Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Jeśli miłość do Boga nie jest pierwsza…

Gdy faryzeusze posłyszeli, że zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, wystawiając Go na próbę, zapytał: «Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?»

On mu odpowiedział: «„Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”. Na tych dwóch przykazaniach zawisło całe Prawo i Prorocy». (Mt 22, 34-40)

Nie jest tajemnicą fakt, że poprawne zrozumienie miłości bliźniego opiera się na właściwie przeżywanej miłości do siebie samego. Czym jest miłość do samego siebie? Najczęściej mówi się o niej jako o szacunku dla siebie, nieszkodzeniu sobie złymi nawykami, pewnej wyrozumiałości w stosunku do swoich błędów etc. Jednak sedno miłości do samego siebie – opisane w Ewangelii – leży gdzie indziej. Podobnie jak w każdym innym temacie ewangelicznym, tak też tutaj kluczem do zrozumienia i interpretacji Ewangelii jest Chrystus i Jego życie.

Najważniejsze przykazanie, nie bez przyczyny mówi najpierw o miłowaniu Boga sercem, duszą i całym umysłem…

Te słowa są jak potrójny apel o bezkompromisowość życia. Całe serce dla Boga, cała dusza dla Boga, cały umysł dla Boga, a zatem wszystko, czym jestem, dla Boga. Wszystko! I kropka. Trzeba wiedzieć, że dzisiejsze, tak radykalne wezwanie nie pozostaje w Biblii osamotnione. Na myśl przychodzą słowa Jezusa, wypowiedziane do młodzieńca: „Sprzedaj wszystko, co masz”, a także słowa Maryi: „Róbcie wszystko, cokolwiek Wam powie”. Wszystko! Ewangelia jakby chciała nas przestrzec przed niebezpiecznym zmiękczaniem tych słów, co często jest zagrażającą nam pokusą.

Przykazanie miłości to tak naprawdę najkrótszy traktat o szczęściu. Jest to przykazanie, które bardziej jest obietnicą niż nakazem. Obietnicą tego, co Pan Bóg może uczynić w naszym życiu jeśli Mu zaufamy, jeśli postawimy Go na pierwszym miejscu. Doskonale zrozumieli to pierwsi Ojcowie Kościoła, mówiąc: „Jeśli Bóg będzie na pierwszym miejscu, wszystko inne będzie na właściwym”, czyli wszystkie relacje, wartości, wybory.

Miłość jest uporządkowana, choć powszechnie kojarzy się ze spontanicznością, porywem serca, pełnią ciepłych uczuć. Takie symptomy towarzyszą miłości, ale jej nie wyczerpują. Miłość jest uporządkowanym pragnieniem dobra i zdeterminowanym dążeniem, aby je osiągnąć. Jest ładem, stałością i wiernością… Prawdziwa miłość sprawia, że rodzice po dniu ciężkiej pracy znajdują siłę, by z równie wielkim zaangażowaniem poświęcić czas swoim dzieciom. Otwiera oczy na obecność Boga w świecie, z którego wielu ludzie chciałoby Go wypędzić. Pozwala wytrwać na drodze powołania mimo trudności i pokus. Miłość potrafi rozpoznać i odpowiedzieć na potrzeby napotkanego człowieka. Uczy nas jak budować harmonię między oddaniem serca Bogu a jednocześnie bliźniemu.

Przykazanie miłości Boga i bliźniego jest drogowskazem na życie i szczególnie dobrze byłoby to wyartykułować w dobie tak powszechnego relatywizmu, kiedy różnego rodzaju wartości, w tym również miłość próbuje się postawić na głowie.

Przykazanie miłości, to nie wezwanie do rozliczenia, bo takie podejście prowadziłoby jedynie do frustracji. To zachęta do tego, by oddać Bogu wszystko całym sercem, całą duszą, całym umysłem, po to by On to przemieniał wszystko swoją miłością i uczył nas prawdziwie kochać.

