Jezus opowiedział niektórym, co dufni byli w siebie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść:
«Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie: zdziercy, niesprawiedliwi, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam”.
A celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi, mówiąc: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!”
Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony». (Łk 18, 9-14)
Przypowieść Jezusa o faryzeuszu i celniku jest formą przykładu z życia. Jezus obserwuje modlitwę dwóch kontrastowych postaci w świątyni jerozolimskiej i na ich podstawie wydaje zaskakujący dla słuchaczy osąd. Słuchacze przypowieści nie mieli wątpliwości, że Jezus pochwali faryzeusza, który był wzorem wierności Bogu i prawu, a zdyskredytuje celnika, człowieka z marginesu społecznego i moralnego. Tymczasem Jezus ocenia inaczej. Dla Jezusa ważna jest nie tyle doskonałość moralna, perfekcjonizm duchowy, ile pokora, szczera skrucha za grzechy i pragnienie nawrócenia, zmiana myślenia.
Faryzeusz – podobnie jak starszy brat w opowieści o synu marnotrawnym – porównuje się z innymi i akceptuje siebie tylko dlatego, że może się uznać za lepszego od innych. Faryzeusz modli się, dziękuje Bogu, pości, daje jałmużnę, zachowuje prawo. Jednak poza zewnętrzną fasadą jest daleki od intymnej relacji z Bogiem. Bóg i religia są mu potrzebne, by się dowartościować, wywyższyć. Ten człowiek o nic Boga nie prosi, niczego od Niego nie oczekuje. Tak naprawdę Bóg nie jest mu specjalnie potrzebny, poza utwierdzeniem jego pychy.
Celnik jak słyszymy nie jest w stanie wznieść oczu. Nie patrzy wokół siebie. Nie ma odwagi porównać się z innymi. Zbyt dobrze wie, co by to dla niego musiało znaczyć: złodziej, zdrajca narodu kolaborujący z Rzymianami. Zatem podejmuje ryzyko – jak syn marnotrawny – zwraca się bezpośrednio do Boga. Jedyna nadzieja w tym, że Bóg obdarzy go miłosierdziem. Na miłosierdzie ludzkie nie ma co liczyć…
I chociaż podobnie jak faryzeusz nie jest on postacią jednoznaczną, bo jak w każdym z nas, splatają się w nim ciemne i jasne strony, to jednak właśnie on odchodzi usprawiedliwiony. Wie, że grzech czyni go dalekim od Boga. Dlatego staje przed Bogiem jak żebrak. Ma świadomość, że sam z siebie jest nikim i potrzebuje Boga, Jego miłosierdzia i łaski, by móc żyć inaczej. Grzech jest dla celnika „szczęśliwą winą”. Rodzi w nim pokorę wobec Boga i siebie, jak również wyrozumiałość dla słabości i grzechów innych.
Jak bardzo przypominają się w tym miejscu słowa św. Pawła, który chociaż był człowiekiem wielkiej wiary, który zasłynął jako najbardziej aktywny z apostołów docierając z Ewangelią Jezusa do niemal wszystkich regionów Imperium Rzymskiego ostatecznie uznaje siebie za pierwszego z grzeszników i wie, że jeśli jest coś na czym rzeczywiście może się oprzeć to tym czymś jest jedynie łaska i Boże miłosierdzie. O tym między innymi pisze w Liście do Tymoteusza – którego fragment przytacza dziś liturgia słowa.
Drugi List do Tymoteusza jest jednym z najbardziej poruszających fragmentów Pisma Świętego. Piszący go św. Paweł nie jest już spektakularnie nawróconym neofitą, który z wielkim zapałem głosi to, co zostało mu cudownie objawione. Jest człowiekiem wyczerpanym kilkunastoletnią pracą, wie o swoich niepowodzeniach oraz o tym, że są sprawy, na które przestał mieć wpływ. Przebywając w więzieniu, czekając na śmierć, pisze do swojego umiłowanego ucznia niezwykle osobisty list. Kwestie, które porusza wydają się być niezwykle aktualne.
Paweł ma świadomość, że w czasach, w których przyszło mu żyć, za wierność Bogu i Ewangelii płaci się w sposób nieuchronny wysoką cenę. Nie mniej silne jest przekonanie św. Pawła o ostatecznej wartości takiego właśnie życia. To wszystko, co w perspektywie świata może wydawać się zyskiem, ze względu na Chrystusa Paweł uznał za stratę [por. Flp 3,7]. I do tej wierności, gotowej nawet dla niej ponieść ofiarę zachęca on swojego ucznia – Tymoteusza i innych wyznawców.
