Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja jako powołanie

Jezus przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości.

A oto imiona dwunastu apostołów: pierwszy – Szymon, zwany Piotrem, i brat jego Andrzej, potem Jakub, syn Zebedeusza, i brat jego Jan, Filip i Bartłomiej, Tomasz i celnik Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, Szymon Gorliwy i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził.

Tych to Dwunastu wysłał Jezus i dał im takie wskazania: «Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego. Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie». (Mt 10, 1-7)

Nie wiem czy ktoś z Was pomyślał kiedyś o medytacji w kontekście powołania? Zazwyczaj kojarzymy termin „powołanie” z jakimś konkretnym wymiarem życia, może dlatego rzadko myślimy o powołaniu do modlitwy, które jest jednym z aspektów życia chrześcijańskiego, koniecznym do jego podtrzymywania i ożywiania. W tym sensie również można mówić, że konkretne rodzaje modlitwy są wpisane w konkretny wymiar powołania. Modlitwa kontemplacyjna – w powołanie kontemplacyjne, modlitwa brewiarzowa – w powołanie kapłańskie i zakonne, modlitwa adoracyjna – w powołanie klauzurowe, modlitwa monastyczna – w klimat powołania monastycznego. Naturalnie różne rodzaje modlitwy będą się przeplatały w różnych powołaniach, ale zawsze jakiś rodzaj modlitwy jest bardziej charakterystyczny dla danej drogi powołania.

Jak już wielokrotnie wspominaliśmy medytacja jest sama w sobie drogą. Zwłaszcza gdy mówimy o jej aspekcie monologicznym.  Doświadczenie pokazuje, że nie wszyscy, którzy próbują zmierzyć się z tym rodzajem modlitwy odnajdują w niej „swoją” modlitwę. Są jednak tacy, którzy wchodząc w praktykę medytacji monologicznej doświadczają, że ten rodzaj medytacji przesądza o sposobie modlitwy, który wyznaczy jej sposób na długie lata a często i na całe życie. W tym sensie medytacja monologiczna staje się powołaniem, czyli darem ofiarowanym nam przez Pana Boga. Mam głębokie przekonanie, że – jak uświadamia nam to często św. Paweł – nie czerpiemy zdolności do tej modlitwy sami z siebie, ale staje się ona dla nas łaską, darem.

Oczywiście praktyka medytacji monologicznej nie wyklucza innych sposobów modlitwy, ale staje się osią budowania naszej osobistej relacji z Bogiem i dopełnieniem wszystkich innych rodzajów modlitwy.

Innymi słowy: mogę modlić się Liturgią Godzin, mogę modlić się na różańcu, czy adorować Najświętszy Sakrament, ale bez codziennej praktyki medytacji odczuwałbym zawsze jakiś brak, jakiś niedosyt. A z drugiej strony z biegiem czasu – sądzę, że to doświadczenie wszystkich praktykujących medytację – widzę, że medytacja monologiczna pogłębia wszystkie inne wymiary modlitwy nadając im bardziej kontemplacyjny, bardziej skupiony na Bogu niż na moim „ja” wymiar.

Obraz dzisiejszej Ewangelii jest bardzo adekwatnym dla doświadczenia praktyki codziennej medytacji. Codzienna medytacja uświadamia mi bowiem, że Jezus przywołuje mnie codziennie do siebie, tak jak przywołał Apostołów, aby udzielać mi swojej mocy. Trwanie przy Jezusie, „bycie z Nim” na medytacji, czyni mnie mocnym w mojej kruchej osobowości i w najbardziej kruchych sytuacjach życia.

Podstawą medytacji jest Słowo a to z kolei uświadamia mi, że nigdzie poza nim nie znajdę głębszego źródła mojej mądrości. Codzienna medytacji pozwala mi nie tylko uświadomić sobie, że staję przed Bogiem, moim Stwórcą i Odkupicielem, ale też odkryć i doświadczyć tego, że On wciąż patrzy na mnie i mówi do mnie. Dialog zaś jest najlepszym obrazem relacji. Ktoś, kto trwa w dialogu pokazuje, że zależy mu na budowaniu relacji.

