Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Uczyć się tajemnicy życia

Po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł i podniósł ją, ująwszy za rękę, a opuściła ją gorączka. I usługiwała im.

Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto zebrało się u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ Go znały.

Nad ranem, kiedy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: «Wszyscy Cię szukają». Lecz On rzekł do nich: «Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo po to wyszedłem».

I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy. (Mk 1, 29-39)

Czym jest chrześcijaństwo?  Oczywiście można udzielać różnych mniej lub bardziej ogólnych odpowiedzi… Mnie jednak zawsze w tak postawionym pytaniu chodzi nie o tę odpowiedź ogólną, wyuczoną, której definicję można przeczytać tu i ówdzie. Mnie zawsze interesowała odpowiedź osobista, jakiej na to pytanie może udzielić każda i każdy z nas będący chrześcijaninem. Jestem bowiem głęboko przekonany, że w życiu prawdziwego chrześcijanina o jego chrześcijaństwie winno mówić wszystko, nawet bez konieczności używania słów. Piszę te słowa oczywiście jako swego rodzaju samooskarżenie, bo wiem, że w moim życiu nie zawsze tak jest, ale dążę usilnie do tego, żeby tak było.

Jest taka historia, która od długiego czasu mnie porusza a dotyczy ona ucznia słynnego rabina Maggida z Międzyrzeca, który wśród wielu tekstów, które napisał pozostawił po sobie jedno inspirujące mnie nieustannie zdanie: „Nie poszedłem do Maggida, żeby studiować u niego Torę, tylko żeby popatrzeć jak sznuruje buty”. Wspomnianym uczniem wielkiego rabina Dow-Bera z Międzyrzeca (rzeczonego Wielkiego Maggida) był Szneur Zalman z Leżajska przedstawiciel ważnej rodziny chasydzkiej, który sam został następnie znanym rabinem. Sam Dow-Ber uznawany był jednak nie tylko za wybitnego nauczyciela rabinicznego, ale także za mistyka. I tu wracam do przywołanego zdania, które dla mnie jest także odpowiedzią na postawione przeze mnie na początku pytanie. Tak jak Sznuera nie interesuje w byciu uczniem Maggida abstrakcyjna nauka, ale konkretne życie jego nauczyciela, życie przepełnione tym, co głosi, tak nasze chrześcijaństwo jest nieustannie stawianym nam wyzwaniem, by nie interesować się jedynie abstrakcyjną nauka Ewangelii, ale wejść głębiej w życie samego Chrystusa, tak by dać się przesiąknąć Jego duchem, Jego sposobem myślenia, dosłownie: Jego stylem życia. I tak jak w przywołanym zdaniu Sznuer jest przekonany, że w zwykłym sznurowaniu butów swojego mistrza odkryje więcej z tajemnicy życia niż studiując święte pisma, tak my bądźmy przekonani, że w zwykłym kontemplowaniu Jezusa i Jego życia odkryjemy więcej z tajemnicy chrześcijaństwa niż w skupianiu się na samym słowie pisanym.

Piszę o tym w kontekście doświadczenia medytacji, która dla mnie od lat jest właśnie takim przyglądaniem się Jezusowi w całej Jego zwyczajności i prostocie. Dzisiejsza Ewangelia pokazuje Jezusa nawiązującego bliskie relacje z rybakami. Odwiedza ich w domu, uzdrawia teściową Piotra. I to jest to, co pozwala mi odkryć czym jest chrześcijaństwo: Jezus pragnie ze mną zwyczajnych, prostych relacji. Jest ze mną tam, gdzie mieszkam, gdzie prowadzę codzienne życie. Pragnie mnie ująć za rękę, być ze mną w czasie Eucharystii, medytacji, ale też wtedy, gdy piję herbatę, czy gdy odpoczywam. Wszystko jest miejscem Boga, środowiskiem Jego obecności. Wszystko jest miejscem objawienia się Jego łaski.

Nie mam wątpliwości, że takiego spojrzenia nauczyła mnie i wciąż uczy medytacja. Uczy, że całe moje życie jest przesiąknięte Jego obecnością. Przypomina mi o tym każde wezwanie, które wraz z oddechem przywołuję w praktyce medytacji: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” i to samo wezwanie, które rozbrzmiewa w moim sercu zaraz po przebudzeniu z nocnego snu.

Taka świadomość Jego obecności daje w życiu dużo wolności, uwalnia od niepotrzebnych przywiązań i prób szukania zabezpieczeń na naszą ludzką rękę.

Niezwykłe dla mnie są te ramy życia Jezusa, które ukazuje dzisiejsza Ewangelia: synagoga – dom – modlitwa – znów synagoga. Jezus porusza się w swoim życiu w ramach naznaczonych obecnością Ojca i nas też tego uczy. Te przystanki jakimi w naszym życiu są modlitwa, Eucharystia, adoracja mają nam ciągle przypominać, że „w Bogu żyjemy poruszamy się i jesteśmy” i nic tego nie zmieni i tak jest dobrze, bo tak ma być! Bo On stworzył nas z miłości i niespokojne będzie nasze serce dopóki nie spocznie w Nim. Każdy zatem, kto próbuje uciec przed życiem w Jego obecności, co najwyżej może pogłębić swoje frustracje, bo nie jest to możliwe.

