Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Mimo drzwi zamkniętych

Wieczorem w dniu zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, choć drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: «Pokój wam!» A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.

A Jezus znowu rzekł do nich: «Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam». Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane».

Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: «Widzieliśmy Pana!»

Ale on rzekł do nich: «Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i ręki mojej nie włożę w bok Jego, nie uwierzę».

A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł, choć drzwi były zamknięte, stanął pośrodku i rzekł: «Pokój wam!» Następnie rzekł do Tomasza: «Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym».

Tomasz w odpowiedzi rzekł do Niego: «Pan mój i Bóg mój!»

Powiedział mu Jezus: «Uwierzyłeś dlatego, że Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli».

I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc, mieli życie w imię Jego. (J 20, 19-31)

Boże, Ojcze miłosierny,
który objawiłeś swoją miłość
w Twoim Synu Jezusie Chrystusie,
i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym, Pocieszycielu,
Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka.
Pochyl się nad nami grzesznymi,
ulecz naszą słabość,
przezwycięż wszelkie zło,
pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi
doświadczyć Twojego miłosierdzia,
aby w Tobie, trójjedyny Boże,
zawsze odnajdywali źródło nadziei.
Ojcze przedwieczny,
dla bolesnej męki i zmartwychwstania Twojego Syna,
miej miłosierdzie dla nas i całego świata!
Amen.

[Jan Paweł II, Kraków-Łagiewniki, 17.08.2002]

Dla przywódców Izraela sprawa Jezusa zakończyła się wraz z Jego śmiercią. Ukrzyżowanie w ich oczach było totalną klęską Nauczyciela z Nazaretu i dla nich stawiało pod znakiem zapytania całe Jego nauczanie.

Tymczasem – jak doskonale to wiemy – ta sprawa nie zakończyła się. Święty Piotr pokazuje to samo wydarzenie z zupełnie innej perspektywy niż ta, która była wygodna dla Przywódców Izraelskich: „Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu… Dlatego, że Bóg był z Nim, przeszedł On dobrze czyniąc… A my jesteśmy świadkami tego, że Bóg Go wskrzesił trzeciego dnia”.

Te dwa spojrzenia pokazują nam w jakim środowisku i w jakiej atmosferze przychodziło uczniom Jezusa realizować swoją codzienność. Z historii dobrze wiemy, że owa niechęć zarówno stronnictw i władz żydowskich, jak i rzymskich będzie coraz bardziej narastać…

W tym kontekście zupełnie inaczej brzmi pozdrowienie Jezusa, który przychodzi do Wieczernika, gdzie z obawy przed nienawiścią Żydów ukryli się Apostołowie. „Pokój wam!” I choć w tamtym czasie ów pokój wydawał się być tak bardzo potrzebny w wymiarze społecznym i politycznym, to nade wszystko Jezusowi chodzi o udzielenie swoim uczniom takiego pokoju, który nie jest owocem wysiłków ludzkich, deklaracji, kompromisów. Jest tylko jeden taki pokój, który potrafi być mocniejszy od wszelkich przeciwności, od wszelkich lęków i niepewności – to pokój płynący z Krzyża i zmartwychwstania. To pokój płynący z głębokiej wiary, że Jezus zwyciężył świat. Jezus chce wdrukować w naszą świadomość i nasze serce jedną zasadnicza prawdę płynącą z całego Jego życia: Bez zgody na krzyż, bez zgody na ofiarną miłość, nigdy nie osiągnie się prawdziwego pokoju.

Jak pisze ks. prof. Skrzypczak współczesny świat chce wmówić nam, że drogą do pokoju jest „odnowiony świat” i „odnowiony człowiek” oparty o nową antropologię, gdzie próbuje się unicestwić różnice płci, dążąc do wykreowania nowej, jednorodnej istoty ludzkiej, której nic i nikt już nie będzie ograniczał. Ale obietnica ta jest tyle samo warta, co zapewnienie węża w raju, który zapewnił Ewę, że jak skosztują owocu z drzewa zakazanego staną się jak Bóg. I bez względu na to jak wielką gotówką próbują poprzeć te obietnice wizjonerzy nowego świata i człowieka, kłamstwo pozostanie kłamstwem a na nim nigdy nie da się zbudować pokoju, zarówno tego wewnętrznego jak i zewnętrznego.

