Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Zaprosić Jezusa

Gdy Jezus z uczniami szedł drogą, ktoś powiedział do Niego: «Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz».

Jezus mu odpowiedział: «Lisy mają nory i ptaki podniebne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł skłonić».

Do innego rzekł: «Pójdź za Mną». Ten zaś odpowiedział: «Panie, pozwól mi najpierw pójść pogrzebać mojego ojca». Odparł mu: «Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże».

Jeszcze inny rzekł: «Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu». Jezus mu odpowiedział: «Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego». (Łk 9, 57-62)

Przyłączamy się do uczniów, którzy idą drogą z Jezusem. Medytacja to także nic innego, jak droga podążania za Jezusem, wsłuchiwania się w Jego słowo.

Kroczenie za Jezusem zakłada jednak gotowość odrzucania tego, co nam w tej drodze przeszkadza; co byłoby dla nas obciążeniem.

Św. Łukasz opowiada w Ewangelii dzisiejszej trzy przypadki, w których Jezus zaprasza swoich uczniów do porzucenia pewnych spraw.

Na pierwszy rzut oka ktoś mógłby słuchając dzisiejszej Ewangelii pomyśleć, że Jezus proponuje nieludzkie życie. Nieludzkim jest bowiem życie bez domu, zostawienie bez pochówku zmarłego ojca i rozstanie się na długo bez pożegnania. Jezusowi nie chodzi jednak o odczłowieczenie nas. On chce nam powiedzieć, że mamy ciągle patrzeć dalej i wyżej, niż umożliwia to życie na tym świecie. Już teraz możemy być transcendentni, czyli przekraczający granice tego świata. Możemy takimi być, żyjąc na tym świecie. Do tego potrzebna jest jednak odwaga i wolność od ograniczeń, którą daje przyjaźń z Jezusem. Wówczas nasze posiadanie domu, czy wszelkie rozstania nabiorą zupełnie nowego wymiaru i nie będą wyrażać uwiązania do tego świata.

Bez wątpienia medytacja monologiczna uczy nas takiej wolności od ograniczeń i zostawiania za sobą różnych spraw. Tak jak w medytacji słowo, które wypowiadamy w ciszy serca i w rytmie oddechu jest dla medytującego jedyny oparciem, tak Jezus chce być naszym jedynym oparciem w codziennym życiu.

Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii: „Pójdź za Mną!” Warto zapytać, czy w naszej reakcji na to wezwanie nie odpowiadamy podobnie jak jedne z bohaterów dzisiejszej Ewangelii: „Chcę pójść za Tobą, ale…” To „ale” może się przejawiać w braku czasu na codzienna praktykę medytacji, lub w zbytnim uwikłaniu w problemy codziennego życia, albo też w zbytnim oglądaniu się wstecz, czyli życiu przeszłością zamiast chwilą obecną…

Uderzająca i pełna znaczenia w dzisiejszej Ewangelii jest także ta bezdomność Syna Bożego.

Jezus rodzi się już jako bezdomny, w Betlejem, gdzie nie było dla Niego miejsca w gospodzie.

Z kolei skarga z dzisiejszej Ewangelii, że nie ma gdzie głowy skłonić, ma poruszające odniesienie w opisie Jego Męki: „A skłoniwszy głowę, oddał ducha”. Jak pisze znany biblista ojciec Raniero Cantalamessa: „Dopiero na krzyżu znalazło się miejsce, gdzie Syn Człowieczy mógł głowę skłonić”.

Wiele tekstów Nowego Testamentu mówi o tym, że Bóg nie znajduje miejsca dla siebie tam, gdzie najbardziej tego mógł oczekiwać. Sam św. Jan podkreśli to w Prologu Ewangelii: „Przyszedł do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1,11). Jak pisze św. Efrem Syryjczyk: „Każdy grzech sprawia, że wyrzucamy Boga z naszej ziemi, a zwłaszcza z naszego serca i po raz kolejny  skazujemy Go bezdomność. A Bóg daje się wyrzucić nie dlatego, że jest słaby, ale dlatego, że szanuje naszą wolność”. (Myśli św. Efrema Syryjczyka)

Pięknie tę myśl św. Efrema kontynuuje Merton w Zapiskach współwinnego widza pisząc: „Rzecz jasna – jeżeli na ziemi nie ma miejsca dla Boga, wówczas ziemia również dla ludzi przestaje być domem, staje się po prosty nieludzka”.

