Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Przewodniczka na drodze wewnętrznej modlitwy

W owym czasie Maryja rzekła:

«Wielbi dusza moja Pana
i raduje się duch mój w Bogu, zbawicielu moim.
Bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy.
Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą
wszystkie pokolenia,
gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny,
a Jego imię jest święte.
Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie
nad tymi, którzy się Go boją.
Okazał moc swego ramienia,
rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich.
Strącił władców z tronu,
a wywyższył pokornych.
Głodnych nasycił dobrami,
a bogatych z niczym odprawił.
Ujął się za swoim sługą, Izraelem,
pomny na swe miłosierdzie.
Jak obiecał naszym ojcom,
Abrahamowi i jego potomstwu na wieki».

Maryja pozostała u Elżbiety około trzech miesięcy; potem wróciła do domu. (Łk 1, 46-56)

 

Magnificat – świadectwo głębokiej radości i wdzięczności przeżywanych pośród codziennych doświadczeń a nade wszystko z obecności Boga. Medytacja pozwala nam podtrzymywać w sobie świadomość obecności Boga w naszych sercach. Czy ta świadomość jest źródłem głębokiej radości i wdzięczności, jaką nosimy w sobie?

Radość, dziękczynienie, entuzjazm i uwielbienie Boga to podstawowy nastrój hymnu, jaki wyśpiewała Maryja, nastrój, który powinien także cechować chrześcijan z powodu zbawienia, jakie otrzymują w Chrystusie na mocy wiary i łaski.

Trzy Boże przymioty Maryja wysławia w swoim hymnie szczególnie – wszechmoc, świętość i miłosierdzie. Warto jednak pamiętać, że nie tylko Maryi uczynił wielkie rzeczy Wszechmocny, ale też nam wszystkim, którzy uwierzyliśmy w Niego, w Jezusa Chrystusa, i dzięki Jego łasce idziemy drogą życia wiecznego. I nie tylko Maryi okazał Bóg swoje miłosierdzie, ale „Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie nad tymi, którzy się Go boją”. Swoim miłosierdziem Bóg, dający nam własnego Syna, chce ogarnąć każdego z nas, nawet największych grzeszników.

Do Jego miłosierdzia odwołujemy się przecież za każdym razem, gdy w rytmie oddechu wypowiadamy z wiarą nasze wezwanie: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”, lub „Jezu ufam Tobie”…

Maryja w hymnie Magnificat przypomina nam, że po to Ten, którego imię jest święte, dał nam swojego Syna, ażebyśmy również my mogli stać się uczestnikami Jego świętości. W medytacji monologicznej opieramy się nie na swoich wysiłkach czy możliwościach, ale właśnie na mocy Imienia Jezus i podążamy drogą, którą On nas prowadzi, naszym modlitewnym wezwaniem wyrażając naszą zgodę na to prowadzenie i torując sobie wytrwale drogę wśród różnego rodzaju rozproszeń, które chcą nam w tej modlitwie przeszkodzić.

Słowa Maryi: „…oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia” mogłyby świadczyć o pysze, gdyby nie to, że Maryja była w pełni świadoma tego, co się stało w Jej życiu wraz ze zwiastowaniem anielskim. O tej jej świadomości świadczy właśnie ten hymn uwielbienia Boga.

Tymczasem nam często brak świadomości tego, co Bóg uczynił w naszym życiu! Mamy problem z dostrzeganiem Jego obecności i działania. W gonitwie codzienności tak łatwo nam je przeoczyć. To z kolei powoduje, że nie odkrywamy w pełni siebie – tego kim jesteśmy i czym nas Bóg obdarzył. A w konsekwencji żyjemy jakby „obok siebie”. Uczmy się od Maryi życia w pełni otrzymanymi od Boga łaskami.