Każda i każdy z nas jest w jakiś sposób zraniony. Używając dzisiejszej analogii: od grzechu pierwszych rodziców zostaliśmy zakażeni wirusem grzechu, który przenosimy z pokolenia na pokolenie, dlatego często łatwiej nam uwierzyć w kłamstwo świata niż w prawdę, którą niesie Chrystus.  Od czasu grzechu pierworodnego jesteśmy jednocześnie ofiarami i sprawcami cierpienia.

Na szczęście jest szczepionka, która ma moc nas uzdrowić. Na imię jej Boże Miłosierdzie.

Ewangelia przypomina nam, że w sytuację, w której byliśmy bezradni wobec owego śmiertelnego wirusa, któremu na imię grzech wkracza Pan Jezus. Dzisiaj przychodzi do swoich uczniów i mówi: „Pokój wam”. Przychodzi mimo zamkniętych drzwi. Jak mocno brzmią te słowa, w rzeczywistości lockdownu, i zamknięcia wielu z nas z obawy przed chorobą.

Następnie pokazuje swoje rany o których na osiem wieków wcześniej Izajasz mówił, że znajdziemy w nich uzdrowienie [Iz 53,5]

Scena z dzisiejszej Ewangelii jest zupełnie inna niż to, co znamy ze zwykłych stosunków międzyludzkich. Rany się pokazuje, żeby kogoś oskarżyć lub poprosić o pomoc, żeby potwierdzić fakt czyjegoś cierpienia.

Pan Jezus pokazuje ręce i bok i mówi: „Pokój wam”. Jego rany nie odbierają już życia i nikogo nie oskarżają. Nie są źródłem śmierci, ponieważ przez nie śmierć została pokonana. Historia nie została jednak anulowana. Krzyż nie zniknął, ale z narzędzia śmierci stał się źródłem życia dzięki Chrystusowemu zmartwychwstaniu.

Scena z Wieczernika, o której opowiada dzisiaj Jan stała się kanwą najbardziej znanego dziś na świecie obrazu – obrazu Miłosierdzia Bożego. To właśnie ten moment, w którym Chrystus pokazując na swoje rany i błogosławi, chcąc nam uświadomić, że zarówno Jego błogosławieństwo, jak i odpuszczenie grzechów, którego władzy udziela swoim uczniom są owocem Jego ran, Jego miłującego i otwartego dla nas Serca. To właśnie szczepionka, to surowica zrodzona z Jego krwi przelanej na Krzyżu, która dla nas jest jedynym antidotum na chorobę której na imię grzech i powikłanie po tej chorobie jaką jest śmierć.

Obrazują ją dwa promienie wypływające z Jezusowego serca będące symbolem właśnie tej Krwi a także łaski, jakiej pragnie nam udzielić za sprawą Ducha Świętego, którego nam posyła i dzięki któremu właśnie sakramenty mają skuteczność ponadczasowych szczepionek. To w nich zawarta jest cała miłość Chrystusa, jaka objawił nam przez swoje życie, śmierć i zmartwychwstanie.

Jezus przychodzi, aby nas obdarzyć swoim zmartwychwstaniem. Oznacza to, że po śmierci zwycięża w nas życie. Ale ta łaska działa już teraz. Ma moc przemienić nasze zranienia.

Pozwólcie, że przywołam wiersz, który po raz pierwszy usłyszałem zaledwie wczoraj. To wiersz Romana Brandstaettera „Niewierny Tomasz”:

Przyjdź zatem

I pozwól mi włożyć palce

W Twoje otwarte rany,

W miejsce cierni, gwoździ i włóczni,

Bym wiedział, czy obaj istniejemy.

Ty i ja.

Przez zamknięte drzwi

wszedł Chrystus

I położywszy dłoń

na mojej głowie, rzekł:

To ty jesteś dowodem

mojego istnienia,

gdyż jesteś moją otwartą raną,

Miejscem cierni, gwoździ i włóczni…    

Nasza wiara nie opiera się na twardych dowodach, które moglibyśmy przedstawić wątpiącemu światu. Nie możemy jak Tomasz dotknąć Chrystusa. Jego obecność jest obecnością w Duchu Świętym, obecnością często ulotną, ale prawdziwą a objawiającą się nie gdzie indziej jak w moim i twoim życiu, przekonuję się o tym za każdym razem, gdy dane mi jest dotknąć tajemnicy Bożego Miłosierdzia.