Medytacja to szukanie spoczynku dla mojego serca w Bogu. Bez względu na to czy aktualnie jest ono przepełnione radością, czy smutkiem, rozkołatane, czy spokojne, pełne pytań i wątpliwości czy ufne i pełne nadziej zawsze ma przystęp do Boga. Praktyka medytacji przypomina mi, że mogę się do Niego zbliżyć w każdych okolicznościach i każdym miejscu i trwać z Nim na modlitwie, tak jak On trwał na modlitwie przed Ojcem. Medytacja jest przestrzenią, gdzie pozwalam, by Jezus przelał na mnie swego ducha modlitwy.

„Wszyscy Cię szukają” – mówią uczniowie do Jezusa w dzisiejszej Ewangelii. Nie wiem czy tak jest. Chciałbym, żeby tak było i ufam, że nawet Ci, którym dziś nie do końca z nami – chrześcijanami – po drodze, to jednak czasem po omacku, ale szukają, choć nie do końca są świadomi, że ostatecznie szukają Jego.  

Może jeśli we mnie – chrześcijaninie – będzie pasja szukania Jezusa, to zainspiruję tą pasją innych. Oby tak było! Od ponad trzydziestu lat medytacja jest dla mnie tym, co rozpala tę pasję. Czasami myślę sobie, że fajnie byłoby gdzieś dotrzeć, ale od mistyków uczę się, że każda chwila, każdy krok w tej duchowej podróży jest ważny i ma swoje znaczenie, tak że sama droga w pewnym sensie jest celem. Bo to przecież On jest Drogą!

A codzienna praktyka medytacji przypomina mi jedynie, że TO, czego szuka moje niespokojne serce jest mi bliższe niż ja sam.

Zaczerpnąć ze zdroju zbawienia

Jan Chrzciciel tak głosił: «idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby schyliwszy się, rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym».

W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na Niego. A z nieba odezwał się głos: «Ty jesteś moim Synem umiłowanym, w Tobie mam upodobanie». (Mk 1, 7-11)

Święto Chrztu Pańskiego kończy liturgiczny obchód okres Bożego Narodzenia. Pomyślałem sobie, że minął tak szybko, jak minie i nasze życie… Medytacja dzisiejszych czytań przenosi nasze spojrzenie z niezwykłego przyjścia na świat Jezusa i wczesnego dzieciństwa na same początki Jego działalności publicznej rozpoczętej właśnie od chrztu udzielonego Mu przez Jana Chrzciciela w wodach Jordanu. Jezus nie musiał tego robić – co słusznie zaznacza Jan w Mateuszowej odsłonie tej historii. Poddanie się temu obrzędowi podkreślało Jego solidarność ze mną i z Tobą, którzy potrzebujemy chrztu. Solidarność w miłości i lekcję pokory… I znów jako pierwszy doskonale odczytuje tę lekcję Jan Chrzciciel stwierdzając: „Trzeba, aby On wzrastał, ja natomiast abym się umniejszał” (J 3, 30) To również program na nasze życie, na nasze chrześcijaństwo…

Czytanie z Księgi Izajasza, które nawiązuje do codziennych ludzkich potrzeb, podkreśla, że nie można poprzestać jedynie na ich zaspokajaniu. Istnieje bowiem w człowieku głębszy głód, a mianowicie głód Boga. Przynaglając do zaspokojenia tego głodu, prorok woła: „Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko!” (Iz 55, 6). Szukanie Boga jest odpowiedzią na Jego miłość, uzdalniającą do przyjęcia przebaczenia i miłosierdzia, ale też do odkrywania Jego obecności w naszym życiu. Bez zaspokajania tego wewnętrznego głodu ryzykujemy, że staniemy się duchowymi anorektykami, próbując go oszukać i uciszyć jedynie substytutami, które nas nie nakarmią. Czy czasem nie postępujemy podobnie. Tymczasem łaska Boża nigdy nie jest bezowocna. Nawet jeżeli jedni odmawiają jej przyjęcia, to wydaje ona owoce w życiu tylu innych. Czy wydaje je także w moim życiu?…

Dzisiejsza Ewangelia według św. Marka z jednej strony uwypukla pokorę Jana Chrzciciela. Przypominają mi się w tym miejscu słowa z najnowszej płyty Marcina Stycznia, które wyśpiewał wprawdzie dla innego świętego (bł. Michał Giedroyć): „Mistrz drugiego planu”. Czy nie można by tych słów z powodzeniem odnieść do św. Jana Chrzciciela. To piękne powołanie. Także nasze powołanie. Być mistrzem drugiego planu, aby Jezus mógł być zawsze na pierwszym miejscu.

