Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Siedzieć i głosić…

Po swoim zmartwychwstaniu Jezus ukazał się Jedenastu i powiedział do nich:

«Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony.

Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: W imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie». (Mk 16, 15-18)

W święto nawrócenia świętego Pawła, apostoła narodów, Kościół zaprasza nas do rozważenia na nowo nakazu misyjnego, jaki Pan dał swoim uczniom a więc i nam.

Przekazywanie Ewangelii oznacza przede wszystkim przyznawania się przed światem do naszej wiary w Chrystusa słowem ale i stylem życia mającym zastosowanie do wymagań Ewangelii. Chrystus używa dwóch czasowników w trybie rozkazującym – „idźcie” i „głoście” , pokazując nam, że nie jest możliwe uważanie się za naśladowcę Jezusa Chrystusa nie będąc gotowym do dawania świadectwa wiary poprzez własne życie, przykład i słowa a więc to, co samemu się otrzymało.

Wiara jest pokarmem duszy. Przyjęcie jej daje ogromną moc i staje się gwarancją zbawienia, ale nie otrzymujemy jej nigdy tylko dla siebie. Istnieje czasem niebezpieczeństwo by ulec pokusie wyższości wobec tych, którzy deklarują się, jako ludzie niewierzący.

Jednak sam św. Paweł po swoim nawróceniu nigdy nie uległ tej pokusie, choć owoce jego głoszenia Ewangelii były oczywiste. Zawsze nosił w sobie świadomość tego, że wiara nie jest jego zasługą, lecz całkowitym darem Jezusa, którym został obdarowany, choć jak sam często zaznacza nigdy na to nie zasługiwał. Dlatego utożsamiając wiarę z darem zbawienia podkreśla: „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę, i to nie jest z was, jest to dar Boga. Nie z uczynków, aby nikt się nie chlubił”. [Ef 2,8] Świadom zatem jak wielkim i niezasłużonym dlań jest wiara dodaje: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii [1 Kor 9, 16], czyli gdybym nie dzielił się tym, co sam otrzymałem w darze… W ten sposób św. Paweł uświadamia nam, że Ewangelia jest nauką stawania w prawdzie przed Bogiem i przed sobą samym. Wezwanie Jezusa dotyczy każdego pokolenia chrześcijan. Nie można być praktykującym chrześcijaninem, który przyjął chrzest, lecz nie przyjmuje  na co dzień słowa Bożego we własnym sercu, nie żyje nim, nie stara się dostosować do jego wymagań swojego życia.  „Drogą do zbawienia jest silna wiara, która karmi się słowem Boga” [Thomas Merton, Medytacja chrześcijańska].

Iść i głosić Ewangelię – ktoś powie łatwo się mówi, ale bardzo ciężko się realizuje to ważne zadanie codzienności.

Ważnym aspektem naszego świadectwa jest świadomość, że w tej misji nigdy nie jesteśmy sami, że towarzyszy nam w niej Duch samego Jezusa obecny w Słowie, w które się na co dzień wsłuchujemy w Eucharystii, w medytacji…  Mamy wiele możliwości głoszenia Jezusa u źródeł którego jednak zawsze leży osobiste spotkanie z Nim samym w słowie, w modlitwie, w codzienności…

Ewangelia dzisiejsza uświadamia nam, że dzięki naszemu świadectwu wiary wiele osób może spotkać dziś Jezusa. Od nas także zależy, czy będzie On dla nich kimś bliskim.

Można ulec fałszywemu przekonaniu, że trwanie medytacji, która wydaje się bierną postawą wobec nakazu „idźcie i głoście” jest słabym przejawem ewangelizacji. Ale jak pisze Merton „apostolstwo chrześcijańskie jest przede wszystkim przelewaniem się życia wewnętrznego” [Doświadczenie wewnętrzne. Zapiski o kontemplacji]. Bez głębokiego życia wewnętrznego – a to właśnie ma w nas wypracowywać codzienna, wytrwała praktyka medytacji – będziemy co najwyżej aktywistami nie zaś prawdziwymi świadkami Jezusa. Postawa św. Pawła uczy nas, że na tyle będziemy autentycznymi świadkami Jezusa na ile pozostaniemy w codzienności Jego gorliwymi uczniami i przyjaciółmi wdzięcznymi za dar wiary, jaki od Niego otrzymaliśmy i zasłuchanymi w Słowo, które tę wiarę umacnia.

