Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Słowo, które przynosi uzdrowienie i wolność.

Zdarzyło się, że Jezus, zmierzając do Jeruzalem, przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei.

Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: «Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!» Na ten widok rzekł do nich: «Idźcie, pokażcie się kapłanom!» A gdy szli, zostali oczyszczeni.

Wtedy jeden z nich, widząc, że jest uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem, padł na twarz u Jego nóg i dziękował Mu. A był to Samarytanin.

Jezus zaś rzekł: «Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec?» Do niego zaś rzekł: «Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła». (Łk 17, 11-19)

Dziesięć to w tradycji żydowskiej liczba znacząca: tyle osób wedle tej tradycji liczy najmniejsza wspólnota liturgiczna. Ewangelia opowiada o dziesięciu ludziach dotkniętych trądem, który sprawia, że żywe ciało się psuje. Można o nich powiedzieć – umarli za życia. Sięgając do symboliki liczb można powiedzieć, że jest to obraz wspólnoty, która jest dotknięta przez grzech, którego konsekwencją jest i śmierć. „Wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej” (por. Rz 3,23-25).

Słyszymy w Ewangelii przejmujący krzyk trędowatych: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami”! To wołanie tak dobrze nam znane z praktyki Modlitwy Jezusowej. Trędowaci wołają Jezusa po imieniu, jak przyjaciela, podobnie jak ślepiec pod Jerychem (Łk 18,38) i ukrzyżowany złoczyńca na Golgocie (Łk 23,42). Każdy z tych przypadków pokazuje, że jedyne, na co mogą się powołać prosząc o ocalenie, to uznanie własnej nędzy i ufność w Jezusowe miłosierdzie.

Modlitwa Jezusowa, to modlitwa żebraka. To modlitwa człowieka ubogiego, ale to także modlitwa pełna ufności, która całą swoją nadzieję odnajduje w Jezusie i wierze w Jego miłosierdzie.

Jezus nie uzdrawia trędowatych natychmiast, ale odsyła do kapłanów w Jerozolimie, którzy mają urzędowo stwierdzić oczyszczenie z trądu i przywrócić ich do życia we wspólnocie. A przecież to jeszcze nie nastąpiło! Gdy jednak zaczęli iść, zobaczyli, że są oczyszczeni. To posłuszeństwo słowu Jezusa przyniosło im uzdrowienie i wolność.

Ta perykopa uświadamia nam, że nasze zbawienie realizuje się przez posłuszeństwo słowu Jezusa a jednocześnie dokonuje się w drodze.

Oba te aspekty są obecne w praktyce medytacji monologicznej. Pierwszy to słowo, do którego się odwołujemy, w które się wsłuchujemy całym sercem i na działaniu którego opiera nasza praktyka medytacji. Drugim aspektem jest to, że medytacja jest drogą, w tym wypadku zarówno przez sam fakt regularnej praktyki, która nas kształtuje i rozwija, jak również przez fakt podążania w tej praktyce za Jezusem, który przez swoje słowo jest tu Nauczycielem i Przewodnikiem i który mówi sam o sobie: Ja Jestem Drogą… (J 14,6)

Wracając raz jeszcze do symboliki liczb zawartych w dzisiejszej Ewangelii warto zauważyć, że podążanie drogą medytacji odbywa się we wspólnocie, która stanowi ważny aspekt naszej praktyki, bo nieustannie uświadamia nam, że w tej duchowej podróży nie jesteśmy sami i że obecność, wiara i wytrwałość innych, którzy idą z nami tą drogą stanowi dla nas wsparcie, inspirację i motywuje do systematycznej praktyki. Co więcej, pozwala doświadczać mocy tej wspólnoty nie tylko, gdy modlimy się razem, zgromadzeni w sensie fizycznym w jednym miejscu, ale  również wtedy, gdy medytujemy oddzielnie. Każde wejście w doświadczenie medytacji włącza nas bowiem w wielką wspólnotę osób medytujących. Dobrze jest siadać do medytacji z tą świadomością, zwłaszcza w czasie pandemii, która choć fizycznie nas rozdziela, to duchowo może nas jednoczyć jeszcze bardziej, za każdym razem gdy siadamy do modlitwy w Imię Jezusa.

Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam też o roli wdzięczności. Trędowaty doświadczył niesłychanej przemiany, uzdrowienia, czy wręcz można powiedzieć – zmartwychwstania! Jednak na tym nie kończy się ta historia. Wdzięczność Samarytanina uświadamia nam, że pełne zbawienie nie polega jedynie na doświadczeniu cudu przemiany, czy nawrócenia, ale na poznaniu i umiłowaniu Zbawiciela, i na trwaniu w komunii z Nim, które jest naturalną konsekwencją nawrócenia.

Niech każdy oddech towarzyszący naszej medytacji, każde wezwanie i każde uderzenie serca umacnia naszą komunię z Jezusem i będzie również modlitwą wdzięczności, za łaskę, której Chrystus nam nieustannie udziela, odpowiadając na nasze wołanie z wiarą: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną grzesznikiem.

Nie wszystkim można się podzielić

Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść:

«Podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w swoich naczyniach. Gdy się pan młody opóźniał, senność ogarnęła wszystkie i posnęły.

Lecz o północy rozległo się wołanie: „Oto pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie!” Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: „Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną”. Odpowiedziały roztropne: „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie”.

Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto. Nadchodzą w końcu i pozostałe panny, prosząc: „Panie, panie, otwórz nam!” Lecz on odpowiedział: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was”.

Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny». (Mt 25, 1-13)

Gdybyśmy pokusili się, aby zajrzeć do hebrajskiego oryginału Ewangelii według św. Mateusza okazałoby się, że pięć panien z opowieści Jezusa było mądrych, a pięć – po prostu głupich. Dosadnie i konkretnie.

Współczesne tłumaczenia – w tym to przed chwilą przywołane – są bardziej łagodne i ostrożne w słowach – mówią o pannach „roztropnych” i „nieroztropnych”. Które z tłumaczeń komuś przypadnie bardziej do gustu zależy zapewne od jego wrażliwości. Kiedy jednak autor natchniony używa mocnych słów, to nie dlatego, że chce kogoś obrazić, ale po to, aby oddać rzeczywistość taką, jaka ona jest, bez jej zmiękczania czy przemalowywania.

Mówię o tym, bo wiele osób jest dziś zarażonych wszechobecną „polityczną poprawnością” i boimy się wypowiadać słów mocnych i ostrych, choć spoglądając na ulice naszych miast w ostatnich dniach chyba się to zmienia. Przeciętny, kulturalny człowiek czuje, że nie wypada nazwać kogoś głupim, bo przecież może to kogoś urazić.

Nie zachęcam wcale do tego, aby być niekulturalnym, raczej zastanawiam się, czy zbytnia układność nie zniekształca czasem rzeczywistości, wobec której stajemy?

No bo jak inaczej – jeśli nie głupotą – nazwać można sytuację, gdy ktoś świadomie lekceważy to, co najważniejsze w życiu!? A o takiej postawie jest dzisiejsza Ewangelia.

W Mateuszowej Ewangelii panny mądre i głupie oczekują przed zamkniętymi drzwiami domu weselnego na przybycie pana młodego. Znamy tę historię na pamięć, a jednak kiedy jej słuchamy nasz sprzeciw może raczej budzić postawa tych mądrych czy roztropnych panien.

Bo czy panny mądre zachowują się zgodnie z chrześcijańskim obowiązkiem dzielenia się i wspomagania słabszych? Czy nie powinny użyczyć oliwy biednym, roztargnionym towarzyszkom? Czy nie zachowują się po prostu egoistycznie? „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie i kupcie sobie” – odpowiadają na prośbę o pomoc.

A może warto było podjąć ryzyko, może oliwy by starczyło? W końcu przecież pan młody zdążył nadejść, kiedy głupie panny były jeszcze w drodze do sklepu – była więc jakaś szansa. Na pierwszy rzut oka panny mądre wydają się po prostu małoduszne.

Dla zrozumienia tej przypowieści kluczowe jest dobre odczytanie obrazu uczty weselnej. Otóż jest ona metaforą zbawienia, czyli ostatecznego wejścia do wiecznego królestwa, którego symbolem jest uczta weselna.

Ewangelia chce nam powiedzieć, że zbawienie jest sprawą najpoważniejszą w życiu i dlatego największą nieroztropnością a wręcz głupotą byłoby ryzykować jego utratę. Aby pomóc innym, można ryzykować utratę świętego spokoju, majątku, zdrowia, dobrego imienia a nawet życia – nigdy jednak życia wiecznego.

