Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Zabawa w podchody

Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko! Niechaj bezbożny porzuci swą drogę i człowiek nieprawy swoje knowania. Niech się nawróci do Pana, a Ten się nad nim zmiłuje, do Boga naszego, gdyż hojny jest w przebaczaniu. (Iz 55, 6-9)

Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – mówi Pan. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi.

Jest coś przewrotnego w zabawie w podchody: jedna grupa ucieka i się ukrywa, ale jednocześnie celowo zostawia ślady, wskazówki, tak aby ci, którzy idą za nią, ją znaleźli. Żeby zabawa była udana, uciekający muszą chcieć, żeby ich znaleźć.

Usłyszałem kiedyś od jednego z filozofów zdanie: „Bóg się bawi z nami w podchody”. W pierwszym odruchu to zdanie zrodziło we mnie opór, ale pomyślałem za chwilę, że może coś w tym jest. Bóg nieustannie zostawiał i zostawia nam znaki, dzięki którym możemy odnaleźć Jego obecność. Monie nie zawsze wprost, ale na tyle, aby mieć pewność, że jest gdzieś w pobliżu, jednak zmusza nas do pewnego wysiłku – nazwijmy to duchowego – aby dać nam trochę radości w szukaniu i odnajdywaniu Go. Prorok Izajasz pisze, żeby szukać Pana, kiedy pozwala się znaleźć, ale chwilę później dopowiada, na czym to szukanie Boga ma polegać – na odwróceniu się od zła. Po to, aby otrzymać miłosierdzie i przebaczenie. Być może już się przyzwyczailiśmy do tych słów, a to chyba źle, bo nie uderza nas, jak nieoczywiste są to prawdy, jak trudne do zrealizowania przez nas. Całe szczęście, że Jego sposób myślenia i działania różni się diametralnie od naszego.

Na drugim końcu continuum dzisiejszych czytań jest Ewangelia, w której to Bóg jest tym, który wychodzi na poszukiwanie człowieka. Przypowieść o gospodarzu najmującym do pracy w winnicy słyszeliśmy a przecież w całej opowieści punkt ciężkości położony jest nie na pracowników, ale na pracodawcę.

Bóg ukrywający się pod osobą gospodarza jest tym, który wytrwale  szuka człowieka. Izajaszowe znalezienie Boga polega na tym, aby dać się Jemu znaleźć i dać się zaprosić do winnicy. Nie oznacza to, że mówimy o powrocie do wiary, ale o pozwoleniu, żeby dać się dotknąć i przeniknąć Bożej obecności i miłosierdziu. Mateusz jednak przestrzega nas przed postawą tych, którzy przyjęli zapłatę a potem szemrali, jakby chciał podkreślić, że brak wdzięczności jest tym, co najczęściej zamyka nam drogę do Królestwa. Całe szczęście, że to Królestwo przychodzi do na w osobie Jezusa, który jest wyrozumiały dla naszych słabości i miłosierny.

I jeszcze jedne słowa z Księgi Izajasza, obok których niepodobna przejść obojętnie: „Myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami”. To słowa, które wracają do mnie często jako modlitwa otrzeźwienia w chwilach, gdy spotyka mnie coś, czego nie rozumiem do końca, to słowa modlitwy – jak ktoś powiedział – na niespokojne czasy i chwile, w których nam – chrześcijanom – czasem trudno się odnaleźć. To właśnie w takich chwilach ten krótki werset z Izajasza nabiera szczególnego znaczenia i uczy pokory, kiedy tak bardzo chcieli byśmy, żeby było po naszemu a nie jest.

Wciąż wiele nie rozumiem. Modlitwa Izajasza – moja mała litania na chwile i wydarzenia trudne i niezrozumiałe – stanowi odtrutkę na mój brak pokory. Okazuje się bowiem, że dobre rewolucje to nie te, które się rodzą z buntu – jak często nam wmawiają różni guru współczesnego świata – ale z zaufania Bogu.

Boga nie trzeba szukać

Rodzice Jezusa chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał On lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go.

Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami.

Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie».

Lecz On im odpowiedział: «Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?» Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział.

Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu.

Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi. (Łk 2, 41-52)

„Czemuście Mnie szukali?” – od Bożego Narodzenia Boga nie trzeba szukać. On po prostu jest we wszystkim, co należy do Niego. A do Niego należy wszelkie dobro, a więc każdy człowiek, każde Boże stworzenie i wszelkie Boże działanie. On jest we wszystkim, co nie jest Jemu wrogie.

Ta dzisiejsza Ewangelia mówi też o świadomości Chrystusa, że Jego Ojcem jest Bóg – słyszeliśmy to zapewne wielokrotnie. A idąc za ciosem można by powiedzieć, że nosząc w sobie dziecięctwo Boże my także winniśmy lubić przebywać w świątyni, w bliskości Ojca. Być może jeśli częściej odkrywalibyśmy obecność Boga w świątyni i w modlitwie, łatwiej byłoby nam również odnajdywać Boga w codzienności i w wydarzeniach naszego życia.

Św. Ignacy z Loyoli, którego duchowym synem był wspominany dziś św. Stanisław Kostka nazwał znajdowanie Boga we wszystkim najwyższą formą pobożności, wyższą od długich modlitw w kościele. Być może nam, dziś, Jezus powiedziałby: „Po co wam długie modlitwy, skoro nie umiecie mnie znaleźć w waszej codzienności? Czy nie wiedzieliście, że znaleźć mnie możecie wszędzie wokół siebie, a modlitwa jest szkołą, która ma nam to ułatwiać?”

Jednym z zadań zwykłego księdza jest prowadzenie katechezy w szkole. Zdarzają się klasy szczególnie aktywne, które zawsze zadają dużo pytań. To, oczywiście w szkole, liczy się na plus. Niestety, gdy staram się udzielić jak najbardziej jasnej odpowiedzi okazuje się, że uczniowie już mnie słuchają, bo ich uwaga przeniosła się już na coś innego. Pewnego razu zapytałem dzieci z jednej z młodszych klas: „Czy chcecie być jak Jezus?”. Ponieważ była to lekcja religii, padła gromka odpowiedź „tak!”. Wtedy powiedziałem im: „to zróbcie tak jak On w świątyni: on przysłuchiwał się i zadawał pytania, w tej dokładnie kolejności. A wy robicie odwrotnie: nie słuchacie mnie i zadajecie pytania”.

Przywołuję ten przykład, bo może on być czasem obrazem naszego życia duchowego. Czy nie jest tak, że czasem pozwalamy rozwijać się w sobie różnego rodzaju trudnościom albo wątpliwościom w wierze, z których większość z nich w ogóle nie pojawiłaby się, gdybyśmy częściej i otwartym sercem słuchał słowa Bożego?

Może wiele zawikłań w życiu rozwiązałoby się, gdybyśmy częściej otwierali dla Boga na swoje uszy, rozum i serce? To gorąca zachęta do codziennej medytacji nad słowem Bożym. Każdy, kto ma w tym względzie jakieś doświadczenie doskonale wie, że słowo Boże potrafi być odpowiedzią na najtrudniejsze dylematy i wątpliwości, byle dać mu szansę przemówić do nas we właściwym czasie. Trzeba nam niejednokrotnie jak Maryja z cierpliwością przyjąć to słowo i ponosić w sercu, bo nigdy nie wiemy kiedy objawi swoją moc i mądrość.

Jak to pięknie miał powiedzieć patron dnia dzisiejszego: „Nie narzekaj, że Bóg nie mówi, jeśli twoje Pismo święte jest zawsze zamknięte!”

Medytacja jako trwanie w wierze, nadziei i miłości

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie. Po części bowiem tylko poznajemy i po części prorokujemy. Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.

Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne.

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś ujrzymy twarzą w twarz. Teraz poznaję po części, wtedy zaś będę poznawał tak, jak sam zostałem poznany.

Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: największa z nich jednak jest miłość. (1 Kor 13, 4-13)

Nie sposób oprzeć się przywołaniu tego fragmentu Listu św. Pawła do Koryntian zwanego popularnie „Hymnem o miłości” jako komentarza do medytacji dlatego, że dla mnie św. Paweł zawiera w tym tekście najbardziej trafną definicje tego czym jest kontemplacja: „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: największa z nich jednak jest miłość”. Bo zarówno kontemplacja, jak i będąca przedsionkiem do niej medytacja monologiczna to nic innego jak trwanie przed Bogiem  w wierze, nadziei i miłości. A ponieważ w medytacji monologicznej szczególny naciska kładziemy na trwanie, właśnie dlatego to miłość wydaje się największa, bo ona jest fundamentem trwania. Jeśli kocham, to bycie przy osobie kochanej wydaje się najprostszym przejawem tej miłości.

Kiedyś znalazłem takie zdanie Mertona: „Medytacja podobnie jak i miłość nie jest zbytkiem. Decyduje o jakości każdej chwili życia”. To mocne słowa człowieka modlitwy. Człowieka, który z modlitwy uczynił sposób na miłość do Boga. 

Drugim fundamentem medytacji obok bycia jest cisza. Milczenie. I w tym miejscu na powrót wraca werset św. Pawła Apostoła: „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość”. Sądzę bowiem – i pokazuje to nie tylko moje doświadczenie – że bez wiary, nadziei i miłości nie da się zbyt długo wytrwać w milczeniu. Można by w tym miejscu przywołać wiele tekstów z Pisma Świętego, w których autor natchniony sugeruje, że milczenie nie jest puste, tylko pełne Bożej obecności. Księga Mądrości Syracha mówi nam, że: «Milczenie strzeże tajemnicy», tajemnicy Boga. Pismo święte zachęca nas do wejścia w to milczenie, jeżeli chcemy Go odnaleźć.

Niemniej jednak, ten sposób mówienia Boga okazuje się dla nas trudny. Psalmy ukazują to wymownie: «O Boże, nie trwaj w milczeniu, nie milcz i nie spoczywaj, Boże!» (Ps 83, 2). Jeszcze trudniejszym wyzwaniem trwanie w milczeniu wydaje się dla współczesnego człowieka.

Pewien włoski karmelita, który zabrał się w drogę do Polski z polskimi pielgrzymami – opowiadał, że po dwóch dniach wyszedł z autobusu, słaniając się na nogach. „I co, pobożni ci Polacy?” – pytali bracia. „Bardzo pobożni! Wszystkie części Różańca, litanie, pieśni. Nawet nie było czasu się pomodlić!”.

Być może dzieje się tak dlatego, że współczesny człowiek boi się dopuścić Pana Boga do głosu, bo być może usłyszałby coś, czego nie chce usłyszeć. Np. zostaw na dzień, dwa lub trzy takie gadżety jak: komórka, Internet i poszukaj ciszy, w której będziesz miał okazję spotkać się z Bogiem i z samym sobą.

Dziś mamy wszystko na wyciągniecie ręki: komputer, iPody, tanie linie lotnicze… Jesteśmy skąpani w morzu propozycji, które potrafią wypełnić całe nasze myślenie. Tyle tylko, że często w tym myśleniu brakuje miejsca dla tego, kto powinien być dla nas najważniejszy – dla Boga. Warto pytać siebie: Czy różnego rodzaju narzędzia, które podarował nam rozwój technologii, choć są często pomocne, to nie stały się przeszkodą w kontakcie z Bogiem nie mówiąc już o  uniemożliwieniu nam życia kontemplacyjnego?

Jeśli choć na jedno z tych pytań odpowiedź jest twierdząca, to znak, że tym bardziej potrzebujemy chwil samotności i ciszy!

W każde wakacje od kilku już lat staram się szukać ciszy. Pobyć tydzień czasem dwa bez telewizji, radia, komórki, czy netu. Obserwuję przez lata, jaką to daje wolność. Dziękuję Bogu, że należę do pokolenia, które jeszcze nie znało komórki czy Internetu i dlatego wie, że można się bez nich obejść.  Dlatego z każdym rokiem we mnie ta potrzeba szukania ciszy staje się coraz większa. Wiem, że bez niej w ogóle nie byłbym w stanie funkcjonować…

 Poszukujmy wytrwale ciszy w medytacji a w niej szukajmy i słuchajmy Boga.