Bo choć trudno nam się do tego przyznać nie jesteśmy zdolni do miłości sami z siebie. Miłość może narodzić się w nas i wzrastać dzięki otwarciu na Tego, który jest jej Źródłem i Dawcą. Dlatego jak dla mnie najpiękniejszą definicją miłości jest stwierdzenie, że prawdziwa miłość jest tajemnicą Bożego i ludzkiego współdziałania.

Jezus kwestię miłości stawia w dzisiejszej Ewangelii bardzo radykalnie: jeśli miłość do Boga nie jest pierwsza, to każda z naszych miłości będzie miłością, której czegoś bardzo istotnego brakuje – nie będzie miała wymiaru nieprzemijalności, która jest cechą Boga. Będzie co najwyżej miłością na jakiś czas, miłością na godziny…

Miłość nie jest ani łatwa, ani tania. Łatwo powiedzieć kocham, o wiele trudniej zamienić słowa w czyn. Szczególnie wtedy, kiedy wymaga to rezygnacji z osobistych planów, marzeń, ambicji – jednym słowem wymaga ofiary.

Św. Jan Paweł II w roku 1999 wołał do młodzieży zebranej w Lednicy: „Miejcie odwagę żyć dla miłości”.

Myślę, że nam wszystkim – współczesnym uczniom Chrystusa – potrzebna jest dzisiaj odwaga, aby kochać Boga i człowieka, bo zbyt łatwo dajemy się zastraszyć temu, co nie jest miłością a jedynie jej karykaturą, podróbką. Szkoda tylko, że tak wielu daje się dziś na te karykatury miłości nabrać!

Tylko wtedy, kiedy przykazanie miłości uczynimy (a raczej pozwolimy Bogu uczynić) fundamentem naszego codziennego życia, naszych wyborów, naszych relacji będziemy wiarygodnymi świadkami Królestwa, które nadchodzi, i będziemy umieli przemieniać oblicze ziemi może nawet nie tyle na bardziej boskie, co na bardziej ludzkie.

Człowiek nie potrzebuje niczego bardziej niż miłosierdzia Bożego

Kiedy Jezus zbliżył się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi.

Wtedy zaczął wołać: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!

Ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!

Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się zbliżył, zapytał go: Co chcesz, abym ci uczynił? Odpowiedział: Panie, żebym przejrzał. Jezus mu odrzekł: Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła.

Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga. Także cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu.  (Łk 18,35-43).

 

Pozwoliłem sobie przywołać tę Ewangelię z dwóch powodów: Pierwszy, bo została ona niejako podarowana tegorocznej wspólnocie młodzieży, która przygotowuje się w naszej parafii do sakramentu bierzmowania. Drugi, to oczywiście ten, że wołanie niewidomego z Jerycha stało się inspiracją wezwania Modlitwy Jezusowej. Podobne wezwanie znajdujemy w modlitwie skruszonego celnika w przypowieści. (Łk 18, 9-14).

Zastanawiałem się dlaczego właśnie to wezwanie upodobali sobie chrześcijanie wschodni, wśród których ukształtowała się ta modlitwa?  Odpowiedzi udzielił mi pewien mnich kościoła prawosławnego, którego miałem okazję poznać na Górze Atos. Była to odpowiedź tak prosta i wydawać się może oczywista, jak prosta jest ta modlitwa. A odpowiedź ta brzmi:

„Człowiek nie potrzebuje niczego bardziej niż miłosierdzia Bożego”.

Jak pisze o tym znany nauczyciel Modlitwy Jezusowej, prawosławny arcybiskup Anthony Bloom w swojej książeczce Szkoła Modlitwy: „Modlitwa Jezusowa przeradzając się poprzez wytrwałą praktykę w modlitwę nieustanną może stać się dla współczesnego zagubionego człowieka minimum potrzebnym do nawigacji w ciemnościach, do podążania za małym migoczącym płomykiem łaski”.

Modlitwa Jezusowa to wołanie o miłosierdzie. A o nic lepszego nie możemy prosić w modlitwie jak mówi Jezus do siostry Faustyny Kowalskiej.