A jednak Bóg nigdy nie obraża się na człowieka, nie odwraca się do niego plecami… Pomimo iż tak często niechciany – nie przestaje zabiegać o naszą uwagę, o nasz czas, o naszą miłość: „Oto stoję u drzwi i kołaczę”  (Ap 3,20)

To tajemnica Bożego Miłosierdzia, która także objawia się w medytacji. Oto sam – Syn Boży przychodzi do nas pokornie i pragnie, abyśmy Go zaprosili do naszych serc i między siebie. To dzieje się właśnie gdy siadamy do medytacji: zapraszamy Go do swoich serc, ale tez między siebie – stąd ten istotny wymiar wspólnotowy medytacji. Nawet wówczas, gdy każda i każdy z nas medytuje na co dzień oddzielnie, w swoim domu zawsze jesteśmy włączeni we wspólnotę medytujących, we wspólnotę która przekracza czas i miejsce naszej osobistej medytacji.

Jezus pragnie, abyśmy zaprosili Go do naszych serc i życia nie dlatego, że to Jemu jest potrzebne. Ale dlatego, że On chciałby nam pomóc w odnalezieniu samych siebie i w odnalezieniu sensu i w budowaniu prawdziwie ludzkiego domu, gdzie zaczęlibyśmy być naprawdę u siebie.

Pójdź za mną

Odchodząc z Kafarnaum Jezus ujrzał człowieka siedzącego w komorze celnej, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: „Pójdź za Mną”. On wstał i poszedł za Nim.

Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to faryzeusze, mówili do Jego uczniów: „Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?”

On, usłyszawszy to, rzekł: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: «Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary». Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”. (Mt 9, 9-13)

Mateusz był celnikiem. Miał dosyć poukładane życie i priorytety. Związał się z pieniędzmi. Pobierał podatki dla okupanta. Zasada była prosta: z góry miał wypłacać rzymskiemu okupantowi należny haracz, później zaś zależało już od jego sprytu i zuchwalstwa, ile wpłynie do jego osobistej kasy. Nikt tego nie kontrolował. Ceną takiego życia a przy okazji łatwego bogacenia się było to, że w społeczeństwie nie cieszył się dobrą sławą. Ludzie wiedzieli, że Mateusz żyje kosztem innych. Życie Mateusza przed nawróceniem jest nauczką, że człowiek przyzwyczaja się do „mamony” (cokolwiek byśmy pod tym terminem umieścili: pieniądze, karierę, sławę, władzę…). Poświęca tej wartości najwięcej czasu i sił a ona w zamian wypełnia powoli całe wnętrze człowieka. Nic więc dziwnego, że to, co potrafi zawładnąć sercem człowieka staje się konkurencją wobec Boga – ten mechanizm tłumaczył Jezus w ostatniej niedzielnej Ewangelii. (por. Mt 6,24).

Mateusz nie spodziewał się, aby cokolwiek miało się zmienić w jego ustalonym rytmie dnia. Tymczasem wszystko się zmienia wraz z wezwaniem, które słyszy: „Pójdź za Mną”. Jest to głos tak mocny, że potrafi oderwać człowieka od każdego wykonywanego zajęcia, nawet od pieniędzy. Tak bardzo kojarzy mi się to wydarzenie z medytacją, która także wyrywa nas z naszych codziennych czynności. Po prostu siadamy do medytacji, żeby pójść za Jezusem; żeby dać się poprowadzić Jego słowu, które tej praktyce towarzyszy.

Mateusz nie oponował, ani nie dyskutował słysząc Jezusowe wezwanie. Tak dzieje się z każdym medytującym, bo każdy, kto ma za sobą pewne doświadczenie medytacji doskonale wie, że głos Boży brzmi inaczej aniżeli ludzki. Bardzo trudno go zagłuszyć, jest w nim nie tylko wołanie, ale przede wszystkim moc, aby można było pójść za Jezusem. A właśnie tym jest medytacja – pójściem za Jezusem. Ewangelista Łukasz, opisując powołanie Mateusza zaznacza, że zostawił on wszystko (por. Łk 5,28). Dokładnie to samo dzieje się w chwili, gdy przystępujemy do medytacji: zostawiamy za sobą wszystko – naszą codzienną rutynę, troski, przemyślenia, plany. Porzucamy to wszystko na rzecz pokornego trwania w obecności Boga, pragnąć by ta obecność wypełniła nas na wskroś: nasze serca, nasze umysły, nasze ciało…

Jedno jednak jest w opisie Mateusza szczególnie znamienne. Mianowicie relację o swoim własnym nawróceniu i powołaniu umieścił Mateusz w dziale cudów uczynionych przez Jezusa. Bo on wiedział najlepiej, jak wielkim cudem było jego nawrócenie. Czasem zastanawiam się, czy praktyki medytacji również nie można umieścić w dziale cudów, bo kiedy medytuje się codziennie od ponad trzydziestu lat i człowiek widzi, że ta praktyka dosłownie ustawia jego życie, ale też w wielu wymiarach przemienia i to jakąś niezwykła mocą, która działa od wewnątrz, od strony serca, w sposób delikatny ale stanowczy, to jak określić to inaczej niż cud?