Niedawno usłyszałam porównanie oliwy – czyli tego, co bierze się ze zmiażdżonych, wyciskanych oliwek – do serca zmiażdżonego, czyli takiego, które bez pychy i buntu przyjmuje trudne doświadczenia i niesie je jako krzyż. Taka postawa serca przynosi miłość, łaskę, dobro… Oliwa jest więc atrybutem mądrości, która jest konieczna by oświetlić drogi życia, abyśmy nie zabłądzili w drodze ku wieczności, abyśmy nie zboczyli z niej przez głupie decyzje.

Św. Tomasz z Akwinu za największy dar Boga dla człowieka uważał rozum, dzięki któremu potrafi rozpoznać i wybrać dobro. Za największy zaś grzech uważał niewłaściwe używanie rozumu, które prowadzi do wybierania zła.

Wyraziłem wcześniej przekonanie – które zapewne podziela większość z nas – że odmowa udzielenia pomocy to egoizm i bezduszność, dlatego słowa i postawa „panien roztropnych” budzą opór. A przecież istnieją rzeczy nieprzekazywalne: doświadczenie Boga, osobista z Nim więź, spędzony z Nim czas, łaska…

Tego, co w nas najcenniejsze, co jest naszym skarbem, często nie możemy przekazać, podobnie jak życiowej mądrości będącej wypadkową mojego i tylko mojego, bardzo osobistego doświadczenia…. Owszem, mogę komuś doradzić, wskazać drogę, ale nie jestem w zrobić komuś przysłowiowej dziury w głowie i wlać mu trochę oliwy mądrości, która jest moim udziałem. Do doświadczenia życiowej mądrości każdy musi dojść sam. Dlatego św. Tomasz z Akwinu płakał nad grzesznikami nie mającymi jego doświadczenia wiary i idącymi na zatracenie.

Oczywiście św. Tomasz nie wątpił w Boże miłosierdzie, ale też przypominał, że jest jedna, nieprzekraczalna granica dla Bożego miłosierdzia – jest nią wolna wola człowieka, który ma możliwość odrzucenia ojcowskiej miłości Stwórcy a co za tym idzie daru zbawienia.

Dlatego módlmy się często, aby i nam nie zabrakło oliwy mądrości w naszych życiowych wyborach i abyśmy nigdy nie korzystali z naszej wolności w taki sposób, który mógłby prowadzić nas do utraty tego najcenniejszego z darów, jakim jest nasze zbawienie!

Odnajdywać siebie we wspólnocie medytujących

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On odwrócił się i rzekł do nich: «Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.

Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby położył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: „Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć”.

Albo jaki król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.

Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem». (Łk 14, 25-33)

Wszyscy idziemy w tłumie ludzi, którzy podążają za Jezusem. Są w tym tłumie twarze naszych bliskich, którzy uczyli nas wiary, stając się jej pierwszymi świadkami, są twarze naszych znajomych, przyjaciół, członków wspólnot, z którymi przemierzamy drogę życia. Każda z tych osób niesie – podobnie jak my – własną historię życia, własne pragnienia… Część tych historii jest historią, którą dzielimy z nimi. Dzisiaj, kiedy ze względu na pandemię nie jest nam dane spotykać się twarzą w twarz dobrze sobie te twarze przywołać w pamięci, podziękować za nie, za dar każdej osoby, którą Bóg postawił na drodze mojego życia, również życia we wspólnocie medytacyjnej. Ile godzin spędziliśmy siedząc razem na medytacji, podczas rozmów, różnego rodzaju spotkań: na miejscu i podczas wyjazdów, w grupie i w wymiarze prywatnym. Kawał historii naszego życia, naszej drogi wiary…

Warto zapytać siebie, co mogę powiedzieć o sobie, o moim stanie ducha dziś, gdy dotyka nas czas pandemii, kiedy stajemy wobec niewiadomej? Czy świadomość, że nadal jesteśmy wspólnotą, że modlimy się razem – choć oddzieleni od siebie – wpływa na ten stan ducha? Czy dodaje nam sił i wzmacnia naszą wiarę i nadzieję?