I chociaż niektóre komentarze porównują tę praktykę do hinduskiego czy buddyjskiego powtarzania mantry, istnieje jednak zasadnicza różnica. Celem medytacji niechrześcijańskiej jest oczyszczenie umysłu i zatarcie świadomości samego siebie, podczas gdy celem modlitwy Jezusowej jest napełnienie umysłu, serca i duszy miłosierną obecnością Jezusa, w celu kontemplacji tej obecności z podziwem i miłością. Kontemplacja ma wnieść doświadczenie własnej, intymnej komunii z Jezusem w każdym oddech tak, że nawet dla mnie grzesznika, świat jest wypełniony miłosierdziem i łaską, a wszystko jest ciągłym powodem by wychwalać Boga.

Poza tym, to co nas upodabnia do bohatera przywołanej Ewangelii, to fakt, że chociaż pozornie  cieszymy się zdrowymi oczami ciała i dobrym słuchem, ale i tak mamy powody, by pytać siebie, jak funkcjonują oczy i uszy mojej duszy!? I co tak naprawdę widzimy i pojmujemy z tajemnicy Boga Trójjedynego, z tajemnicy Jezusa Chrystusa? A także z tajemnicy człowieka? Stanięcie w prawdzie, do którego zachęca nas Jezus dość szybko uświadamia nam, że wciąż daleko nam do patrzenia na świat, na człowieka a także na Boga tak jak patrzył Jezus Chrystus.

Wschodnia szkoła Modlitwy Jezusowej uczy, że im bardziej konfrontujemy się z ogromem Miłości zaofiarowanej nam przez Boga tym bardziej doświadczamy uzdrowienia naszego sposobu myślenia i patrzenia.

Co do żebrania – to też jesteśmy podobni do Bartymeusza.

Wprawdzie materialnie miewamy się znacznie lepiej niż on… Jednak w sensie duchowo-psychicznym zachowujemy się nierzadko jak żebracy! Zamiast radośnie i bezpiecznie mieszkać w domu Słowa Bożego (do czego zachęcał swoich czytelników rzeczony abp. A. Bloom), często siadamy przy drogach bezbożnego świata (epatującego bogatą ofertą technicznej cywilizacji) i żebrzemy… o uwagę, o uznanie, o miłość. A tak naprawdę trzeba tylko jednego: wołania do Jezusa, bo tylko On może odpowiedzieć na duchową pustkę i głód serca człowieka.

Gdzie widnieje obraz Boga?

Faryzeusze odeszli i naradzali się, jak by podchwycić Jezusa w mowie.

Posłali więc do Niego swych uczniów razem ze zwolennikami Heroda, aby mu powiedzieli: «Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Na nikim Ci też nie zależy, bo nie oglądasz się na osobę ludzką. Powiedz nam więc, jak Ci się zdaje? Czy wolno płacić podatek cezarowi, czy nie?»

Jezus przejrzał ich przewrotność i rzekł: «Czemu wystawiacie Mnie na próbę, obłudnicy? Pokażcie Mi monetę podatkową!» Przynieśli Mu denara. 

On ich zapytał: «Czyj jest ten obraz i napis?» Odpowiedzieli: «Cezara». Wówczas rzekł do nich: «Oddajcie więc cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga». (Mt 22, 15-21)

 

Mistrz z Nazaretu, gdy chodził po ziemi, nie był kimś, kto się do wszystkich uśmiecha, poklepuje po plecach, przybija piątkę, aby było miło. Nie zabiegał o popularność i poparcie. Jego celem było wypełnienie woli Ojca. A to wymagało mówienia prawdy, nawet jeśli się ona nie podobała. Jezus nie tracił więc czasu na jałowy dialog, szczególnie kiedy miał do czynienia z  ludźmi żyjącymi w obłudzie.

W dzisiejszej Ewangelii faryzeusze zaczynają rozmowę z Chrystusem od pochwał, które są przewrotne, bo mają uśpić Jezusa, którego traktują jako przeciwnika, by łatwiej zastawić na Niego pułapkę. Na pytanie, które zadadzą: „Czy wolno płacić podatek cezarowi?”,

Pytanie, które stawiają Jezusowi uczniowie faryzeuszów i zwolennicy Heroda, należy do tych, na które nie ma dobrej odpowiedzi: Jeśli Chrystus stwierdzi, że należy płacić podatki, to zostanie oskarżony o sympatyzowanie z okupantem, a jeśli da odpowiedź przeczącą, to sprzeciwi się rzymskiej władzy, czyli da pretekst, aby się z Nim rozprawiono rękami Rzymian. A jednak Nauczyciel znajduje rozwiązanie, które problem postawiony przed Nim przenosi na zupełnie inny, wyższy poziom.