Jak to pięknie pisze o. John Main OSB: „Medytacja jest krokiem w przebóstwienie człowieka przez Jezusa Chrystusa. Przez Niego stajemy się jedno z Ojcem. Z Nim całkowicie przekraczamy samych siebie, pozostawiając wszystko i stając się nowym stworzeniem w Nim. W Chrystusie medytacja jest procesem samo-transcendencji. W stopniu, w jakim przekraczamy siebie, stajemy się współuczestnikami boskiej natury, bo uczymy się stawać się jedno z potęgą Jezusowej miłości. Naszego wzrostu w medytacji nie widzimy jako akumulacji doznań, ale raczej jako przekraczanie ich wszystkich. Każdy z nas, dzięki otrzymanej przez Jezusa łasce działającej w medytacji otrzymuje prawo, aby stać się jedno z Bogiem. Nikt poza Jezusem nie jest w stanie nam ofiarować tego daru. O tym nigdy nie wolno zapomnieć.

Za każdym razem, kiedy siadamy do medytacji, wchodzimy w tę jedność Boga, który Jest teraz, jedność Boga, który jest Miłością. Nie możemy tego pojąć i wyrazić. To jest zbyt proste dla naszego umysłu. Ale możemy usiąść i pokornie powtarzać modlitewne wezwanie z wiarą i absolutnym zaufaniem Bogu, który powołuje nas ponad naszymi wszystkimi ograniczeniami. On nas powołuje – to jest najwspanialsza część chrześcijańskiego objawienia – aby wraz z Nim rozszerzać nasze serca w nieskończoność. Im intensywniej przeżywamy cud naszego powołania tym pokorniejsi i ubożsi w duchu się stajemy. Dzieje się tak dzięki naszej wierności słowu i miłości, na których opiera się praktyka codziennej medytacji. A im dalej jesteśmy na jej drodze, tym bardziej wzrasta nasza wiara” [John Main OSB, Cisza i trwanie, Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC].

Medytacja w cieniu Krzyża

Jezus powiedział do Nikodema:

«Nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił, Syna Człowieczego.

A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne.

Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony». (J 3, 13-17)

Święto Podwyższenia Krzyża Świętego, które dziś obchodzimy, jak może się wydawać trochę mimochodem wrzucone w okres zwykły, jest tak naprawdę jednym z najstarszych świąt obchodzonych w Kościele jeszcze nie podzielonym, jako wotum wdzięczności za znalezienie przez św. Helenę relikwii Krzyża Świętego. I mimo podziałów jest obecne zarówno w chrześcijaństwie wschodnim, jak i zachodnim, także w u protestantów.

To ciekawe, że nie czytamy dziś Ewangelii o śmierci Jezusa na Krzyżu a jedynie jej zapowiedź i to w odwołaniu do epizodu wywyższenia węża na pustyni.

To nie przypadek, bo epizod z wężem na pustyni był wydarzeniem proroczym zapowiadającym, że Mesjasz dokona odwrotności tego, co stało się przy drzewie Znajomości Dobra i Zła w Raju. To tam bowiem człowiek po raz pierwszy doświadczył grzechu, do czego zresztą został namówiony przez szatana, któremu udało się zasiać w serce człowieka podejrzenie, że Bóg nie jest do końca nam życzliwy. Człowiekowi zaczęło się wydawać, że nie musi otwierać się na płynące od Boga zasady dobra i zła i że zasady te może ustalać sobie sam. Rzecz jasna musiało się to skończyć nieszczęściem… Świat budowany przez ludzi bez liczenia się z prawem Bożym musiał stać się światem nieludzkim. „Można to doświadczenie porównać – jak pisze św. Efrem Syryjczyk – do ukąszenia węża, które w historii nieustannie się powtarza zatruwając ludzkie serce toksyną nieufności wobec Boga i pokusą samowystarczalności. Każdy grzech, który popełniamy jest jak ukąszenie węża, dlatego, że uwierzyliśmy Wężowi w raju” – konkluduje św. Efrem.