Czasem wydaje nam się, że nawrócenie jest procesem łatwym. Wystarczy dążenie do doskonałości moralnej, przestrzeganie przykazań, udział w niedzielnej Liturgii, modlitwa, dobrze wykonywane obowiązki, wykorzenianie własnych wad… Ale prawda jest taka, że nie można szybko, łatwo i tanio się nawrócić. Bogu nie można przysłać daru. Prawdziwe nawrócenie polega na oddaniu Bogu swego serca, przemienionego miłością.
Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać: «W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi.
W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: „Obroń mnie przed moim przeciwnikiem!” Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: „Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie nachodziła mnie bez końca i nie zadręczała mnie”».
I Pan dodał: «Słuchajcie, co mówi ten niesprawiedliwy sędzia. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?» (Łk 18, 1-8)
Ewangelia ostatniej niedzieli jest przywołaniem słów Jezusa, w których zachęca nas On do modlitwy nieustannej. Kwestię tę podejmie później św. Paweł a za nim pokolenie mnichów egipskich i syryjskich pragnących odpowiedzieć na tę zachętę. Charakterystyczne jest to, że ani Chrystus ani św. Paweł nie pozostawiają wskazówek jak powinniśmy realizować to wezwanie do nieustannej modlitwy, poza świadectwem swojego życia. Nie ma wątpliwości, że całe życie Jezusa czy św. Pawła było skierowane ku Bogu, realizowało się w nieustannej świadomości Jego obecności i bliskości i było wyczulone na natchnienia pochodzące o Boga.
Gdy kiedyś zapytano ojca Badeniego po czym poznaje się dobrą modlitwę? Ten odpowiedział bez wahania: „po tym, że rozmówcy lubią być ze sobą”. Co do postawy Boga nie ma wątpliwości, pozostaje jednak pytanie czy mnie modlitwa sprawia radość i jest przyjemnością spędzania czasu z Bogiem? Jak mówi psalmista: „Dla szczęściem jest przebywać blisko Boga” [Ps 73,28].
Naturalnym pragnieniem każdego prawdziwie wierzącego człowieka jest przebywanie w bliskości Boga. Różnie wyobrażamy sobie, jak może się to stać, ale wszyscy intuicyjnie wiemy, że jest to najlepsza postawa dla każdej i każdego z nas.
Ważne jest jednak właściwe rozumienie tego pojęcia bliskości Boga w naszym życiu.
Prawda, której nie lubimy jest taka, że każdy z nas jest naturalnym egoistą, szukającym w pierwszym rzędzie siebie i swoich korzyści. Niektórzy komentatorzy usprawiedliwiają to tym, że postawa taka jest skutkiem grzechu pierworodnego, ale nie da się uciec od faktu, że w życiu chętnie tę postawę pielęgnujemy. Dlatego dla wielu osób projekt wspomnianej idei przebywania w pobliżu Boga wygląda następująco: jak będę w bliskim związku z Bogiem, trwając w Jego Słowie i w modlitwie, to On będzie mi bliski w tym wszystkim, co będzie moim udziałem: w moich troskach, problemach, dylematach, służąc mi pomocą, wsparciem i dodając otuchy. Niestety to trochę satrotestamentalny sposób myślenia.
Takie rozumienie oznaczałoby by, że nie tyle ja jestem blisko Boga, ile Bóg jest blisko mnie. A przecież miało być odwrotnie. To nie my mam „ściągać” Boga do swojego życia, aby On się w nie angażował, ale jeśli chcę naprawdę być blisko Niego, to powinienem szukać Go tam, gdzie On jest. Tam, gdzie w danej chwili działa. A ojciec Carlo Carretto mówi wprost: „wszystko jest miejscem Boga, środowiskiem jego obecności” [Listy z pustyni]. I tak postrzega rzeczywistość człowiek wiary. Prawda jest taka, że to my idziemy (a przynajmniej powinniśmy iść) za Jezusem, a nie usilnie ciągniemy Go za sobą. Inaczej mówiąc zadanie, które wyznacza nam Chrystus i św. Paweł wezwaniem do nieustannej modlitwy jest wezwaniem do tego by nasze życie z egocentrycznego ma się zmieniało się w chrystocentryczne.