„Ilekroć słuchamy z wiarą Słowa, tylekroć dokonuje ono wielkich rzeczy w naszym  życiu. Nie zawsze od razu potrafimy je dostrzec. Możemy być jednak pewni, że owoce Słowa objawią się w swoim czasie” [Thomas Merton, Doświadczenie wewnętrzne. Zapiski o kontemplacji].

Mechaniczne serce

W dzień szabatu Jezus wszedł do synagogi. Był tam człowiek, który miał uschniętą rękę. A śledzili Go, czy uzdrowi go w szabat, żeby Go oskarżyć.

On zaś rzekł do człowieka z uschłą ręką: «Podnieś się na środek!» A do nich powiedział: «Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie uratować czy zabić? » Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy na nich dokoła z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serc, rzekł do człowieka: «Wyciągnij rękę!» Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa.

A faryzeusze wyszli i ze zwolennikami Heroda zaraz się naradzali przeciwko Niemu, w jaki sposób Go zgładzić. (Mk 3, 1-6)

Zwróćmy uwagę na Jezusa śledzonego złymi, podejrzliwymi spojrzeniami. Bywa i tak, że podobne spojrzenie niejednokrotnie padało na praktykujących medytację monologiczną, gdyż niektórzy podejrzliwi chcieli widzieć w tej praktyce modlitwy jakieś „niezdrowe” wpływy medytacji Wschodu.

Tymczasem kiedy spoglądamy na Jezusa łatwo dostrzec, że jest zawsze spokojny i wolny wobec ludzkich uprzedzeń, co może nie zawsze udaje się nam. Jezus pozostaje sobą w każdych okolicznościach. W medytacji dobrze nasycać się Jego wewnętrzną wolnością i pokojem.

Niech zasłuchanie w Słowo i zapatrzenie w Jezusa uczy nas Jego prostolinijności i konsekwencji w naszych zachowaniach wobec innych, zwłaszcza kiedy przychodzi nam stawać po stronie prawdy i dobra. Medytacja pragnie czynić nasze serca prostymi, wolnymi  i odważnymi przez moc Słowa, które na nie oddziałuje.

Jezus zwraca się dziś w Ewangelii do ludzi opanowanych przez złe myśli. Stara się ich poruszyć i uzdrowić swoim Słowem. To doświadczenie także można odnieść do praktyki medytacji, kiedy różne myśli, obrazy, rozproszenia pragną odebrać nam skupienie. Ewangelia dzisiejsza uświadamia nam, że tym, co broni nasze serca i umysły przed rozproszeniami, ale i pewnego rodzaju zatwardziałością jest Słowo, którym się posługujemy w medytacji i towarzysząca mu łaska.

Mówiąc o zatwardziałości serca mamy na myśli częstą niezdolność współczesnego człowieka do doświadczenia Boga, powiązaną najściślej z kryzysem modlitwy. Jak pisze szwajcarski teolog i działacz ekumeniczny Kurt Marti: „Niezdolność do modlitwy współczesnego człowieka Zachodu, czy wręcz jej zanik – jest religijnym zawałem serca dzisiejszego chrześcijaństwa, który stał się przyczyną wszystkich innych kryzysów Kościoła. Jeśli możliwy jest jakiś ratunek, to tylko przez odnowę modlitwy. Modlitwa jest bowiem pulsującym znakiem życia duchowego.”

Podobną diagnozę stawiał też Merton pisząc, że: „zachodnich chrześcijan dręczą niekiedy posępne myśli, że są dziećmi schyłkowej kultury. W obliczu dzisiejszej kultury Zachodu, który – jak sądzą – znużony jest modlitwą, albo stał się do niej często niezdolny, marzą o odnalezieniu swojego „ja” i o religijnej odnowie szukając impulsów ze strony medytacji dalekowschodniej” [Dziennik Azjatycki].

