, choć składa się z drobiazgów, to drobiazgiem nie jest. Dlatego dobrze jest umieć doceniać drobiazgi!

Cichym bohaterem Ewangelii jest ów chłopiec, który gotów był podzielić się tymi pięcioma chlebami i dwiema rybami. Tylko tyle i aż tyle!

Z drugiej strony, w tle widać bezradność Apostołów, którzy liczą pieniądze, zamiast liczyć na Jezusa. Dlatego są przekonani, że sytuacji nie da się zaradzić.

Ktoś powie, że scena opisana w Ewangelii nie rozwiązała problemu! Słuchacze Jezusa musieli wrócić do swoich domów i obowiązków, aby troszczyć się o chleb powszedni.

To prawda, także Eucharystia, której zapowiedzią jest wydarzenie opisane przez św. Jana, jest tylko drogą. Potrzebujemy do niej nieustannie powracać, przemieniać nasze serca i starać się ją głębiej zrozumieć oraz czerpać z niej siły idąc ku wieczności.

Im bardziej prowadzimy życie eucharystyczne tzn. im bardziej jesteśmy zanurzeni w tajemnicę Eucharystii przez częstą komunię świętą i adorację, tym bardziej staje się dla nas oczywiste, że Chrystus właśnie przez nią najbardziej odpowiada na nasze potrzeby duchowe.

Ewangelia dzisiejsza chce nas zapewnić, że Jezus pragnie odpowiadać także na nasze potrzeby materialne, nawet te najprostsze, jak głód. Uświadamia nam, że nie musimy szukać zabezpieczeń tak na wszelki wypadek, co często robimy.

Jezus chce nas przekonać, że dla Niego i dla nas dużo ważniejsza niż ilość środków, którymi możemy się posłużyć, jest nasza wiara.

Oczywiście wiary można mieć jej więcej albo mniej.

Dzisiejsza Ewangelia stawia przed nami jednak ważkie pytanie: Czy nie boimy się przyjść do Chrystusa z taką wiarą, jaką mamy? Czasem większą, czasem bardzo malutką.

Tak często myślimy sobie: „O, gdybym miał/a większą wiarę, to mógłbym, mogłabym zrobić więcej…”

A może w naszym życiu jest tak, że pozwalamy, aby mała wiara w nas zwycięża, tak jak zwyciężała w Apostołach i zamykała na liczenie na cud, na Bożą obecności i Bożą troskę o nas?

Pozwólcie, że na koniec przytoczę fragment pewnej książki, która jest zapisem duchowych rozmów pewnego mnicha benedyktyńskiego z Jezusem, w czasie objawień, które były udziałem tego kapłana i to nie dawno, bo na początki XXI w.

Jezus mówi do niego, ale pośrednio także do każdej i każdego z nas:

Przygotowałem dla ciebie wiele łask, ale żeby je otrzymać musisz stać się bardzo mały – jak dzieci, które mają nieskończoną ufność w miłość swojego taty. Kiedy chcesz sam wszystko wyjaśnić wszystko zrozumieć, wszystko kontrolować, nie pozwalasz Mi działać jako Bogu Miłości, którym jestem.

Nie pytam cię o twoje zdolności ani nie żądam wielkiego przygotowania z twojej strony, proszę cię jedynie o ufność, twoją ufność do Mnie… [In Sinu Jesu]

Brak ufności może stać się przyczyną tego, że Bóg ma związane ręce i nie może uczynić tyle ile by chciał w naszym życiu.

Jezus dokonując wielu cudów często zwykł mówić: „według wiary twojej niech ci się stanie”.

Pytajmy siebie:

Czy silniejsza jest nasza wiara, która pozwala Bogu działać w nas i w naszym życiu, i troszczyć się o nas; czy też nasza niewiara, która sprawia, że wydaje nam się, że o wszystko musimy zatroszczyć się sami, dlatego przestaliśmy już liczyć na cud!?

Siewca słowa

Owego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami:

«Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedne ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na grunt skalisty, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne wreszcie padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny.