Odwołanie się Jezusa do epizodu umieszczenia przez Mojżesza miedzianego węża na pustyni, na którego spojrzenie miało Izraelitów uchronić od śmierci jest – jak mówią Ojcowie Kościoła –  zapowiedzią Ukrzyżowania Chrystusa, które wzywa nas do wiary, że On jest mocniejszy od złego ducha a prawdziwy sens naszego życia zależy od tego, czy uwierzymy w miłość i czy ona stanie się dla nas ostateczną regułą życia, do czego pragnie nas przekonać Chrystus. Jezus nazywa swoją śmierć na krzyżu wywyższeniem, dlatego że największym wywyższeniem człowieka jest miłość, zaś Krzyż jest jednym wielkim wyznaniem Jego miłości do nas.

A teraz spróbujmy odnieść to, co powiedzieliśmy do medytacji. Wszyscy bez wyjątku jesteśmy narażeni na ukąszenie przez złego ducha, innymi słowy na grzech.

I tak naprawdę mamy tylko jedną obronę przez tym ukąszeniem; jedną surowicę na ukąszenie jadem złego ducha – jest nią łaska, jakiej udziela nam Chrystus. Jedną z przestrzeni naszej otwartości na łaskę jest modlitwa, w której idąc tropem psalmisty możemy doświadczyć, że: „Bóg jest dla nas skałą schronienia, zamkiem warownym, aby nas ocalić” (por. Ps 71,3) i dlatego przez praktykę wytrwałej modlitwy pragniemy „Chronić się w cieniu Twych skrzydeł, Panie” (por. Ps 17,8;36,6; 57, 2)  

Dla mnie doświadczenie medytacji, jest jak zanurzenie się w oceanie łaski (dlatego lubię porównywać praktykę medytacji z nurkowaniem, nie tylko ze względu na podobne doświadczenie ciszy, ale też dosłownie zanurzenia w Bożą obecność, która w medytacji nas otula). Ta praktyka – co potwierdza świadectwo wielu osób medytujących – odkrywa przed nami sekret prawdziwego szczęścia, które leży w tym, co jednym trafnym zdaniem wyraził święty Augustyn: „Niespokojne jest serce człowieka dopóki nie spocznie w Bogu”. Medytacja pozwala nam na to doświadczenie spoczynku w Bogu, przy zachowaniu całej naszej uważności a więc bardzo świadomie.

Zauważmy, że na pustyni Jezus też był kuszony, jak my wszyscy, obietnicą szczęścia oznaczającą spełnienie pragnień własnego ego. Odrzucił tę możliwość i pokazał, że prawdziwe szczęście nie zależy od okoliczności zewnętrznych.

W praktyce medytacji monologicznej redukujemy naszą modlitwę do milczenia i prostego bycia obecnymi przed Bogiem, aby uzmysłowić, że jest to wszystko, co nam jest potrzebne, co potrafi wypełnić pustkę naszych serc, która często wyrasta z rozczarowania, że to, co uznawaliśmy często za źródło szczęście, wcale nim nie jest. Nikt poza Bogiem tej pustki i tęsknoty ludzkiego serca nie jest w stanie wypełnić i dlatego medytacja jest zaproszeniem by otworzyć się w niej na Słowo, na Jezusa, w którym Bóg wypowiedział samego siebie, w którym wypowiedział całą miłość do nas i chce nas tą miłością wypełnić i uszczęśliwić.

Medytacja formuje serce człowieka

Jezus podniósł oczy na swoich uczniów i mówił:

«Błogosławieni jesteście, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże.

Błogosławieni, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni.

Błogosławieni, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie.

Błogosławieni jesteście, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego odrzucą z pogardą wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie, bo wielka jest wasza nagroda w niebie.

Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą.

Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie.

Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie.

Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom». (Łk 6, 20-26)

W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus cztery razy mówi: „błogosławieni jesteście” i cztery razy mówi: „biada wam”. Ale to nie jest tak, że On dzieli ludzkość na dwie przeciwstawne grupy i do jednej grupy mówi: „błogosławieni jesteście”, a do drugiej: „biada wam”. Jedno i drugie odnosi się do każdej i każdego z nas. Bo w każdym z nas jest człowiek Boży, tęskniący za Bogiem i pragnący Boga kochać. I w każdym z nas jest stary człowiek, zbuntowany przeciwko Bogu. To prawda, że jeśli jestem w łasce uświęcającej, to ten człowiek Boży we mnie dominuje, a jeśli nie jestem w łasce uświęcającej, to dominuje we mnie stary człowiek,  człowiek grzechu.

