Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Modlitwa jest oddechem życia

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni to lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu.

A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6, 5-6)

Każdy z nas ma jakąś swoją „izdebkę”, miejsce, w którym czuje się dobrze i gdzie lubi przebywać w obecności Pana…

Ojciec Carlo Carretto, Mały Brat od Jezusa przestrzega w swojej książce „Pustynia w mieści”, abyśmy unikali postawy „modlitwy człowieka bogatego”, czyli takiego, który ma teoretycznie dużo czasu na modlitwę, ale rzuca z niego jedynie jakiś ochłap dal Pana Boga.

Czasem wydaje nam się, że nasza modlitwa jest darem, jaki ofiarowujemy Bogu, ale ja wole myśleć o modlitwie, jako o darze podarowanym mnie przez Boga. Mam głębokie przekonanie, że im trudniej nam znaleźć taki czas dla Pana Boga, tym jest on dla nas cenniejszy i tym bardziej potrafimy popatrzeć na niego jak na DAR. Do tego zachęcał także papież Franciszek podczas swojej ostatniej audiencji generalnej, mówiąc o modlitwie.

Chciałbym nawiązać w dzisiejszym wprowadzeniu do medytacji nawiązać właśnie do tej katechezy, w której Ojciec Święty wiele miejsca poświęca modlitwie nieustannej.

Papież podkreślił, że jesteśmy zaproszeni do tego, aby modlić się nieustannie. Wskazał, że to wymaganie stawia nam zarówno Jezus w Ewangelii, jak i ponawia je św. Paweł, ale odniósł się także do znanej książki „Opowieści pielgrzyma” której bohater wprowadza nas na tę duchową drogę poprzez modlitwę serca, której możemy się uczyć razem z nim, czytając kolejne strony powieści. Ta prosta modlitwa polega na powtarzaniu z wiarą słów: „Panie, Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Gdy modlitwę tą skorelujemy z rytmem naszego  oddechu, powtarzana wielokrotnie staje modlitwą, która trwa nieustannie. Jak wspomniał bowiem Ojciec Święty: „Oddech bowiem nigdy nie ustaje, nawet podczas snu, a modlitwa jest oddechem życia.

Papież przypomniał, że historia duchowości chrześcijańskiej często wskazuje na potrzebę nieustannej modlitwy. Odwołał się m. in. do myśli św. Jana Chryzostoma mówiącego, że modlitwa jest rodzajem pięciolinii, na której umieszczamy melodię naszego życia; czy też do Ewagriusza z Pontu, który stwierdza: „Nie zostało nam nakazane nieustannie pracować, czuwać, prosić, natomiast prawem jest dla nas modlitwa nieustanna” (n. 2742). To co ważne papież włączył się swoim nauczaniem w myślenie św. Pawła [por. 1 Kor 10, 31] przypominając, że prawdziwa modlitwa nigdy nie stoi w sprzeczności z codzienną pracą, nie wyklucza różnych obowiązków i spotkań, ale stanowi przestrzeń, w której każde działanie znajduje swój sens i oparcie.

Papież powiedział też, że modlitwa przypomina nam o tym, że Bóg zawsze pamięta o każdym z nas a sama modlitwa winna być formą odwzajemnienia tej pamięci o Bogu z naszej strony.

Franciszek przypomniał, że w tradycji chrześcijańskiej praca zawsze cieszyła się wielkim uznaniem. Ona pomaga zachować kontakt z rzeczywistością. W życiu człowieka praca i modlitwa nawzajem się uzupełniają o czym nieustannie przypomina nam słynne zdanie reguły benedyktyńskiej: „módl się i pracuj”. Modlitwa – jak mówił papież – przenikająca wszystko swoim tchnieniem pozostaje życiodajnym tłem pracy. Ojciec Święty zauważył, że byłoby czymś nieludzkim zapracowywać się do tego stopnia, aby nie znajdować czasu na modlitwę. Jednocześnie – jak zaznaczył papież – nie jest zdrową modlitwa, która byłaby wyobcowana z życia. Modlitwa, która wyobcowuje nas z konkretności życia, staje się spirytualizmem, czy co gorsza rytualizmem.

Dlatego modlitwa winna być światłem w codziennym życiu.

