Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Spotkać Boga, spotykając siebie

Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: «Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy, Jezusa, syna Józefa, z Nazaretu».

Rzekł do niego Natanael: «Czyż może być co dobrego z Nazaretu?»

Odpowiedział mu Filip: «Chodź i zobacz».

Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim: «Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu».

Powiedział do Niego Natanael: «Skąd mnie znasz?»

Odrzekł mu Jezus: «Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym».

Odpowiedział Mu Natanael: «Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela!»

Odparł mu Jezus: «Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci: „Widziałem cię pod drzewem figowym?” Zobaczysz jeszcze więcej niż to».

Potem powiedział do niego: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego». (J 1, 45-51)

Ta Ewangelia przypomina nam, że dobrze przeżywana religijność, czy jak kto woli wiara musi być oparta na szczerości. Na prawdzie!

Drogą do spotkania z Bogiem jest spotkanie z samym sobą. Paradoksalnie oba te spotkania dzieją się równocześnie, gdyż Bóg nie jest kimś, kogo winniśmy szukać na zewnątrz nas. Drzwi do spotkania Nim są w naszym sercu, gdyż Królestwo Boże jest w nas. Im głębsza i prawdziwsza jest relacja z samym sobą, tym większa szansa, że wejdziemy w prawdziwą relację z Panem Bogiem. Im bardziej jednak będziemy nosili w sobie nieprawdziwy obraz siebie, tym większa szansa, że rozminiemy sią z Bogiem, dlatego, że On nas zna prawdziwych i chce się z nami spotykać w prawdzie; z takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. Tym, który jako zasłony do spotkania z nami używa kłamstwa jest szatan. Dlatego życie w prawdzie i dążenie do prawdy wyzwala nas skutecznie spod jego wpływu.

I w tej praktyce ma nas utwierdzać medytacja. Jest drogą w głąb. Jest drogą do spotkania z samym sobą i do spotkania z Bogiem. I podkreślmy to raz jeszcze: błędem byłoby te dwie rzeczywistości rozdzielać, gdyż one dzieją się jednocześnie, choć nie zawsze jesteśmy tego świadomi. Medytacja jest praktyką, która powinna nas w tej świadomości utwierdzać. Jeśli będzie stanowiła narzędzie poszerzania naszej świadomości w tym zakresie, to łatwiej nam będzie tę świadomość przenosić z czasu medytacji na całe nasze życie.

Przypomnijmy sobie raz jeszcze kwestię wielokrotnie tu poruszaną: Medytacja uczy nas odkrywania jednego z największych bogactw – roli chwili obecnej. Wszystko, co najważniejsze w naszym życiu dzieje się tu i teraz. Reszta jest przeszłością, która już minęła i na którą nie mamy wpływu, lub przyszłością, która nie wiemy czy w ogóle nadejdzie. Tej świadomości i wagi chwili obecnej musimy się nieustannie uczyć, w czym pomaga nam medytacja, gdyż niestety zostaliśmy tak uwarunkowani przez świat i jego tempo, które wywiera na nas nieustanną presję, że w normalnym stanie świadomości nie zauważamy tej najważniejszej rzeczy, jaką jest chwila obecna i często ją pomijamy żyjąc przeszłością lub przyszłością. Oczywiście ten wspomniany „normalny stan świadomości” należałoby wziąć w cudzysłów, gdyż w najwyższym stopniu nienormalne jest to, że lekceważymy w życiu to, z czego w sensie praktycznym ono się składa. A prawda jest taka, że składa się ono właśnie z chwili obecnej i tylko w niej możemy je naprawdę przeżywać. Praktyka medytacji ma nam pomóc przywrócić tę utraconą świadomość chwili obecnej a przez to lepiej przeżywać nasze życie.

Mówiąc o sobie, że „JESTEŚMY”, możemy powiedzieć to tylko o chwili obecnej, gdyż nigdy nie jesteśmy w przeszłości lub w przyszłości. Owszem możemy tam być za sprawą pamięci czy wyobraźni, ale nie jest to prawdziwe bycie.