Medytacja będąc modlitwą jest otwarciem całego człowieka, całej głębi osobowej na obecność i działanie zbawcze Boga. Konkretnie: chodzi o to, by z maksymalną uwagą nakierować wszystkie zmysły (zwłaszcza słuch i wzrok) a przede wszystkim duchowe zdolności (pamięć i rozum) na Słowo, który towarzyszy medytacji i będąc synonimem Obecności Boga uczy nas jednocześnie przeżywać z zjednoczeniu z Nim nasze „tu i teraz”. „To zaktywizowanie i ukierunkowanie zdolności poznawczych w medytacji – jak pisze Merton –  obudzi głębię serca”.

Taka postawa jest naszą odpowiedzią na działanie łaski w praktyce medytacji. Polega ona głównie na poddaniu się prowadzeniu przez Słowo tam, gdzie ono pragnie nas zaprowadzić: w ciszę, w głębszy kontakt ze sobą, w doświadczenie obecności Boga, w kontemplację…

Dopełnieniem powołania medytacyjnego jest to, że owoce codziennej praktyki przenosimy w nasze życie, w którym dzięki medytacji uświadamiamy sobie jego głębię, zacierając iluzoryczną granice między sacrum i profanum, ponieważ cale nasze życie jest święte. Medytacja pozwala nam nieustannie przeżywać prawdę, że „w Bogu żyjemy, poruszmy się i jesteśmy” [Dz 17.28], że każda bez wyjątku sytuacja czy wydarzenie jest zaproszeniem do otwartości na Jego łaskę i że „tu i teraz” jest wszystkim, co tak naprawdę mamy i im lepiej, głębiej i bardziej świadomie przeżyjemy chwilę obecną, tym lepiej i głębiej przeżyjemy całe nasze życie.

Codzienna medytacja uczy mnie jak ufnie składać moje życie w Boże ręce i nieustannie żyć prawdą, której uczy św. Paweł „że nic nas nie może odłączyć od miłości Chrystusowej” [por. Rz 8, 35]

Jezus Mistrzem naszego sposobu słuchania i patrzenia

Podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, [wie], że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą. Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim* dla ich dobra.  [Rz 8,26-28]

Wymiar kontemplacyjny jest wpisany w życie osoby ludzkiej: można kontemplować patrząc na słońce wschodzące o poranku lub na szczyty gór; można kontemplować słuchając muzyki lub śpiewu ptaków, czy stojąc przed dziełem sztuki… Carlo Maria Martini, posłany jako biskup do Mediolanu, zatytułował swój pierwszy list pasterski „Kontemplacyjny wymiar życia”. Istotnie, mieszkańcom wielkich miast, gdzie wszystko, możemy powiedzieć, jest sztuczne i funkcjonalne, grozi utrata zdolności do kontemplacji.

Kontemplacja nie jest przede wszystkim sposobem działania, lecz sposobem bycia.

Bycie człowiekiem kontemplacyjnym nie zależy od oczu, lecz od serca – przypomniał papież Franciszek. I również w sercu zaczyna się modlitwa, jako akt wiary i miłości, jako sposób naszej relacji z Bogiem.

„Modlitwa oczyszcza serce, a wraz z nim rozjaśnia także spojrzenie, pozwalając nam pojąć rzeczywistość z innego punktu widzenia” – pisze w Merton w Nowym posiewie kontemplacji.

Katechizm Kościoła Katolickiego opisuje tę przemianę serca przez modlitwę, odwołując się do znanego świadectwa świętego Jana Vianneya, proboszcza z Ars: „Kontemplacja jest spojrzeniem wiary utkwionym w Jezusa Chrystusa”. «Wpatruję się w Niego, a On wpatruje się we mnie» – mówił do w czasach swego świętego proboszcza wieśniak z w Ars modlący się przed tabernakulum..

Spojrzenie Jezusa, które On kieruje na nas i które zawsze jest darem łaski ludzkiego serca; uzdalniając nas do widzenia wszystkiego w świetle Jego prawdy i miłosiernej miłości (por. KKK, 2715).