Z drugiej strony dzisiejsza Ewangelia ukazuje prawdziwą tożsamość Jezusa: „Ty jesteś moim Synem umiłowanym, w Tobie mam upodobanie” (Mk 1, 11). U progu swej działalności Jezus zostaje uwiarygodniony na dwa sposoby: przez Jana – po ludzku – oraz przez Boga – w sposób nadprzyrodzony. Potem potwierdzeniem prawdziwości mesjańskiej misji Chrystusa stanie całe Jego życie, Jego działalność aż po osiągnięcie apogeum w Jego męce, śmierci i zmartwychwstaniu.

Papież senior Benedykt XVI powiedział: „O ile Boże Narodzenie i Objawienie Pańskie mają przede wszystkim uczynić nas zdolnymi do widzenia, otworzyć nam oczy i serca na tajemnicę Boga, który przychodzi, aby być z nami, to święto chrztu Jezusa wprowadza nas, rzec można, w codzienne osobiste relacje z Nim. Istotnie, przez zanurzenie się w wodach Jordanu Jezus zjednoczył się z nami”. Przez chrzest w Jordanie Jezus zbudował most między sobą a nami. Żyjąc zgodnie ze zobowiązaniami przyjętymi na chrzcie, mamy kroczyć drogą Jezusa, drogą nieustannego szukania Boga i pokornego posłuszeństwa Jego świętej woli, która – zgodnie ze słowami św. Jana z jego Pierwszego Liście – „nie jest ciężka” dla kogoś, kto kocha Boga.

Jak wspomniano Jezus nie potrzebował chrztu, ale przyjął go ze względu na nas. Mówi bowiem św. Paweł: „To zaś, co niegdyś zostało napisane, napisane zostało i dla naszego pouczenia” (Rz 15, 4; por. 1 Kor 10, 11). Przez ten ewangeliczny opis możemy lepiej zrozumieć, co się dzieje w czasie udzielania sakramentu chrztu nam. Niebo się otwiera, Duch Święty zstępuje, a Bóg mówi: „Tyś jest moim umiłowanym dzieckiem, w Tobie mam upodobanie”. Dawniej nie myślałem w ten sposób o moim chrzcie, że było to tak niesamowite wydarzenie, do którego wciąż mam się odnosić i do niego powracać. Dzisiaj przeżywam go co roku, jako rocznicę powtórnych urodzin!

Dzisiejszy dzień jest okazją do tego, żeby podziękować za nasz chrzest. Zresztą, gdybyśmy byli świadomi tego, co nam przyniósł, nie przestawali byśmy dziękować!

Przez chrzest zanurzeni zostaliśmy w Jezusa, w życie Jezusa, w misję Jezusa, w Jego śmierć i zmartwychwstanie. Zanurzeni w Jego chwałę. Jest to niezwykła tajemnica naszej wiary i naszego życia: naszego życia w Jezusie – życia Jezusa w nas. Pięknie ubierze to w słowa św. Paweł: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie”. (Ga 2,20) W moim cierpieniu, przed którym przecież nie ucieknę, jest Jego zbawcze cierpienie. W śmierci, której się czasem boję, będzie Jego umieranie. Tam spotkam Jezusa, gdzie są krzyż, cierpienie i śmierć. On przeszedł ze śmierci do życia i mnie przeprowadzi, będzie to też moje przejście, moja pascha. Głęboko w to wierzę.

Chrzest włącza nas w najprawdziwszą relację jaka istnieje między Bogiem a człowiekiem. Ważne jest tylko byśmy jej nie zaniedbywali.

Chrzest daje nam prawo zwracać się do Boga: „Abba, Ojcze”. Dlatego, że Jezus jest naszym Bratem, a my jesteśmy dla siebie rodzeństwem, zrodzonym we Krwi i w Ciele Jezusa, choć tak często o tym zapominamy. Tymczasem św. Jan powie, że to wystarczający powód do wzajemnej miłości i jedności między nami. Jakże inny był by świat, jakże inaczej wyglądałby nasze domy, miejsca pracy, spotkania rodzinne, gdybyśmy podzielali myślenia św. Jana. Myślę, sobie, że dopiero w tym kluczu możemy zrozumieć wszystkie wydarzenia naszego życia. Wiara i miłość dają nam klucz do właściwej realizacji naszego życia. Temu, kto próbuje to robić wedle innego klucza nie może się udać. Owszem może w wymiarze doczesnym, ale nigdy w wymiarze duchowym i wiecznym. Pierwsza w tym kluczu swoje życie przeżyła Maryja, stając się dla nas Nauczycielką życia.

Tegoroczne święto Chrztu Pańskiego przeżywamy w dziwnym klimacie: naznaczonym pandemią, ale i dającą się coraz bardziej słyszeć agresją (już nie tylko słowną), nie rzadko – jak w przypadku naszego kraju – także antychrześcijańską czy antykościelną naznaczoną atakami na kościoły, mnożące się apostazje (często nieprzemyślane i sterowane przez argumenty skopiowane z Internetu, co daje się odkryć w rozmowach z wypisującymi się z Kościoła). Argumenty są różne i wciąż te same: hipokryzja Kościoła czy ludzi Kościoła, księża i ich postawy etc. W takich sytuacjach zawsze przypominają mi się mądre zdanie, że „kto odchodzi z Kościoła z powodu człowieka nigdy nie wszedł tam ze względu na Chrystusa”. A ja kocham mój Kościół ten pełen ludzkich słabości, potykający się o grzechy swoich dzieci, bo dla mnie fakt, że ludzie ze swoimi słabościami jeszcze nie rozwalili Kościoła jest najlepszym dowodem na to, że jest on dziełem Ducha Świętego i nie jest muzeum dla świętych, ale przystanią dla grzeszników, którzy dopiero dzięki mocy działającego w nim Boga mają szansę stać się świętymi, ale nigdy bez Niego!