Amerykański franciszkanin ojciec Richard Rohr w książce „Nagie teraz” określił współczesnego człowieka Zachodu, jako nieustannie żyjącego w konflikcie z chwilą obecną, co się niechybnie przekłada na płytkość, lub innymi słowy pogorszenie jakości życia, ale także kontaktu ze sobą a co za tym idzie – jak wspomnieliśmy wcześniej – także kontaktu z Bogiem, gdyż te dwie rzeczywistości są tożsame. Nasze życie bowiem realizuje się w teraz. Każda emocja, to, co myślisz, co czynisz jest nieodłącznie związane z chwilą obecną. Ta zasada dotyczy także życia duchowego, naszego spotkania z Bogiem. Ono może dokonać się jedynie teraz. Można by zatem powiedzieć, że medytacja uczy nas podróży w głąb chwili obecnej. Dosłownie chce nas nauczyć głębszego i bardziej świadomego przeżywania chwili obecnej a przez to głębszego i bardziej świadomego przeżywania życia w ogóle. To świadomość miejsca, w którym jesteśmy, świadomość tego, co odczuwamy w tej chwili, co robimy… Nieodzownym elementem świadomości chwili obecnej jest nasza uważność. Można powiedzieć, że medytacja staje się w tej chwili przestrzenią naszej teraźniejszości.

Kolejnym krokiem w przeżywaniu chwili obecnej jest umiejętność docenienia tego, co jest nam dane teraz. To doświadczenie, którego często nie doceniamy, a bez niego nie zrodzi się w nas radość, wdzięczność i poczucie szczęścia, które także muszą stać się doświadczeniem chwili obecnej, po to by ewentualnie móc przerodzić się w pewien stan, który nam towarzyszy na dłużej. Te wszystkie elementy składają się na coś, co Eckhart Tolle nazywa manifestacją życia. Być może też poniekąd o to chodziło Chrystusowi w Ewangelii, że ktoś, kto nie żyje świadomością chwili obecnej „nie ma życia w sobie”, bo nie będzie otwarty na łaskę chwili obecnej, przez którą Pan Bóg działa w naszym życiu.

Można zatem powiedzieć, że świadomość chwili obecnej przybliża nas do tajemnicy życia, które dzieje się tu i teraz. I w ten sposób następuje istotna zmiana naszej świadomości, która przenosi się z chęci osiągnięcia czegoś – także w medytacji – na postawę wejścia w Obecność, realizującą się tu i teraz i to z wdzięcznością za to, co otrzymujemy w tej chwili. A przecież łaska medytacji działa w nas właśnie w tej chwili, wraz ze słowem, które jej towarzyszy i które jest nośnikiem tej łaski.

To słowo, które towarzyszy medytacji uświadamia nam jeszcze jedną prawdę: że oto w naszym teraz zawiera się Boże teraz, które zstępuje w naszą codzienność łącząc w tym doświadczeniu transcendencję Boga i naszą immanencję.

Oczywiście owoce dobrego przeżycia chwili obecnej będą także widoczne w naszym życiu w przyszłości, ale zawsze, kiedy będziemy ich doświadczali będą one manifestowały się jako teraz, albo jak to pięknie nazywa ojciec John Main jako „Chrystusowe teraz”, czyli nasze otwarcie się na Jego łaskę, która przychodzi w chwili obecnej.

Praktyka ratunku

Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść:

«Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy.

Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił.

Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?” Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy”.

A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych”. Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze.

Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzy znosiliśmy ciężar dnia i spiekotę”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czyż nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi». (Mt 20, 1-16)

Piękna i dużo mówiąca przypowieść. Także o nas. O ile ktoś ma odwagę odnieść ją do swojego życia.