Dlatego kontemplatywny wymiar życia, o którym pisze Franz Jalics rodzi się w sercu, które czuje, że jest postrzegane z miłością.

„Wpatruję się w Niego, a On wpatruje się we mnie!”

Dodatkowo w praktyce medytacji możemy powiedzieć: „Wsłuchuję się w Niego a On wsłuchuje się we mnie!”

To Jezus jest dla nas Mistrzem tego spojrzenia i słuchania! Dlatego On znajduje się w centrum modlitwy, którą słusznie nazywamy Modlitwą Jezusową.

Jak uczy papież Franciszek: „W życiu Jezusa nigdy nie brakowało okresów i przestrzeni, milczenia, miłosnej komunii, która pozwala istnieniu, by nie zostać spustoszonym przez nieuniknione próby, lecz zachować piękno w nienaruszonym stanie. Jego tajemnicą była relacja z Ojcem Niebieskim”.

To jest tajemnica, w którą Jezus pragnie wprowadzać także nas poprzez praktykę medytacji i kontemplacji.

I jeszcze jedno zdanie Ojca Świętego: „Niektórzy dawni mistrzowie duchowości pojmowali kontemplację jako przeciwieństwo działania i wywyższali te powołania, które uciekają od świata i jego problemów, aby całkowicie poświęcić się modlitwie. W Jezusie Chrystusie i w Ewangelii nie ma jednak opozycji między kontemplacją a działaniem. Być może taka tendencja pochodzi z wpływów jakiegoś filozofa neoplatońskiego, ale z pewnością jest to dualizm, który nie należy do orędzia chrześcijańskiego”.

W medytacji i kontemplacji, w która może się ona przeradzać chodzi jedynie o to, aby iść za Jezusem droga miłości.

Święty Jan od Krzyża twierdził, że: „mały akt czystej miłości jest bardziej pożyteczny dla Kościoła niż wszystkie inne dzieła razem wzięte.

Największe dzieła, które są owocem chrześcijańskiego rodzą się zawsze z modlitwy, a nie z pychy naszego „ja”. Droga medytacji i kontemplacji pozwala by to, co jest często dyktatem naszego „ja” zostało oczyszczone przez pokorę i przez miłość włączone w dzieło samego Boga.

Nie bój się, tylko wierz

Gdy Jezus przeprawił się z powrotem łodzią na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: «Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła». Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd na Niego napierał.

Wtedy przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: «Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?» Lecz Jezus, słysząc, co mówiono, rzekł do przełożonego synagogi: «Nie bój się, wierz tylko!» I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego.

Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Widząc zamieszanie, płaczących i głośno zawodzących, wszedł i rzekł do nich: «Czemu podnosicie wrzawę i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi». I wyśmiewali Go.

Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca i matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: «Talitha kum», to znaczy: «Dziewczynko, mówię ci, wstań!» Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym się nie dowiedział, i polecił, aby jej dano jeść. (Mk 5, 21-24. 35b-43)

Tym, co najbardziej paraliżuje nas w życiu, jest strach i lęk. Dobrze to znamy, bo czas pandemii obnażył wiele lęków w naszym życiu, których być może nawet do końca nie byliśmy świadomi… Lęk o przyszłość, obawa o pracę, dom, najbliższych, ich zdrowie i życie…

Bywa, że boimy się nowych ludzi, rzeczy, nieprzewidzianych sytuacji.

Przyzwyczajeni do pewnej stałości, która wydaje się nam, że rodzi poczucie bezpieczeństwa, nie lubimy niczego zmieniać w utartych schematach naszego życia…

Niestety ta postawa dotyczy również naszego życia duchowego, naszej więzi z Bogiem. Jakże często boimy się zaangażować w osobistą więź z Chrystusem bardziej, lękając się, że to pociągałoby za sobą zmiany, może zbyt radykalne.

Kiedyś usłyszałem podczas jednych z rekolekcji, które prowadziłem w jednej ze wspólnot szczere wyznanie pewnego młodego mężczyzny: „Boję się uwierzyć i pójść za Chrystusem radykalnie, bo czuję, że musiałbym stanąć wobec zupełnie nowej i nieznanej rzeczywistości”.