„Pamiętajmy, że Jezus, po ukazaniu uczniom swojej chwały na górze Tabor, nie chciał przedłużać tego momentu uniesienia, ale zszedł z nimi z góry i powrócił do codziennego pielgrzymowania. To doświadczenie musiało bowiem pozostać w ich sercach jako światło i siła ich wiary; także jako światło i siła na przyszłe dni, które miały nadejść: te związane z Męką – podkreślił Papież. – W ten sposób czas poświęcony na przebywanie z Bogiem ożywia wiarę, która pomaga nam w konkretnych sytuacjach życia, a z kolei wiara nieustannie karmi modlitwę. W tym krążeniu między wiarą, życiem i modlitwą, podtrzymywany jest ów ogień chrześcijańskiej miłości, której Bóg oczekuje od nas.“

„Modlitwa winna być w nas niczym święty ogień, płonący nieustannie, którego nic nie może zgasić – mówił też papież”.

Wpisując się w to stwierdzenie Ojca Świętego ufam, że święte wezwanie, które towarzyszy naszemu oddechowi w medytacji monologicznej jest niczym rozniecanie wewnętrznego ognia, który będzie rozpalał nie tylko naszą modlitwę, ale wraz z nią naszą wiarę, nadzieję i miłość a w konsekwencji całe nasze życie.

Moc Królestwa Bożego – moc wiary

Jezus opowiedział tłumom tę przypowieść:

«Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, większe jest od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki podniebne przylatują i gnieżdżą się na jego gałęziach».

Powiedział im inną przypowieść: «Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło». To wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił. Tak miało się spełnić słowo Proroka: «Otworzę usta w przypowieściach, wypowiem rzeczy ukryte od założenia świata». (Mt 13,31-35)

To, co małe w oczach ludzkich, jest wielkie w oczach Boga…

„Królestwo Boże podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś posadził w swoim ogrodzie. Wyrosło i stało się wielkim drzewem”. Trzeba przyznać, że brzmi to trochę dziwnie i zaskakująco. Bo jak to możliwe, by coś, co tak małe i niepozorne, najmniejsze z najmniejszych, mogło stać się obrazem królestwa? Jak to możliwe, by to, co jest takie liche, mogło się stać symbolem prawdziwego życia, i prawdziwej miłości?

A można by przecież to pytanie odnieść do każdego z nas, do tego, co się zwie tajemnicą życia.

Jak to możliwe, by to wszystko, co dzieje się wokół mnie dzisiaj, to, co jest często właśnie takie małe i niepozorne, co czasem wywołuje radość, czasem gniew, czasem przeogromny smutek miało jakiś ponadczasowy sens? Jak to możliwe, by te proste, zwykłe sprawy, które składają się na nasze życie mogły kogokolwiek obchodzić a już zwłaszcza Boga?

Z takiego sposobu myślenie już tylko o krok do zniechęcenia a potem od zgorzknienia. I wtedy pozostaje już tylko zgryźliwość, przenikająca przez ironiczny uśmiech. Ziarno, które zostaje samo; ziarno, które nie chce rodzić życia, które się od życia odgradza, zostaje skazane na ogień nieugaszony.

Czy warto rodzić z siebie życie? Czy warto się poświęcać? Czy warto nadstawiać głowę, nawet za cenę utraty stanowiska, znaczenia, wyszydzenia przez innych? Czy warto nieść krzyż, który czasem jest tak okrutnie doskwierający? Czy warto?…

Był kiedyś Ktoś, kto w samotności szedł na Górę. Szedł na Górę, którą – o ironio – nazwano: Miejscem Czaszki, to znaczy: siedzibą trupa. Szedł Ktoś mozolnie i bardzo wytrwale na mękę taką trochę zbyt okrutną, na mękę taką trochę zbyt złowieszczą. Małe, liche, niepozorne ziarno, które chciało dać życie wszystkim, i to dać je w obfitości.

Był kiedyś Ktoś, kto zechciał się wychylić ku życiu, ku prawdziwemu miłowaniu, ku prawdziwemu poświęceniu. Owszem, byli tacy, którzy mówili: nie warto. Był też Jego uczeń, który powiedział: „Panie, nigdy nie przyjdzie to na Ciebie”. I tak z wytrwałości powstało ogromne drzewo, w którym znalazły schronienie setki, miliony ludzi.

Czy warto?

Trzeba mieć odrobinę wiary. Wiary w to, że każdy gest prosty, zwyczajny, ale nasycony dobrocią, zostawia w świecie gdzieś jakiś ślad. Trzeba mieć odrobinę nadziei, by nie zwątpić w to, iż po krzyżu jest zmartwychwstanie. Trzeba też mieć odrobinę miłości, by życia nie zmarnować, i by nie być człowiekiem, który zionie pustką.

Czy warto? „Królestwo Boże podobne jest do ziarna gorczycy, które ktoś wziął i posadził w swoim ogrodzie. Ono wyrosło i stało się wielkim drzewem”.