Innym wymiarem rzeczonej zatwardziałości serca jest wspomniane w ostatnim wprowadzeniu „mechaniczne serce” i jego skutki. Aby wyjaśnić czym jest owo mechaniczne serce warto przywołać opowiadanie chińskiego filozofa Czuang-cy, w którym mówi on o starym człowieku, który aby nawodnić swój ogród, z największym trudem wyciągał raz po raz z głębokiej studni napełnione wodą naczynie. „Pewien przechodzący obok wędrowiec poradził mu, aby czerpał wodę ze studni za pomocą wału z korbą i łańcuchem, żeby ułatwić sobie pracę. Na co starzec z gorzkim uśmiechem odrzekł: – Jeśli ktoś posługuje się maszynami, to wszystkie swoje sprawy załatwia jak maszyna a kto swoje sprawy załatwia jak maszyna, nabywa mechanicznego serca. A jeśli ktoś ma mechaniczne serce to traci czystą prostotę. Kto zaś utraci czystą prostotę, staje się niepewny w poruszeniach swojego ducha. Niepewność zaś w poruszeniach ducha jest czymś, co sprawia, że tracimy prawdziwy sens życia”. [O przekleństwie maszyny].

Od czasu napisania tej opowieści technika gigantycznie zmieniła świat, życie, ale też sposób myślenia człowieka. Niestety zmiana ta – Czuang-cy mówi o utracie czystej prostoty – nie ominęła także doświadczenia wiary i modlitwy, lub używając słów Mertona „gruntownie ugodziła i zraniła religijne korzenie człowieka”. Ponieważ nauczyliśmy się myśleć naznaczeni współczesnym rozwojem techniki sami często nie potrafimy już dostrzec tych głębokich przemian naszych wyobrażeń o sobie, o świecie, o Bogu i naszym stosunku do Niego, jakie dokonały się w ostatnich dekadach.

Stąd potrzebny jest nam – jak wspomniano na początku dzisiejszego wprowadzenia – powrót do prostoty, wewnętrznej wolności i życia w prawdzie, które to cechy znajdujemy u Jezusa i których tylko On może nas na nowo nauczyć – jak pisał Merton w Nowym posiewie kontemplacji – przez medytacyjne milczenie, które jest czymś więcej niż tylko zwyczajną ciszą spowodowaną brakiem słów. Milczenie to nic innego jak zachowaniem uwagi dla Boga. To intensywny kontakt z Nim na poziomie serca otwartego na łaskę, która przenikając całą naszą istotę staje się zaczynem prawdziwej i głębokiej przemiany człowieka na poziomie zarówno jego świadomości jak i podświadomości. Dlatego właśnie jedną z podstawowych dróg prowadzących do odnowy duchowej w Kościele jest kontemplacja, w której wielu teologów schyłku XX wieku widziało ratunek dla dotkniętego coraz bardziej mechanicznym sercem chrześcijaństwa. Jak pisał Karl Rahner: „Chrześcijanin XXI wieku albo będzie kontemplatykiem, albo go w ogóle nie będzie”.

Zacząć od modlitwy…

Po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł i podniósł ją, ująwszy za rękę, a opuściła ją gorączka. I usługiwała im.

Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto zebrało się u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ Go znały.

Nad ranem, kiedy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: «Wszyscy Cię szukają». Lecz On rzekł do nich: «Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo po to wyszedłem».

I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy. (Mk 1, 29-39)

„Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił.” To bardzo ważny fragment dzisiejszej Ewangelii. Można powiedzieć wręcz – jej serce.

Dzień Jezusa rozpoczynał się modlitwą, z niej bowiem czerpał moc do wypełnienia zadań danego dnia. Jezus też nigdy, nawet po intensywnej pracy i wysiłku nie zwalniał się z modlitwy.

Ewangelista św. Marka pokazuje nam Jezusowy program dnia. Jest program dla każdej i każdego z nas.

Jezus pochyla się nad człowiekiem. Tę prawdę także pokazuje nam dzisiejsza Ewangelia. Jest to zawsze pochylenie się pełne miłości i współczucia wobec ludzkiego cierpienia zarówno tego fizycznego, jak i duchowego. To właśnie z modlitwy Jezus czerpie tę moc, dzięki której później może służyć innym w miłości.

To jest także ważna katecheza dla nas. Również nasze pochylenie się nad innymi powinno czerpać swoją moc z modlitwy, z rozmów z Ojcem, w wyciszeniu. Program dnia Jezusa jest taki: Jezus po wyjściu z synagogi dokonuje czynów dobroci: uzdrawia teściową św. Piotra, dokonuje czynów dobroci wobec wszystkich chorych i opętanych, dotkniętych rozmaitymi chorobami… Jezus swoim postępowaniem ustala pewien porządek. Najpierw trwa na modlitwie, jest w synagodze w Kafarnaum – gdzie mieszkał też św. Piotr i jego teściowa, potem udaje się na miejsce pustynne i tam się modli, dopiero za tym idą czyny dobroci.