Stając wobec tajemnicy Miłosierdzia Bożego, dotykamy istoty samego Boga, a jest nią Miłość miłosierna.

Niedziela Miłosierdzia Bożego zaprasza nas do tego, abyśmy w tę Miłość uwierzyli, abyśmy tej Miłości się powierzyli i abyśmy z tą Miłością się zjednoczyli, zgodnie z moim ulubionym powiedzeniem, które było mottem życia nieżyjącego już, świętego kapłana: Zawołanie: „Jezu, ufam Tobie – to moje jedyne i najlepsze ubezpieczenie na życie!”

W drodze do…

Oto dwaj uczniowie Jezusa tego samego dnia, w pierwszy dzień tygodnia, byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło.

Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: “Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze?” Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: “Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało”. Zapytał ich: “Cóż takiego?” Odpowiedzieli Mu: “To, co się stało z Jezusem z Nazaretu, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że właśnie On miał wyzwolić Izraela. Teraz zaś po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Co więcej, niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: Były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli”.

Na to On rzekł do nich: “O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swojej chwały?” I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego.

Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: “Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im.

Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: “Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?” W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: “Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi”. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak Go poznali przy łamaniu chleba.” [Łk 24, 13-35]

Ewangelię o spotkaniu w drodze do Emaus można odczytywać literalnie, jako zapis pewnego wydarzenia, jakim jest kolejne spotkanie Apostołów ze Zmartwychwstałym.

Perykopa ta ma jednak w sobie jeszcze inne, dużo głębsze przesłanie. Po pierwsze staje się dla Ewangelisty okazją do przekazania katechezy dotyczącej Eucharystii. Do tego dochodzi jeszcze jeden kontekst – spotkanie Chrystusa diametralnie zmienia postawę i kierunek drogi uczniów. Prowadzi od smutku, zniechęcenia, zawodu i oddalenia od pozostałych uczniów do oświecenia, pocieszenia i duchowego odrodzenia oraz powrotu do wspólnoty w Jerozolimie i świadectwa spotkania ze Zmartwychwstałym. „Łamanie chleba”, Eucharystia staje się źródłem rozpoznania obecności Pana.

Lubię tę opowieść o „ucieczce” uczniów do Emaus, dlatego, że ma ona wiele cech naszego życia i postępowania.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przyszło nam żyć w dziwnych czasach. Zagrożenie epidemiologiczne uruchamia mnóstwo różnych teorii spiskowych. Czujemy się niepewni jutra, nie wiemy dokładnie skąd wzięło się zagrożenie i to wywołuje w nas napięcie. Chcemy uchwycić się czegoś, co da nam jakieś wytłumaczenie, pomoże nam się odnaleźć w naszym pogubieniu. Ale robimy to podobnie jak uczniowie w drodze do Emaus. Okazuje się, że mamy często większe zaufanie do naszych odczuć niż do konkretnej wiedzy. Gdy Jezus dołącza do uczniów oni dzielą się faktami oraz swoimi odczuciami, które silnie wpływają na ich interpretację. Do tego stopnia, że nie wierzą, że pusty grób jest znakiem Zmartwychwstania. Uderza mnie też w tym fragmencie fakt, że nie potrafi przejść im przez usta słowo Mesjasz, jakim określił Jezusa Piotr, ale mówią o Jezusie jako o proroku, i choć wielkim, to jednak takim, który podzielił los wielu innych proroków a przy okazji zawiódł nadzieje uczniów

Dzisiejsza Ewangelia zachęca nas do rozeznawania naszego stanu ducha nie mam wątpliwości, że najlepszym środowiskiem takiego rozeznania – przynajmniej dla mnie – jest medytacja, kiedy mogę wyciszyć moje racjonalizowanie, wyrzec się własnej interpretacji rzeczywistości, tak często ją zniekształcającej i uczyć się polegać jedynie na Słowie Bożym. Ileż to razy medytacja przekonała mnie, że stan, kiedy towarzyszy mi jakiś zawód, czy poczucie zagrożenia jest stanem, w którym ewidentnie nie widzę rzeczywistości takiej, jaka ona jest; widzę ją natomiast wykrzywioną przez pryzmat tego, co odczuwam lub przeżywam. A wówczas tak trudno dostrzec w doświadczeniu to, co pomimo różnych trudnych odczuć jest święte, dobre, godne uwagi. Kiedy jesteśmy zafiksowani na sobie nasze oczy są jakby przysłonięte, tak jak oczy uczniów zdążających do Emaus.