Czy warto? Na pewno warto!

Bardzo często uważamy, że to co większe jest lepsze: większy samochód, większe mieszkanie, większa pensja, większa sława. Ale tak nie jest w życiu duchowym; w życiu duchowym jest odwrotnie: to, co mniejsze, jest lepsze.

 Jezus mówi dzisiaj: „Królestwo Boże podobne jest do ziarnka gorczycy”, a w innym miejscu: „Gdybyście mieli wiarę, jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: «Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze», a byłaby wam posłuszna”. Gdyby nasza wiara była taka maleńka, jak ziarnko gorczycy, w naszym życiu działyby się rzeczy cudowne. I, kiedy Jezus mówi do Apostołów: „małej wiary”, to faktycznie mówi: nie macie wiary, nie wierzycie Mi, i dlatego nie rozumiecie, i dlatego się lękacie.

„Królestwo Boże podobne jest do ziarnka gorczycy”. Ta maleńka wiara, jeżeli człowiek ma ją w sobie, jeżeli człowiek ufa Jezusowi, jeżeli człowiek buduje na Nim swoje życie, rozrasta się w nas. Bo ziarnko gorczycy, takie maleńkie, staje się potężnym drzewem. I mimo, że w ogrodzie naszej duszy jest może wiele różnych nasion, bo różni ludzie próbują zasiać w nas swoje przekonania, swoje widzenie świata, to jeśli to ziarnko naszej wiary będzie pielęgnowane, wyrośnie i stanie się potężnym drzewem, tak, że „ptaki powietrzne będą się gnieździć w jego gałęziach” – ta wiara będzie tak mocna, że inni ludzie będą czerpać siłę, będą mogli odnaleźć drogę, którą wskazuje nasze życie i nasza wiara…

„Z czym mam porównać Królestwo Boże?”. Musimy bardzo uważać, abyśmy nie przykładali do drugiego człowieka, który jest w Kościele, miary czysto naturalnej. Ziemska misja Jezusa rozczarowała bardzo wielu ludzi, bo spodziewali się czegoś zupełnie innego… Spodziewali się, że Jezus pokona okupanta rzymskiego, że Jezus zaprowadzi królestwo Boże na ziemi – królestwo dobrobytu, sprawiedliwości, pokoju, gdzie nie będzie prześladowań, gdzie nie będzie chorób, gdzie nie będzie śmierci. A Jezus mówił o królestwie Bożym. I to wszystko, czego oczekiwali słuchający Go, spełni się, o ile człowiek uwierzy w Jezusa Chrystusa, o ile człowiek wejdzie w Jego śmierć, aby razem z Nim umrzeć, wtedy będzie mógł doświadczyć zmartwychwstania, i śmierć nie będzie ostatnim słowem, które nas przeraża, ale będzie przejściem do nowego życia.

Dzisiaj pod adresem Kościoła pada wiele oskarżeń i wiele bolesnych słów. A Jezus w tym samym Kościele dokonuje wciąż wielu niezwykłych cudów poprzez wiarę tych „maluczkich”, tych ubogich, tych, którzy mówią: Panie, przecież ja nic nie potrafię, ale wierzę, że Ty mnie wspomagasz, że Ty mnie wspierasz, że Ty we mnie działasz, że Ty wszystko możesz.

„Królestwo Boże podobne jest do ziarnka gorczycy”. Dzisiaj chcemy otwierać nasze serca na przyjęcie Bożego królestwa. Jezus wybrał zwyczajnych, prostych ludzi, niewykształconych rybaków, celników, nierządnice, ponieważ oni w Niego uwierzyli, stali się Apostołami, stali się świadkami Chrystusa wobec pogańskiego świata.

Ta misja wciąż jest aktualna. My również jesteśmy zaproszeni do wiary. Tej zwykłej, małej, pokornej, opartej nie na naszej mocy i inteligencji, ale na mocy Bożej.

Warto pytać siebie: Czy mamy wiarę w Jezusa Chrystusa? Tu nie chodzi o to, żeby wypowiedzieć wszystkie możliwe definicje katechizmowe – łącznie z tą, że na chrzcie św. otrzymaliśmy dar wiary – bo to jest prawda, ale: Czy ja mam wiarę? Czy ja naprawdę wierzę Jezusowi Chrystusowi?

Jeżeli tak, to ta wiara winna rosnąć, podobnie jak ziarnko gorczycy. Powinienem to widzieć ja i powinni to widzieć inni.

