Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. [Mt 6,6]
Pan Jezus wyraźnie mówi o ubóstwie modlitwy, zresztą nie tylko w powyższym fragmencie, ale i ucząc swoich uczniów modlitwy zaskakuje nas ubóstwo i zwięzłość formy. Obraz modlitwy, który Jezus przywołuje w swoim programowym „Kazaniu na Górze” jest bardzo sugestywny. Miał on być z pewnością przeciwstawieniem znanego z życia obrazu modlitwy „na pokaz”, którą uprawiali faryzeusze. Niestety taka pokusa modlitwy „na pokaz” czy to przed Bogiem czy to przed ludźmi drzemie w wielu osobach, jako konsekwencja grzechu pychy. Niejednokrotnie wydaje nam się, że im więcej słów wypowiemy do Boga, tym modlitwa będzie owocniejsza i skuteczniejsza. Tymczasem Bóg patrzy na serce! O czym przypomina prorok Samuel: „nie tak bowiem człowiek widzi, jak widzi Bóg, bo człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce”[1 Sm 16,7]. Współczesny świat, szybki i pełen reklam utwierdza nas niestety w takim patrzeniu, na zatrzymywaniu się na tym, co powierzchowne, bo brakuje czasu na to by spojrzeć na wiele spraw głębiej. Dlatego trzeba nam nieustannie wracać do rady jaką daje nam Jezus w tym krótkim, przywołanym dzisiaj fragmencie Kazania na Górze: by przychodząc na modlitwę zamknąć drzwi naszego serca. Taka postawa sugeruje, że przy zamkniętych drzwiach nie można patrzyć na zewnątrz. Ta rada pięknie współgra z doświadczeniem św. Augustyna, którego wspomnienie dzisiaj przeżywamy, a który w swoich Wyznaniach odnotowuje: „Późno Cię ukochałem, Piękności dawna i zawsze nowa! Późno Cię ukochałem! We mnie byłeś, ja zaś byłem na zewnątrz i na zewnątrz Cię poszukiwałem. Sam pełen brzydoty, biegłem za pięknem, które stworzyłeś. Byłeś ze mną, ale ja nie byłem z Tobą”. Dlatego warto iść za radą Augustyna, który potwierdzając słowa Jezusa każe nam szukać Boga i zjednoczenia z Nim w tym, co wewnętrzne. Tenże sam św. Augustyn wyznaje: „Przynaglony do wniknięcia w siebie, wszedłem za Twym przewodnictwem do wnętrza mego serca. Mogłem to uczynić, bo „stałeś się dla mnie Wspomożycielem”. Ważne jest w tym doświadczeniu również to, że nie jesteśmy w nim sami. Człowiek, który szuka Boga może mieć pewność, że jest wsparty Bożą mocą i łaską, gdyż Bogu bardziej zależy na tym, żebyśmy Go znaleźli niż nam. Ważne jest tylko, by nie zabrakło nam woli szukania i przylgnięcia do Niego. Ważne jest jednak również to, że trzeba byśmy mieli świadomość tego, co w tym poszukiwaniu nam zagraża i staje się przeszkodą w naszych poszukiwaniach. O tym także zaświadcza patron dnia dzisiejszego: kto bowiem na modlitwie skupia się na niepotrzebnych myślach, uczuciach, obrazach, które mimowolnie przychodzą i odrywają go od istoty modlitwy, czy też problemach życiowych nie jest jeszcze – używając słów Ewangelii – w swojej izdebce. Brak mu poniekąd dyspozycji do dobrej, głębokiej i owocnej modlitwy. Nie chodzi o to, aby modlitwa odrywała nas od życia, gdyż stanowi jego integralną część. Chodzi jednak o to – jak pisze ojciec Franz Jalics – aby modlitwa była doświadczeniem, które łączy nas ze światem wewnętrznym i rozkoszowaniem się religijnym krajobrazem właściwym dla naszej duszy niż patrzeniem na zewnątrz ku świtu zewnętrznemu, z którego trudno dostrzec to co właściwe dla naszej psychiki i ducha [por. Droga Kontemplacji, Franz Jalics SJ, s.43].