Po ludzku można pytać, dlaczego Jezus od razu nie zmienia ich nastawienia, dlaczego od razu nie daje się rozpoznać. Z jakichś powodów ta rozmowa w drodze jest jednak niezbędna. Jezus chce „naprawić” ich sposób myślenia przez kierowane do nich słowo. I ponownie dokładnie taką samą analogię znajduję w praktyce medytacji. Jezus mówiąc do mojego serca, przez Słowo, które towarzyszy medytacji „naprawia” nieustannie mój sposób myślenia, tak często zniekształcany przez wpływ świata, przez moje emocje czy moją interpretację rzeczywistości, która wydaje mi się słuszna. Dlatego medytacja, która jest moją osobistą rozmową z Jezusem w drodze mojego życia jest dla mnie tak ważnym doświadczeniem.

Od przebiegu tej rozmowy zależy następny krok ze strony uczniów – zaproszenie, żeby pozostał z nimi. Udaje im się wejść w to dzięki zaufaniu, które rodzi się z zasłuchania w słowo, które Jezus do nich kieruje. Czy dokładnie tak nie jest w doświadczeniu wiary!? Przecież ona rodzi się właśnie z zasłuchania w Słowo, które z kolei – jeśli wsłuchujemy się w nie regularnie i z otwartym sercem – prowadzi nas do zaufania Jezusowi i do większej gotowości zaproszenia Go do naszego serca i życia. Moje osobiste doświadczenie praktyki medytacji, która jest wsłuchiwaniem się w Słowo przekonuje mnie ponadto do tego, że obcowanie ze Słowem prowadzi nie tylko do lepszego wglądu w prawdę o własnej sytuacji, ale też do głębszej więzi z towarzyszącym nam na naszej drodze przez swoje Słowo Chrystusem.

Moje doświadczenie towarzyszenia różnym osobom na drodze ich życia duchowego nieustannie mnie przekonuje, że nic nie jest w stanie zastąpić w naszej duchowej podróży zasłuchania w Słowo Boże. I nie mam tu na myśli jedynie literalnego czytania Pisma Świętego, ale przebywanie z tym słowem w ciszy, zgody na to, aby ono sięgało poza intelekt, w głębię mojego serca. A do tego nie wystarczy lektura. Potrzebna jest medytacja! Aby móc doświadczyć mocy Słowa musimy zdobyć się na mocne działanie Słowa, a to dokonuje się jedynie w ciszy, wówczas gdy nie uciekamy przed nim kiedy zaczyna nas ono nużyć, albo przerażać, bo dotyka w naszym sercu czegoś, czego nie chcielibyśmy, aby dotknęło. Żadna lektura Pisma Świętego będąca przyjęciem Słowa jedynie na poziomie intelektu nie  pozwoli doświadczyć prawdziwej siły Słowa do tego stopnia, że po spotkaniu ze Słowem będziemy mogli powiedzieć jak uczniowie: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?”

Nie wiem jakie macie w swoim życiu doświadczenie duchowego oświecenia? Ono stało się udziałem uczniów poprzez Słowo, którego słuchali, choć dopełniło się dopiero przy łamaniu chleba. W tym temacie chcę Was jedynie zachęcić do tego, aby przypomnieć sobie sytuacje, w których coś tak jasno dotarło do Was, że mieliście wrażenie, że „Otworzyły się Wam oczy”. I może to być – i często tak jest w życiu duchowym – doświadczenie pozaracjonalne, które trudno przełożyć na język słow. Osobiście nie mam cienia wątpliwości, że jedną z okoliczności, które sprzyjają przyjęciu takiej łaski oświecenia jest medytacja.