O jednej z takich łask przypomina nam końcówka Adwentu i Boże Narodzenie. Mówi nam, że Bóg pragnie się nieustannie rodzić, ale nie w jakiejś abstrakcyjnej rzeczywistości. Jego pragnieniem jest to, aby przestrzenią Jego obecności, Jego domem, były nasze serca. Być może to jeden z największych cudów, jakie mają miejsce w naszym życiu, ale ponieważ dokonuje się w ciszy – podobnie jak Zwiastowanie – trzeba nam uważności, jaką wyrabia w nas modlitwa monologiczna, modlitwa serca, która podtrzymuje w nas świadomość nieustannej obecności Boga. Im bardziej żyjemy tą świadomością na co dzień podążając wytrwale ścieżką medytacji, tym bardziej odwdzięcza się ona tym, że kształtuje nasze życie i nasze postawy wobec siebie, wobec innych, czy wobec otaczającej nas rzeczywistości. Modlitwa serca uczy nas, że to właśnie serce jest głównym ośrodkiem relacji między nami a Bogiem, a jednocześnie źródłem jakości przeżywanego przez nas chrześcijaństwa i życia.

Św. Bernard powiedział kiedyś, że: „Jakość modlitwy jest odbiciem jakości ludzkiego serca”.  Zdanie to bez wątpienia potwierdza modlitwa Maryi.

Prośmy Maryję, która dla nas jest najlepszą Przewodniczką na drodze pokornej służby i głębokiej wewnętrznej modlitwy, aby nas także uczyła kroczyć tą drogą serca.

Słowo, które staje się oparciem

Jan przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów i posłał ich do Jezusa z zapytaniem: «Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?»

Gdy ludzie ci zjawili się u Jezusa, rzekli: «Jan Chrzciciel przysyła nas do Ciebie z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?»

W tym właśnie czasie Jezus wielu uzdrowił z chorób, dolegliwości i uwolnił od złych duchów; także wielu niewidomych obdarzył wzrokiem. Odpowiedział im więc: «Idźcie i donieście Janowi to, co widzieliście i słyszeliście: Niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi ». (Łk 7, 18b-23)

Jezus mógł odpowiedzieć Janowi wprost: „Tak, jestem Tym, który miał przyjść”. Tymczasem w odpowiedzi udzielonej Janowi Jezus mówi o swoich czynach i o owocach swego przyjścia. Po tym właśnie poznajemy Boga – po Jego działaniu. Ale i tak tym, co poprzedza działanie jest SŁOWO. Doskonale zrozumiał to wczorajszy patron św. Jan od Krzyża, gdy pisał, że „Tylko jedno Słowo wypowiedział Bóg Ojciec, a jest nim Jego Syn i to Słowo wypowiada nieustannie w wieczystym milczeniu; w milczeniu też powinna słuchać go dusza”.

To nauczanie św. Jana od Krzyża zawsze mnie poruszało w kontekście medytacji monologicznej – posługującej się także jednym słowem, względnie jednym wersetem.

Inny Jan, tym razem Ewangelista opisze tę prawdę jeszcze krócej: Na początku było Słowo” (J 1,1).

Jednak to Boskie Słowo, o którym mówią przywołane teksty, nie jest żadnym ze słów ludzkiego języka. Ludzkich słów jest zawsze wiele. Czasami za wiele! Bóg ma zaś tylko jedno Słowo. Jeśli tak, to nie jest ono podobne do naszego – wielosłownego – języka. Nie może być też żadnym ze słów, które w takim języku odnajdujemy, straciłoby wówczas swój boski charakter, będąc zależne od słów przez nas stworzonych. Tymczasem Słowo, które wypowiada Bóg ma moc wyprowadzić nas z zamknięcia w świecie rzeczy stworzonych i niedoskonałych i wznieść nas ku doświadczeniu Tajemnicy Nieskończonego – jak pięknie określi to Merton w Nowym posiewie kontemplacji.

I dzisiaj kolejny Jan otrzymuje w odpowiedzi od Jezusa słowo, które ma go skłonić do wiary. Doskonałym komentarzem do tego dialogu Jana z Chrzciciela z Jezusem jest werset z Listu do Rzymian: „Wiara rodzi się z tego, co się słyszy a tym, co się słyszy jest słowo Chrystusa” (Rz 10,17). Jan Chrzciciel gdy przez swoich uczniów zadaje pytanie Jezusowi siedzi w więzieniu, przeżywając próbę wiary. W jego sercu rodzą się wątpliwości: Czy się nie pomylił, wskazując Jezusa, jako Zbawiciela!?