Raz jeszcze zaznaczmy, że w modlitwie nie chodzi o wypieranie uczuć, odrzucanie naszego życia, ale o to, aby zagłębiają się w sferę ducha znaleźć tam siły i motywacje dla jego właściwego rozwoju i wzrostu zgodnego z duchem Ewangelii, motywacje i siły, których próżno byłoby szukać na zewnątrz, bo ich właściwym źródłem jest nasza dusza, w której spotykamy Boga i Jego łaska, która działa w naszym wnętrzu i stamtąd wytryskuje ku życiu zewnętrznemu. Przywołajmy na koniec raz jeszcze słowa św. Augustyna:
„Wszedłem i zobaczyłem jakby oczyma mej duszy, ponad tymiż oczyma, ponad moim umysłem Światło niezmierne.(…) Szukałem drogi, dzięki której mógłbym trwać w zjednoczeniu z Tobą, i nie znajdowałem, dopóki nie przylgnąłem do Pośrednika między Bogiem a ludźmi, Człowieka Jezusa Chrystusa, który jest ponad wszystko, Bóg błogosławiony na wieki” [Wyznania].
Niech zatem medytacja będzie wejściem w ten świat naszego wnętrza, otwarciem się na światło jakiego udziela nam Bóg i pragnieniem jeszcze mocniejszego przylgnięcia całym naszym sercem i całym naszym życiem do Jezusa Chrystusa.
W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa.
Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: „Nie mają już wina”.
Jezus Jej odpowiedział: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Jeszcze nie nadeszła godzina moja”.
Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.
Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary.
Rzekł do nich Jezus: „Napełnijcie stągwie wodą”. I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu”. Ci zaś zanieśli.
A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem, i nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli, przywołał pana młodego i powiedział do niego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”.
Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie. (J 2,1-11)
Wesele w Kanie Galilejskiej… Siedziała przy stole promienna panna młoda, uśmiechał się do niej szczęśliwy pan młody. Oboje nieświadomi, że w kuluarach weselnej uczty dokonał się cichy cud, który ocalił ich wesele.
W życiu bowiem tak bywa, że większość cudów dokonuje się skrycie, bez rozgłosu i fajerwerków, niemalże w kuluarach naszego codziennego życia.
Ewangelia dzisiejszej uroczystości uświadamia nam, że jedynie Maryja i słudzy, którzy nosili wodę wiedzieli o co chodzi. Cudu nie dostrzegają ci, którzy siedzą w pierwszym rzędzie, ci „znający się na rzeczy”, ale dostrzegają go ci, którzy służą…
Piękna jest nauka płynąca z dzisiejszej Ewangelii, bo uświadamia nam, że my wszyscy mamy szansę jako pierwsi szukać by szukać okazji do służenia naszym bliźnim – żonom, mężom, rodzicom, dzieciom, starszym czy młodszym, tym których spotykamy w korkach, kolejkach w supermarkecie, czy w sąsiedztwie. Każda bowiem nawet drobny gest służby, która wyrasta z bezinteresownej miłości jest małym cudem, który przemienia nasze życie. A przecież nasze życie składa się z drobiazgów, choć drobiazgiem nie jest. Doceniamy te drobne cuda, które się dokonują w naszym codziennym życiu, by wraz z Maryją móc śpiewać Bogu nieustanne Magnificat wdzięczności.
Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej, to także dobry dzień, by zacząć pracę w nowym miejscu. Zawierzając ją Maryi, ufam, że będzie radosną służbą Bogu i bliźnim.
Jezus nauczając, szedł przez miasta i wsie, i odbywał swą podróż do Jerozolimy. Raz ktoś Go zapytał: „Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?”.
On rzekł do nich: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: »Panie, otwórz nam«; lecz On wam odpowie: »Nie wiem, skąd jesteście«. Wtedy zaczniecie mówić: »Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś«.
Lecz On rzecze: »Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy dopuszczający się niesprawiedliwości«. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka i Jakuba, i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a siebie samych precz wyrzuconych. Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym.
Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi”. (Łk 13,22–30)
Czy wszyscy będą zbawieni? To pytanie nurtowało nie tylko rozmówcę Jezusa z dzisiejszej Ewangelii, ale raz po raz wraca zarówno w dyskusjach teologicznych, jak i w świadomości zwykłych chrześcijan. Jezus jednak nie odpowiada na tak postawione pytanie. Nie chce nas wciągać w niepotrzebne spekulacje. W odpowiedzi zachęca: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi…”
Jest to wezwanie do nieustannego zmagania się z samym sobą, do walki o to, by być prawdziwym w przeżywaniu swojego życia przed Bogiem, do troski o swoje zbawienie, które choć jest darem Boga, to wymaga również z naszej strony zaangażowania i wysiłku. Bywa czasem tak, że skupiając się na pseudointelektualnych rozważaniach na temat wiary czy religijności, w rzeczywistości czynimy z niech zasłonę dymną przesłaniającą naszą ucieczkę od odpowiedzialności za nasze życie i zbawienie.