Ale dopóki jestem na tym świecie, wciąż jest we mnie i ten pierwszy, i ten drugi – dlatego odnosi się do mnie i „błogosławieni”, i „biada”.

„Błogosławieni jesteście, wy ubodzy…”. Jezus oczywiście „nie konsekruje ubóstwa materialnego” (A. Pronzato). W terminie „ubóstwo”, chodzi o coś więcej niż sam brak materialny. Chodzi o to, że pomimo jakiegoś braku, który mi doskwiera nadal jestem wewnętrznie scalony i ufny. Bez wątpienie medytacja, jako forma duchowej formacja to scalenie wzmacnia. Ostatnio mówiliśmy właśnie o tej integrującej roli medytacji…  To o co chodzi Chrystusowi szczególnie widać w określeniu „ubodzy w duchu”, gdyż oparciem i pewnością takich ludzi jest Bóg, Jego dobroć i miłosierdzie. Innymi słowy Jezus mówi: Błogosławieni jesteście, jeżeli żadnych dóbr tego świata nie stawiacie ponad Boga. A zarazem biada, jeżeli różne marności tego świata stają się podstawą określania waszej wartości i bytu.

„Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni”. I znowu warto to zdanie rozumieć głębiej, czyli nie tylko w wymiarze głodu fizycznego: Błogosławieni, którzy jesteście głodni Boga… Medytacja staje się konkretną odpowiedzią Boga na ten głód, który tylko On może zaspokoić.

„Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie”. Również ten płacz możemy rozumieć w sensie duchowym: którzy płaczecie nad swoimi grzechami, bo jak mówi św. Paweł jest to smutek ku na wróceniu, który podoba się Bogu (por. 2 Kor 7,9). Ale też błogosławieni którzy płaczecie nad królowaniem zła i grzechu oraz niesprawiedliwością w świecie – gdyż z tego może się zrodzić choćby promień Bożej prawdy i Bożej miłości, który możemy przynieść światu.

Ta Ewangelia mówi o wrażliwości naszych serc. Bo serca wrażliwe i otwarte na drugiego człowieka, otwarte są także na Boga, zaś serca niewrażliwe na drugiego przestają być też wrażliwe na Boga a w konsekwencji zamykają się na Jego łaskę i powoli obumierają.

Istotą człowieczeństwa powinno być widzenie i pojmowanie tego świata przez pryzmat serca. Tylko ono może dostrzec to, co dla ludzkiego oka jest niedostrzegalne. Tylko serce bowiem jest w stanie zobaczyć głębię naszej ludzkiej egzystencji. Serce bowiem widzi „inaczej” niż to, co podpowiadają rozum, słowa, czy oczy…

Dlatego medytację monologiczną określamy często mianem Modlitwy Serca.

Jezus w tej praktyce, przez słowo, które jej towarzyszy i jest nośnikiem Jego łaski pragnie formować nasze serca a przez nie całego człowieka. Nasz rozum, duch, wola, ale też serce i emocje powinny stanowić jedną wielką całość, tak jak wżyciu Jezusa. Tylko w ten sposób możemy naśladować Tego, który jest źródłem naszej wiary, nadziei i miłości…

Integracyjne działanie medytacji

Nie mogłem, bracia, przemawiać do was jako do ludzi duchowych, lecz jako do cielesnych, jako do niemowląt w Chrystusie.

Mleko wam dawałem, a nie pokarm stały, bo byliście słabi; zresztą i nadal nie jesteście mocni. Ciągle przecież jeszcze jesteście cieleśni. Jeżeli bowiem jest między wami zawiść i niezgoda, to czyż nie jesteście cieleśni i nie postępujecie tylko po ludzku? Skoro jeden mówi: «Ja jestem Pawła», a drugi: «Ja jestem Apollosa», to czyż nie postępujecie tylko po ludzku? Kimże jest Apollos? Albo kim jest Paweł? Sługami, przez których uwierzyliście według tego, co każdemu dał Pan. Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost. Otóż nic nie znaczy ten, który sieje, ani ten, który podlewa, tylko Ten, który daje wzrost – Bóg. (1 Kor 3, 1-9)

W naszym – zachodnim sposobie myślenia ciągle pokutuje jeszcze pewien dualizm, który odziedziczyliśmy po kulturze greckiej: przeciwstawienie cielesności i życia duchowego.