Mnie zawsze zadziwia to, jak łatwo niektórzy ochrzczeni odrzucają to, co pochodzi od Boga. Idą natomiast za podszeptami ideologów uzurpujących sobie Jego miejsce w ich życiu i w świecie… Oczywiście każdy choć trochę znający historię człowieka i dzieje zbawienia wie, że u początków tej uzurpacji znajduje się aroganckie nieposłuszeństwo pierwszych ludzi wobec Boga. Zatem spoglądając na to, co można zaobserwować w dzisiejszym świecie chciałoby się rzec: nihil novi! Wprawdzie sprzeciw wobec Boga ma bardzo dawny rodowód, ale za to nie ma żadnej obiecującej przyszłości!

Żeby jednak zakończyć to rozważanie czymś optymistycznym i nie dać się ściągnąć w dół tym, którzy wieszczą koniec epoki chrześcijaństwa: dziękujmy za dar chrztu świętego i jakby na przekór panu tego świata, który na różne sposoby próbuje pokazać swoje kły i pazury, żeby nas nastraszyć starajmy się jeszcze obficiej czerpać ze zdrojów zbawienia. Tam jest nasza ostateczna nadzieja i nasze zwycięstwo!

Medytacja na objawienie

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony Król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon».

Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak zostało napisane przez Proroka: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela».

Wtedy Herod przywołał potajemnie mędrców i wywiedział się od nich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytajcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». Oni zaś, wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę.

A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, postępowała przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; padli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę.

A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się z powrotem do swojego kraju. (Mt 2, 1-12)

Trzej królowie, ludzie z daleka, kojarzą się z podróżą w poszukiwaniu mądrości… Zastanawiam się, czy nasze życie nie przypomina czasem Trzech Mędrców. I to nie w chwilach jakichś niezwykłych wydarzeń czy wypraw, ale w codzienności: gdy jesteśmy w podróży służbowej, w metrze wiozącym nas do pracy, wielu pasażerów czyta gazety, prowadzi rozmowy, telefonuje, czy serfuje po sieci. Czy motywacją dla nas w tych prostych codziennych czynnościach jest poszukiwanie mądrości?… Czy motywacją codziennego i wytrwałego siadania do medytacji jest dla nas poszukiwanie mądrości?

W wędrówce mędrców możemy odnaleźć symboliczny obraz jeszcze jednej naszej podróży – tej duchowej. Jak pisze w swojej książce p. t.. „Rozważania o wierze” ks. prof. Dajczer wiara nie tylko znosi wątpliwości, wręcz przeciwnie, ona je zakłada. Dylematy mędrców mogą być naszymi dylematami. Pozostać we własnym świecie? Czy może przekroczyć jego granice? Jak zachować się wobec znaku, którego nie można ignorować? Decyzja musi być dobrze przemyślana. Jeżeli wstąpimy na drogę Trzech Mędrców, doświadczymy tego, co w naszej wierze bywa niezwykle trudne, ale też zarazem najbardziej fascynujące. Jedno jest pewne, z duchowej podróży nigdy nie wracamy tacy, jacy byliśmy. I takie jest moje doświadczenie długiej podróży duchowej z medytacją w tle – ona nas zmienia. Sądzę, że każda i każdy z nas mógłby podzielić się tutaj swoimi spostrzeżeniami zmian w sposobie myślenia, spoglądania na rzeczywistość, czy wręcz życia, które przyniosła długoletnia praktyka medytacji…

Ewangelia pokazuje moment, gdy Trzej Królowie przybywają do Betlejem, ale nie wiemy, jak wyglądał początek ich drogi. Pamiętamy jednak z pewnością jak wyglądał początek naszej drogi medytacji. Ja ciągle uczę się z postawy mędrców (i to nie tylko z dzisiejszej Ewangelii, ale też wielu mądrych ludzi, których spotkałem na drodze mojego życia a zwłaszcza świadków wiary), że nie sposób poszukiwać Chrystusa i jednocześnie trwać w tym samym miejscu. Różnica między niepoprawnym marzycielem a chrześcijaninem polega na tym, że ten drugi naprawdę postanowił zmienić swoje życie, podczas gdy marzyciel, wędrując pod meandrach swojej wyobraźni, wcale nie zamierza zmieniać swojego życia a jedynie oszukuje siebie mnóstwem postanowień, których ostatecznie nigdy nie realizuje. Medytacja jest dla mnie doświadczeniem, które nie tylko zmusza do wyruszenia ze swojego miejsca, do porzucenia utartych schematów myślenia o modlitwie, o doświadczeniu Pana Boga, ale też bardzo mocno weryfikuje nasze iluzje w powyższych tematach.