Medytacja jest zaproszeniem do tego, by nieustannie odnajdywać siebie we wspólnocie medytujących. Jest praktyką, która podpowiada nam, że w drodze naszej wiary i naszych zmagań z rzeczywistością nie jesteśmy sami. Dobrze mieć tę świadomość zwłaszcza w czasach, gdy wiele osób bardzo źle znosi rozłąkę, przeżywa niemożność spotkań czy lęk (o siebie lub o najbliższych) przez szerzącą się pandemią. Dobrze o nich pamiętać medytując i modlić się za nich, tak aby doświadczenie wspólnej modlitwy dodawało im sił i ducha.

Ale medytacja to przede wszystkim uczenie się skupienia na spojrzeniu Jezusa, który podobnie jak w dzisiejszej Ewangelii w największym nawet tłumie potrafi dostrzec każdą i każdego z nas i spogląda na nas zawsze z miłością. Medytacja to uczenie się wychwytywania tego Jezusowego spojrzenia i odpowiadania na nie naszym spojrzeniem miłości i wiary.

Jezus przypomina nam dzisiaj o krzyżu, o tym, co jest dla każdej i każdego z nas najtrudniejszą ofiarą, co najwięcej nas kosztuje. Pozwólcie że raz jeszcze powrócę do rzeczywistości pandemii. Ona także dla wielu – nie tylko zmagających się z wywołaną przez wirus chorobą – może być doświadczeniem krzyża. Czy godzę się na ten krzyż? Czy potrafię przyjąć go z ufnością, że jak każdy inny krzyż, który jest mi ofiarowany przez Jezusa jest mi dany po coś, jest mi dany dla mojego uświęcenia i umocnienia mojej wiary? Czy doświadczenie tego konkretnego wymiaru krzyża zbliża mnie do Jezusa, czy oddala od Niego?

Medytacja jest doświadczeniem, które pragnie przez zatrzymanie się u stóp Jezusa, przez zasłuchanie w Jego słowo umacniać nas w wierze, czerpać siły z Jego obecności i bliskości.

Jezus opowiada nam dzisiaj przypowieści, w których uczy nas uczciwego i mądrego podchodzenia do naszych życiowych wyborów. Życie z Jezusem jest jak budowanie i jak walka. Trzeba najpierw dobrze poznać swoje możliwości i słabości.

Ten obraz budowania wieży jest mi szczególnie bliski. Kiedy słucham słów Jezusa nie mam na myśli jakiejś wieży na zewnątrz siebie, ale wieży, którą za św. Teresą z Avila można by nazwać „twierdzą wewnętrzną”. Ta wieża to symbol Królestwa Bożego, które jeśli mam budować wokół siebie, muszę najpierw zbudować w sobie, w moim sercu.

Jak wygląda to budowanie Królestwa Jezusa w moim sercu? Czy pozwalam by fundamentem tej budowli były wiara, nadzieja i miłość?… Czy walczę o to, aby nikt i nic innego nie zawładnęło moim sercem, ale aby ono nieustannie  należało do Jezusa i tylko do niego?

Medytacja jest dla mnie nieustanną walką, o moje serce! O to by było ono sercem otwartym dla Jezusa, dla Jego słowa, Jego łaski i Jego miłości. Medytacja jest budowaniem w moim sercu rzeczywistości Królestwa Bożego, lecz nie przy pomocy moich własnych środków, możliwości i planów. Ja co najwyżej jestem pomocnikiem Najwyższego i Najlepszego Architekta. Praktyka modlitwy monologicznej uczy mnie nieustannie jak pozwalać budować Jemu w moi sercu najpiękniejszą budowlę wznoszoną z takich elementów jak Jego łaska – na którą się otwieram w tej modlitwie, Jego słowo – w które się wsłuchuję, Jego miłość – na której pragnę się całkowicie oprzeć.

Medytacja monologiczna jest raczej szkołą tego jak nie przeszkadzać Jezusowi kształtować moje życie według Jego pomysłu, aby Jego Duch, który zapoczątkował we mnie dobre dzieło mógł doprowadzić je do końca do dnia Chrystusa [por. Flp 1,6].

W dzisiejszej Ewangelii Jezus uczy nas, że w podejmowaniu dojrzałych wyborów konieczne jest wejście w głębszy kontakt z samym sobą, z własnymi motywacjami, z potrzebami, z wewnętrznymi konfliktami.