Jezus przywołując obraz ciasnych drzwi zwraca się właśnie do tych, którzy choć pozbawieni byli nadziei i pochłonięci bez reszty przez codzienne życie, zdecydowali się na odważny krok w kierunku zaufania Bogu i ostatecznie doświadczyli mocy Jego uzdrowienia.
Prorok Izajasz rysuje przed naszymi oczami wizję powrotu wszystkich ludów do Pana. Grzech pychy pod wieżą Babel stał się niegdyś powodem rozproszenia, podziału, teraz zaś Pan przez usta Izajasza obiecuje, że na nowo zgromadzi wszystkie ludy na „Świętej Górze w Jerozolimie”, a między narodami nastaną pokój i harmonia. Dobrze pamiętać o tych słowach Proroka, szczególnie w dobie coraz silniejszych podziałów i narastającego konfliktu już nie tylko między kulturą Zachodu a światem muzułmańskim, ale też w świecie, który swoją historię zawdzięcza chrześcijaństwu a dzisiaj zdaje się mu ono zawadzać.
Pamiętam, jak pewnego dnia podczas Mszy świętej w jednej z parafii, gdzie pracowałem, mała dziewczynka stanęła na środku kościoła i zwracając się w stronę ludzi, krzyknęła: „Chcę zobaczyć Jezusa!”. I chociaż my, ludzie z Północy nie przepadamy za zbyt mocną publiczna ekspresją, to nikt właściwie tej dziewczynki nie uciszał. Można było odnieść wrażenie, że wypowiada ona głośno pragnienie, które jest w sercach wszystkich zgromadzonych w kościele.
Bo czy nie jest tak, że bardzo chcemy zobaczyć Jezusa, doświadczyć Jego spojrzenia, które doda nam sił do walki o naszą wiarę i gotowość przyznawania się do niej przed światem; które uleczy niepokoje naszych serc? Spojrzenia, które da nam silę, by wyprostować opadłe ręce i osłabłe kolana, by odważnie czynić proste ślady naszej wiary i miłości w świecie, do którego Chrystus posyła nas jako świadków…
Prawda jest taka, że wciąż tylko nieliczni na tym świecie naprawdę poznali Jezusa. Nie zatrzymali się na wiedzy o Nim, na lekturze Ewangelii, ale spotkali Go jako żywą Osobę, która – podobnie jak w przypadku Apostołów, celnika, Marii Magdaleny czy św. Pawła – przemieniała ich życie.
To nie jest tak, że jak mamy chrzest, inne sakramenty, modlimy się, w niedzielę idziemy do kościoła, to stanowi naszą wejściówkę do zbawienia. To może nie wystarczyć, bo to wszystko czasami może być tylko na zewnątrz, a nie w sercu. Chyba nikt z nas nie chciałby się spotkać z tym stwierdzeniem Jezusa: „Nie znam cię”.
Spotkanie Chrystusa jest sprawą życiową, dla każdej i każdego z nas i nie tylko dla nas. Gdyż tylko ci, którzy spotkali i pokochali Jezusa, dla których On stał się celem i sensem ich życia mogą sprawić, by ci nieliczni, którzy jeszcze Go nie spotkali stawali się coraz liczniejsi – i to jest zadanie dla nas – Jego współczesnych uczniów!
Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść:
„Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. (Mt 20,1-2)
Dzisiejszą przypowieść Jezusa można by określić krótko: ekonomią zbawienia. Na pierwszy rzut oka wydawać się może, że Bóg jednak nie jest dobrym ekonomistą, ale warto pamiętać, że ów denar, który jest symbolem zbawienia przypomina nam, że ono nie jest nagrodą za długą i wydajną pracę.
W życiu zawodowym bardzo ważny jest awans, sukces. Taki awans mierzy się również korzyściami materialnymi. A związany jest m. in. z wysługą lat. Pan Bóg nie stosuje logiki awansu, zasług, ani prymatu starszeństwa. Robotnicy, którzy pracują od świtu otrzymują podobną zapłatę, jak zatrudnieni o godzinie szóstej, dziewiątej czy jedenastej. Wobec Boga nie chodzi o „lata wysługi”, ale o intensywność, bezinteresowność, otwartość na Jego słowo, Jego wołanie.