Matka Bolesna – ikona milczenia i kontemplacji

Obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie. (J 19,25-27)

Jeden z kapłanów, z którym sprawowałem dzisiaj najświętszą Eucharystię powiedział w kazaniu zdanie, które noszę ze sobą w sercu: „Rozważając tę dzisiejszą perykopę ewangeliczną skupiamy się zazwyczaj na cierpieniu Maryi stojącej pod Krzyżem stojąc pod krzyżem, tymczasem zapominamy o tym, że był to dla Maryi także czas dojrzewania Jej wiary”.

W zasadzie dla wszystkich najbliższych Jezusowi osób, którzy wytrwali pod Krzyżem był to bardzo trudny egzamin z wiary. Byli niestety wśród uczniów i tacy, którzy przed tym egzaminem zdezerterowali. Śledzenie ich losów także po zmartwychwstaniu pokazuje, że musieli dużo dłużej dojrzewać w wierze.

„Kiedy Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: Niewiasto, oto syn Twój„.

Tylko czworo bardzo bliskich Jezusowi ludzi wytrwało przy Nim w godzinie Jego ukrzyżowania. Ewangelista wymienia ich z imienia. Była to Jego Matka, Jego ciotka – też Maria, żona Kleofasa, Maria Magdalena oraz Jego umiłowany uczeń, Jan.

Otóż już dawno zauważono jeden zdumiewający szczegół. Mianowicie kiedy Pan Jezus zmartwychwstał, Ewangelie relacjonują Jego spotkanie prawie z wszystkimi z nich – z jednym jedynym wyjątkiem Matki Najświętszej. I w Kościele od wieków domyślano się, dlaczego nie ma w Ewangeliach relacji o spotkaniu Zmartwychwstałego ze swoją Matką.

Zauważmy, że wszystkie opisane w Ewangeliach spotkania Zmartwychwstałego ze swoimi przyjaciółmi były to spotkania z tymi, którzy w Wielki Piątek utracili wiarę. Przypomnijmy sobie choćby Marię Magdalenę, tak gorzko płaczącą, że Jezus, tak dobry i tak Boży człowiek został tak straszliwie skrzywdzony. Uczniowie z Emaus mówili tylko z rezygnacją: „A myśmy się spodziewali, że On odkupi Izraela”.

Jedna jedyna Matka Najświętsza nie tylko wytrwała pod Krzyżem, ale wytrwała również w wierze. A to znaczy, że jej cierpienie pod Krzyżem było jedyne w swoim rodzaju. Cierpiała nie tylko jako matka, której Syn został tak potwornie storturowany i zamordowany. Cierpiała również dlatego, że rozumiała straszliwość ludzkiego grzechu, skoro doprowadził on aż do ukrzyżowania Syna Bożego.

Swoją Matkę Bolesną – jedyną wówczas wierzącą w Niego – ukrzyżowany Jezus dał wówczas za matkę Janowi. Wierzymy, że ona została wówczas dana za matkę nam wszystkim, którzy wierzymy w Jezusa Chrystusa.

Z tą świadomością, że ona jest również naszą matką, przypomnijmy sobie teraz słowa w ogóle pierwszego proroctwa, jakie znalazło się w Piśmie Świętym: „Położę nieprzyjaźń między tobą – mówił Bóg do Węża – a Niewiastą, między potomstwem twoim a potomstwem jej: ono zmiażdży ci głowę”. Zauważmy: proroctwo nie mówi: „potomkiem jej”, ale: „potomstwem jej”.

Bo jeśli ona, Maryja, jest również naszą Matką, to my wszyscy jesteśmy jej potomstwem, które – będąc w jedności z Jezusem Chrystusem – ma moc zwyciężać Węża.

Jest jeszcze jeden aspekt, który warto w rozważaniu tajemnicy obecności Maryi pod Krzyżem poruszyć. Aspekt, który podczas jednej ze swoich katechez podjął papież Franciszek.  Papież wskazał na Matkę Jezusa jako doskonałą ikonę milczenia, od Zwiastowania po Kalwarię. „Maryja była kobietą milczenia, ale jak wiele mówiła Panu w swoim sercu” – podkreślił. Dodał, że swoim milczeniem osłoniła tajemnicę, której nie rozumiała, pozwalając, aby w ten sposób owa tajemnica wzrastała i rozkwitała w nadziei, umacniając jej wiarę.