My również jesteśmy powołani do dobra. To powołanie na wskroś chrześcijańskie, skoro mottem naszego życia ma być przykazanie miłości a zasadą naśladowanie Chrystusa.

Ojcowie Pustyni przyjmowali taka generalną zasadę: „Ad Patrem et ad fratrem”. Trzeba iść do Boga i iść do brata, do bliźniego, do człowieka. Ale zawsze w takiej kolejności: najpierw Bóg, potem człowiek. Najpierw trzeba siłę do działania zaczerpnąć od Ojca. Miłość bliźniego musi czerpać moc z Miłości Ojca, od Tego, który jest Źródłem Miłości.. Miłość bliźniego bez Miłości Ojca łatwo może się zagubić i staje się tylko zwyczajnym humanitaryzmem.

Jezus uświadamia nam potrzebę bycia na kontemplacji miłości Boga, bo to jest najlepszy punkt wyjścia dla naszych wyborów, dokonań. A zatem Ewangelia daje nam program naszego dnia, a może nawet program naszego życia w pewnym ustalonym porządku: modlitwa, czyny dobroci, wszelkiego rodzaju aktywność społeczna – nie wolno przy tym zapomnieć o odpoczynku, który także jest formą miłości i troski o siebie – i znów  modlitwa, która także dobrze gdyby była odpoczynkiem w obecności Ojca. Niestety dla wielu modlitwa stała się dziś przestrzenią trudu, walki duchowej, lub rutyną a w konsekwencji zamiast być przestrzenią wytchnienia staje się przestrzenią wewnętrznego zmagania. Dzieje się tak często dlatego, że bardzo trudno zastosować nam do życia ten schemat, którego pragnie nas nauczyć Jezus i w przeciwieństwie do Niego modlitwa jest pierwszą rzeczą, z której gotowi jesteśmy się zwalniać, gdy jesteśmy zmęczeni, sfrustrowani lub po prostu brakuje nam czasu. Ten ostatni powód jest częstym usprawiedliwieniem dla braku porządnej modlitwy w codziennym życiu. Tymczasem zapominamy często, że Jezus dając nam pewien schemat postępowania, który  zaczyna od modlitwy i do niej wraca pragnie nam uświadomić, że harmonia naszego życia, jego jakość a zwłaszcza głębia i intensywność z jaką je przezywamy nie zależy jedynie od nas. Zależy od tego czy i na ile pozwolimy ukształtować Bogu nasze serce i naszą głowę. Każdy, kto potrafi zdobyć się od rozpoczęcia swojego dnia od medytacji i na niej go skończyć doskonale wie o czym mowa. Codzienna medytacja (najlepiej gdy zaczynamy i kończymy nią dzień) chroni nas od przyjęcia postawy „mechanicznego serca” i jego skutków w naszym życiu. Ale o tym następnym razem…

Miłująca obecność

Jan Chrzciciel stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: Oto Baranek Boży. Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: Czego szukacie? Oni powiedzieli do Niego: Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?

Odpowiedział im: Chodźcie, a zobaczycie. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: Znaleźliśmy Mesjasza – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa.

A Jezus wejrzawszy na niego rzekł: Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas – to znaczy: Piotr. (J 1, 35-42)

Warto dzisiaj stanąć z uczniami przy Janie, aby przypomnieć sobie i jeszcze raz przeżyć swoje pierwsze spotkanie z Jezusem i podziękować za tych, który – jak Jan – pierwsi pokazali nam Jezusa lub powiedzieli nam o Nim. Spróbujmy sobie przypomnieć słowa o Jezusie, które najbardziej poruszyły nas i zbliżyły nas do Niego.

Bardzo charakterystyczne jest to, że Jan, który wskazuje uczniom na Jezusa stoi, podczas gdy Jezus jest w drodze. Jest Drogą… Jan wskazuje uczniom na Jezusa, ale nie idzie z nimi. Nie staje się Jego uczniem. Często tak bywa, że drogi tych, którzy wskazali nam Jezusa i nasze drogi są inne. Każda i każdy z nas powinien podążać swoją własną ścieżką zarówno w życiu jak i duchową. W obu przypadkach Pan Bóg będzie nam dawał znaki lub konkretne rady tych, którzy idą podobną drogą, ale ostatecznie Przewodnikiem na tej drodze jest sam Jezus.  Zresztą On sam z tą droga, którą pragnie nas prowadzić się utożsamia. Ja jestem Drogą – mówi.