Biletem do Nieba nie jest kolekcja dobrych uczynków. Gdyby tak było, to Bóg nie byłby Miłością, ale ekonomistą, dobrze rozliczającym pracowników. Zbawienie i wszystkie łaski, które są nam potrzebne by je osiągnąć są dostępne dla każdego, kto zamiast zbierania zasług, chce uczyć się miłości. Dla Jezusa nie ma znaczenie kiedy, na którym etapie życia człowiek zapisze się a raczej da się zaprosić Bogu do Jego szkoły miłości. Lata życia nie mają znaczenia dla duchowej drogi człowieka. Można na tę drogę wejść w każdej chwili. Bóg pragnie zaprosić każdego człowieka do wejścia na drogę dotarcia do głębi własnej duszy. Ważne jest jednak by pamiętać, że nie da się tam dotrzeć o własnych siłach.
Oczywiście ludzkie działanie na tym polu ma ogromne znaczenie. Ważna jest chęć pójścia naprzód na drodze ku Bogu, gdyż porządkuje ona nasze życie. Przychodzi jednak etap, w którym musimy zdać sobie sprawę, że ludzkie działanie polega częściej na niedziałaniu, albo innymi słowy na zgodzie na to, by to Bóg działał w nas i przez nas. A Bóg działa w nas najczęściej przez doświadczenia. W perspektywie duchowej bardziej cenne wydają się być te doświadczenia, które pozwalają Bogu na to by nas oczyszczał, ogałacał, niż te w których zdobywamy coś, co mogłoby karmić nasza pychę i utwierdzać w przekonaniu o naszej samowystarczalności. Dlatego Bóg dopuszcza, byśmy na drodze naszego duchowego dojrzewania przechodzili przez różne kryzysy, które mają jeden cel – przybliżyć nas do prawdy o naszej słabej kondycji, o naszej niewystarczalności, po to by jeszcze bardziej oprzeć się na Bogu.
Stąd medytacja jest właśnie tą praktyką, która sprawia, że człowiek przestawia punkt ciężkości z działania na niedziałanie, z pokusy zdobywania na rzecz tego by zostać obdarowanym przez Boga. Wiele osób dzieli się doświadczeniem, że do praktyki medytacji doszli niejako przez kryzys, który sprawił, że doświadczyli niepowodzenia swoich duchowych wysiłków, z których do tej pory czerpali siłę. Chrystus zapraszając nas do swej winnicy, która jest w Ewangelii symbolem życia wewnętrznego przypomina nam, że oparcie na zewnętrznych formach religijności nie wystarczy, jeśli nie prowadzą one człowieka do jego wnętrza, do tego, co w człowieku najskrytsze, do jego głębi, w której zjednoczone są wszystkie władze duszy i gdzie człowiek jest w pełni u siebie i gdzie mieszka Bóg.
„Warunkiem narodzin Boga w człowieku – pisze Jan Tauler, przedstawiciel mistyki nadreńskiej – jest zwrócenie się ku swemu wnętrzu. Człowiek prawdziwie duchowy musi wyjść na spotkanie swojej najskrytszej głębi, gdzie dopiero może znaleźć prawdziwy pokój i ciszę. Tam powinien on zamknąć się przed zmysłami i pozwolić otoczyć się duchem. Uciekając od wszystkiego, co zmysłowe, staje się ona dla człowieka oazą ciszy i miejscem wewnętrznego odpoczynku. Dopiero w tym wewnętrznym milczeniu Słowo Boże może zostać usłyszane i przyjęte w całej pełni i tam właśnie dokonują się narodziny Boga w człowieku” [por. Jan Tauler, Kazania, nr 51]
Jezus powiedział do swoich uczniów:
„Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął! Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie.
Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej”. (Łk 12,49-53)
Co to za ziemia, o której mówi Jezus? Możemy oczywiści w znaczeniu ogólnym mówić o całym świecie. Nie szukając jednak daleko można powiedzieć, że ziemią tą jest przede wszystkim moje serce, a ogólniej rzecz biorąc: moje życie. Taka odpowiedź ratuje nas trochę przed zbyt ogólnikowym słuchaniem tej Ewangelii, trochę przez szybę – jak nie rzadko to ma miejsce, z bezpiecznej pozycji obserwatora, którego ona dotyczy, ale może w mniejszym stopniu niż innych. Takie słuchanie Ewangelii z pewnego dystansu jest bardzo kuszące: można się wymądrzać, wmawiać sobie, że dotyczy ona bardziej innych niż mnie, ba nawet wskazać ich palcem, a jednocześnie samemu skutecznie zamknąć się na ten „ogień”, którego Chrystus pragnie mam udzielić, który pragnie w nas zapalić, na ogień Ducha Świętego, na moc Dobrej Nowiny, która jest zawsze świeża i zawsze aktualna dla każdego, kto potrafi słuchać nie tylko umysłem, ale i sercem.