Mędrcy ze Wschodu, zanim dotarli do celu, spotkali się z Herodem. Dla nas jest to wyraźna przestroga, by liczyć się z trudnościami, które będą się pojawiać w naszej wierze. Wątpliwości, znużenie czy grzech, prędzej czy później zastąpią nam drogę. Jednak problemy związane z poszukiwaniem Chrystusa dla człowieka wiary nigdy nie mogą być powodem, by ogłosić kapitulację i zaprzestać poszukiwań. Być może, tak jak w wypadku Mędrców, konfrontacja ze złem będzie ostatnim przystankiem przed odnalezieniem Boga. I tutaj kolejne odkrycie, które jest owocem medytacji – pisząc „konfrontacja ze złem” – medytacja odkrywa, że nie koniecznie i nie przede wszystkim chodzi o zło zewnętrzne. Moje osobiste doświadczenie i doświadczenia wielu osób, z którymi rozmawiam na temat owoców medytacji pokazuje, że żadna modlitwa tak bardzo nie otwiera nas na cień obecny w nas samych, na to, co niejednokrotnie głęboko ukryte w naszym wnętrzu jak właśnie modlitwa monologiczna.

W końcu Wędrowcy odnajdują Jezusa, ale trudno sobie wyobrazić ich zdumienie, gdy widzą przed sobą zwyczajne niemowlę w nędznej grocie. I tu znowu przychodzi mi na myśl doświadczenie medytacji, które niejednokrotnie przekonało mnie, że Bóg objawia się w sposób absolutnie zaskakujący. Jeżeli nie chcemy rozminąć się z Bogiem obecnym w naszym życiu, warto być gotowym na niespodzianki, na zmianę naszych schematów myślenia, na zgodę na to, że Bóg nie zawsze będzie działał tak, jak nam się wydaje, że będzie nas zaskakiwał. Jedno jest pewne: Chrystus objawi się w naszym życiu, ale zrobi to w sposób, który sam uzna za właściwy i dla nas najlepszy.

Jak pisał papież Benedykt, Mędrcy „byli ludźmi przekonanymi o tym, że w stworzeniu istnieje coś, co mogliby nazwać »podpisem« Boga, a ten »podpis« człowiek może i powinien starać się odkryć”. To ważne przesłanie przypomina nam o tym, że badanie świata i próba zrozumienia go nie są przeciwne Bogu, są raczej sposobem odnajdywania Go dzięki światłu naszego rozumu. Przy czym doświadczenie medytacji sprawiło, że do odnalezienia rzeczonego „podpisu Boga” najpierw jesteśmy wezwani w świecie wewnętrznym, w nas samych, po to by łatwiej – bo z przemienionym przez praktykę modlitwy monologicznej sposobem widzenia – odnajdywać go również na zewnątrz nas.

Wobec tego światła i wspomnianego „podpisu” Boga zawartego w świecie można jednak przyjąć inną postawę niż Mędrcy. Tak robi Herod, który na wieść o kimś większym reaguje strachem. I znowu, to doświadczenie medytacji pozwala nam dostrzec często nieuświadomiony i zakamuflowany lęk, który w sobie nosimy przed Panem Bogiem i który sprawia, że w Bogu nie zawsze widzimy największego sojusznika i najlepszego obrońcę, ale kogoś, kto stanowi zagrożenie naszej wolności i tak bardzo iluzorycznej pokusy panowania nad naszym życiem.

Mędrcy spotykają także uczonych w piśmie: teologów i filozofów, którzy, jak podkreśla papież Benedykt, wiedzą wszystko o świętych księgach, znają wszelkie możliwe interpretacje, potrafią odczytać miejsce narodzin Zbawiciela, chcą być przewodnikami innych, ale jedynie jako ci, którzy wskazują drogę, a nie ci, którzy sami nią idą. Ten bezruch może być przyczyną ich duchowej śmierci – przed którą także nas pragnie przestrzec dzisiejsza Ewangelia. Chodzi oczywiście o inny bezruch, niż ten, do którego zaprasza nas cisza medytacji. To bezruch spowodowany pewnego rodzaju wygodnictwem czy też lenistwem (również duchowym); to bezruch wynikający z naszych złych przyzwyczajeń, z acedii – jak określili by to Ojcowie Kościoła tak bardzo zagrażający także nam w coraz bardziej konsumpcyjnym świecie.

Mamy zatem trzy postawy wobec prawdy, które pięknie zdaje się weryfikować praktyka medytacji: postawę Mędrców, którzy w rzeczywistości ziemskiej odnajdują ślady Boga i podążają za nimi, poszukując sensu; postawę Heroda, który boi się prawdy, gdyż Bóg stanowi zagrożenie dla jego władzy i wolności; i trzecią postawę – biernego obserwatora, któremu się wydaje, że wiele wie, ale który za tą prawdą nie podąża. Zanim jednak potępimy Heroda czy uczonych w piśmie, pomyślmy także, czy i w naszych poszukiwaniach prawdy nie ma czasem lęku, że Bóg zabierze nam wolność, albo że coś stracimy z naszych planów i marzeń, kiedy zdecydujemy się budować życie na Nim i prawdzie opartej o Jego słowo!?