Prośmy Boga o wiarę, jak ziarnko gorczycy, aby nasze życie stało się kolejnym z dowodów na prawdziwość dzisiejszej przypowieści.

„Niech moje życie stanie się nieustanną modlitwą” – wspomnienie św. Efrema

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem, powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni.

Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim». (Mt 5, 17-19)

W Warszawie i diecezji warszawskiej obchodzimy dziś święto poświęcenie kościoła, który jest matką wszystkich kościołów diecezji – katedry św. Jana Chrzciciela. Nasze serca kierujemy też ku biskupowi miejsca pamiętając o nim w modlitwie z prośbą o zdrowie dla niego.

Ale jest też drugi ważny powód, o którym warto wspomnieć: jest nim wspomnienie jednego z wielkich świętych Ojców Kościoła a zarazem Ojców Pustyni – św. Efrema Syryjczyka. Jego życie przypadło na wiek IV i jest jednym z ważnych świętych jeszcze niepodzielonego Kościoła (czyli czczony jest jako święty zarówno przez kościoły starożytne, kościół prawosławny i kościół katolicki).

O samym Efremie wspominam, bo to jedna z moich ulubionych postaci. Można powiedzieć o nim, że był mistrzem krótkiej formy. Pisał w języku greckim, łacińskim i syryjskim. Pozostawił po sobie bardzo bogatą spuściznę. Cała twórczość religijna św. Efrema była przepojona poezją, dlatego określany był mianem: „harfy Ducha Świętego” i ze względu na używanie formy poetyckiej w pisaniu o Bogu często porównywany ze św. Janem od Krzyża. Papież senior Benedykt XVI ogłaszając go doktorem kościoła powiedział o nim, że „jego teologia stawała się w ten sposób liturgią, „śpiewem dla Boga”. Ponoć na jego kazania ściągały tłumy. Gdy w roku 367 miasto jego urodzenia i działalności – Nissibis zdobyli Persowie, wyemigrował do Edessy. Tu założył znaną szkołę apologetyki i retoryki  i rozwinął pełną działalność kaznodziejską i pisarską. Tutaj też został wyświęcony na diakona, ale odmówił święceń kapłańskich uznając się za niegodnego ich przyjęcia. Współpracował z takimi postaciami jak św. Bazyli czy św. Atanazy.

Istotna jest refleksja Efrema, który w swoich pismach na temat Boga Stwórcy pisze: „nic w stworzeniu nie jest odizolowane, a świat jest, obok Pisma Świętego, Biblią Boga. Korzystając w błędny sposób ze swej wolności człowiek odwraca porządek wszechświata. Dla Efrema ważna była też rola kobiety. Sposób, w jaki mówi o niej, jest zawsze inspirowany wrażliwością i szacunkiem dla Maryi, której był wielkim czcicielem.

Nas jednak interesuje św. Efrem z jeszcze jednego powodu. Uważa się go za ojca monastycyzmu syryjskiego. Tradycja mówi, że był mnichem. Za każdym razem, gdy obowiązki zaczynały angażować go zbyt mocno w świecie, uciekał na pustynię i to często na kilka miesięcy, aby w odosobnieniu oddawał się modlitwie i pokucie, stając się nauczycielem modlitwy dla innych. S. Małgorzata Borkowska OSB, znakomita patrystka pisze, że św. Efrem był dla monastycyzmu syryjskiego tym, kim był Ewargiusz z Pontu dla monastycyzmu egipskiego.

Z jego pism wynika, że bliska jego doświadczeniu była modlitwa monologiczna. Jego ulubionym wersetem, który lubił powtarzać było wezwanie: „Jezu, bądź Panam i Zbawicielem mojego serca”.

Jezus mówi dziś: „Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić”. A św. Paweł dopowie, że: „Wypełnieniem prawa jest miłość” [Rz 13,10] Myślę o tym zwłaszcza w kontekście modlitwy. Można ją traktować, jako obowiązek konieczny do wypełnienia, ale można ją traktować jako akt miłości. „Niech moja miłość do Ciebie Panie sprawia, że moje życie stanie się nieustanną modlitwą, abym przez każdą chwilę mojego życia, zanurzony w Twojej miłującej  obecności sam uczył się godnie Cię kochać i napełniony świętą pociechą i pokojem, w Tobie o Źródło życia znalazł ukojenie mej duszy; owoc cierpliwości, do cierpliwego znoszenia wszystkich doświadczeń i do gorliwego wypełniania powierzonych mi przez Twoją opatrzność zadań”. [św. Efrem]

Jesteśmy dziećmi przyzwyczajenia…

Jezus przyszedł z uczniami swoimi do domu, a tłum znów się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: «Odszedł od zmysłów».