I na koniec chcę tez powiedzieć, że nic równie głęboko nie przygotowuje mnie do przeżycia Eucharystii, niż medytacja. Eucharystia poprzedzona medytacją bardzo pomaga – przynajmniej mnie – rozpoznać Jezusa w „łamaniu chleba”. Eucharystia poprzedzona medytacją staje się chwilą większego skupienia i spokoju, chwilą w której łatwiej zrozumieć znaczenie tego znaku, w którym Jezus przychodzi nie po to, aby być przy mnie na chwilę, ale po to, aby w tym znaku stać się drogą mojego życia, sposobem uczenia jak Go naśladować. Eucharystia stawia nas bowiem zawsze przed wyborem: chcę, albo nie chcę stawać się, jak Jezus, chlebem łamanym i rozdawanym godzącym się w jakimś sensie na unicestwieniem – oddanie siebie, mojej uwagi, mojego czasu, mojego życia innym…

 I już zupełnie na koniec – bo trochę popłynąłem w tym dzisiejszym wprowadzeniu –Emmaus po hebrajsku („hammat”) znaczy „ciepłe źródło”. Tak doświadczam zawsze medytacji. To zanurzanie się w ciepłym źródle, źródle miłości Boga. Czego i Wam życzę!

Zmartwychwstały, niewiasty i my

Gdy anioł przemówił do niewiast, one pośpiesznie oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i pobiegły oznajmić to Jego uczniom.

A oto Jezus stanął przed nimi, mówiąc: «Witajcie!» One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: «Nie bójcie się! Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech udadzą się do Galilei, tam Mnie zobaczą».

Gdy one były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: «Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdy spaliśmy. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu».

Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami, i trwa aż do dnia dzisiejszego. (Mt 28, 8-15)

Przez najbliższy tydzień będziemy słuchać Ewangelii o spotkaniach ze Zmartwychwstałym. To także nasze spotkania, które dokonują się za każdym razem, gdy jesteśmy na Mszy świętej.  A przeżyte z wiarą pozwalają nam sobie ciągle na nowo uświadamiać, że tylko ze spotkania ze Zmartwychwstałym pochodzi to, co w Kościele i w życiu chrześcijanina żywe i atrakcyjne.

Dzisiaj święty Mateusz przedstawia nam jedno jedyne zmartwychwstanie w historii świata i dwie perspektywy jego przyjęcia – wierzących i pogan.

Ile zamieszania robią kobiety! Po rozmowie z aniołem biegną z entuzjazmem do zatrwożonych uczniów. Oni jeszcze nie wiedzą. Kobiety chcą się podzielić dobrą wieścią. Ich wiara znalazła swoje wypełnienie.

Inaczej jest z żołnierzami. Są w drodze do miasta. Idą ciężkim krokiem, z niespokojnym sercem. Co z nimi będzie? Zadanie nie zostało wykonane, grób jest pusty. Może da się jeszcze wszystko naprawić? Nie wiedzą, co robić, co myśleć. Potrzebują rady. Na szczęście przełożeni synagogi przychodzą im w sukurs swoim pomysłem o wykradzeniu ciała Jezusa z grobu przez Jego uczniów.

Tymczasem Jezus przychodzi w ciszy. Staje pewnie na wyzwolonej ziemi, która należy już do Niego. Jak niegdyś Bóg przemawiał z całą mocą w delikatnym powiewie (1 Krl 19, 12), tak zwycięski Chrystus wielokrotnie będzie stawał przez kobietami, albo przed uczniami i mówił: „Witajcie!”.

Gdy zderzamy się z rzeczywistością, która przekracza nasze wyobrażenie, potrzebujemy czasu, aby ją zrozumieć. Unosimy wysoko brwi, z niedowierzaniem potrząsamy głową. Sprawdzamy, czy to, co zobaczyliśmy, jest prawdą. Narastająca radość spełnionej nadziei miesza się z lękiem, by nie doznać zawodu. Zmartwychwstanie Jezusa jak żadne inne wydarzenie zasługuje na takie zdumienie. Liturgia Kościoła odpowiada na nasze ograniczenia, bo nawet jako ludzie wiary potrzebujemy czasu, żeby nadążyć za tajemnicą ostatnich dni. Dlatego świętujemy oktawę wielkanocną, upewniając się wciąż, że grób jest pusty.

