Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

25 lat minęło jak jeden dzień – garść wspomnień

Wróciłem z Lubinia. Tym razem okoliczność, która mnie tam zawiodła była wyjątkowa i niepowtarzalna – 25 lecie istnienia Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej w Klasztorze Benedyktynów w Lubiniu. Okazja do wspomnień, spotkań, modlitwy.

Dla mnie radość tego spotkania, wynikająca z widocznych owoców dzieła ojca Jana Berezy, które przecież jak sam sięgam pamięcią nie rodziło się bezboleśnie i konkretnych ludzi, których bez wątpienie życie byłoby inne gdyby nie spotkali na swojej drodze Jana a ich droga nie przyprowadziła by ich do tego szczególnego klasztoru łączy się z pewną nostalgią, gdyż dla mnie Lubiń bez Jana już nie będzie takim samym miejscem jak był przez te minione dwadzieścia lat. Niemniej wracam tam chętnie, nie tylko we wspomnieniach i zawsze kiedy widzę już z daleka wieżę klasztornego kościoła a potem wdycham atmosferę tego szczególnego miejsca czuje w sobie owo drżenie serca, które poczułem, wtedy, gdy progi tego klasztoru przekroczyłem po raz pierwszy.

A miało to miejsce w lecie 1992 roku. Najpierw przyjechałem do Lubinia z ciekawości. Wcześniej związany byłem z klasztorem w Tyńcu początkowo przez okres studiów w Krakowie, potem ze względu na oblację, do której wstąpiłem. Do Lubinia było zawsze trochę nie po drodze, daleko. Łatwiej było mi zawsze dotrzeć do Biskupowa, gdzie powstawał nowy klasztor, którego przełożonym został o. Ludwik Mycielski, przyjaciel i brat z którym miałem okazję działać w ramach ruchu Focolare (bardziej żywego na południu Polski niż w centrum). O Lubiniu nie myślałem. Owszem,  obiecywałem sobie, że w dalszej perspektywie chętnie odwiedzę i ten klasztor. I nigdy nie sądziłem, że właśnie tam znajdę miejsce tak doskonale cudowne, w którym mógłbym odpoczywać, słuchać ciszy, oddychać klimatem monastycyzmu.

Od tego czasu przyjeżdżałem tam dosyć regularnie. Z początku odpoczywać, odprawiać rekolekcje, potem już do przyjaciół, wreszcie po długim czasie dołączyłem także do jednej z sesji medytacyjnych, jakie w klasztorze prowadził o. Jan Bereza. Owszem medytowałem już wcześniej, wielokrotnie także z samym ojcem Janem i jego przyjaciółmi, ale przed wzięciem udziału w sesji miałem zawsze jakieś opory. W ciągu tych minionych lat wiele dyskutowaliśmy z ojcem Janem na ten temat. Nie zawsze się we wszystkim zgadzaliśmy, ale zawsze zadziwiało mnie jego podejście, otwartość i determinacja w przełamywaniu moich własnych oporów. Mój opór po części związany był z doświadczeniem mojej własnej drogi duchowej i medytacji, którą rozpoczynałem wiele lat wcześniej w jednej z hinduistycznych sekt, które pod koniec lat siedemdziesiątych dotarły do Polski. Kiedy po burzliwych jej losach odkryłem doświadczenie medytacji chrześcijańskiej najpierw za sprawą jezuity John’a Baptist’a Lotz’a – niemieckiego filozofa, którego spotkałem w czasie studiów a który był jednym z wielkich badaczy medytacji a następnie za sprawą grupy przyjaciół z którymi medytowaliśmy byłem wielkim przeciwnikiem wszelkiego mieszania technik i kultur w doświadczeniu medytacji. Dzisiaj nie mam wątpliwości, że to dzięki ojcu Janowi i moim wizytom w klasztorze przeczytałem wiele książek na temat buddyzmu i medytacji, których w innych okolicznościach pewnie bym nie przeczytał, nie tylko dlatego, że wiele z nich należało do prywatnego zbioru ojca Jana, ale także dlatego, że jedno doświadczenie i wiedza pozwalały wybrać te dzieła, które były rzeczywiście ważne i w perspektywie lat spojrzałem na ten problem może w nieco innym świetle, choć ostatecznie zarówno ja jak i ojciec Jan zostaliśmy przy swoich zdaniach. Te różnice nigdy nie wpłynęły na naszą wieloletnią przyjaźń, o której mogę powiedzieć, że była jednym z najlepszych darów, jakie przydarzyły mi się za życia. Myślę, że pogłębiła ją także wspólna praca w Komitecie Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi Episkopatu Polski, którego z Janem przez wiele lat byliśmy członkami. Co dawało jeszcze więcej okazji do spotkań już  nie tylko w Lubiniu.