Przypowieść tę często określa się mianem przypowieści o robotnikach ostatniej godziny. Warto ją jednak czytać w szerszym kontekście, gdyż jest ona zwieńczeniem nauczania, która zaczyna się dialogiem Jezusa z bogatym młodzieńcem, który pyta Jezusa o sposób na osiągnięcie zbawienia. Niestety wymagania, które Jezus mu postawił – jak pamiętamy – okazały się zbyt duże, dlatego odchodzi zasmucony i rozczarowany. Jezus komentując to wydarzenie mówi o niebezpieczeństwach uwikłania w bogactwa i przywołuje „przypowieść o wielbłądzie i uchu igielnym”. Jego słowa na tyle intrygują apostołów, że w konsekwencji i oni pytają o to, co otrzymają, skoro poszli za Jezusem zostawiając wszystko – innymi słowy będąc wolni od przywiązań, które cechowały bogatego młodzieńca. Bardzo logiczne wydaje się, że skoro są ubożsi, to łatwiej im będzie osiągnąć zbawienie.

I tu właśnie pojawia się przypowieść o robotnikach ostatniej godziny, której kontekstem jest pytanie o życie wieczne a właściwie o to, komu będzie łatwiej je osiągnąć. W nas samych często pokutuje takie myślenie, że skoro poszliśmy za Jezusem już dawno, bo żyjemy wiarą przez większość naszego życia „należy się” trochę większe docenienie przez Gospodarza, który symbolizuje w tej przypowieści Boga niż tym, którzy nawracają się w ostatnim momencie. Niestety Jezus – zresztą już nie pierwszy raz – burzy taki sposób myślenia swoją przypowieścią odwracając kolejność, która tworzy pewien porządek: „Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi”.

Pięknie komentuje to Merton: „Jeśli działam dla Boga, gdyż chcę być nagrodzony, albo zauważony, jest to zawsze niewłaściwa motywacja z perspektywy życia duchowego. Ci, co oczekują nagrody wprawdzie bardziej się starają i dążą do osiągnięcia jakiejś cnoty, którą osiąga się przez ćwiczenie, powtarzalność – co może być też dla nas aluzją do praktyki medytacji (dopisek xMD) – lecz trzeba uważać, gdyż może się tu zrodzić perfekcjonizm, który nie tylko unika zła, ale każe robić więcej niż trzeba, prowadząc nas do fałszywych wniosków: im bardziej się postaram, tym większa będzie nagroda. I tu wpadamy w pułapkę robotników z winnicy z przypowieści Jezusa, którzy cały dzień pracowali sądząc, że więcej zarobią niż ci, co tylko godzinę. Niestety, otrzymali tyle samo. Dlatego nie warto w życiu duchowym pracować dla nagrody, bo się rozczarujemy…” [konferencje dla sióstr zakonnych]

Dlatego św. Paweł tak mocno będzie podkreślał: „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę, i to nie jest z was, jest to dar Boga. Nie z uczynków, aby nikt się nie chlubił. Jesteśmy bowiem jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków, które Bóg wcześniej przygotował, abyśmy w nich postępowali” [Ef. 2,8-10]

Innymi słowy im większa będzie w nas świadomość, że wszystko jest łaską a więc darem danym nam przez Boga za darmo, z miłości a nie z powodu naszych zasług: zarówno zbawienie, wiara jak i – co stwierdza św. Paweł – nawet dobre uczynki, które jesteśmy w stanie zrobić a którymi tak często się chlubimy, tym mniej będzie w nas pretensji do Pana Boga i tym bardziej mamy szansę uniknąć niebezpiecznej dla życia duchowego postawy porównywania się z innymi, która w konsekwencji prowadzi jedynie do próżności lub zgorzknienia.

Medytacja monologiczna w tym względzie można się dla nas okazać „praktyką ratunku”, jak ją kiedyś ładnie nazwał jeden benedyktynów ojciec Jan Paweł Konobrodzki, bo jest dla nas bardzo konkretnym doświadczeniem, które pokazuje jak wiele zależy od łaski a jak niewiele od nas samych. W medytacji doświadczamy właśnie tego odwrócenia porządku, o którym mówi dzisiejsza przypowieść, ponieważ jest ona przestrzenią działania Boga, więc to, co osiągamy na drodze praktyki nie jest w naszych rękach.