Choć oczywiście z własnego doświadczenia wiemy jak trudno jest nam dokonać takiej zmiany, bo ciężko jest się nam rozstać z przeświadczeniem, że nasze pragnienia, odczucia i potrzeby nie są najważniejsze. Trudność sprawia nam też pogodzenie się ze świadomością, że to nie my sprawujemy kontrolę nad tym, co ma się dziać w naszym życiu i kiedy ma to mieć miejsce. No i jeszcze jedno: lubimy spokój i poczucie stabilizacji. Tymczasem bycie blisko Boga to życie w ciągłej otwartości i gotowości na to, co Bóg chce nam przynieść, bo Bóg jest tym, który nie przestaje działać.
I dlatego w życiu blisko Boga nie chodzi o to, by zapewnić sobie i swoim bliskim możliwie największy poziom bezpieczeństwa, dostatku i błogosławieństwa. Przeciwnie, to życie polegające na rezygnacji z tego, co łatwe i wygodne na rzecz tego, co dobre i słuszne. To postawa otwartości na to, co Pan Bóg dla nas przygotował. To zgoda na to by On nas nieustannie zaskakiwał tym, jaki pisze scenariusz naszego życia.
Takiej postawy otwartości a zarazem oderwania od siebie i swoich wyobrażeń uczy nas medytacja. Pozwala nam być blisko Boga, uczy na Nim skupiać naszą uwagę, uczy jak ustępować pierwszego miejsca Bogu w naszym życiu. Dlatego medytacja jest zarazem szukaniem Boga, jak i odkrywaniem Go wszędzie tam, gdzie Go szukamy.
Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać: «W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi.
W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: „Obroń mnie przed moim przeciwnikiem!” Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: „Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie nachodziła mnie bez końca i nie zadręczała mnie”». I Pan dodał: «Słuchajcie, co mówi ten niesprawiedliwy sędzia. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?» (Łk 18, 1-8)
Gdy słuchamy przypowieści o wdowie, która naprzykrzała się sędziemu, prosząc o obronę przed przeciwnikiem, od razu widzimy przeciwieństwa: Ona biedna, niemająca pieniędzy na adwokata, niepotrafiąca sama się obronić. On zadufany w sobie, niebojący się Boga i nieliczący się z ludźmi. Ona nieustępliwa w swoich prośbach. On ustępujący dla świętego spokoju. Wydawać się może, że te dwie, diametralnie różne postaci stoją na dwóch biegunach, że nic ich nie łączy.
Spróbujmy jednak spojrzeć na tę parę w świetle pierwszego czytania, które mówi o bitwie pod Refidim. Młody Jozue wraz z silnymi wojownikami toczy zażartą walkę z Amalekitami, a staruszek Mojżesz modli się na szczycie góry, unosząc ręce do nieba. „Jak długo Mojżesz trzymał ręce podniesione do góry, Izrael miał przewagę. Gdy zaś ręce opuszczał, miał przewagę Amalekita” – komentuje sytuację Księga Wyjścia. Ostatecznie Izraelici wygrali. Nie sam Jozue pokonał wroga ani nie samą modlitwą dokonało się zwycięstwo. Stało się to dzięki wytrwałej modlitwie Mojżesza wspierającego męstwo żołnierzy.
Jezus w przypowieści o surowym sędzim, który z irytacji, a nie z miłosierdzia, bierze w obronę wdowę, zaprasza do wytrwałości w modlitwie. „Zawsze powinniśmy się modlić i nie ustawać.” (Łk 18, 1).
Obrazy biblijne często trafnie odzwierciedlają nasze ludzkie doświadczenie. Codzienne życie często przypomina pole bitwy. Rzadko mamy też do dyspozycji komfortowe warunki, aby się modlić. Dlatego uważam, że aby walczyć i nie przegrać życia, trzeba się modlić. Ale też, aby się modlić wytrwale, trzeba walczyć (i nie mam na myśli walki zbrojnej).
W życiu chodzi o równowagę między działaniem a modlitwą, czyli świadomym zwracaniem naszej uwagi ku Bogu. A to rzeczywiście wymaga wysiłku! Nic nie przychodzi tutaj łatwo. Jeśli tak popatrzymy na scenę walki z Amalekitami, to zauważymy, że modlitwa nie jest oddzielona od działania.