A uczeni w Piśmie, którzy przyszli z Jerozolimy, mówili: «Ma Belzebuba i mocą władcy złych duchów wyrzuca złe duchy».

Wtedy przywołał ich do siebie i mówił im w przypowieściach: «Jak może Szatan wyrzucać Szatana? Jeśli jakieś królestwo jest wewnętrznie skłócone, takie królestwo nie może się ostać. I jeśli dom wewnętrznie jest skłócony, to taki dom nie będzie mógł się ostać. Jeśli więc Szatan powstał przeciw sobie i jest z sobą skłócony, to nie może się ostać, lecz koniec z nim. Nikt nie może wejść do domu mocarza i sprzęt mu zagrabić, jeśli mocarza wpierw nie zwiąże, i dopiero wtedy dom jego ograbi.

Zaprawdę, powiadam wam: Wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone. Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego». Mówili bowiem: «Ma ducha nieczystego».

Tymczasem nadeszła Jego Matka i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać.

A tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: «Oto Twoja Matka i bracia na dworze szukają Ciebie».

Odpowiedział im: «Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?»

I spoglądając na siedzących dokoła Niego, rzekł: «Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten jest Mi bratem, siostrą i matką». [Mk 3, 20-35]

Tajemnica zła, zawsze fascynowała człowieka, być może jest to wynikiem dziedzictwa grzechu, który w sobie nosimy!? Pismo Święte nie pozostawi jednak złudzeń – fascynacja tym, co dzisiejsza Ewangelia określa mianem „Belzebub”, „szatan”…  jest zawsze groźna i zawsze niebezpieczna dla człowieka.

Żyjemy w czasach, w których dużo trudniej mówić nam o osobowym złu niż poprzednim pokoleniom. Raczej jesteśmy skłonni myśleć o jakiejś symbolicznej personifikacji zła obecnego w świecie i wśród nas samych. Zwłaszcza, że współczesna kultura próbuje nas oswajać z szatanem, zakłamując prawdę, że jest on odwiecznym wrogiem Boga i człowieka (por. bijący rekordy film „Lucyfer”)

Księga Rodzaju przynosi nam dzisiaj cenną wskazówkę. Bóg pyta, zarówno mężczyznę, jak i kobietę o popełniony czyn i jego motywy, do węża, który ich sprowokował, nie ma żadnych pytań. Widać sprawa jest oczywista – tyle, że nie dla nas. Relacja między Bogiem i diabłem dzieje się poza nami. Stąd refleksja teologów: tragedia losu ludzkiego wzięła się stąd, że ludzie przyłączyli się do zła istniejącego na jakimś wyższym, niedostępnym poziomie, a zatem sami nie potrafią się już od niego uwolnić. I co gorsza, nasze tak dotkliwie bolesne uczestnictwo w tej tajemnicy zła ma charakter dziedziczny: nikt z nas (oprócz jednej Maryi) nie jest wolny od niego.

Greckie słowo „diabeł”, podobnie jak hebrajskie „szatan”, oznacza przeciwnika: w Piśmie Świętym jest to „przeciwnik” człowieka, który najpierw kusi go do popełnienia zła, a następnie oskarża przed Bogiem za to zło, do którego sam go namawiał. A skoro jest oskarżyciel potrzebujemy też obrońcy. I Bóg znając sposób działania złego ducha, daje nam najlepszego Obrońcę – Jezusa. Jan uzasadnia to mówiąc: „Syn Boży ukazał się po to, aby zniszczyć dzieła diabła” (1 J 3, 8).

Słowo Boże niesie nadzieję: „Ten, który wskrzesił Pana Jezusa, i nas wskrzesi razem z Jezusem i postawi przed sobą razem z wami. (…) Chociaż nasz człowiek zewnętrzny niszczeje, to nasz człowiek wewnętrzny odnawia się każdego dnia”. Ale warunkiem tej nadziei jest zawierzenie Bogu, które przejawia się w posłuszeństwie wiary: „Kto nie uwierzy, ten skazuje się na potępienie” (Mk 16, 16) tez zaś, „Kto wypełnia wolę Boga, ten jest moim bratem, siostrą i matką”.

Odmowa „przyjęcia wiary w Jezusa” blokuje człowiekowi drogę do przyjęcia zbawienia a i Boga czyni poniekąd bezsilnym wobec naszych wyborów, bo On nie chce działać wbrew naszej wolności, którą sam nas obdarował. Z postawą odrzucenia wiary łączy się grzech przeciw Duchowi Świętemu – o którym wspomina dziś Jezus – jest on wyrazem wewnętrznego oporu i świadomym odrzuceniem zbawienia z wszystkimi jego konsekwencjami.