Trzej Królowie dotarli na miejsce, ponieważ prowadził ich niezawodny znak – gwiazda. Dla nas w praktyce medytacji tym znakiem jest słowo. Bez względu na to, jak długo będziemy iść i z jakimi przeciwnościami przyjdzie nam się mierzyć w życiu, Bóg jeszcze bardziej niż my pragnie nas doprowadzić do upragnionego celu, jakim jest nasze zbawienie. I jedno jest pewne” jeśli na tej drodze obierzmy za przewodnika Jezusa, to nie tylko nie pozwoli się On nam zgubić, ale sprawi że samo podążanie drogą wiary i prawdy, droga medytacji będzie nas coraz bardziej upodobniało do Niego.

 

Pozwolić przemienić się słowu

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, z tego, co się stało.

W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi.

Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. (J 1, 1-5. 9-14)

Chrystus – niemowlę i Bóg w jednej osobie, zapowiadany i przeczuwany – postanowił zamieszkać wśród nas (J 1, 14). Dosłownie: rozbił swój namiot między nami. I zaprasza, aby się schować w jego cieniu.

Można zapytać: co to daje, że Bóg zamieszkał pośród nas? Czy zło już nie będzie się wkradało do naszego życia? Czy przestaniemy się denerwować, kłócić, sądzić jeden drugiego? Czy wczorajsze kłopoty nie będą nas już martwić? Nie. I wcale nie o to chodzi. Kiedy Bóg jest z nami, jest po prostu jakoś inaczej.

Inaczej, to znaczy jak? Może tak, że wprawdzie dziś nie wszystko nam wyszło, ale Bóg daje kolejny dzień. Może dziś znowu pokłóciłem się z kimś, na kim bardzo mi zależy, albo wręcz przeciwnie: z kimś, kogo wprost znieść nie mogę, a z kim muszę żyć. Koniec świata?    Nie – bo Bóg jest hojny w swoim miłosierdziu: nie skąpi mi go i dodaje wiary w to, że i ja mogę nauczyć się przebaczać. Razem z Nim zacząć od nowa. Znamy zapewne wszyscy słynną piosenkę zespołu Dżem „Modlitwa”, rozpoczynającą się od słów: „Pozwól mi rozpocząć jeszcze raz…” I Bóg pozwala! Nie zraża się naszymi porażkami i błędami.

Gdy w Ewangelii pada słowo „początek”, warto jest wspomnieć swój własny chrzest. Chwila, gdy zostaliśmy zanurzeni w Chrystusie, to dla nas w wymiarze osobistym początek nowego stworzenia. Święty Augustyn nazywa chrzest „pocałunkiem Ojca”, bo przez Jego miłosierdzie na powrót staliśmy się dziećmi Bożymi. Prolog Ewangelii Jana, który dziś słyszymy w liturgii Mszy świętej, opowiada o tym, co jest na początku, czyli w Bogu. Opis tego, co w Bogu się dzieje, znosi perspektywę czasową. Boże życie trwa poza czasem. A my od momentu chrztu uczestniczymy w tym życiu, co oznacza jednocześnie, że to trwanie co prawda rozpoczęte konkretnym momentem chrztu nie ma już końca.

Gdy w Ewangelii pada słowo „ciało”, warto wspomnieć Eucharystię. W niej mamy dostęp do Słowa, które stało się Ciałem. Przyjęcie komunii to kolejny sposób wszczepienia nas w życie Boga a konkretnie przyjęcie w siebie Jego życia, mocą którego może dokonać się przemiana naszego ducha i życia. I znów święty Augustyn mówiąc o Eucharystii, nazwie ją „pocałunkiem Syna”, ponieważ przez jej przyjęcie stajemy się siostrami i braćmi Chrystusa. Mistycy, którzy mieli szczególny wgląd w tajemnicę Eucharystii (Catalina Rivas) mówili, że udział w liturgii znosi perspektywę miejsca. Kiedy spożywamy chleb, który stał się Ciałem, i pijemy wino, które stało się Krwią, przywracane jest w nas podobieństwo do samego Jezusa będącego Pierworodnym spośród całego stworzenia a także dla każdej i każdego z nas wzorem życia w zjednoczeniu z Bogiem.

Gdy wreszcie w Ewangelii pada słowo „światłość”, warto wspomnieć sakrament bierzmowania. Zgoda na to, aby nasze życie wypełnił  Duch Święty oczyszcza świątynię, którą jesteśmy my sami. Uwalnia On – jeśli otworzymy się na Jego łaskę – z tego, co odbiera nam wolność i co sprawia, że karlejemy duchowo, zamiast się rozwijać. Dlatego święty Augustyn nazwie bierzmowanie „pocałunkiem Ducha”, bo wówczas Duch przychodzi, by uczynić nas przyjaciółmi Boga. Jego mocą rozbita zostaje perspektywa wszelkich ograniczeń.