Praktyka medytacji monologicznej to także pewna droga, którą wydeptujemy przez codzienną, wytrwałą praktykę wraz z innymi uczniami idącymi za Jezusem. Charakterystyczne jest to, że Jezus nie zostawia nas w tyle. Scena z dzisiejszej Ewangelii, gdy Jezus odwraca się, patrzy na uczniów i pyta: „Czego szukacie?”, pokazuje, że jest żywo zainteresowany naszą wędrówką, jej postępami, tym czy nie błądzimy, szukając niewłaściwych rzeczy…

Charakterystyczne dla uczniów podążających za Jezusem jest to, że z wielką pasją pragną poznać Jezusa, pobyć z Nim. To postawa, która powinna także charakteryzować idących za Jezusem droga modlitwy monologicznej.  Sama motywacja siadania do codziennej medytacji winna wypływać z chęci bycia z Jezusem, z pasji poznawania Go. Warto pytać, czy w nas jest ciągle ta pasja, która towarzyszyła nam przy pierwszych krokach stawianych na drodze medytacji? W jakimś sensie każde zasiadanie do medytacji wymaga od nas, abyśmy, jak uczniowie z Ewangelii, zostawili choć na chwilę wszystko, co mogłoby odwracać nasza uwagę i nasze serce od Niego, aby móc bardziej skupić się na Jezusie.

Ewangelista relacjonuje, że uczniowie „Pozostali u Niego”. Tylko przebywanie z Jezusem pozwala Go lepiej poznać i rozmiłować się w Nim. On zawsze jest hojny w obdarowywaniu nas swoją łaską, jeśli tylko chcemy poświęcić Mu swoją uwagę i czas. Dlatego nie skąpmy Jezusowi czasu na codzienną medytację! Nie ulegajmy rutynie, przyzwyczajeniu, pośpiechowi, gdyż one są największymi wrogami tej duchowości. A Jezus będzie nam wynagradzał nasz trud. Będzie nas przemieniał upodabniając do siebie tak, abyśmy z czasem stając się do Niego podobni w naszym myśleniu, w naszym sposobie patrzenia na rzeczywistość i w naszym stylu życia – podobnie jak Jan – mogli Go wskazywać innym.

Bo jak pisał niedawno przed śmiercią papież Benedykt XVI: „Częste przebywanie z Jezusem na modlitwie zawsze nas przemienia. Czyni z uczniów – świadków. Sprawia, że coraz częściej towarzyszy nam wewnętrzne przekonanie o Jego miłującej obecności, która ogarnia całe nasz życie i nieustannie nam towarzyszy przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu i którą pragniemy się podzielić z innymi”.

TERAZ…

Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: „Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić”.

On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: „Z Egiptu wezwałem Syna mego”.

Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców.

Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: „Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma”. (Mt 2, 13-18 )

To ciekawe, że liturgia, która stara się zachować w ciągu roku liturgicznego swoją chronologię w przypadku okresu Bożego Narodzenia jest całkiem niechronologiczna. Drugiego dnia po Bożym Narodzeniu mamy święto pierwszego męczennika, który oddał życie za Chrystusa już po Jego zmartwychwstaniu a dzisiaj święto młodzianków – męczenników, którzy zostali zamordowani z rozkazu Heroda w okresie mniej więcej jednego do dwóch lat po narodzeniu Chrystusa, choć już po wizycie Mędrców a przecież przeżywamy to święto dziś na ponad tydzień przed świętem Trzech Króli. Kto rozwiąże tę zagadkę?

A może to dla nas – medytujących wezwanie, żeby nie przywiązywać zbyt wielkiej uwagi do czasu. Nie, żeby go nie szanować, bo przecież jest dla nas darem od Pana Boga, zresztą chyba jednym z najtrudniejszych, z którym najczęściej nie potrafimy sobie radzić, bo albo się niemiłosiernie dłuży, albo znów mamy go za mało. Nigdy w sam raz! Mam na myśli raczej nieprzywiązywanie się do czasu wedle słów znanego powiedzenie, że „czas do nas nie należy”, choć tak często próbujemy go sobie zawłaszczyć. Zarówno czas dany nam, jaki i czas innych…

Jak zwykł mawiać Jan Paweł II: „Wczoraj do ciebie nie należy. Jutro niepewne… Tylko dziś jest twoje”.