Bardzo głęboko kwestię tę wyjaśnia św. Jan Paweł II w encyklice Dominum et vivificantem.

Tę odmowę wiary w Jezusa widać ze strony Jego adwersarzy – Uczonych w Prawie. Przeciwnicy Jezusa, żeby uzasadnić swoją niewiarę w Jego mesjańska misję wytaczają dziś inne, przedziwne a wręcz nielogiczne argumenty. Ich zdaniem, Jezus jest opętany. Działa wbrew Bogu, pod wpływem szatana. Dlaczego? Ponieważ ten dziwny Nauczyciel zaczyna wprowadzać nowe porządki: siada do stołu z celnikami – a więc burzy ustalone konwencje społeczne. W sytuacji kiedy uczeni w Prawie spędzają czas głównie na dzieleniu włosa na czworo i mnożeniu przepisów dotyczących szabatu, Jezus mówi, że szabat jest dla człowieka, a nie na odwrót. Zakłóca więc religijny porządek. Ponadto, trochę za dużo jak dla nich tych uzdrowień, cudów i tłumów ciągnących za Nim. To niewątpliwie wzbudzało w nich zazdrość z powodu możliwości utraty ich władzy i pozycji.

Oczywiście, uczeni i faryzeusze też działają w imię dobra, zgodnego z odczytaną przez nich interpretacją Prawa. Czują się wyzwani przez działania Jezusa. Przecież pilnują porządku, służą ludowi. Pofatygowali się do Kafarnaum aż z Jerozolimy, a na taką podróż potrzeba było wówczas kilka dni. A więc to dla nich ważna sprawa. Bronią dotychczasowych form religijności, szukają spokoju i stabilizacji. Działają jednak w zaślepieniu: dobro nazywają złem, aby wymówić się od własnego nawrócenia i otwarcia na to, co nowe.

To pokazuje jak daleko człowiek potrafi się posunąć dla zachowania swojego status quo.

Chrystus przestrzega jednak przed zbyt pochopną oceną ludzkiego działania, która rodzi się z zazdrości i zawiści. Ta nigdy nie będzie ani dobra ani obiektywna.

Niestety uczeni w Prawie bardzo przypominają nas samych w sposobie patrzenia na innych. Każde odejście od rutyny i schematu niepokoi. Jesteśmy dziećmi przyzwyczajenia…

Nadto szukamy szybkiego i nieskomplikowanego wyjaśnienia tego, co odbiega od normy, jakkolwiek byśmy ją pojmowali. Jesteśmy też podatni na impulsywne, często niesłuszne, skojarzenia, domysły i oskarżenia. Słowo Boże właśnie na to zwraca naszą uwagę, bo często nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Podobnej pokusie szybkiej i impulsywnej oceny zachowania Jezusa ulegają dziś Jego bliscy, którzy widząc Jego zaangażowanie, trud, zmęczenie mówią: „odszedł od zmysłów”. Tyle, że ich w przeciwieństwie do uczonych w Prawie można zrozumieć, bo robią to z troski o Jezusa i Jego zdrowie, ci drudzy zaś z czystej i wyrachowanej zawiści i zazdrości, która uspokoi się dopiero, gdy zaprowadzą Jezusa na krzyż.

Kiedyś myślałem, że to, co nas najbardziej oburza, to złe zachowanie ludzi. Dzisiaj nie jestem już tego taki pewien.

Jeśli jakiś uczeń zacznie się pilniej przykładać do nauki, koledzy i koleżanki w pierwszej chwili przykleją mu łatkę kujona.

Jeśli pracownik staje się bardziej sumienny i twórczy, to pewnie obrał taktykę lizusostwa, bo pragnie się przypodobać szefowi.

Jeśli ktoś chce częściej pojawiać się na Eucharystii, może zostać okrzyknięty dewotem.

Nasza chęć naśladowania Jezusa zawsze naraża nas na oskarżenia ze strony innych. Jezus nie był postacią neutralną. I ktoś, kto chce być Jego uczniem i naśladowcą też nie może taki być!

Pamiętajmy o tym, aby zbytni konformizm nie naraził nas na to, że zamiast stawać się czytelnymi świadkami Ewangelii staniemy się letnimi i szukającymi jedynie świętego spokoju i komfortu współpracownikami pana tego świata.