Trzy słowa, trzy sakramenty, trzy sposoby, w których Wcielenie Syna staje się obecne w naszym życiu. Sakramenty jednak to nie magia. Działają w tych, którzy je przyjęli nie jedynie na mocy tradycji, czy pod wpływem impulsu, lub przymuszeni przez innych, lecz w wolności serca, które pragnie współdziałać z udzieloną mu przez nie łaską. Bóg dając nam siebie w sakramentach nie niszczy i nie przestaje szanować naszej wolności, ale jak pisze papież senior Benedykt XVI „wypełnia ją i przenosi na wyższy poziom”. Sakramenty nam udzielone, zostały niejako złożone w nasze ręce, ale od nas zależy, co z nimi zrobimy. Możemy przyjąć ich moc lub ją odrzucić. Jednak św. Paweł przestrzega, abyśmy Bożej łaski nie przyjmowali na próżno… [por. 2 Kor 6, 1]

Jest jeszcze jeden szczególny moment, który przychodzi mi na myśl, gdy czytam dzisiejsze czytania. To czas Adoracji Najświętszego Sakramentu.

Pamiętam go jako najważniejszy punkt dnia w czasie studiów. Każdy z nas był zabiegany: tysiąc spraw, tysiąc historii napotkanych ludzi, problemów, kłótni – również między nami. I na koniec godzina, kiedy to wszystko mogę zostawić. Sprowadzić do właściwych rozmiarów… Oddać Bogu! Jak zwykła mawiać św. Matka Teresa z Kalkuty wpisując do reguły powołanego przez siebie zgromadzenia Sióstr Misjonarek-Miłosierdzia godzinę adoracji dziennie: Trwanie przez godzinę przed Panem obecnym w Najświętszym Sakramencie zobowiązuje i radykalnie przemienia nasze życie czyniąc je bardziej eucharystycznym, czyli ofiarnym wobec Boga i ludzi.

Niestety żyjemy w czasach, w których dar życia nie jest szczególnie szanowany przez świat. A jednak Bóg zdecydował, by Słowo stało się ciałem. W ten sposób rozpoczął nowy rozdział w historii świata, by poprowadzić człowieka z powrotem do radości, pokoju i braterstwa. Przez Jezusa, Syna Bożego, Bóg staje się obecny w naszym życiu. Otwiera nam drzwi do swojego życia. Od nas zależy czy przez nie wejdziemy…

Pamiętam film Andrzeja Tarkowskiego Zwierciadło, który opowiada o jąkającym się chłopcu, leczonym hipnozą. Kiedy terapeuta wybudza chłopaka, ten wstaje i donośnym głosem oznajmia: „Ja umiem mówić!”. Historia, którą oglądamy w Zwierciadle, to symboliczna opowieść o odzyskiwaniu wolności, uwalnianiu się z tego, co nas ogranicza, przygniata. Odnosząc ją do słów Ewangelii, moglibyśmy powiedzieć: Słowo stało się ciałem, aby mogło do nas przemówić. Do nas, zamkniętych w niemocy wypowiadania słów, które tak często dziś ranią zamiast budować; niosą hejt, zamiast miłości.

Dziś słowami Ewangelii Bóg zaprasza nas do wsłuchania się w milczenie świata poranionego grzechem i egoizmem i mówi, żebyśmy tak jak On pozwalając się przemieniać Jego słowu i Jego miłości przekonywali tych, którzy żyją bez Boga, którzy Go jeszcze nie przyjęli, że ich prawdziwe życie jeszcze się tak naprawdę nie zaczęło.

THEOTOKOS 2021

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa oraz leżące w żłobie Niemowlę. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli, co im zostało objawione o tym dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, zdumieli się tym, co im pasterze opowiedzieli.

Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to zostało przedtem powiedziane.

Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał Anioł, zanim się poczęło w łonie Matki. (Łk 2, 16-21)

W kalendarzu 1 stycznia jest dniem Nowego Roku. Przypomina nam o historii świata, która wyraża się przez upływający czas, wydarzenia polityczne, historyczne. To pierwsza warstwa historii ludzkiej. Jest też warstwa historii indywidualnej – mojej i twojej historii. Wpisuje się ona w historię świata: nasze narodziny, nasza rodzina, nasza ojczyzna, nasze dzieci, nasza praca itd. Wszystko to, co tworzy indywidualne życie, to druga warstwa historii. Dla nas, chrześcijan, jest jeszcze trzecia warstwa, którą nazywamy historią zbawienia. Dopiero ona nadaje pełny blask, ostrość, sens i odsłania piękno historii ludzkości. To dzięki niej Miriam – prosta żydowska dziewczyna z Nazaretu, córka Joachima i Anny (to jej historia indywidualna), za czasów Heroda i Cezara Augusta, „gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz” (to historia świata ówczesnego), staje się „Świętą Bożą Rodzicielką” (to historia zbawienia).