Medytacja monologiczna jest niezawodną drogą wiodąca nas ku głębszemu kontaktowi z samym sobą, z naszym sercem. Dlatego jest nazywana także Modlitwą Serca. Uczy nas także, że bez kontaktu z samym sobą nie sposób spotkać się z Bogiem, który jest obecny w moim sercu i stamtąd pragnie przemawiać do mnie. Medytacja jest też najbezpieczniejszą drogą do spotkania z samym sobą, gdyż to spotkanie dokonuje się zawsze w Chrystusie i przy zanurzeniu w Jego łasce, dlatego staje się też najlepszym sposobem oczyszczania i wzmacniania naszych motywacji; szukania odpowiedzi na nasze najgłębsze potrzeby (bo jak mówi św. Augustyn: „Niespokojne jest serce człowieka dopóki nie spocznie w Tobie Boże”); i wreszcie wyciszania naszych wewnętrznych konfliktów i zaprowadzaniu pokoju w naszym sercu. Pokoju, który jest niewzruszony wobec różnego rodzaju okoliczności, które staja się naszym udziałem właśnie dlatego, że jest darem samego Jezusa.

Wierzymy, że słowo Jezusa, w które wsłuchujemy się w medytacji czyni nas mocnymi Jego mocą, zdolnymi stoczyć zwycięsko każdą bitwę ze złem a nade wszystko czyni nas wewnętrznie wolnym od wszystkiego, do czego nie warto się przywiązywać, by być jak najbardziej otwartym na Bożą obecność i łaskę.

Panie Boże,

prosimy Cię, aby ta prosta i cicha modlitwa do jakiej nas zapraszasz w medytacji była skierowana na większą chwałę Twojego Majestatu i na Jego służbę.

Aby każdy oddech był doświadczeniem Twojej Bożej obecności i miłości.

Aby każde słowo modlitwy, było udziałem w życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa.

Aby każdy powrót do wezwania Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem był wyznaniem, że Ty jesteś naszym jedynym Panem i Bogiem, w którym pokładamy naszą nadzieję.

Maryjo, Nauczycielko Medytacji, przyjmij nasze myśli, uczucia i nasze serca,

ucz je skupiać na Twoim Synu, tak jak były na Nim skupione Twoje myśli, uczucia i serce

i zawierzaj nas nieustannie Jego miłosiernej miłości. AMEN

Pamięć

Któż zdoła utrwalić me słowa, potrafi je w księdze umieścić? Żelaznym rylcem, diamentem, na skale je wyryć na wieki? (Hi 19, 1).

Zwiedzania cmentarzy każdy z nas uczy się od dzieciństwa, drepcząc z rodzicami czy dziadkami do rodzinnych mogił. Można powiedzieć, że cmentarze nam niestraszne i chętnie je odwiedzamy tam, gdzie przyszło nam żyć.

Są wśród nich słynne nekropolie, gdzie można spotkać nazwiska artystów, pisarzy, polityków; gdzie w mogiłach zapisana jest długa historia ludzi i ojczyzny. Każdy kraj ma takie swoje historyczne nekropolie.

Pamiętam, jak będąc w Rosji zwiedzałem w Moskwie cmentarz przy Klasztorze Nowodziewiczym, miejsce pochówku wielu zasłużonych Rosjan. W nowej części cmentarza, tej porewolucyjnej, natknąłem się na grób dyrektora jakichś wielkich zakładów. Zdobiło go kamienne popiersie zmarłego, trzymającego przy uchu słuchawkę dyrektorskiego telefonu.

Na całym świecie na cmentarzach spotkać można takie małe piramidy współczesnych małych „faraonów”. Wyraz pragnienia, które tak dobrze wyraził Hiob, żeby nasze życie trwało, żeby ktoś zapisał je w granicie, wyrył diamentem w skale, by coś po nas zostało, jakaś namiastka nieśmiertelności…

A przecież każde życie zapisuje się w najtrwalszym z istniejących materiałów – w sercu samego Boga. On zapewnia nam prawdziwą nieśmiertelność, przy której ta oferowana przez spiż czy marmur, jest niepoważnie krucha i przemijająca. Oby groby, które stawiamy naszym przodkom i chętnie odwiedzamy były tymi, które podtrzymują naszą wiarę i nadzieję tak mocno podkreśloną słowami prefacji o zmarłych: „że życie Twoich wiernych nie kończy się, ale się zmienia”.