Wiele osób przyznaje się otwarcie, że boją się mówić o swojej wierze i przywiązaniu do chrześcijańskich wartości – zwłaszcza w towarzystwie ludzi niewierzących lub krytykujących Kościół – lękając się, że może zostaną wyśmiany, jak Jezus w dzisiejszej Ewangelii, gdy przychodzi, by uzdrowić córkę Jaira.

Lubię zaglądać do Księgi Mądrości. Lubię jej konkretność, dosadność, osadzenie w życiu. Jej autor z pewnością też zmagał się z pytaniami o życie i śmierć, dobro i zło, szczęście i nieszczęście.

Tak jak i my dziś pytał Boga o sens cierpienia i śmierci. Dlaczego Bóg pozwala, żeby niewinni cierpieli? Żeby umierały dzieci? Kto z nas choć raz w życiu nie zadał takiego pytania?… Jak często potrafimy oskarżać Boga o trudne sytuacje, które stają się naszym udziałem, czy o śmierć bliskich, odnotowując to „oskarżenie” nawet na pomnikach nagrobnych w zdaniu, które można tam przeczytać: „Bóg tak chciał”.

Tymczasem Bóg nie chce śmierci. „Bóg nie uczynił śmierci i nie cieszy się ze zguby żyjących. (…) A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą” – napisze autor Księgi Mądrości.

Jest jednak ktoś, kto nas nienawidzi. Ktoś, kto sam się Bożego życia pozbawił – nasz przeciwnik, szatan. To on z nienawiści do dobra, życia, szczęścia krzywdzi Boże stworzenia. To on podszeptuje nam podejrzenia wobec Tego, który jedyny jest Dobry.

Jak Bóg odpowiada na nienawiść szatana? Posyła swojego Syna. A gdzie tylko On się pojawi, rozkwita na nowo życie, nadzieja i radość.

To nam uświadamia, że Bóg jest dobry. Bóg daje tylko życie. „Chwałą Boga jest człowiek żyjący” – powie św. Ireneusz z Lyonu. Nie musimy naszego Boga o nic podejrzewać. On chce dla nas tylko dobra.

Jezus swoją działalnością wytrwale i spokojnie wprowadza w świat porządek, który zamierzony został przez Ojca przy stworzeniu a zniszczony przez grzech. Nienawiść diabła musi umknąć przed życiodajną miłością Boga, choć czasem wydaje się, że jest odwrotnie.

Od zmartwychwstania Jezusa możemy patrzeć na świat w zupełnie nowy sposób. Powie Apostoł: „Nasz Zbawiciel Jezus Chrystus śmierć zwyciężył, a na życie rzucił światło przez Ewangelię”.

Jezus chce nauczyć nas patrzeć na siebie, na innych i cały świat w zupełnie innym świetle, świetle Bożej łaski. Bo to jedyny sposób widzenia, który sprawia, że mogę zobaczyć ten świat takim, jakim jest naprawdę, i odnaleźć w nim swoje miejsce, radość, pokój i rozwiązanie, którym jest Bóg i Jego plan na moje życie.

„Nie bój się, wierz tylko” mówi dziś Jezus do Jaira.

Mówi mu to w sytuacji, gdy doniesiono mu, że córka jednak zmarła. A więc sytuacja już rozstrzygnięta, kategorycznie. Jeszcze przed chwilą żyła, dlatego przyszedł do Jezusa. Teraz rzeczywistość zdecydowała, że ona nie żyje. „Po co jeszcze trudzisz Nauczyciela?”

Jair mógłby się już w tym momencie wycofać. Tymczasem Pan Jezus, pomimo tego, co jest już oczywiste, rozstrzygnięte, mówi „Nie bój się, tylko wierz”.

To jest paradoks wiary, że przełożony synagogi mimo tych wszystkich przeciwności, wątpliwości, jednak przy Jezusie zostaje, idzie z Nim, nie wycofuje się… To znaczy, ufa, że jest jeszcze inny sposób patrzenia na rzeczywistość. Nie tylko ludzki!