Może się zdarzyć, że ktoś dostrzega przede wszystkim wymiar historii świata i realizuje się zawodowo, społecznie lub politycznie z uszczerbkiem dla pozostałych wymiarów. Inny może się zamykać w swoim życiu indywidualnym i rodzinnym, narażając się na egoistyczne spojrzenie na świat i innych ludzi. Ktoś jeszcze inny, uznając wyłączność lub prymat historii zabawienia, może realizować się w zbytniej dewocji oraz ucieczce od życia w kwestie duchowe i religijne i nie dostrzegać związku swego życia z historią tego świata.

W życiu każdego z nas jest potrzebna równowaga w dostrzeganiu i przeżywaniu nakładających się wymiarów naszego życia. Dobrze prosić Pana Boga u progu Nowego Roku o otwarcie oczu, abyśmy potrafili dostrzec obraz całości i to, że jesteśmy powołani do „wielkich dzieł Bożych” podążając drogami naszej doczesności.

W kalendarzu 1 stycznia to także dzień, który stawia nam przed oczami Maryję, która swoim pokornym przyzwoleniem na wolę Bożą, objawioną jej przez Anioła Pańskiego, zrodziła Jezusa Chrystusa, prawdziwego Boga, który z miłości do nas stał się dla nas prawdziwym człowiekiem. Jeśli u progu Nowego Roku patrzymy na Maryję, to może warto uczyć się jednocześnie  patrzeć z takiej perspektywy jak Ona – czyli stając wobec różnych życiowych sytuacji, którym musimy stawić czoła – pytać się Pana Boga, jak to się stanie, a nie pytać o to, czy to jest możliwe, bo dla Niego nie ma nic niemożliwego.

Umiejscowienie dzisiejszej uroczystości w ostatnim dniu oktawy Bożego Narodzenia pokazuje, że przywileju boskiego macierzyństwa Maryi nie należy w żadnym wypadku przypisywać jakimś Jej szczególnym zasługom wobec Boga, lecz pozostaje on całkowicie powiązany z tajemnicą wcielenia i zbawczego działania Boga w historii świata i naszej osobistej historii. Prawda ta przypomina nam, że wszystko, co otrzymujemy od Pana Boga nie jest nam dane z powodu naszych zasług, lecz jedynie dzięki Jego łasce i miłości. A na te nie można sobie zasłużyć, czy zapracować. Jedyna prawda brzmi: Wszystko jest łaską!

Pozornie może nam się wydawać, że treść tajemnicy ukazanej przez dzisiejszą uroczystość nie ma nic wspólnego z praktyką naszego codziennego życia. Nic jednak bardziej mylnego!  Gdy pomyślimy, że Maryja stała się matką Boga za sprawą Jego wybrania, to prawda ta uświadamia nam, że Bóg w Chrystusie wybrał także „nas przez założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem”. Gdy zwrócimy uwagę, że Maryja urodziła w Betlejem Syna, to dobrze jest też nie przeoczyć faktu, że jako ochrzczeni jesteśmy wezwani do zgody na rodzenie się Chrystusa przez Jego laskę w naszym sercu i w sercach innych.

Jeśli bowiem na wzór Maryi zgodzimy się na Boże działanie w naszych sercach, będziemy coraz bardziej doświadczali, że On pierwszy nas umiłował i będziemy emanowali Jego światłem. Godząc się na Boże prowadzenie w naszym życiu pozwolimy by zamieszka w nas Obecność i będziemy nieustannie odkrywać, że my także potrafimy rodzić Chrystusa w innych, przez świadectwo naszej wiary i miłości: w dzieciach,  opowiadając im Ewangelię, we wnukach ucząc je modlitwy, wychowując, aby się stały Jego wiernymi uczniami. Będziemy potrafili rodzić Chrystusa w tych, którzy nigdy Go nie znali, a których spotykamy na naszych drogach.

To przez naszą żywą pamięć o Bogu mamy szansę uobecniać Go w życiu tych, którzy w zabieganiu oddalili się od Niego i zapomnieli o Nim. Sami żyjąc nadzieją w Boża opiekę będziemy potrafili budzić tę nadzieję w tych, którzy w trudnych chwilach osunęli się w ciemność zwątpienia.

I niech te słowa będą jednocześnie życzeniami na ten nadchodzący rok.

Bóg kształtował Maryję przez całe jej życie. Fakt, że zrodziła Zbawiciela, stanowił zaledwie etap jej ziemskiego pielgrzymowania, które zakończyło się wniebowzięciem.

Prośmy u progu tego nowego roku abyśmy we wszystkim, co nas spotka, potrafili rozpoznać i rozeznać znaki czasu, wezwania, rady, zachęty i przestrogi naszego Pana Jezusa Chrystusa. Abyśmy umieli usłyszeć to, czego On życzy sobie od nas, a niekoniecznie – my do Niego.

Dlatego dobrze na progu nowego roku kalendarzowego powierzyć się macierzyńskiej opiece Maryi i razem z Nią uczyć się rozważać zbawcze dzieła Boga w dziejach świata i naszym życiu, byśmy coraz bardziej pogłębiali naszą chrześcijańską tożsamość a nasze życie duchowe mogło wydawać coraz lepsze owoce. Czego wam i sobie życzę. Amen