Jezusowe pytanie o to, czyja podobizna (gr. eikon) znajduje się na monecie, odsyła nas do początków Biblii: pierwsze użycie tego słowa znajdujemy już na początku Księgi Rodzaju, w opisie stworzenia człowieka właśnie na obraz i podobieństwo Boga (Rdz 1, 26). Wezwanie Chrystusa, aby oddać Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga, jest więc wezwaniem do praktycznego opowiedzenia się za Bogiem, czyli do rozwinięcia w sobie tego, co w nas najcenniejsze, co jest w nas złożone od początku, od naszego stworzenia.

Orygenes, ojciec Kościoła żyjący w III wieku, pisze, że obraz ten namalował sam Bóg, a skoro tak wielki był Malarz, to tym bardziej winniśmy się starać o to, aby nie zniszczyć tego obrazu i podobieństwa, które nosimy w sobie. Nosić w sobie podobieństwo Boga, to wieli dar, ale i wielkie zobowiązanie.

Zaskakujący komentarz do tego faktu daje nam dzisiejsze pierwsze czytanie. Cyrus, władca Persji, poganin, staje się pomazańcem (jak przed nim królowie Izraela), choć wcześniej nie znał Boga. Jego misja polega na przeprowadzeniu całego świata od ignorancji nie tyle do wiedzy, że Bóg istnieje, ile do znajomości z Nim, do przyjaźni z Bogiem.

To jest także zadanie każdego chrześcijanina: pokazywać światu obraz Boga, którego nosimy w sobie. Dlatego św. Paweł zapyta: Czy ktoś, widząc nas, jest w stanie rozpoznać naszego Ojca w niebie?

A wracając do Ewangelii warto zauważyć, że wypowiedź Jezusa ukazuje też inną ważną prawdę: że nie ma gotowych odpowiedzi na każdą okazję. Nie ma reguły, którą można zastosować w każdym przypadku.

Bywa niestety i tak, że sami siebie stawiamy w sytuacji bez wyjścia. Miotamy się między dwoma rozwiązaniami, z których żadne nie jest dobre. Dzisiejsza Ewangelia pokazuje, że Boża odpowiedź może przyjść ze strony, której się nie spodziewamy, lecz Bóg nie daje nam recept, zwalniających nas z ryzyka własnych wyborów.

I ostatnia rzecz. Na denarze widniał wizerunek Cezara. To należało do niego. Gdzie widnieje obraz Boga? Czyż ślad Jego dłoni nie jest obecny we wszystkim, co stworzył?

Do Boga nie należy tylko jakiś skrawek rzeczywistości, ale wszystko, każdy człowiek i całe stworzenie. Jak to rozumieć. Chrześcijanin ma być dobrym obywatelem, pracować na rzecz dobra wspólnego, ale to nie znaczy, że działa na zasadzie „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. Nie może wspierać dzieł, które sprzeciwiają się prawu Bożemu i musi mieć odwagę się im sprzeciwiać. Jeśli państwo próbowało by narzucić zasady i prawa niezgodne z prawem Bożym, to chrześcijanin ma prawo i obowiązek powiedzieć „nie”! Wiedzieli to pierwsi chrześcijanie i dlatego ginęli z rąk pogan na rzymskich arenach.

Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam, że chrześcijanom potrzeba odwagi, aby mogli być czytelnym znakiem w świecie. To dlatego Jezus tak bardzo piętnował w faryzeuszach ich kunktatorstwo, dogadywanie się z przeciwnikiem, życie pełne zgniłych kompromisów.