Bóg, który idzie pośród nas

W pierwszy dzień Przaśników, kiedy ofiarowywano Paschę, zapytali Jezusa Jego uczniowie: «Gdzie chcesz, żebyśmy przygotowali Ci spożywanie Paschy?»

I posłał dwóch spośród swoich uczniów z tym poleceniem: «Idźcie do miasta, a spotka was człowiek niosący dzban wody. Idźcie za nim i tam, gdzie wejdzie, powiedzcie gospodarzowi: Nauczyciel pyta: Gdzie jest dla Mnie izba, w której mógłbym spożyć Paschę z moimi uczniami? On wskaże wam na górze salę dużą, usłaną i gotową. Tam przygotujecie dla nas».

Uczniowie wybrali się i przyszli do miasta, a tam znaleźli wszystko, tak jak im powiedział, i przygotowali Paschę.

A gdy jedli, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał i dał im, mówiąc: «Bierzcie, to jest Ciało moje». Potem wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, i pili z niego wszyscy. I rzekł do nich: «To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana. Zaprawdę, powiadam wam: Odtąd nie będę już pił napoju z owocu winnego krzewu aż do owego dnia, kiedy pić będę go nowy w królestwie Bożym».

Po odśpiewaniu hymnu wyszli w stronę Góry Oliwnej. (Mk 14, 12-16. 22-26)

Aby w pełni zrozumieć wymowę uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa trzeba ją koniecznie odnieść do wydarzeń Wielkiego Czwartku, gdyż to celebracja Mszy Wieczerzy Pańskiej, będącej pamiątka ustanowienia Eucharystii rzuca światło na tę Tajemnicę Tajemnic – jak słusznie nazwał Mszę św. patron naszej parafii św. ojciec Pio – w której sam Bóg wcielony daje nam siebie zamykając na wieki swoją obecność w  chlebie i winie.

Uroczystość Bożego Ciała ukazuje tę samą tajemnicę, abyśmy ją mogli adorować i nad nią medytować. Procesja ulicami miast i wisi ma nam przypominać, że zmartwychwstały Chrystus idzie pośród nas, spełniając swoją obietnicę,  że „pozostanie z nami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”.

Ale Eucharystia, to także nieustanna lekcja życia dla uczniów Chrystusa, gdyż jej celem jest ukazanie konieczności przemiany naszego życia i zapoczątkowanie tym samym przemiany świata, tak jak w niej przemieniają się dary ziemi w dar Sakramentu Obecności Boga.

A wszystko to, jak mówił papież – senior Benedykt XVI  „ma początek w sercu Chrystusa, który podczas Ostatniej Wieczerzy, w przeddzień swej męki, dziękował Bogu i Go wysławiał, a czyniąc to, mocą swojej miłości zmienił sens śmierci, ku której zmierzał. Fakt, że Sakrament Ołtarza przyjął nazwę «Eucharystia» — «dziękczynienie» — wyraża właśnie to: że przeistoczenie chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa jest owocem daru, który Chrystus uczynił z samego siebie — daru miłości silniejszej niż śmierć, miłości Bożej, która sprawiła, że zmartwychwstał. Dlatego właśnie Eucharystia jest pokarmem życia wiecznego, Chlebem życia. Z serca Chrystusa, z Jego «modlitwy eucharystycznej» w przeddzień męki rodzi się ta siła, która przemienia rzeczywistość w jej wymiarach kosmicznym, ludzkim i historycznym. Wszystko pochodzi od Boga, wynika z wszechmocy Jego Miłości, Jedynej i wcielonej w Jezusie. W tej Miłości jest zanurzone serce Chrystusa; dlatego On potrafi dziękować Bogu i Go wysławiać, również w obliczu zdrady i przemocy, i w ten sposób zmienia rzeczy, ludzi i świat. Ta przemiana jest możliwa dzięki komunii silniejszej od podziału, komunii samego Boga”.

Piękne i bardzo wymowne jest wyrażenie: «przyjmować komunię», na określenie aktu spożywania Chleba eucharystycznego. W istocie, kiedy dokonujemy tego aktu, wchodzimy w komunię z życiem samego Jezusa, w komunię życia Trójcy Świętej, włączamy się w dynamikę tego życia, które staje się darem dla na i za nas”. [Homilia podczas Mszy św. w uroczystość Bożego Ciała – 23 VI 2011]

Również św. Augustyn pomaga nam zrozumieć dynamikę komunii eucharystycznej, kiedy mówi o czymś w rodzaju wizji, w której Jezus powiedział mu: «Jam pokarm dorosłych, dorośnij, a będziesz mnie pożywał — i nie wchłoniesz mnie w siebie, jak się wchłania cielesny pokarm, lecz ty się we mnie przemienisz» (Wyznania VII, 10, 18, tłum. Zygmunt Kubiak, Kraków 2007).