Pomimo wszystko on całkowicie zdaje się na Nauczyciela. Ufa, że w  Bożym spojrzeniu rzeczywistość może(a nawet wygląda) wyglądać zupełnie inaczej.

My też przeżywamy w różnych momentach życia, takie sytuacje progowe, w których trzeba by zastosować takie postawy, o których słyszymy w dzisiejszej Ewangelii. Zbliżyć się do Jezusa, bardzo osobiście i konkretnie i zwierzyć Mu bezgranicznie nawet pomimo tego wszystkiego, co wydaje się już przesądzone.

Dzisiejsza Ewangelia jest zaproszeniem, abyśmy nie lękali się przyjść do Jezusa, aby nauczyć się od Niego patrzeć z zupełnie innej perspektywy: z perspektywy wiary i nadziei nawet wówczas, gdy po ludzku wszystko wydaje się beznadziejne; z perspektywy miłości, która ze swej natury jest silniejsza niż lęk – bo ten się lęka, kto nie wydoskonalił się w miłości – powie św. Jan. Apostoł.

Kresem i sensem naszego życia nie jest bowiem cierpienie i śmierć, ale moc niezniszczalnego życia. Moc wiary, nadziei i miłości.

Bo jak uczy prorok Habakuk: Kiedy brakuje nadziei, to właśnie wówczas nadeszła godzina nadziei, która jest tylko w Panu Bogu. [por Ha 3:17-19]

Niech ta nadzieja będzie naszą mocą na co dzień i skuteczną obroną przez zwątpieniem i lękiem, które pragnie w nasze serca wlać zły duch.

Medytować to iść…

Polecenie to, które ja ci dzisiaj daję, nie przekracza twych możliwości i nie jest poza twoim zasięgiem. Słowo to bowiem jest bardzo blisko ciebie: w twych ustach i w twoim sercu, byś je mógł wypełnić. [Pwt 30, 11. 14]

Przywołałem ten fragment Księgi Powtórzonego Prawa, bo wydaje mi się on bardzo medytacyjny. To medytacja sprawia, że Słowo jest bardzo realnie blisko mnie: w moich ustach i w sercu…, ale przywołałem go także dlatego, że do tego fragmentu odniósł się między innymi papież Franciszek mówiąc niedawno o medytacji chrześcijańskiej.

„Dla nas, chrześcijan medytacja jest sposobem na spotkanie z Jezusem. I w ten sposób, jedynie w ten sposób, odnalezienia siebie samych” – powiedział papież Franciszek podczas zeszłotygodniowej audiencji ogólnej.

Papież przypomniał, że w ostatnich latach (rzekł bym nawet, że przez ostatnie pół wieku) praktyka medytacji cieszy się dużym zainteresowaniem. Jeśli dzisiejsza Ewangelia mówi o owocach, to mogę szczerze powiedzieć, że mój pierwszy kontakt z medytacją ponad 35 lat temu pojawił się na fali takiego właśnie zainteresowania (choć nie była to medytacja chrześcijańska). Nie mam też wątpliwości, że owocem tego zainteresowania medytacją było zrodzenie się Ośrodka Medytacji przy klasztorze w Lubiniu, gdzie również trafiało wielu katolików mających pierwsze swoje doświadczenie z medytacją poza Kościołem.

„Wszyscy potrzebujemy medytacji. Szczególnie w zachłannym świecie zachodnim ludzie szukają medytacji, ponieważ stanowi ona wysoką tamę przed codziennym stresem i pustką, rozprzestrzeniającą się wszędzie”mówił Ojciec Święty. Byłby to kolejny owoc medytacji – jeśli zgodnie z duchem dzisiejszej Ewangelii mielibyśmy wymieniać jej owoce: Poznacie ich po ich owocach. (…) Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. [Mt, 7, 16-17]

„Modlitwa chrześcijanina jest przede wszystkim spotkaniem z Innym z dużej litery, jest transcendentnym spotkaniem z Bogiem. Jeśli jakieś doświadczenie modlitwy daje nam pokój wewnętrzny, opanowanie siebie lub jasność co do drogi, którą mamy podążać, to są to niejako uboczne skutki łaski modlitwy chrześcijańskiej, będącej spotkaniem z Jezusem”.