A jak dodaje św. Maksym Wyznawca: „Dla Boga nie ma nic bardziej przyjemnego, jak nawrócenie człowieka, przy udziale szczerej skruchy”. A właśnie to staramy się robić powtarzając w sercu wezwanie „Panie Jezu Chryste, ulituj się nade mną grzesznikiem”.

I przenosząc tę modlitwę z medytacji w naszą codzienność możemy doświadczyć – jak w przypowieści – że każda godzina dnia jest chwilą, w której Bóg wychodzi nam na spotkanie. Trzymając się tego punktu widzenia możemy się uczyć spędzania całego dnia z Panem Bogiem.

Ta przypowieść tak naprawdę ukazuje dobroć Gospodarza winnicy i Jego miłosierdzie. Wszyscy jesteśmy robotnikami ostatniej godziny. Bóg daje każdemu z nas możliwość uczestnictwa w swoim planie zbawienia. Każdego z nas zaprasza do siebie o właściwej sobie porze. Bylebyśmy tylko chcieli odpowiedzieć na Jego zaproszenie i nie przeoczyli chwili, w której przychodzi ze swoim zaproszeniem.

Obumrzeć…

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity.

Ten, kto miłuje swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne.

A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec». (J 12, 24-26)

Medytacja jest doświadczeniem, w którym siadamy w gronie uczniów Jezusa, tak jak kiedyś czynili to Apostołowie, aby wsłuchiwać się w Jego słowo. Śmiem twierdzić, że poprzez doświadczenie medytacji stajemy się bliżsi Jezusa. Jezus mówi nam dzisiaj coś bardzo ważnego, co dotyczy najgłębszego sensu i kierunku naszej wiary i naszego życia.

Jezus mówi dziś o ziarnie, które wpadłszy w glebę obumiera, aby wydać plon. Spróbujmy najpierw to ziarno odnieść do medytacji a dosłownie do wezwania, które jej towarzyszy. Ono jest jak ziarno padające w głębię naszego serca. Nie zatrzymujemy się na mim. Pozwalamy, aby wypowiedziane zjednoczyło się z naszym sercem, dosłownie obumarło tam, po to by z niego mogła się zrodzić łaska, która to serce przemienia.

Wierzymy bowiem iż nie bez znaczenia jest wezwanie – słowo, które nam towarzyszy w medytacji. To, które ma odniesienie do imienia Jezus jest dla nas nośnikiem Jego obecności i łaski, dlatego ma moc przemieniać nasze serce, jeśli się na nie otworzymy.

Tych słów wezwania w trakcie jednej medytacji wypowiadamy wiele, ale to także symbol tego, że Bóg jest hojnym Siewcą. Chce w naszym sercu zasiać jak najwięcej swojej łaski, bo wówczas jest szansa, że będzie ona na nie bardziej oddziaływała. Taka zresztą była od samego początku idea Modlitwy Jezusowej, jako modlitwy nieustannej, aby jej wypowiadania nie ograniczać tylko do czasu ściśle poświęconego modlitwie, ale aby wracać do niej w każdej możliwej i okoliczności, bo jak czytamy w Opowieściach Pielgrzyma „Serce, które jest zajęte recytacją słów Modlitwy Jezusowej jest odporne na to, aby zaśmiecały je sprawy świata”.

Dlatego abp. Anthony Bloom – prawosławny metropolita Londynu i wielki nauczyciel modlitwy przyrównuje Modlitwę Jezusową do zbroi, która chroni nasze serce od ataków złego ducha.

Rzeczone ziarno z dzisiejszej Ewangelii można też rozumieć, jako symbol naszego życia.

Jezus przypomina, że nasze życie może wydać obfity plon albo też zostać samo. Wszystko zależy od tego, czy gotowe jest obumierać. To obumieranie oczywiście dotyczy naszego ego a w praktyce jest nim nasza miłość – czyli życie dla innych. Jej brak i skupienie się jedynie na sobie i miłości własnej, do czego nieustannie kusi nas nasze ego skazuje nas na samotność. Tę samotność Merton w komentarzu do dzisiejszej Ewangelii określa: „usychaniem życia w skorupie egoizmu”.