Ks. Dajczer w swojej książce Rozważania o wierze pisze, że wiara nie znosi ciemności, wręcz przeciwnie, ona je zakłada. Same wątpliwości w wierze nie są czymś złym. Zmuszają nas bowiem do szukania. Do zadawania pytań. Jezus pozwala na pytania w wierze. Nie dziwi się wątpliwościom Jana. Uczy nas w ten sposób, że wiara zakłada pytania i zmagania z wątpliwościami. Ileż podobnych doświadczeń będzie udziałem samych apostołów.

Jezus w odpowiedzi daje Janowi do zrozumienia, że wypełnia się obietnica dana przez proroka Izajasza. Chce, aby Jan oparł się na Słowie Bożym, które zawsze się spełnia.

„Wiara rodzi się z tego, co się słyszy a tym, co się słyszy jest słowo Chrystusa” (Rz 10,17).

Słowo Jezusa z pewnością stało się dla Jana silnym oparciem i światłem w ciemnościach więzienia, które są jednocześnie symbolem ciemności wiary. Jan całe życie karmił się Słowem żyjąc na pustyni. Słowo Boga było dla niego jedynym oparciem, w nim znajdował światło dla siebie. Tak dzieje się i tym razem i tego samego Jan uczy nas, odwołujących się w medytacji do mocy Słowa. Oprzyj się na Słowie! Zaufaj mu! Podążaj za nim wytrwale! Pozwól, aby przez swoje działanie w twoim sercu stało się światłem rozpraszającym twoje ciemności!

W życiu Jana Chrzciciela, ale też i w naszym życiu ma szansę dokonać się to o czym wspomina wiersz pewnej polskiej mistyczki.

Przeniknęło mnie Słowo

ogarnęło myśli

przejrzało zamysły mojego serca

To Słowo to Bóg

który przychodzi uleczyć moją duszę

Pozwólmy, aby mocą Boskiego Słowa, które przywołujemy w medytacji zrodziła się wewnątrz nas cisza konieczna do jego działania. Wyciszmy stopniowo nasze „ego” aktywnie produkujące myśli, uczucia, obrazy mające wykrzyczeć jego istnienie, które biorą się z życiowych okoliczności. Nie zatrzymujmy się na nich i nie przywiązujmy się do nich. Pozwólmy, aby tak jak wyłaniają się z ciszy, tak wraz ze słowem przyzywanym w rytmie oddechu w ciszy znikały.

„Błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi” – powie Jezus. Powtarzając w sercu Słowo, pozwólmy, aby ono stawało się odpowiedzą na nasze pytania i wątpliwości w wierze, na nasze lęki; aby przenikało zamysły serca i mocą niesionej przez nie łaski uzdrawiało i kształtowało nasze dusze.

Patronka Medytacji

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja.

Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”.

Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie.

Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”.

Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”

Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”.

Na to rzekła Maryja: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!”

Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1, 26-38)

Maryja jest prostą, młodą dziewczyną. Jej codzienność w małym Nazarecie jest szara i zwyczajna. Bóg wchodzi ze swoją łaską w Jej, podobnie jak w moje zwyczajne życie. Bóg zna mój „Nazaret”. Zna mój trud, moje plany i moje pragnienia. Są one dla Niego ważne. Chce „używając” mojego życia pisać wraz ze mną ciąg dalszy historii zbawienia.

Dzisiejsza uroczystość daje nam kolejną szansę spojrzenia na Maryję, jako na Patronkę i  Nauczycielkę medytacji. Maryja słucha słowa, które przez anioła kieruje do niej Bóg. Uświadamia sobie, że wola Boża okazuje się inna od tego, co zaplanowała wspólnie z Józefem.

Przy tej okazji warto raz jeszcze spojrzeć też na św. Józefa, który był patronem mijającego roku – to kolejna postać, która jest dla nas nauczycielem milczenia, bez którego nie da się usłyszeć tego, co Bóg pragnie powiedzieć do naszego serca.

Zarówno Maryja, jak i św. Józef nie odrzucają słów Boga tylko dlatego, że wydają się trudne. Noszą i rozważają je w sercu (można powiedzieć – medytują). Maryja zadaje pytanie. Mamy prawo zadawać Bogu pytania, ale winniśmy wystrzegać się nieposłuszeństwa wobec Jego woli nawet wówczas, gdy nie do końca ją rozumiemy, czy wówczas, gdy odpowiedzi na pytania nie nadchodzą.