A zatem, podczas gdy pokarm dla ciała jest przyswajany przez nasz organizm i przyczynia się podtrzymania go przy życiu, w przypadku Eucharystii mamy do czynienia z procesem odwrotnym: to nie my go przyswajamy, ale on nas przyswaja, tak że stajemy się podobni do Jezusa Chrystusa, stajemy się członkami Jego Mistycznego ciała, jednoczymy się z Nim. Ten moment jest decydujący – o czym zaświadcza św. Paweł Apostoł w 1 Liście do Koryntian (por. 1 Kor 10, 16-17).

Czasem ten fakt umyka naszej świadomości, że właśnie dlatego, że to Chrystus w komunii eucharystycznej przemienia nas w siebie, dzięki owocom komunii świętej, która przyjmujemy nasz indywidualizm zostaje uwolniony od swojego egocentryzmu i włączony w Osobę Jezusa, która z kolei jest włączona w komunię Trójcy Przenajświętszej.

Dlatego Eucharystia sprawia, że trwając w łączności z Jezusem Chrystusem łatwiej nam przezwyciężyć wszelkiego rodzaju podziały zarówno wewnętrzne – obecne w nas samych – jak i zewnętrzne niszczące dobre relacje z innymi. Jak naucza papież Franciszek: „Kto rozpoznaje Jezusa w świętej hostii, umie Go także rozpoznać w bliźnim — cierpiącym, głodnym i spragnionym, obcym, nagim, chorym, uwięzionym — i jest uwrażliwiony na każdego człowieka, w konkretny sposób angażuje się dla dobra wszystkich, którzy są w potrzebie”. I dlatego kontynuuje papież: „Z daru Eucharystii, którą przyjmujemy i w której zamknięta jest cała miłość Boga do nas wynika nasza szczególna odpowiedzialność, jako chrześcijan, za budowanie lepszego świata: solidarnego, sprawiedliwego, braterskiego. Zwłaszcza w naszych czasach, kiedy globalizacja sprawia, że w coraz większym stopniu jesteśmy wzajemnie uzależnieni, chrześcijanie mogą i powinni starać się o to, aby ta jedność nie była budowana bez Boga, to znaczy bez prawdziwej Miłości, gdyż to doprowadziłoby do zamieszania, do pogłębienia egoizmów, do przemocy jednych względem drugich”. [ z homilii na Boże Ciało 2018]

Innymi słowy przyjmowana przez nas Komunia Święta winna sprawiać, że jak to określił w jednym ze swoich wierszy Karol Wojtyła, że nasze życie powinno stawać się bardziej eucharystyczne, czyli upodobnione do życia Jezusa.                             Czy tak jest? Na to pytanie musimy odpowiedzieć sobie sami.

Ale odwracając tę zasadę można powiedzieć bez przekłamania, że im rzadziej przyjmujemy do naszych serc Chrystusa w Eucharystii, tym bardziej skazujemy nasze życie na stagnację i na to, że jako chrześcijanie, którzy nie karmią się Bogiem przestaniemy być wcześniej czy później jego znakiem w świecie. Oby czas pandemii, który sprawił, że wielu z nas przeniosło swój udział we Mszy świętej do Internetu czy do telewizji nie utrwaliło w nas tego nawyku!

Dlatego przyjmujmy jak najczęściej Jezusa w darze Jego eucharystycznej Obecności i nieśmy Go w sobie współczesnemu, tak bardzo zagubionemu światu, tak jak Maryja zaniosła Go Elżbiecie w tajemnicy nawiedzenia.

Nieśmy Go z nadzieją i świadomością, że miłość Boga, wcielona w Chrystusie i ukryta w tym małym kawałku chleba jest silniejsza od zła, przemocy i śmierci, bo swoją miłością zwyciężyła już świat.

Również w ten wieczór, zatrzymując się na chwilę w biegu naszego życia przy tajemnicy Eucharystii, w której spełnia się obietnica a Jezusa: «Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata» (Mt 28, 20). Dziękujmy Mu za Jego wierność, która podtrzymuje naszą wiarę i nadzieję.

I prośmy, aby swoją miłością ukrytą w kawałku tego przyjmowanego chleba umacniał naszą miłość, której tak bardzo potrzebujemy, abyśmy dzięki niej byli wciąż rozpoznawani w świecie, jako Jego uczniowie. Amen