Kto ma uszy, niechaj słucha! (Mt 13, 1-9)

Ewangeliczny obraz dzisiejszej przypowieści stawia w centrum postać siewcy. Tym siewcą jest Jezus. I w tym sensie wydaje się to obraz bardzo dobrze nawiązujący do praktyki medytacji monologicznej czy modlitwy Jezusowej, w której pozwalamy, aby Słowo, które powtarzamy w rytmie oddechu było nieustannie zasiewane w naszych sercach. Przyjrzyjmy się, jaki jest styl dokonywania tego zasiewu? Jezus jest hojnym Siewcą. Nie dokonuje obliczeń, nie prowadzi rachunków, nie zajmuje się wyliczaniem zysków i strat. Jego misją jest sianie, dlatego nie boi się rzucać obficie ziarna, nie martwi się na zapas o efekty. I do przyjęcia podobnej postawy zaprasza nas medytacja. Podejmując praktykę warto przezwyciężyć w sobie pokusę myślenia o owocach czy efektach medytacji, o tym, kiedy przyjdą, co przyniosą. Po prostu siadając do medytacji bądźmy hojni w otwieraniu naszego serca na Słowo, które do nas przychodzi, podobnie jak hojny jest Ten, który pragnie je zasiewać w naszym sercu. 

Obserwacja pracy rolnika pokazuje, że przed zasiewem niezbędne jest odpowiednie przygotowanie gleby, by ziarno znalazło właściwe środowisko dla wzrostu. Dla nas – medytujących takim przygotowaniem jest zawalczenie o przestrzeń ciszy, w której ten zasiew słowa ma się dokonać, o to, aby jak najmniej bodźców oddziałujących na nas z zewnątrz (otoczenie, hałasy, dźwięki), ale i od wewnątrz (myśli, obrazy) przeszkadzało wzrastać temu Słowu.

Z drugiej strony intrygujące w przypowieści jest to, że Siewca nie wybiera terenu. Rzucając ziarno, nie zwraca uwagi, na jaką glebę trafi. Nie decyduje, który teren nadaje się pod zasiew, a który nie daje nadziei na plon. Można powiedzieć, że marnuje ziarno, rzucając je na drogę, między skały czy ciernie.

Takie podejście Jezusa wskazuje na wielki optymizm. Jezus wierzy, że Jego dzieło przyniesie wielkie plony. Jezus kontynuuje swoją misję siania Słowa, mimo niepowodzeń, niezrozumienia, mimo odrzucenia. Jezus nie zniechęca się niepowodzeniami, nie zaprzestaje swojego dzieła, sieje ziarno Słowa w przekonaniu, że potrafi ono rozbić skały, wyrosnąć na ubitej drodze, bowiem żywe jest Słowo Boże i skuteczne, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca (Hbr 4, 12). Dokonuje zasiewu wszędzie, głosi Słowo Boże wszystkim – dobrym i złym, bogatym i biednym, zdrowym i chorym, dorosłym i dzieciom. Podejmuje ryzyko zasiewu Słowa, poddając próbie wszystkie rodzaje ziemi.

To także ważna wskazówka dla nas, abyśmy i my nie ulegali zniechęceniu, gdy nie widzimy owoców medytacji, gdy pojawiają się przeszkody w postaci znużenia, zniechęcenia, subiektywnych przekonań, że medytacja, jest może dla innych, ale nie dla mnie! Że może łatwiej poszłoby z inną formą modlitwy i szybciej można by zobaczyć jej owoce w życiu.

Tymczasem Jezus zaprasza nas poniekąd w medytacji monologicznej do pewnego rodzaju rozrzutności. Mamy usiąść, otworzyć nasze serca na Słowo i cierpliwie czekać… Można by nawet rzec, że w ocenie świata trwonić czas. Pozwolić temu Słowu i Bożej łasce działać w nas tak, jako ono chce, niekoniecznie na miarę naszych oczekiwań.