Medytować – to iść, będąc prowadzonym zdaniem czy słowem z Pisma Świętego na spotkanie Jezusa obecnego w naszym wnętrzu.

Papież wspomniał też, że są różne metody medytacji:

Metody medytacji są tak zróżnicowane jak mistrzowie życia duchowego. Jeśli jednak mówimy o medytacji chrześcijańskiej, to każda z metod będzie prowadziła nas do podporządkowania się prowadzeniu przez Ducha Świętego. Nie jest możliwa medytacja chrześcijańska bez Ducha Świętego. Zatem także w medytacji On jest przewodnikiem, by iść naprzód

Ponadto – jak wspomniał Ojciec Święty – Medytacja chrześcijańska, prowadzona przez Ducha Świętego, prowadzi nas do  dialogu z Jezusem. Raz jest to dialog ubogi w słowa i środki (jak w medytacji monologicznej) w innych wypadkach dużo bardziej angażuje on intelekt i zmysły medytującego (jak w medytacji ignacjańskiej) słowa inne.

I bez względu na metodę medytacji modli się nie tylko umysł człowieka, ale cała osoba. Starożytni mawiali, że organem modlitwy jest serce i w ten sposób tłumaczyli, że to cała osoba, poczynając od jej centrum, wchodzi w relację z Bogiem, a nie tylko pewne jej władze. Dlatego musimy zawsze pamiętać, że metoda jest drogą, a nie celem. Każda metoda modlitwy, jeśli chce być ona chrześcijańska, jest częścią tego pójścia za Chrystusem, będącego istotą naszej wiary.

A medytacji chrześcijańska poza umocnieniem naszej wiary przynosi jeszcze ten – bardzo konkretny owoc, że przez Słowo, które jej towarzyszy nieustannie odczuwamy prawdę o tym, że: Chrystus nie jest daleko, lecz jest zawsze z nami.

Bóg nigdy nie śpi

Owego dnia, gdy zapadł wieczór, Jezus rzekł do swoich uczniów: «Przeprawmy się na drugą stronę». Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim.

A nagle zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała wodą. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?» On, powstawszy, zgromił wicher i rzekł do jeziora: «Milcz, ucisz się!» Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza.

Wtedy rzekł do nich: «Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże brak wam wiary!» Oni zlękli się bardzo i mówili między sobą: «Kim On jest właściwie, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?» (Mk 4, 35-41)

Ewangelia o uciszeniu burzy budzi wiele pytań. Wiemy, że Jezus przez cały dzień głosił słowo z tej samej łodzi, w której teraz leży zmorzony snem.

Ewangelista Marek jest bardzo drobiazgowy: dowiadujemy się od niego, że Jezus śpi na rufie i że głowę ma na poduszce. Można by powiedzieć: sielanka, gdyby nie to, że łódź jest właśnie zalewana falami, choć musiała być niemała, skoro pomieściła trzynaście osób. Jak bezpiecznie musiał się czuć Jezus, skoro zasnął podczas takiej burzy?

Bardzo podobną scenę znajdziemy w pierwszym rozdziale Księgi Jonasza, gdy Bóg posyła wiatr, który ma zatopić statek z uciekającym od swego zadania prorokiem. Kiedy wszyscy marynarze gorliwie się modlą, Jonasz schodzi na dolny pokład i kładzie się spać. Jezus, nowy posłuszny Jonasz, w drodze do pogan kładzie się spać tak, jak jego poprzednik, gdy tymczasem pozostali wpadają w panikę. Jonasza trzeba było wrzucić w otchłań morza. Jezus zaś działa jak władca żywiołów. Do takiego Boga modlił się psalmista: „Przeto się nie boimy, choćby waliła się ziemia i góry zapadały w otchłań morza. Niech wody jego burzą się i kipią, niech góry się chwieją pod jego naporem, Pan Zastępów jest z nami, Bóg Jakuba jest dla nas obroną” (Ps 46, 3-4).