Ale to dziś jest nasze jedynie wówczas, gdy potrafimy je przyjąć jako dar i jako dar przeżyć. Świadomość daru daje nam zupełnie inna perspektywę – uczy nas szacunku i wdzięczności wobec tego co otrzymaliśmy. Czy potrafimy spoglądać tak na czas? Czas pracy, czas odpoczynku, czas spędzony z rodziną czy z przyjaciółmi, czas ofiarowany nam na modlitwę, na medytację, czas, jakim jest nasze życie. Są nam podarowane! Są łaską! Dla mnie takie spojrzenie to warunek wstępny do tego, żeby nauczyć się nie marnować czasu, ale też żeby go nie próbować zawłaszczać, bo wówczas szczególnie mocno nam się wymyka.

Wielu ludzi żyje przeszłością. Często nie umiemy żyć teraźniejszością. I myślę, że w jakiejś mierze dotyczy to nas wszystkich. Rozważamy w kółko określone wydarzenie które miało miejsce dawno temu. Pozwalamy się w ten sposób złapać w pułapkę naszych uprzedzeń, tęsknot i żali. Nieumiejętność wybaczenia komuś lub sobie popełnionego czynu sprawia, że nie jesteśmy w stanie odciąć się od przeszłości i zostawić jej tam gdzie jej miejsce – w przeszłości, w rękach Boga.

Znam tyle osób, które pomimo dnia dzisiejszego żyją dniem wczorajszym, lub jutrem – wierząc a raczej marząc, że to co dobre wydarzy się dopiero w przyszłości. A w ten sposób ucieka im życie w wiecznych rozterkach, tęsknotach, w niepokoju serca.

Niestety w ten sposób nigdy nie sposób poczuć się spełnionym w swoim życiu.

Właśnie w tych dniach leci w programie pierwszym telewizji serial „The Chosen”. Oglądam go czasem z uczniami na religii i to, co mnie w nim uderza najbardziej to naturalność Jezusa i właśnie to intensywne życie chwilą obecną. Bożym i Jego TERAZ. To jedna z umiejętności, których pragnie nas nauczyć Jezus. Cieszyć się każdą chwilą spędzoną z bliskimi, z kolegami i koleżankami w pracy, ze sobą, cieszyć się drobnymi szczegółami naszego życia. To jest droga do pokoju serca, którego pragnie nam udzielić Chrystus. I to chyba najlepszy sposób okazania wdzięczności Bogu za czas, jaki nam podarował. Za Boże i moje TERAZ!

„Całe życie w jednym oddechu”  – to zdanie usłyszałem kiedyś od jednego z nauczycieli medytacji. To kwintesencja tego, co przeżywamy w medytacji monologicznej. Jednej z najlepszych szkół życia chwilą obecną. Bożym i moim TERAZ.  

Bo tak naprawdę mamy tylko chwilę obecną. Przeszłość ani przyszłość nie należy do nas. Żyjmy zatem dzisiaj, bo nie wiadomo, czy jutro w ogóle będzie! TERAZ jest naszym życiem, TERAZ jest naszą modlitwą, TERAZ jest sposobem, w jaki możemy wyrazić naszą miłość, TERAZ…

Niech codzienna praktyka medytacji uczy nas skupiać się owym TERAZ, przeżywać swoje życie w ciągu jednego oddechu i jednego towarzyszącego mu wezwania. Cokolwiek robisz w tym momencie, rób to w pełni świadomie, bo tak naprawdę masz tylko ten moment. Tylko TERAZ możesz przeżywać w pełni swoje życie.

Znam takie osoby, którzy wypisują na kartce „ZROBIĘ TO JUTRO”, wieszają tą kartkę na drzwiach lub lodówce i czytają codziennie…

Tymczasem przyjdzie moment, kiedy po TERAZ nie będzie już żadnego JUTRA. Będzie jedynie wieczne TERAZ! Zatem ucząc się żyć TERAZ uczymy się oddychać wiecznością i wiecznym TERAZ Boga. Oby kiedyś i naszym…