Jednak św. Paweł, który głosił Ewangelię Grekom – czyli w kulturze, w której dualizm był silnie obecny – sam nie rozdzielał duszy i ciała.

Kultura grecka była pod wpływem dość negatywnej wizji cielesności, która zakorzeniła się w naszej myśli filozoficznej na dłużej.  Warto jednak uświadomić sobie, że ów podział nie znajduje uzasadnienia w Piśmie Świętym. Dlatego, gdy Paweł głosi Ewangelię określa człowieka parą terminów: soma psychikon – soma pneumatikon. Termin pierwszy najlepiej przetłumaczyć jako „ciało obdarzone duszą/psychiką”, ten drugi można oddać formułą: „ciało duchowe”.

Miało to szczególne znaczenie w pytaniach o to, w jakiej formie dokona się zmartwychwstanie, które św. Paweł głosił.

Apostoł poucza, że w obecnej naszej kondycji jesteśmy ciałami obdarzonymi psychikon (duszą), zaś zmartwychwstanie wiąże się z transformacją naszej obecnej kondycji w ciało duchowe.

Święty Paweł mówiąc, że jesteśmy cieleśni, nie używa tego określenia w sensie negatywnym, przeciwstawiając je duchowi. Mówi że jesteśmy ciałem obdarzonym życiem i całą gamą funkcji psychicznych, takich jak świadomość, zdolność przeżywania emocji, podejmowania decyzji, świadomego odnoszenia się do świata, do siebie oraz – co dla Pawła fundamentalne: do Boga.

Zadanie, które stoi przed człowiekiem, a które jest wyrazem dojrzałości jest to, aby dążyć do jak najgłębszego zintegrowania tych wszystkich wymiarów. Tym, co według św. Pawła ma zdolności integracyjne jest życie duchowe a dosłownie – ŁASKA! Święty Paweł podkreśla to mocno w zdaniu: TO BÓG DAJE WZROST.

Doświadczenie medytacji monologicznej, może stać się tym szczególnym wymiarem doświadczenia, gdzie ta prawda urzeczywistnia się w sposób bardzo wyraźny. Jako uczestnicy medytacji możemy odnaleźć się w roli tego, który sieje lub podlewa to ziarno słowa, które zostaje złożone w naszym sercu, kiedy się w nie wsłuchujemy w praktyce medytacji. Może się to wyrażać w trosce o to, że znajdujemy czas i przestrzeń na codzienną medytację, że potrafimy zawalczyć o ciszę, która jej sprzyja. Ale i tak koniec końców św. Paweł mówi: „nic nie znaczy ten, który sieje, ani ten, który podlewa, tylko Ten, który daje wzrost – Bóg”. Innymi słowy, bez działania łaski, bez otwarcia się na Ducha Świętego niewiele możemy osiągnąć.

Nasza zdolność otwarcia się na to działanie łaski jest wyrazem „duchowego” charakteru człowieka, który pełnię swą osiągnie w zmartwychwstaniu, czyli w przekształceniu soma psychikon w soma pneumatikon.

Święty Paweł mówi o tym, że prawdziwa tożsamość naszego ciała jest  określona przez związek z Duchem. Bez tego kontaktu do końca nie zrozumiemy swojej tożsamości. Przypominają się tu słynne słowa św. Jana Pawła II, że: „Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może sam siebie do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie. Nie może tego wszystkiego zrozumieć bez Chrystusa”.

Święty Tomasz z Akwinu określi to jeszcze inaczej: „człowiek jest ciałem – materią pierwszą, kształtowaną przez duszę. Innymi słowy: ciało ludzkie nie ma charakteru jedynie materialnego. W integralny sposób obejmuje funkcje i aspekty duchowe. Duchowy (a więc nie tylko biologiczny) wymiar posiadają wszystkie aspekty cielesnego funkcjonowania człowieka – np. gesty, wyraz twarzy albo nawet funkcja, nad którą prawie nie panujemy: oddech. „Duchowe” w tym kontekście znaczy: niedające się sprowadzić do wymiaru fizycznego czy biologicznego, lecz wprowadzające człowieka w całą sieć międzyosobowych relacji. Najważniejszym z tych duchowych aspektów cielesnego człowieka jest zdolność do relacji z Bogiem.

Niech zatem praktyka medytacji pozwala nam doświadczać tego integracyjnego wymiary łaski, na która się otwieramy powtarzając w rytmie oddechu wezwanie „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” i przez nie składając nasze życie z zaufaniem w ręce Boga.