Ale wróćmy do Ewangelii… Chaos przyrody znajduje odzwierciedlenie w duszach apostołów targanych silnymi emocjami. Wszystko wymknęło się spod kontroli, żywioł burzy i wody przerasta ludzką zaradność, nic nie można zrobić!

W tej dramatycznej sytuacji pojawia się pomysł, by poprosić o ratunek Mistrza. Jezus spał dotąd spokojnie, jakby burza była czymś nierealnym, jakby nieważne były emocje i stan ducha jego uczniów.

Obserwując tę scenę, moglibyśmy podejrzewać Go o brak wrażliwości, o narażanie uczniów na zbyt wielką próbę.

Warto jednak zauważyć – i to jest fascynujące w tej Ewangelii – że Jezus od początku przeprawy na drugi brzeg jest ze swoimi uczniami w tej samej łodzi. Jest więc we wnętrzu sytuacji, która ich przeraża, a nie gdzieś daleko. Przypomina się podobne doświadczenie św. Pawła, który zmagając się z trudnościami, woła o ratunek i otrzymuje od Jezusa pociesznie: Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali [2 Kor 12, 9]

Zachowuje jednak zupełnie inny stan ducha. Można powiedzieć, że to On sam stanowi kontrapunkt dla gwałtowności burzy i emocji, których doświadczają uczniowie. Jezus jest nie tylko spokojem, ufnością, ale przede wszystkim źródłem tego spokoju i ufności. Częstokroć dopiero kiedy ustają emocje, wyciszają się niepokoje, możemy w naszych życiowych burzach dostrzec tę milczącą, a jednak stałą i wspierającą obecność. Wtedy staje się ona kluczem do zrozumienia historii własnego życia.

Potem też jest lęk, ale jest to lęk przed Innym. Przed Tym, który ma moc większą niż moce burzy i jeziora. Okazuje się, że śpiący i podejrzewany o brak wrażliwości Jezus to Bóg, bo tylko Bóg ma władzę nad żywiołami. Mistrz z Nazaretu odsłania swoją mesjańską tajemnicę. Uczniowie przeczuwali to, ale teraz doświadczyli tej mocy i są zmieszani, zawstydzeni swoją niewiarą. Towarzyszy im lęk, ale już inny – lęk przed utratą wiary, przed nierozpoznaniem czasu, przed brakiem wrażliwości na Bożą obecność.

Jak widać przeprawa z Jezusem na drugi brzeg może się okazać niebezpieczna i ryzykowna. W sensie symbolicznym ten drugi brzeg to głębsze zrozumienie siebie, poznanie granic swoich możliwości i słabości wiary w sytuacji zagrożenia życia, a przynajmniej utraty kontroli nad sytuacją. Każde trudne doświadczenie, każdy kryszy, jaki przechodzimy w życiu to nic innego, jak czas i szkoła zawierzenia, wyrastanie z naiwności wiary, która miałaby uchronić nas przed każdym cierpieniem i trudem.

Wielu chrześcijan ma dziwne wymagania wobec Pana Jezusa: spodziewają się, że skoro w Niego uwierzyli, skoro Mu zaufali, to w ich życiu nie będzie burzy. Tego nigdzie nam Pan Jezus nie obiecał. Pytanie jest takie: co się dzieje z nami, kiedy przychodzą burze?  W tych sytuacjach diabeł bardzo lubi działać i przychodzi do nas z najbardziej pierwotną pokusą: Bóg zapomniał o Tobie! Pan Jezus nie mówił nam, że w naszym życiu nie będzie burz – Pan Jezus obiecuje nam swoją obecność i swoją moc. Obiecuje, że z Nim nie musimy się lękać.

Łódź płynąca na drugi brzeg, to obraz naszego życia, zaś burza to symbol losu, który nas dotyka. Czy i nam nie wydaje się czasami, że Bóg najwyraźniej zasnął i nie dostrzega tego, co się z nami dzieje? Gdybyśmy jednak nasza wiara była głęboka wiedzielibyśmy, że Bóg przecież nigdy nie śpi, bo Bóg jest na wiecznym dyżurze miłości i troski o nas (Clive Lewis).