Niejednokrotnie bywa i tak, że samo podążanie drogą milczącego zawierzenia, które dokonuje się w medytacji staje się odpowiedzią.

Maryja godzi się na Boże prowadzenie, choć po ludzku wszystko pozostaje dla Niej niezrozumiałe. Ufa Bogu i Jego mocy pomimo swoich pytań i wątpliwości, które nurtują Jej serce. Jak bardzo postawa ta przypomina niejednokrotnie naszą postawę z jaką przystępujemy do medytacji!

Nie jest nam łatwo w życiu powiedzieć Bogu nasze „TAK”. Dlatego dobrze uczyć się najpierw mówienia Panu Bogu „TAK” w modlitwie.

Medytacja uczy nas wolności wobec pokusy kontrolowania wszystkiego, co dzieje się w modlitwie, w której niewiele od nas zależy – jak jest w przypadku modlitwy prostoty, jaką jest modlitwa monologiczna.  A z drugiej strony właśnie dzięki sztuce odpuszczania doświadczamy tego, że gdy z całkowitym zaufaniem powierzymy się w tej modlitwie prowadzeniu słowa, które wypowiadamy w sercu, w rytmie oddechu, doświadczamy pokoju w swoim sercu.

Bardzo jest mi bliskie to czego nauczał o. Jacek Bolewski – jezuita, bez przesady można powiedzieć, że pionier medytacji monologicznej w Warszawie: „Słowo, za którym podążam w medytacji w rytmie oddechu jest naszym pokojem” (wspominam tego nauczyciela medytacji, bo jego postać przywołuje także jeden z artykułów ostatniego Gościa Niedzielnego). I inne zdanie ojca Jacka, które także zapadło w pamięć: „Podstawowym sensem medytacji nie jest cel, czy kres ku któremu zmierzamy, ale droga. Dzięki temu medytacja symbolizuje nasze życie, które przecież jest wędrówką”.

Maryję można określić Patronką naszej wędrówki przez życie.  Ona sama wędrując do Ain Karem, do Betlejem, do Egiptu, a potem towarzysząc w drodze Jej Syna uczy nas, że na drogę warto zabrać słowo i zachować je w sercu, gdyż noszone i rozważane w sercu słowo ma szansę stać się modlitwą nieustanną.

Bóg, na którego czekam

Jezus przywołał swoich uczniów i rzekł: «Żal Mi tego tłumu! Już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają, co jeść. Nie chcę ich puścić zgłodniałych, żeby ktoś nie zasłabł w drodze». Na to rzekli Mu uczniowie: «Skąd tu na pustkowiu weźmiemy tyle chleba, żeby nakarmić tak wielki tłum?» Jezus zapytał ich: «ile macie chlebów?» Odpowiedzieli: «Siedem i parę rybek».

A gdy polecił tłumowi usiąść na ziemi, wziął siedem chlebów i ryby i odmówiwszy dziękczynienie, połamał, dawał uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a pozostałych ułomków zebrano jeszcze siedem pełnych koszów. (Mt 15, 32-37)

Czas adwentu, to czas, który kojarzy się z medytacją, gdyż medytacja, podobnie jak adwent jest oczekiwaniem…

Na co czekam w tym świętym czasie adwentu? Na co czekam w świętym czasie, który poświęcam na bycie z Bogiem a który nazywam medytacją?

Pierwsza odpowiedź, która się nasuwa, to: „Czekam na Boga!”

Na jakiego Boga czekam jednak w adwencie, w medytacji?..

Prorok Izajasz – prorok Adwentu mówi: „Oto wasz Bóg, oto Bóg, który przychodzi z mocą” [Iz 40, 10]

Bóg, na którego czekam jest Bogiem, który mnie pociesza.

Bóg, na którego czekam jest delikatny i czuły. Nie narzuca ani siebie  ani swej obecności i miłości siłą.

Bóg, na którego czekam jest Bogiem, który mówi do mnie przez swoje słowo, przez wydarzania. I jest Bogiem, który mnie karmi swoim słowem i swoim ciałem, abym nie ustał/a w drodze wiary.