Zostaliśmy wybrani – o czym przypomina św. Paweł – by być źródłem światła w świecie. Nie światła własnej doskonałości, ale światła Chrystus, które winniśmy nieść w sobie. A to wymaga odwagi w konfrontacji modami świata, które chcą Boga zdetronizować, byśmy służyli jedynie współczesnym cezarom.

Oddajmy więc Cezarowi, co cesarskie, i Bogu, co boskie. Oddajmy Bogu przede wszystkim nasze serca i nasze życie.

Prawo Ducha

Jeśli pozwolicie się prowadzić duchowi, nie będziecie podlegać Prawu.

Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim cnotom nie ma Prawa. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy. (Ga 5, 18-25)

Święty Paweł funduje nam dzisiaj pewnego rodzaju wyliczankę postaw, które są owocami ciała i ducha. Ja skupiłem się na owocach ducha, bo to kwestia nam bliższa w doświadczeniu medytacji, co nie znaczy, że jest to wyraz lekceważenia ciała. Ono bowiem także uczestniczy w modlitwie. Także intencją świętego Pawła nie jest przeciwstawienie ciała duchowi, a już z całą pewnością deprecjonowanie roli ciała, gdyż w tym samym rozdziale Listu do Galatów święty Paweł dowartościowuje ciało przypominając, że jest ono świątynią Ducha Świętego. Kiedy święty Paweł wylicza owoce ciała i owoce ducha, to chce nam raczej dać pewnego rodzaju narzędzie diagnozy naszych postaw. Dzięki temu – przyglądając się naszemu życiu i postępowaniu – możemy zobaczyć co bardziej nami kieruje nasza cielesność, tzn. nasze namiętności czy też Duch Święty i Jego natchnienia. Innymi słowy święty Paweł zachęca nas byśmy byli krytycznymi obserwatorami naszego postępowania a nawet – jakby to powiedział Ewargiusz z Pontu – naszego sposobu myślenia. Gdyż to właśnie tam – w naszych myślach – rodzą się i dojrzewają nasze wybory.

To kolejny przykład tego, jak Słowo Boże potrafi nas odzierać z iluzji na swój temat, w jakiej niejednokrotnie trwamy. Święty Paweł daje nam bowiem konkret, pewien klucz, który mogę od razu zastosować.

Zresztą św. Paweł w tym samym Liście będzie podejmował także wielokrotnie kwestę wolności, wiążąc ją bezpośrednio z otwartością na słowo Boże i na prowadzenie, czyli posłuszeństwo Duchowi świętemu.

Do tego także pragnie nas prowadzić doświadczenie medytacji. Skupianie się w niej na słowie i jego mocy, uległość wobec działania Ducha Świętego i Jego prowadzenia a jednocześnie celowe ignorowanie tego, co próbuje nam podrzucać nasza cielesność:  znużenia, niewygody, zbytniego zajmowania się naszymi myślami czy emocjami ma prowadzić nas do wolności. Jednak wolność ta nie polega na tym – jak wspomniano – dyskredytować nasza cielesność, lecz aby dać pierwszeństwo woli Bożej, natchnieniom Ducha Świętego – co jest domeną ucznia Chrystusa.

Chrześcijanin to ktoś, kto żyje w ciele, troszczy się o nie i ma świadomość tego, że jest ono darem od Pana Boga, ale jednocześnie wie, że został wezwany do przekraczania siebie dzięki wymiarowi ducha. „Do tego – jak to określił Jan Paweł II w jednym z listów do młodzieży – aby wysoko latać”.

Święty Paweł odróżniając człowieka cielesnego od duchowego pisze w Liście do Galatów, że o ile ten pierwszy, który prowadzi własne życie, polegając bardziej na sobie niż na Bogu, o tyle ten drugi daje posłuch wierze, a więc opiera swoje życie na posłuszeństwie woli Bożej i mocy Ducha, którego prawo odkrywa w swoim sercu, w które może się zagłębić jedynie wówczas, gdy pozwala się prowadzić Duchowi Bożemu. Przy czym Paweł zastrzega, że nie można być jednocześnie jednym i drugim.

Medytacja monologiczna jest właśnie drogą do naszego do serca, w którym odkrywamy prawo Ducha. Pozwólmy się zatem prowadzić duchowi, aby to prawo stawało się fundamentem naszego życia.