Jezus uczy nas na własnym przykładzie, że nasza zdrowa miłość do własnego życia ujawnia się przez to, że nie będziemy się bali go tracić, co w języku semickim oznaczało znane powiedzenie: „jeśli wyzbędę się życia dla siebie zaowocuję tym, że oddam je dla innych”.

Jezus chce nas przekonać, że prawdziwa miłość jest wieczna, stąd jedynie życie nasycone miłością staje się wieczne a jednocześnie gotowe iść pod prąd egoistycznym trendom świata.

Można powiedzieć, że dobrze przeżyta medytacja uczy nas tracenia: tracimy czas; tracimy okazję by spełniać zachcianki naszego ego; tracimy też kontrolę nad naszą modlitwą pozwalając, aby przejął ją w pełni Jezus, któremu z całkowitym zawierzeniem oddajemy się wypowiadając słowa: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”, lub „Jezu ufam Tobie”.

Jak to ładnie określił benedyktyn o. John Main, że dzięki medytacji stajemy się dla Jezusa jak słudzy: gdzie On jest, tam i my. Niech wezwanie modlitwy serca pomaga nam obumierać dla siebie aby bardziej żyć dla Jezusa i dla innych.

Medytacja – próba charakteru i ducha

Jezus podążył w okolice Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko nękana przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem.

Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami».

Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela».

A ona przyszła, padła Mu do nóg i prosiła: «Panie, dopomóż mi».

On jednak odparł: «Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom».

A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów».

Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa. (Mt 15, 21-28)

Mocna jest ta dzisiejsza Ewangelia i w pierwszym odruchu możemy zgorszyć się obcesowością Jezusa, który wydaje się lekceważyć Syrofenicjankę, która przychodzi do Niego z prośbą. W ten sposób Jezus wpisuje się w myślenie, które cechowało Izraelitów i zgodnie z którym zbawienie, które miał przynieść oczekiwany Mesjasz ograniczało się jedynie do Narodu Wybranego. Kobieta kananejska była poganką, z którą pobożny Żyd nie powinien nawet rozmawiać a cóż dopiero mówić o zgodzie na wyświadczenie przez Boga łaski takiej osobie. Dla samej kobiety to również trudna sytuacja. Aby dotrzeć do Jezusa, musi ona pokonać społeczno-kulturową barierę separacji. Prośba, którą kieruje pod adresem Jezusa jest dla niej zarówno próbą charakteru, jak i próbą ducha. Jezus wykorzystuje spotkanie z tą kobietą do tego, aby udzielić nam ważnej lekcji. Po pierwsze: że wiara musi być wytrwała, jeśli ma przynosić owoce w naszym życiu. Po drugie: ważne są uwarunkowania, ale jeszcze ważniejsze jest w doświadczeniu wiary serce. Po trzecie: można społecznie przynależeć do grupy ludzi wierzących, ale i tak mieć bardzo ograniczone wyobrażenie Boga i Jego działania. I po czwarte wreszcie: jak pięknie to ujmuje autor Listu do Hebrajczyków „Wiara zaś jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy” (Hbr 11, 1). Innymi słowy wiara, jeśli nie jest podtrzymywana przez nadzieję, może osłabnąć.

Kobieta kananejska pokłada swą ufność i nadzieję w Jezusie, którego nazywa Panem i Synem Dawida. Tym samym uznaje w Jezusie oczekiwanego Mesjasza. Prawdopodobnie wie, że misja Mesjasza kieruje się najpierw do domu Izraela. A mimo to jest wytrwała, nie zniechęca się. Jej wyobraźnia o otwartości Boga na każdego człowieka okazuje się większa niż ograniczona przez stereotypy wiary wyobraźnia Izraelitów.  W dzisiejszej Ewangelii otrzymujemy odpowiedź na pytanie dlaczego nasza wiara nie przynosi oczekiwanych owoców? Dlatego, że łatwo się zniechęcamy.