W tym sensie Maryja pozostanie dla nas zawsze Mistrzynią milczenia, mistrzynią kontemplacji, Mistrzynią przyjmowania sercem tego, co trudno nam czasem ogarnąć naszym umysłem.

Podwyższenie Krzyża i wywyższenie człowieka

Jezus powiedział do Nikodema:

«Nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił, Syna Człowieczego.

A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne.

Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony». (J 3, 13-17)

Jeden z moich znajomych, który nurkuje na dużych głębokościach, opowiadał mi, że jednym z bardziej fascynujących doświadczeń jest nurkowanie nocą. Kiedy pod wodą wyłączy się światło, bardzo szybko przestaje się orientować, gdzie jest góra, a gdzie dół. Człowiek w ciemności, zanurzony w toni traci orientację. W świetle ją odzyskuje. Nasze życie czasem może przypominać takie dezorientujące nurkowanie, w którym gubią nam się kierunki i punkty odniesienia. Gdzie jest prawdziwe wywyższenie, a gdzie poniżenie.

Nasz świat pełen jest historii ludzi, którzy sporo wysiłku wkładają w to, żeby się wywyższyć ponad innych poprzez to, że więcej wiedzą, posiadają, znaczą… W ten sposób można budować poczucie swojej wartości i władzy. Często jest to okupione cierpieniem tych, którzy po drodze muszą być poniżeni, którym trzeba udowodnić, że są słabsi, gorsi, mniej zdolni. Naturalną konsekwencją takiego stanu rzeczy są konflikty, rosnąca dysproporcja i rozdarcie. Nikt jednak lepiej niż Bóg nie wie, że nie ma większego poniżenia w życiu człowieka niż grzech i trwanie w nim, a największe ubóstwo, jakie można sobie zgotować, to pycha. Dlatego dzisiejsze święto mówi o zupełnie odwrotnym ruchu ze strony Boga, który jest samą mocą, wszechwładzą i wszechwiedzą. Bóg w Jezusie Chrystusie w sposób całkowicie wolny uniżył samego siebie, przyjąwszy postać sługi po to, byśmy my, kąsani naszymi grzechami, poniżeni naszymi upadkami, mogli bez lęku zbliżyć się do Tego, który kocha bez pamięci.

Zdarza się, że idąc drogą wiary, szukając Boga, tracimy cierpliwość, bo nie jest tak gładko jak oczekiwaliśmy. Mierzymy się z tym, że droga do pełnej wolności dzieci Bożych nie jest tak prosta, że „stary człowiek” tak łatwo się nie poddaje. Wtedy możemy doświadczać palącego jadu wątpliwości i niewiary. Może się zdarzać tak, że wcale nie potrzebujemy zewnętrznych sędziów, bo sami siebie już dawno osądziliśmy i potępiliśmy. I po to właśnie Jezus dał się przybić do krzyża, żebyśmy widzieli, że ręce Boga są dla nas zawsze szeroko otwarte, aby przygarniać, a nie odpychać, usprawiedliwiać a nie potępiać. Prawo Miłości, która za nas stała się bezbronna i pozwoliła się przybić do Krzyża wyzwala nas spod prawa grzechu i śmierci.

Dlatego św. Paweł zadziwiony ogromem Bożej miłości napisze: Cóż więc na to powiemy? Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby także wraz z Nim wszystkiego nam nie darować? Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł [za nas] śmierć, co więcej – zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami? ( Rz, 8, 31-34)

Bóg uniża się po to, aby człowiek został wywyższony. Czy może być coś piękniejszego? Krzyż jest rzeczywistością, która poradziła sobie ze śmiercią – chociaż śmierć się na nim dokonała, to krzyż przestaje być przeklętym znakiem potwornej śmierci przestępców, a zaczyna być znakiem życia. Miejscem, gdzie możemy szukać odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. Drogowskazem, który nie pozwoli nam nigdy zabłądzić w drodze do domu Ojca.