Głód, który może nasycić jedynie Bóg

Jezus w przypowieściach mówił do arcykapłanów i starszych ludu: «Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść.

Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: „Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę; woły i tuczne zwierzęta ubite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę!” Lecz oni zlekceważyli to i odeszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy, pozabijali.

Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić.

Wtedy rzekł swoim sługom: „Uczta weselna wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie”. Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala weselna zapełniła się biesiadnikami.

Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka nieubranego w strój weselny. Rzekł do niego: „Przyjacielu, jakże tu wszedłeś, nie mając stroju weselnego?” Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: „Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”. Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych». (Mt 22, 1-14)

 

Od czasu do czasu przychodzą do mnie ludzie, którzy po dłuższym czasie, nierzadko po kilku latach decydują się wrócić do Kościoła, do życia sakramentami. Za każdym razem zadaję pytanie: Co cię do tego skłoniło? I zazwyczaj słyszę: Głód i tęsknota, której nie udało mi się zagłuszyć. Po takich słowach odczuwam ulgę i radość. Bo to znaczy, że nie zewnętrzne okoliczności w postaci ślubu, chrztu, czy pogrzebu sprawiły, że ktoś chce się ponownie zbliżyć do zastawionego przez Boga stołu, ale tęsknota. Święty Augustyn, komentując List św. Jana, pisze: „Całe życie prawdziwego chrześcijanina jest świętą tęsknotą. Za czym zaś tęsknisz, tego jeszcze nie widzisz. Gdy jednak tęsknisz, wówczas stajesz się podatnym do przyjęcia tego, co zobaczysz, gdy nadejdzie”.

Tęsknota jest stanem nieprzyjemnym, ponieważ jest doświadczeniem braku, nienasycenia, ale ona też przygotowuje serce do przyjęcia daru. Nikt przecież nie lubi, kiedy jest mu nieprzyjemnie, dlatego ludzie często decydują się na zapychanie tęsknoty byle czym, aby jak najszybciej się pozbyć tego frustrującego doświadczenia. Konsekwencje takiego postępowania bywają poważne, choć nie zawsze od razu zauważalne. Tęsknota ma potężną moc, ponieważ otwiera ciasny, ludzki świat na nowe horyzonty, ale często wymaga cierpliwości i umiejętności oczekiwania. Zapychanie się szybko i byle czym sprawia, że zagłuszamy prawdziwą tęsknotę i sami siebie pozbawiamy tego, co naprawdę może nasycić i rozwijać w nas życie.

Byłem jakiś czas temu zaproszony do przyjaciół na kolację. Zanim wyszedłem, dopadł mnie głód, który wcześniej zlekceważyłem i przed samym wyjściem postanowiłem coś zjeść. Zjadłem, co było pod ręką, szybko i byle jak. Kiedy dotarłem na kolację, byłem już „napchany” i choć na stole widziałem prawdziwą ucztę, nie miałem ochoty nic jeść. Było mi wstyd i głupio, kiedy pojawiały się kolejne pysznie wyglądające dania, a ja stosowałem różnego rodzaju wymówki, ponieważ zupełnie nie miałem już miejsca, żeby się nimi nasycić. To prosty, ale czytelny przykład tego, że kto lekceważy tęsknotę, która wymaga wrażliwości i cierpliwości, wpada w pułapkę pożądliwości, która domaga się natychmiastowego i gwałtownego nasycenia głodu.

Bóg przez swoje Słowo zapewnia, że ma dla mnie i dla Ciebie przygotowaną ucztę z tego, co najlepsze, z tego, co naprawdę i w pełni nasyci. Co więcej, On sam zajmie się usługiwaniem i otrze wszelką łzę. Ważne pytanie, które stawia nam dziś Bóg, brzmi: Czy jesteś gotów cierpliwie i z tęsknotą czekać, by w końcu odkryć smak Bożych darów, czy wolisz pożądliwie zapychać swoje serce tym, co zaspokoi Cię tylko na chwilę, choć tak naprawdę nigdy nie nasyci?