Kobieta kananejska zostaje sprawdzona jeszcze w jednym, delikatnym punkcie – własnej wartości. Jezus, stawiając ostatnią trudność, odwołuje się do obiegowego przekonania Izraelitów widzących w poganach „niewierne psy”. To określenie, które dotkliwie uderza w miłość własną, ale też odsłania istnienie w kobiecie innej miłości, która jest większa niż własne znaczenie. Jest to miłość do własnego dziecka. Nawet okruchy ze stołu Pana wystarczą, aby pomóc jej córce. W ten sposób Jezus uczy nas, że miłość, która wszystko zniesie, wygrywa! Taka zresztą jest miłość Jezusa.

Wsłuchując się w to słowo możemy także odrobić lekcję, która pod obrazem dzisiejszej Ewangelii odnosi się do naszej medytacji:

Po pierwsze: praktyka medytacji także jest próbą charakteru, gdyż wymaga od nas codziennej dyscypliny i wytrwałości, w przeciwnym razie nie przyniesie owoców w naszym życiu.

Po drugie: jest próbą ducha, gdyż w swojej prostocie, w której odwołuje się do jednego wezwania, które towarzyszy tej modlitwie wymaga od nas głębokiego zakorzenienia w wierze i nadziei. Sprawia też, że zawieszając działanie wyobraźni w praktyce medytacji monologicznej uczymy się ufać bardziej w działanie łaski niż naszych władz umysłowych.

Po trzecie: praktyka medytacji uświadamia nam, że dla tej modlitwy ważne są uwarunkowania, ale jeszcze ważniejsze w doświadczeniu owoców tej praktyki jest serce. Stąd często określa się ją mianem modlitwy serca.

Po czwarte wreszcie: dla naszej praktyki medytacji ważna jest społeczna przynależeć do grupy wierzących chrześcijan, ale jednocześnie jest to praktyka, która ma moc pokonywać społeczno-kulturowe bariery i odnajdywać jedność i sens medytacji z przedstawicielami innych kultur i religii, czyniąc nasze serca bardziej otwartymi na innych, jak chociażby doświadczamy tego w comiesięcznej medytacji w intencji pokoju.

I na koniec wreszcie wołanie kobiety kananejskiej do złudzenia przypomina treść Modlitwy Jezusowej. To zapewne nie przypadek, bo jak mówią mnisi Kościoła wschodniego: „Najważniejszą modlitwą jest wołanie o miłosierdzie. Gdy będziemy to robić Bóg wraz z nim udzieli nam wszelkich innych potrzebnych łask” [św. Jan z Wałaamu]

Medytacja jak odkrywanie skarbu ukrytego w roli

Jezus opowiedział tłumom taką przypowieść:

«Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę.

Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją». (Mt 13, 44-46)

Jezus opowiada przypowieść o swoim królestwie. Porównuje je do skarbu i perły. On sam chce być dla nas najcenniejszym skarbem i perłą.

Idąc przez życie nierzadko kolekcjonujemy to, co można by określić jako skarby i perły naszego życia. Z każdym z nich jesteśmy związani emocjonalnie. Ewangelia dzisiejsza zdaje się pytać: Jakie miejsce wśród tych skarbów, do których przywiązane jest moje serce zajmuje Jezus?

Jezus uświadamia nam dwukrotnie, że Jego królestwo w życiu chrześcijanina winno przewyższać wszystkie inne wartości. Innymi słowy dla kogoś, kto znalazł i zasmakował życia w Bogu, wszystko inne staje się mniej ważne. Medytacja jest tym doświadczeniem, które chce nas zanurzyć w tym smakowaniu życia zanurzonego w Bogu. Czy możemy powiedzieć o doświadczeniu medytacji, jako o chwili, w której przeżywamy więź z Bogiem jako największą wartość?