Nie śpieszmy się! Dopóki nasze oczy nie ujrzą Zmartwychwstałego w wieczności, dopóty zawsze, gdy ogarną nas wątpliwości możemy spotykać Go żywego  w Eucharystii.

Czy jednak sformułowanie: „spotkać Zmartwychwstałego” nie jest pobożnym frazesem? Czy doświadczenie religijne towarzyszące Eucharystii, nawet najpiękniejsze i najbardziej pobożne można w jakikolwiek sposób porównać z tym, co przeżyły Maria Magdalena i druga Maria? Czy Apostołowie w Wieczerniku? Czy możemy Go spotkać równie realnie jak Tomasz Apostoł mający szczęście dotknąć Jego ran?

Z całym przekonaniem odpowiadam: TAK!

Jest to jedna z najbardziej szokujących i porywających prawd chrześcijaństwa. Tak jak prawdziwe było doświadczenie kobiet, równie prawdziwe może być nasze doświadczenie. Osiągnięte na innej drodze, na drodze wiary i miłości do Chrystusa, lecz równie realne. Nie ma tu teologicznych sztuczek i pobożnego mydlenia oczu, lecz jest to serce chrześcijaństwa.

Co zatem trzeba zrobić, by to spotkanie ze Zmartwychwstałym mogło się odbyć?

Trzeba pozostawić w życiu miejsce na tajemnicę!

Bohaterki Ewangelii niosły w sobie pamięć o Jezusie sprzed Jego śmierci, a nade wszystko doświadczenie spotkania aniołów, mówiących, że On żyje. Wiedziały zatem, że ich życie dotyka spraw, które przez swą głębię pozostają niepojęte.

Niech będzie to i nasze przygotowanie na spotkanie ze Zmartwychwstałym: dostrzec, że dotykamy spraw niepojętych, a nawet więcej, sami od chwili chrztu jesteśmy ich częścią.

Bo tak naprawdę to nie gdzie indziej, jak w tajemnicy mojego i twojego życia, droga siostro i bracie, Zmartwychwstały wychodzi nam naprzeciw i odnawia wszystko.

Chrystus Zmartwychwstał! Alleluja!

Niech Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa będzie ogromną nadzieją dla każdej i każdego z nas, że Bóg zrobi wszystko, aby wydobyć nas z mroku grzechu i codziennej szarej wątpliwości, dając nam potężną Łaskę swojej obecności, przez miłość i przebaczenie, gdyż On sam nigdy nie męczy się w walce o wolność naszego serca i nasze zbawienie!

Z całego serca życzę Wam:

Cierpliwości wśród życiowych przeciwności;

Pogody ducha pośród zamętu;

Głębokiej Radości płynącej z udziału w paschalnym zwycięstwie Chrystusa;

Jezus prawdziwie zmartwychwstał! Alleluja!

Spokojnych i pełnych rodzinnego ciepła i miłości Świąt Wielkanocnych dla Was wszystkich i Waszych Rodzin.

 

Wielkanoc A. D. 2021                                              ks. Marek

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus miłował, i rzekła do nich: „Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono”.

Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka.

Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych. (J 20, 1-9)

 

W Wielki Piątek uczniowie Jezusa byli przekonani, że to już koniec…

Dlatego wieść o pustym grobie bardziej zaniepokoiła ich niż napełniła nadzieją. Ona wraca dopiero w osobistym doświadczeniu pustego grobu.

Nie można stać się wierzącym, jeśli nie przeżyło się Zmartwychwstania. A to z kolei wymaga śmierci – aby zmartwychwstać, najpierw trzeba umrzeć. Różne mogą być „śmierci” w naszym życiu. Może to być śmierć dosłowna, ale może to być też jakaś inna strata, która dla nas jest jakby „śmiercią”. Nie powinniśmy więc bać się śmierci w żadnej postaci, o ile przeżywając ją, zanurzamy się w śmierci Chrystusa. Kto zanurzy się w śmierci Chrystusa (przyjmie chrzest na serio), ten też razem z Nim zmartwychwstanie. A kto doświadczy Zmartwychwstania, ten dopiero przekona się, co to znaczy żyć naprawdę.