Dziś szczególną intencją modlitewną pragniemy ogarnąć naszych zmarłych, bo to ich wspomnienie, dziękując że byli wśród nas, wyrażając naszą tęsknotę za nimi potwierdzająca prawdę, że miłość jest silniejsza od śmierci. Ale módlmy się również za nas o silną wiarę, potrafiącą rozdzierać zasłonę niepokojów i zwątpienia, które często ją atakują.

Pielęgnować w sercu nadzieję zbawienia znaczy spojrzeć na śmierć jak na nowe narodziny. W chrześcijańskiej tradycji niejednokrotnie śmierć była określana jako „narodziny dla nieba”. Dla dziecka łono matki jest całym kosmosem. Miejscem bezpiecznym i znanym. Narodziny to apokalipsa, wyrwanie z przyjaznego i ciepłego miejsca, wrzucenie w nowy, obcy świat. Czy nie jest podobnie ze śmiercią? Świat wali się na głowę, fundamenty ziemi drżą, gwiazdy spadają, otwiera się nowa, nieznana rzeczywistość nie do pojęcia. Ból śmierci to ból porodu do nowej rzeczywistości. Życie zmienia się, ale się nie kończy. Zmienia się i wraca do swego źródła, wraca do domu Ojca. Pełni wiary w to możemy powiedzieć za Hiobem: Ja wiem: Wybawca mój żyje, na ziemi wystąpi jako ostatni. Potem me szczątki skórą odzieje, i oczyma ciała będę widział Boga. To właśnie ja Go zobaczę. (Hi 19, 25-27).

Zaproszenie do pełni życia

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami:

«Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni, którzy płaczą, albowiem oni będą pocieszeni.

Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.

Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.

Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.

Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy mówią kłamliwie wszystko złe na was z mego powodu. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie». (Mt 5, 1-12a)

Kiedy jezuicki ksiądz Pedro Aruppe tuż przed II wojną światową wyjechał na misję do Japonii, został oskarżony o szpiegostwo na rzecz „sił zachodnich”. Spędził trzydzieści pięć dni w pojedynczej celi. Przetrzymał tam grudniowy chłód, nie mając nic oprócz maty do spania. Później tak o tym okresie opowiadał: „Nauczyłem się wtedy wielu rzeczy; sztuki milczenia, samotności, surowej i srogiej biedy, wewnętrznego dialogu z gościem mojej duszy. Jestem przekonany, że był to najbardziej pouczający miesiąc w całym moim życiu”.        Na osiem lat przed śmiercią został sparaliżowany w wyniku udar mózgu, wówczas wyznał: „Bardziej niż kiedykolwiek czuję się teraz w rękach Boga. Właśnie tego pragnąłem przez całe życie, od najwcześniejszej młodości. Teraz jednak jest pewna różnica: inicjatywa należy wyłącznie do Boga”. Dziś jest kandydatem na ołtarze.

Inna znana postać Matka Teresa, dziś już zaliczana do grona świętych poprzez duchowe ciemności i brak doświadczenia Boga przygotowywała się do zrozumienia tego, czego On od niej chce. Dzięki temu mogła później utożsamić się z tymi, których ten świat odrzucił.

Nigdy nie wiemy, czy to, co nas spotyka, jest błogosławieństwem czy przekleństwem. Czy smutek, choroba, niesprawiedliwy osąd lub utrata dobrego imienia nie przyczynią się do naszego duchowego rozwoju i naszej świętości? Czy cierpienie ofiarowane Bogu nie przysłuży się zbawieniu innych? W Biblii to właśnie kamień odrzucony staje się fundamentem pięknej budowli.

To dziwne, że wśród „ośmiu powodów do szczęścia” (użyte przez Mateusza greckie słowo makaroi oznacza dosłownie szczęśliwi) znajdujemy pochwałę braku, smutku, łez, prześladowania…

Czyżby Jezus chciał dla nas tego wszystkiego? Czyżby cierpienie było czymś dobrym?…

Oczywiście nie, ale… błogosławieństwa należy czytać od tyłu. Człowiek nie jest szczęśliwy, dlatego że płacze lub cierpi prześladowanie, ale dlatego że właśnie on zostanie pocieszony przez samego Boga. Optymizm chrześcijanina bazuje na nadziei wynikającej z przekonania, że Bóg wie, co robi, i zawsze będzie robił to, co jest dla ludzi najlepsze. Ktoś inny bowiem niż my sami czuwa nad nami. Jezus, wygłaszając kazanie o obietnicach Boga, chce jednocześnie dodać słuchaczom odwagi, aby wytrwali, kiedy wszystko wydaje się bezcelowe.