Życie Boże jest jak ukryty skarb i znaleziona perła. To życie ukryte jest w nas przez łaskę. Bóg pragnie być szukany i znajdywany. Medytacja bez wątpienia jest takim poszukiwaniem, które pozwala nam zstępować w głąb, do naszego wnętrza i  serca, gdzie znajduje się ukryty skarb. „Królestwo Boże jest w was” – powie w innym miejscu Jezus. [por. Łk 17, 20-21].  Nie odnajdziemy go jednak bez wielkodusznego zaangażowania naszego serca w poszukiwanie go a bez wątpienia medytacja daje nam po temu bezcenne narzędzie.

Można powiedzieć, że nasza wytrwałość i systematyczność w praktyce medytacji jest jakimś rodzajem miernika naszego wysiłku w życiu duchowym. Medytacja jest zaproszeniem do odkrywania w naszej codzienności takiego czasu, w którym uczymy się zostawiać wszystko dla Jezusa: dla naszego największego skarbu.

Ojciec Maksymilian wielokrotnie powtarza, że sercem medytacji jest „praktyka miłosnego przylgnięcia”. Ta „droga miłującej obecności” – jak często określa się praktykę medytacji niedyskursywnej polega na byciu z Jezusem, wobec którego wszystko inne zaczyna być mniej ważne. Jezus opowiada o człowieku szczęśliwym z odnalezionego skarbu. To szczęście jest konsekwencją mocnego przylgnięcia do Jezusa.

Koncentracja na byciu z Bogiem, której pozwala nam doświadczyć medytacja jest o tyle ważna, że właśnie w czasach, w jakich żyjemy, coraz silniejsza staje się pokusa przesadnej aktywności. W życiu chcemy zdobywać, posiadać i doświadczać, i to najlepiej od razu. Żyjemy w kulturze pragmatycznej, która zniewala naszą wyobraźnię przekonaniem, że dobrze wykorzystany czas, to czas aktywności i działania lub myślenia a nie „byciem”. W ten sposób przez działanie, myślenie, aktywność gromadzimy perły świadczące o naszej wartości.  Niestety często doświadczenie to przenosimy w sferę życia duchowego. Rodzi to jednak ogromne ryzyko szukania sukcesów i owoców za cenę prawdziwego spotkania, które nie dokona się bez konieczności zatrzymania się bycia po prostu. Dotyczy to zarówno spotkania z człowiekiem jak i z Bogiem!

Wspomniana postawa pragmatyzmu, która próbuje nam wdrukować świat rodzi jednak pokusę by bardziej kontrolować nasze życie, niż dać się zaskoczyć, zaś to czego nie możemy kontrolować, nad czym nie panujemy rodzi w nas frustrację i napięcia.

Tymczasem szukanie skarbu z zasady zaprasza nas do przyjęcia postawy zgodny na zaskoczenie. Innymi słowy uczy nas właściwego podejścia do życia, które ze swej natury jest dynamiczne, często nieprzewidywalne i zaskakujące. Dotyczy to zarówno życia w ogóle jak i życia duchowego. W życiu duchowym chodzi przede wszystkim o uchwycenie momentu tego Bożego przychodzenia. Nie możemy go zaprogramować, czy narzucić. Możemy się jedynie nań otworzyć. Bóg sam wybiera czas.  A kiedy dzięki medytacji nauczymy się to doświadczenie przenosić na nasza codzienność wówczas całe życie będzie nas zachwycało, gdyż będzie ono przestrzenią, w której ciągle na nowo będziemy uczyli się odkrywać Boga wcielonego w życie. Boga, który zawsze zaskakuje i zachwyca człowieka. Bo jak pisze ojciec Maksymilian taki właśnie jest nasz Bóg:  „Obecny i przychodzący. Inny i zaskakujący”.

Medytacja uczy świadomości nas trwania w ciągłej Obecności, która nie ogranicza się jedynie do czasu medytacji, ale rozciąga się na całe nasze życie. Czy taka świadomość, która zmienia dosłownie wszystko, nie przypomina skarbu odnalezionego w roli?