Dzisiejszy świat nie znosi rozrzutności. Wszystko jest skrupulatnie policzone. Każda godzina pracy, każdy włożony wysiłek przekładany jest na wynagrodzenie, według z góry uzgodnionej taryfy. Liczy się przede wszystkim efektywność. W dobie kryzysu gospodarczego ważna jest także oszczędność, rozsądne gospodarowanie zasobami, ograniczanie wydatków. Obraz hojnego Siewcy ani praktyka medytacji nie pasują do takiej rzeczywistości.

Wyjaśnienie przypowieści o Siewcy przesuwa akcent z siewcy na rodzaj gleby. Nie każda gleba przynosi obfity plon. Tą glebą jest serce człowieka. Warto pytać; jakie jest moje serce, serce człowieka medytującego? Czy mogę powiedzieć, że jest glebą, w której Słowo pada na podatny grunt?

Praktyka medytacji, jeśli ma przetrwać różne duchowe i życiowe przeciwności takie jak: zniechęcenie, pokusy, brak stałości w praktyce medytacji i przynieść owoce w naszym życiu musi mieć odpowiedni fundament, którym jest nasza wiara i zaufanie do Słowa i działającej przez nie łaski, zaufanie większe niż nasze wątpliwości i przeciwności, które przychodzą.

Jezus, mówiąc o żyznej glebie ludzkiego serca, wskazuje więc ogromne możliwości, jakie drzemią w człowieku. Jeśli nasze serca przyjmą to Słowo na serio i wytrwale dochowają mu wierności, wówczas Słowo spełni pomyślnie swoje posłannictwo i  doświadczymy, że ma ono moc przemiany ludzkich serc i umysłów a plon przewyższy znacznie nasze oczekiwania.

Wypocznijcie!

Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali.

A On rzekł do nich: «Pójdźcie wy sami osobno na pustkowie i wypocznijcie nieco». Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu.

Odpłynęli więc łodzią na pustkowie, osobno.

Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich wyprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać o wielu sprawach. (Mk 6, 30-34)

Gdy myślimy o świętych, także o Apostołach, często możemy ulec pokusie ich gloryfikacji. Na szczęście Ewangelia nie pozwala nam zapomnieć, że byli oni takimi samymi ludźmi jak my i dostrzec ich zwyczajność.

Uprzednio wysłani przez Pana Jezusa, aby głosić Dobrą Nowinę, wracają i pragną się podzielić tym, co zdziałali. Chcą, podobnie jak każdy z nas, otworzyć przed kimś swoje serce, opowiedzieć o swoich sukcesach i porażkach. I Pan Jezus im to umożliwia, stwarza przestrzeń, w której czują się słuchani i rozumiani.

To dla nas ważna lekcja. Żebyśmy innym pozwolili mówić o tym, co dla nich jest ważne. Warto pytać siebie: Czy stwarzamy taką przestrzeń, w której inni mogliby się poczuć słuchani i rozumiani? „Dom, to nie jest miejsce, gdzie mieszkasz; dom winien być miejscem, gdzie jesteś rozumiany i starasz się rozumieć innych” – uczył swoich podopiecznych św. Jan Bosko. I dotyczy to zarówno naszych domów rodzinnych, domów zakonnych, domów, jakimi są plebanie… Umiejętność słuchania stwarza przestrzeń, w której czujemy się ważni, dowartościowani. Brak umiejętności słuchania rodzi często poczucie samotności.

Jezus uczy nas takiej postawy zasłuchania w drugiego człowieka, której dzisiaj często brakuje (obrazek: dwie osoby w kawiarni, każda wpatrzona w swój smartfon)

Pan Jezus troskliwie zauważył, że apostołowie są przemęczeni.  „Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło – notuje Ewangelista – że nawet na posiłek nie mieli czasu”. Wysyła więc ich na pustynię, żeby sobie trochę odpoczęli. Chociaż Ewangelia mówi wyraźnie o odpoczynku, w tych słowach Pana Jezusa można również usłyszeć przestrogę przed utopieniem większości naszego czasu w pracy. Trzeba zachować hierarchię obowiązków. A do nich należy także odpoczynek.

Ojciec Dolindo zwykł mawiać do swoich duchowych dzieci, że zarówno dobrze wykonywana praca, jak i dobrze przeżywany odpoczynek należą do sfery naszej pobożności, do płaszczyzny wiaty – i to kolejna ważna lekcja płynąca z dzisiejszej Ewangelii.