Te „błogosławione” momenty są konieczne, gdyż aby dojść do pełnego wyzwolenia, musi najpierw dokonać się oczyszczenie z tego wszystkiego, co Nim nie jest. Błogosławieństwa są drogowskazem do nieba, uczą umierania dla swojego ego, dawania siebie, poskramiania naszej pychy. Ukazują drogę pokoju i zaufania Bogu pośród rozbuchanego pieca światowych żądz.

Dzisiejsza uroczystość zachęca nas, abyśmy spróbowali zobaczyć świętość, jako zaproszenie do pełni życia. Pełnia życia to życie święte. A życie człowieka bez odniesienia do Boga nie może być pełnym życiem. To życie z bardzo poważnym deficytem, z brakiem, którego źródło nie wszyscy potrafią zdiagnozować tak trafnie jak św. Augustyn, który pisał: „niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu”.

Niestety wielu nie potrafiąc zidentyfikować tego głodu, który noszą w sobie jako głodu Boga próbują zapełnić go czymś innym, co w rezultacie nie jest w stanie człowieka nasycić i odpowiedzieć na prawdziwe potrzeby jego serca, na które odpowiedzieć może tylko Bóg, który je ukształtował.

„Świętymi bądźcie, bo ja jestem święty” (Kpł 11,44) – mówi Bóg już u początku historii zbawienia. Lecz uświęcenie nie jest przede wszystkim jakimś morderczym wysiłek ascetyczno-moralnym, jak myślą niektórzy, lecz jak pisał w swojej poezji Karol Wojtyła: wychyleniem naszego umysłu, serca i spojrzenia w kierunku Chrystusa”. Droga uświęcenia – jak pisze dziś św. Paweł – to nic innego jak uczenie się pokładania nadziei bardziej w Chrystusie i Jego łasce niż we własnych możliwościach i wysiłkach. Doskonale rozumiał to ojciec Dolindo Ruotolo, gdy uczył swoje duchowe dzieci modlitwy: „Jezu, Ty się tym zajmij!” Doskonale rozumiał to inny święty kapłan, którego miałem szczęście poznać a który zwykł mawiać: „Mam tylko jedno ubezpieczenie na życie – to modlitwa Jezu, ufam Tobie!” Przywołuję te postawy, bo one uczą nas, że nie powinniśmy stawiać Bogu granic! A On ma moc i pragnienie zbawienia każdego człowieka.

Przyznaję, że trudno mi sobie wyobrazić ludzi, którzy mówią „jestem szczęśliwy”, a jednocześnie nie mają perspektywy przyszłości, jaką jest nadzieja wieczności z Bogiem…

Pewna moja znajoma napisała ostatnio na swoim blogu: „Tak sobie myślę i zastanawiam się nad tym, za kim ja zazwyczaj tęsknię… I stanowczo widzę jeden klucz. Są to zazwyczaj ludzie bliscy Boga. I mimo że czasami nie znam ich zbytnio, nie widzę długo, wszystko to budzi we mnie jakąś dziwną czułość i właśnie tęsknotę. To chyba ta nasza tęsknota za Niebem, więc chcemy być z ludźmi, z którymi możemy mówić o Bogu i Go sobie ukazywać”.

Dzisiejsza uroczystość przypomina nam kierunek naszego życia, ale chce też wzmocnić naszą motywację i nadzieję. Jesteśmy powołani do świętości. Jesteśmy powołani do życia, do bycia z Bogiem. Osiem błogosławieństw to prawdziwie pedagogia świętości, byle byśmy pozwalali się nieustannie wychowywać do niej najlepszemu Nauczycielowi.

Może w trosce o własną świętość warto modlić się tak jak to czynił św. Franciszek: „Naucz mnie Panie Jezu kochać tak, jak Ty kochasz”.