Medytacja sprawia, że możemy usiąść blisko Jezusa, podobnie jak tłumy z dzisiejszej Ewangelii. I nawet jeśli jesteśmy w „tłumie medytujących”, to nasza relacja z Jezusem zawsze pozostaje osobista, jedyna w swoim rodzaju, wyjątkowa. Medytacja uczy nas zapatrzenia w Jezusa i zasłuchania w Niego po to, abyśmy uwierzyli, że On chce stać się dla każdej i każdego z nas Bogiem bliskim, wrażliwym na pragnienia i tęsknoty – słowem na głód ludzkiego serca. Można powiedzieć, że w każdej medytacji stajemy się świadkami cudu rozmnożenia Jego łaski, działania Jego słowa, tak jak w czasie Eucharystii stajemy się świadkami cudu rozmnożenia chleba, cudu, który nieprzerwanie trwa już dwadzieścia wieków. Medytacja uczy nas innego sposobu patrzenia na rzeczywistość i dostrzegania cudów Bożego działania i Bożej miłości tam, gdzie większość osób ich nie dostrzega.

Jednym z cudów medytacji jest to, że doświadczamy, iż ta modlitwa nie jest dziełem naszych zabiegów, czy starań. A to dlatego, że prawdziwa modlitwa istnieje w nas już niejako od zawsze. „W głębi duszy ochrzczonego człowieka trwa dialog Ojca, Syna i Ducha Świętego – pisze o. Wilfrid Stinissen. Ten trynitarny dialog jest właśnie modlitwą. I to ona znajduje w nas swoje mieszkanie”. [Kiedy zapada noc] Medytacja zaprasza nas do odkrywania tego źródła modlitwy, które bije w nas, wsłuchaniu się w nią, zgodzie na to, aby ona zawładnęła naszym sercem, aby stawała się źródłem jego przemiany.

Stąd powinno wynikać inne doświadczenie, to mianowicie, że nasza modlitwa winna się upraszczać w miarę jej dojrzewania. A to dlatego, że autentyczna modlitwa prowadzi do odkrycia tego, że to my jesteśmy modlitwą. Wybitny teolog Hans Urs von Balthasar pisze, że „Jezusowe „ja” u samych korzeni jest modlitwą, bo jest nieustannym zjednoczeniem i dialogiem, który trwa w Jego sercu z Ojcem. I dodaje, że od chwili chrztu jesteśmy do Niego podobni, gdyż i w naszym wnętrzu trwa ten nieustanny dialog, który sprawia, że wsłuchując się w niego mamy szansę odkryć naszą prawdziwą tożsamość dzieci Bożych”. [Odpowiedź wiary]

Medytacja monologiczna, to nic innego, jak włączenie się w ten wewnętrzny dialog z Bogiem, do którego drogę rozświetla nam słowo, które towarzyszy nam w medytacji. Podążając za tym słowem powoli będziemy doświadczali przejścia z poziomu zmysłów, na poziom ducha; z poziomu zapatrzenia w siebie na poziom zapatrzenia w Jezusa; z poziomu medytacji na poziom kontemplacji; z poziomu korzystania z naszych własnych zdolności, na poziom ogołocenia wobec pełnego miłości spojrzenia Boga i łaski, którą Bóg chce nas napełnić.

Medytacja pozwala nam doświadczyć, że z poziomu słów wchodzimy na poziom milczenia i zasłuchania, gdzie słowa nie są już potrzebne, bo w naszym wnętrzu trwa inny dialog – dialog miłości Boga, który powoli sprawia, że jak to ujmuje św. Paweł Apostoł: „Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” [Ga 2,20]

Bóg uzdrawia przez medytację

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie mógł się oprzeć ani sprzeciwić.

A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie». (Łk 21, 12-19)

 

Kiedy po raz pierwszy przeczytałem wczoraj tę Ewangelię pomyślałem sobie: „Fajna zapowiedź przed wyruszeniem na „Kolędę”.