Jezus mówi w niej do każdej i każdego z nas, że przyszedł rzucić ogień na ziemię mojego serca. Ciekawe jest to rozróżnienie: przyszedł rzucić i pragnie, by on zapłonął. Nie dzieje się to od razu – ziemia musi się najpierw zapalić.
Dlatego zasadne jest postawienie sobie pytania: Czy Jezus Chrystus, Jego Ewangelia i Jego dzieło w ogóle mnie interesują? Czy po latach słuchania Ewangelii, którą przecież dobrze znam pozwalam się jeszcze jej zapalać?
Fakty jakie są każdy widzi, bo prawdy nie da się ostatecznie oszukać. Nawet jeśli zepchnie się ją do wygodnej podświadomości, to i tak będzie nas drażniła, podobnie jak mądre pytania, które stawiamy.
Warto pytać siebie też o czas – ile go rzeczywiście a nie w marzeniach, mam dla Jezusa: na modlitwę, na adorację, medytację, na wsłuchanie się w moje pragnienia, nadzieje, na to czy są zbieżne z pragnieniami i marzeniami Jezusa o mnie i czy mój sposób myślenia, po latach słuchania Ewangelii jest też bliższy Jezusowemu sposobowi myślenia?
Lepszym rozwiązaniem od użalania się nad swoją małą wiarą, brakiem czasu na modlitwę jest „dać się zapalić”! To jest ogień, który nie niszczy, ale pozwala się ogrzać. Owszem wypala to co złe, ale konserwuje to co w nas dobre.
Jezus mówi dziś też niepokojące słowa: że nie przyszedł dać ziemi pokoju, ale rozłam. A my przecież tak często kojarzymy Jezusa ze pokojem, z łagodnością. Czy to błąd?
I znów możemy na to popatrzeć w wymiarze bardziej ogólnym lub bardziej osobistym.
Warto sobie w takich sytuacjach uświadomić, że Chrystus nie przyszedł do świata idealnego, ale skażonego grzechem, a Jego celem nie było oskarżanie albo potępienie ludzi, ale ich zbawienie, czyli wyzwolenie z czasem wygodnego, a czasem bardzo bolesnego uwikłania w zło, wyprowadzenie z niewoli poplątanych interesów, egoistycznej miłości czy utajonej pod płaszczykiem szczytnych słów pogardy wobec bliźnich. Człowiek napełniony Duchem Bożym nie przestaje kochać tych, których naraża na dyskomfort moralnego i duchowego niepokoju. Podziały zawsze będą dramatem, ale sens będą miały tylko o tyle, o ile będą przybliżały do Jezusa i do Jego Królestwa. W dążeniu do Chrystusowego porządku żaden człowiek nie jest przeciwnikiem, choć niektórzy w takiej roli się stawiają odrzucając Jezusową Ewangelię i widząc w niej zagrożenie dla swojej wolności.
Ale spróbujmy spojrzeć na Jezusowe słowa znów bardziej osobiście. I znów odnieść je do tej ziemi jaką jest moje serce i moje życie.
Być może Jezusowi chodzi o to, że moje serce jest podzielone. Czy często tak właśnie nie jest?
Przecież wszyscy mówią, a doświadczenie to potwierdza, że nie można żyć podwójnym życiem, z rozdartym sercem, że to donikąd nie prowadzi. Chrystus potwierdza tę prawdę także w innym miejscu Ewangelii przypominając, że „nie można służyć dwom panom” [Mt 6,24]. Tymczasem rozdarcie między wyborem Chrystusa a życiem po swojemu jest czymś, co może dotknąć każdego. Taka jest kondycja ludzkiego serca: „zdradliwszego niż wszystko inne i niepoprawnego” – jak trzeźwo zauważa prorok Jeremiasz [por. Jr 17,9]. Rozłam jednak nie jest drogą przyniesioną przez Jezusa. Może w takim razie lepiej zgodzić się na walkę aż do ostatniego tchu, „aż do przelewu krwi”, niż obrażać się na swoją niedoskonałość. Ostatecznie to Jezus jest Tym, który wygrał wszystko, wpierw zgadzając się na rozdarcie swojego serca na krzyżu z miłości do nas. Pozwólmy, by On nas nieustannie zapalał tą miłością, która jest silniejsza niż ludzka słabość, niż grzech, niż największe nawet rozdarcie i ma moc uzdrawiać wszystko.