Dlatego warto w kontekście dzisiejszej Ewangelii zapytać siebie o to: „Czy umiemy DOBRZE odpoczywać?”

Nie każdy jednak rozumie, że odpoczynek jest nie tylko prawem, ale też obowiązkiem, o którego dobre wypełnienie winniśmy pytać w sumieniu. Przypomina mi się rozmowa z jedną z byłych parafianek, której sparaliżowanego w wyniku wylewu męża odwiedzałem z sakramentem chorych. Mówiła całkiem szczerze: „Mąż nie musiał tyle pracować. Pracował za dużo. On nie umiał odpoczywać. Odpoczynek uważał za stratę czasu. Dzisiaj nie mam wątpliwości, że jego choroba była wypadkową jego pracoholizmu!”

Trzecia ważna wskazówka: warto udać się na miejsce pustynne. Tymczasem większość z nas robi wprost przeciwnie. W ramach urlopu jeden tłum zamieniamy często na inny, może bardziej anonimowy i przypadkowy. Nie ma znaczenia, czy to Polska czy zagranica,  Międzyzdroje, Mazury czy Rodos. A tłum sprawia, że trudno odpocząć zarówno naszej psychice a już na pewno naszemu duchowi! Mądrość Ewangelii podpowiada nam, że miejsce urlopu, odpoczynku powinno być wolne od pośpiechu, zgiełku, przeludnień. Bliższe pustyni niż ludzkim mrowiskom. Czy jednak pod tym względem słuchamy mądrości Ewangelii? Spotykam osoby, które z urlopu potrafią wracać bardziej zmęczeni niż byli przed nim. Często na własne życzenie.

I trzecia wskazówka: Warto pokusić się na samotne bycie z sobą samym. Nie każdy potrafi się na to zdobyć. Samotność, cisza, sprawiają bowiem, że musimy nieraz stanąć oko w oko z tym, co siedzi w nas samych a co skutecznie potrafimy zagłuszać w tłumie, wśród wielu zewnętrznych bodźców. „Samotność jest przyjemnością dla tych, którzy nie boją się prawdy o sobie, męką zaś dla tych, którzy przed tą prawdą uciekają” [św. Jan z Waałamu]

Jest taka historia, którą słyszałem od znajomego misjonarza z Amazonii – werbisty pracującego wśród Indian i jak sądzę dobrze odnosi się zarówno do czasu dobrze przeżywanej pracy, jak i dobrze przeżywanego odpoczynku:

Pewien przedsiębiorca z Europy przemierzał w czasie urlopu nieprzebyte lasy Amazonii, liczył bowiem, że połączy przyjemne z pożytecznym; spędzi urlop w Ameryce Południowej a przy okazji może znajdzie jakieś złoża szlachetnych kruszców do eksploatacji. Dlatego zawsze się spieszył. W pierwszych dwóch dniach tubylcy – Indianie wynajęci przez niego jako tragarze robili wszystko, aby za nim nadążyć.

Jednak trzeciego dnia o świcie zatrzymali się i stanęli przed nim w milczeniu. Wyraz ich twarzy świadczył, jakby byli nieobecni. To, że nie byli w stanie już dłużej pracować, było jasne jak słońce.

Zniecierpliwiony poszukiwacz spoglądając na swój zegarek zawołał szefa tragarzy, dał mu do zrozumienia, że muszą ruszyć, bo czas ucieka. «To niemożliwe – odpowiedział spokojnie człowiek. – Ci ludzie biegli nazbyt szybko, teraz czekają, aż dogonią ich, ich dusze».

Żyjemy w czasach, które często wymuszają na nas, abyśmy byli we wszystkim coraz szybsi. Niestety konsekwencją tego jest fakt, że zamiast cieszyć się owocami naszego życia, stajemy się coraz bardziej nieszczęśliwi, umęczeni i rozdrażnieni.

A może dzieje się tak dlatego, że – jak mówią Indianie – nasze dusze zostają w tyle i nie mogą za nimi nadążyć!?