Ale tak nieco przewrotnie pomyślałem też, że choć lubimy często szukać wrogów na zewnątrz, to czy najczęściej nie jest tak, że to my sami jesteśmy wobec siebie największymi prześladowcami!? Przez brak akceptacji, przez brak miłości, przez noszenie w sobie nadmiernego poczucia winy i wybujałą samokrytykę i oczekiwania…

Kiedyś wspominałem o tym, że kilkakrotnie brałem udział w Przystanku Jezus, który towarzyszy Woodstokowi. Można tam było się spotkać z przejawami gniewu, może nawet nienawiści wobec ludzi Kościoła, ale dużo więcej w rozmowach z różnymi osobami tej nienawiści można było zobaczyć w nich samych i to takiej, która jak oścień była zwrócona przeciw samym sobie.

Pomyślałem sobie wtedy, że aby móc uzdrawiać innych z nienawiści trzeba być najpierw samemu uzdrowionym (uzdrawianym sic!) z jej wszelkich – nawet często niewidocznych przejawów. A tego – jak sądzę – nie można zrobić inaczej niż drogą, która wskazuje Jezus.

Jezus stawia wysoko poprzeczkę: „Miłujcie i dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą” [Łk 6,27]. Prawdziwie naśladowcami Chrystusa stajemy się dopiero wówczas, jeżeli staramy się błogosławić tych, którzy nas nienawidzą, i życzyć im dobra i kochać ich. Bo i sam Chrystus – jak to pięknie napisał Apostoł Piotr – „gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył, gdy cierpiał, nie groził, ale oddawał się Temu, który sądzi sprawiedliwie” (1 P 2,23).

Co to ma wspólnego z medytacją? Myślę, że wiele.

Po pierwsze, jak wielokrotnie o tym wspominaliśmy medytacja jest miejscem uzdrowienia naszego serca – także wobec rzeczonej wrogości wobec samych siebie; jest przestrzenią uzdrowienia z emocji, które czasem potrafią w naszym wnętrzu dominować nad racjonalnością i akceptacją.  Medytacja uczy nas sztuki odpuszczania i nie przywiązywania się zbytniego do naszego „ja”, do naszych wygórowanych oczekiwań, także do naszej samooceny czy opinii innych. Zaś zdolność odpuszczania na tym poziomie rodzi w nas przestrzeń dla przyjęcia innego – Jezusowego sposobu widzenia. Medytacja uczy nas, że łaska, która przychodzi do nas wraz ze słowem, z przywoływanym Imieniem Jezus, jest zawsze darmowa, że nie musimy na nią zasługiwać, że jest darem bezinteresownej miłości i akceptacji nas przez Boga. Jest to miłość przemieniająca i uzdrawiająca.

Dzisiaj często wrogość przejawia się w próbie przekrzyczenia kogoś i zapanowania nad kimś. Tymczasem medytacja uczy nas słuchania. Uczy nas wolności od chęci dominacji, panowania nad innymi. Uczy, że cisza porządkuje najpierw nasze wnętrze, nasze emocje a następnie nasze relacje. Cisza medytacji na nowo uczy nas przywracać pierwsze miejsce naszej relacji z Bogiem. A ustawienie tej relacji na pierwszym miejscu porządkuje wszystko inne. Medytacja uczy nas także prawdy, że „Miłość jest jedna”. Jeżeli nauczymy się kochać Jezusa w medytacji (choć w praktyce oznacza to właściwie otwartość na Jego miłość) i nauczymy się Go słuchać, to tę samą miłość i umiejętność słuchania będzie nam łatwiej przenieść na nasze relacje z innymi.

Ktoś niedawno napisał mi, że „pół godziny medytacji to pół godziny łaski, żeby zdystansować się, zapomnieć, obmyć w źródle ciszy to, co bruka duszę, czasem z naszym przyzwoleniem a często bez naszej woli”.

Mój pierwszy nauczyciel medytacji o. Lotz. zwykł mawiać, że „Poważnie traktowana medytacja wymaga od nas właściwego odnoszenia się do Boga, właściwego odnoszenia się do siebie i właściwego odnoszenia się do drugiego człowieka”.

A kto inny nauczy nas takiego właściwego, czyli opartego na miłości „odnoszenia się” jeśli nie Jezus, który w medytacji formuje nas – swoich współczesnych uczniów mocą słowa w które się wsłuchujemy i łaski, na którą się otwieramy?