Niestety często w centrum naszej duchowości stawiamy Krzyż, koncentrując się podobnie jak apostołowie sprzed doświadczenia pustego grobu na męce i śmierci Jezusa. Być może to jest powodem, że jest w nas – współczesnych chrześcijanach tak mało radości, która porywałaby innych, która byłaby pierwszym świadectwem nadziei zmartwychwstania, którą w sobie nosimy.

Jest taka anegdota trafnia oddająca postawę życiowa niektórych chrześcijan: „Do chrześcijanina podchodzi pewien agnostyk i mówi:

– Ty mając łaskę wiary w Chrystusa zmartwychwstałego musisz być szczęśliwym człowiekiem!

– Owszem, muszę. – odpowiada chrześcijanin.

Obyśmy mieli w sobie niewymuszoną radość, radość zwycięstwa Chrystusa, którą będziemy potrafili promieniować na innych.

Cisza Wielkiej Soboty

Chrystus Jezus, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi. A w zewnętrznej postaci uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stając się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej.

Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem – ku chwale Boga Ojca. (Flp 2, 6-11)

Dzisiaj Adorujemy Jezusa złożonego do Grobu. Wielka Sobota, to bardzo ważny dzień dla nas, żyjących duchem medytacji – dzień ciszy. Jednak nie jest to cisza, która wynika z tego, że nie mam się do kogo odezwać, ani nie jest owocem tzw. świętego spokoju. To cisza, która powinna nas zaboleć. Jest to bowiem cisza, w której do głosu dochodzą tematy, którym na co dzień nie pozwalamy przemówić, które za wszelką cenę chcemy stłumić.

Cisza wielkiej soboty zaprasza nas, abyśmy razem z Jezusem zszedł do mojej osobistej otchłani po to, aby dać się przekonać, o Jego bezgranicznej miłości do mnie, szczególnie tam, gdzie wydaje mi się, że na nią nie zasługuję, że nie mam do niej prawa…

Zstąpienie Jezusa do otchłani chroni nas przed tym, aby nie uczynić z naszego życia cmentarzyska naszych lęków, naszych słabości, wszystkiego tego, czego się wstydzimy i co pragnęlibyśmy ukryć głęboko w podświadomości, w zapomnieniu. Tego, co chce odebrać nam nadzieję i wiarę.

Zstąpienie Jezusa do otchłani jest ogłoszenie nadziei tym, którzy umarli. Także tym, którzy umarli już za życia. Tym zstąpieniem na dno Jezus chce przypomnieć, że Bóg o nikim nie zapomniał, także o tych, którzy zapomnieli o Bogu; że nie przestał wierzyć, także w tych, którzy już w Niego od dawna nie wierzą.

Zstąpienie Jezusa do otchłani jest realizowaniem się planu Jego miłości do końca; miłości, która była, jest i pozostanie na zawsze niezmienna i ujawnia swoją duchowa i życiodajną moc szczególnie tam, gdzie wydawać by się mogło, że śmierć duchowa, emocjonalna, psychiczna, czy fizyczna zebrała już swoje żniwo.

Tak okazuje się, że w tym, co w nas zapomniane, niechciane, nieakceptowane czy pogardzane właśnie ta Miłość, która dała się zaprowadzić na Krzyż chce tę miłość wyznać każdej i każdemu bez wyjątku swoimi ranami i swoim przebitym sercem.

Tylko dzięki otwarciu się na tę Miłość rodzą się procy nadziei, którzy odważnie i z wiarą przeżyli swoje wielkie soboty, swoje zstąpienie do otchłani i stają się prorokami nadziei dla innych, stają się świadkami miłości, która nigdy się nie poddaje i wiary, która wie, że nasz Bóg jest Bogiem rzeczy niemożliwych.

Pozwólmy dzisiaj by właśnie tu, w ciszy Pańskiego Grobu wypłynęły ważne tematy naszego życia i naszego serca, te zapomniane, ukryte, zepchnięte w otchłań podświadomości. Miejmy odwagę dziś przy Chrystusie choć zamkniętym w grobie, to jednak pozostającym z otwartym dla nas sercem przyznać się do tych kawałków siebie i naszego życia, na których postawiliśmy już krzyżyk, abyśmy napełnieni mocą Jego łaski, mogli zrodzić się z ciszy wielkiej soboty do nowego życia, życia świadków wiary nadziei i miłości, bez których nie sposób żyć naprawdę