Nie mam wątpliwości także co do tego, że to właśnie osoba ojca Jana wpłynęła na mój wybór dalszych studiów gdzie w ramach religioznawstwa chciałem zgłębiać religie Wschodu. Niestety los chciał inaczej i ponieważ odszedł profesor, który był specjalistą od buddyzmu pozostało mi studiować islam. Ojciec Jan śmiał się wtedy, że w „komisji epidiaskopalnej” – jak nazywał wspomniany Komitet ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi –  jeden mądrala od buddyzmu wystarczy. Inna sprawa, że kierunek, jaki obrałem pozwolił mi później odnaleźć ciekawe doświadczenie modlitwy medytacyjnej w łonie islamu.

Można by tak jeszcze długo snuć wspomnienia, ale trzeba wracać do dzisiaj.

Cóż powiedzieć. Dobrze, że to spotkanie się odbyło. Dla mnie miało ono szczególna rangę świadectwa. Mam na myśli zarówno świadectwo dotyczące wartości tego szczególnego miejsca, które będąc działem ojca Jana jest także w dużej mierze dziełem wszystkich, którzy tworzyli historie tego ośrodka jak i świadectwo wielkiej otwartości i prawdziwego dialogu jaki wydarzał się tam przez lata i wydarza się nadal. Dlatego fajnie było wrócić, dzięki ich wspomnieniom i świadectwom obecnych tam ludzi do tej historii, by za ojcem Maksymilianem zadać sobie pytanie: „Jak to się stało, że się stało?”

Wdzięczny jestem szczególnie za świadectwo Lamy Rinchena, który swoja mądrością nie tylko w swoim wystąpieniu, ale także w osobistej rozmowie potwierdził moja intuicję dotyczącą tego, że każda z religii, która odnajduje w swoim łonie doświadczenie medytacji jest kompletna tradycją i żeby znaleźć jej bogactwo a następnie pójść tą drogą do celu nie musimy skłaniać się ku innym religiom czy kulturom a pozostać jedynie wierni własnej tradycji religijnej i własnym korzeniom. Jak to pięknie skonkludował Lama Rinchen: „Nie możemy podążać drogą medytacji buddyjskiej i zostać świętym muzułmańskim sufim.”

Wdzięczny też jestem organizatorom tego spotkania, bo włożyli w jego przygotowanie mnóstwo pracy, której widzieliśmy jedynie wspaniale owoce a którzy zawsze w jakiś sposób nie do końca jest doceniona.  Z wielkim wzruszeniem przed wakacjami otrzymałem zaproszenie na to spotkanie, choć sam nie poczuwam się do tego, abym w jakiś szczególny sposób tworzył historię tego Ośrodka. Przez te lata zawsze stałem trochę z boku, będąc bardziej „braczem”, który w klimacie tej Bożej przestrzeni zawsze znajdował  swoje miejsce, miejsce szczególnego działania Boga i zapewne więcej wynosił stamtąd niż wnosił.

Dlatego jestem wdzięczny Bogu za to miejsce, za jego klimat, gdzie oddycha się inaczej, bo przecież to klimat przesycony wiekami modlitwy; za ludzi, których dane mi było tam spotkać i wielką otwartość z jaką przez te wszystkie lata się tam spotykałem. I nie mam wątpliwości, że wszystko to jest wielkim Bożym dziełem, w którym Bóg posługiwał się przez te 25 lat pokornym i niezwykłym mnichem benedyktyńskim, który dał początek temu miejscu niezwykłych spotkań ludzi, których nikt nie pytał o wiarę, o przynależność religijną, o poglądy czy o stan ducha i w którym każdy przybywający tam czuł się jak w domu a dzisiaj posługuje się z nie mniejszym dobrem jego następcami.

Myślę, że klimat tego szczególnego miejsca oddaje pewien wpis, który można znaleźć w pamiątkowej księdze klasztoru: „Tu, za murami klasztoru otwiera się inny, niepodobny do tego, który jest poza murami świat; tu panują inne obyczaje, nawyki i odruchy; tu każdy znajduje swój dom, a w nim życie jak nigdzie i ludzi niezwykłych”