Innymi słowy tylko dzięki walce o czas na modlitwę, nasze działanie będzie rzeczywiście owocne i przemieniające świat. Błąd, na jaki jesteśmy narażeni, to właśnie próba oderwania modlitwy od życia codziennego.
Może w trosce o swoje zbawienie warto połączyć ciężki wysiłek pracy, błyskotliwej inteligencji i zaradnej przedsiębiorczości z codziennym, żmudnym, czasem może nieporadnym trwaniem przed Bogiem na modlitwie. To nie muszą być alternatywne sposoby działania, ale dwa oblicza tego samego życia.
Istnieje wiele przeszkód, które utrudniają modlitwę: zmęczenie, zagonienie, nadmiar obowiązków. Często usprawiedliwiamy się też brakiem czasu na modlitwę. A czasem są to po prostu złe przyzwyczajenia, niewłaściwy użytek telewizji czy Internetu, lub wreszcie w brak wewnętrznej motywacji i wiary, do których nie mamy odwagi się przyznać. Część z tych przeszkód można wyeliminować, a na niektóre nie mamy prawie żadnego wpływu. Ale nie sposób się modlić przechodząc nad tym wszystkim do porządku dziennego.
By modlić się wytrwale, myślę, że najpierw trzeba skonfrontować się uczciwie z rozmaitymi wymówkami, które aplikujemy sobie i innym. Bogu również. Należy zacząć od postawienia sobie prostych pytań: Czy aby nie za dużo w naszym życiu zagonienia? A może za mało walki o przestrzeń do modlitwy spowodowanej złym gospodarowaniem podarowanym nam przez Boga czasem? Truizmem jest starochrześcijańskie powiedzenie, że „jeśli Bóg będzie na pierwszym miejscu wszystko inne będzie na właściwym”. Bóg jest Panem harmonii i czasu. Jeśli zawalczymy o pierwszeństwo dla Niego w naszym życiu, On pomoże nam wprowadzić większy ład do naszej codzienności.
Jeśli modlitwa jest relacją z Bogiem, to decydujące jest ciągłe pogłębianie motywacji, a więc, czy mnie rzeczywiście (a nie deklaratywnie) zależy na pielęgnowaniu tej relacji. Jeśli chłopak twierdziłby, że jest zakochany w dziewczynie i zapewniałby ją o tym nieustannie (przez komórkę lub w mailu), a przez dłuższy czas nie znalazłby czasu, by się spotkać w realu, to de facto co innego jest dla niego ważne. Wszystko inne jest zwykłą wymówką.
Element walki o modlitwę widzę też w umiejętności rezygnacji. To chyba jest najtrudniejsze. Nie będzie wytrwałej modlitwy, jeśli każdy dzień będzie wypełniony mnóstwem zajęć, jeśli będzie panowała zbyt duża spontaniczność, jeśli nie będzie pewnej organizacji czasu. Modlitwy nie można „dodać” do całej reszty jako kolejnego obowiązku. Ona musi być czymś więcej…
W końcu nieodzowna jest korekta naszych fałszywych wyobrażeń o modlitwie. Wydaje nam się, że modlitwa powinna być zawsze idealnym czasem spędzonym przed Bogiem. Zniechęcamy się, jeśli tylko pojawią się rozproszenia. Tymczasem praktyka pokazuje, że jeśli będziemy wierni modlitwie, to i rozproszeń będzie coraz mniej. Wielcy mistrzowie modlitwy uczą, że nie jej jakość jest najważniejsza, ale właśnie trwanie przy niej pomimo oporów.
Papież Franciszek w wywiadzie dla „Civilta Cattolica” mówi o swojej modlitwie wieczornej przed Najświętszym Sakramentem. Powiada, że stara się być jej wierny przez godzinę, nawet jeśli przeszkadza mu natłok spraw mijającego dnia, zmęczenie, a nawet przyśnięcie: „To, co najbardziej lubię, to adoracja wieczorna, nawet kiedy mam rozproszenia i myślę o czymś innym, a nawet gdy modląc się usnę”.
To bardzo budujące słowa w naszej walce o modlitwę i jakość codziennego działania.
Ostatecznie warto pamiętać o tym, że zarówno modlitwa jak i dobre działanie bierze początek od samego Boga. To On jest ich źródłem, a nie my, choć zwykliśmy sądzić, że jest inaczej.
Prośmy, abyśmy w naszych wysiłkach poszukiwania Boga i modlitwy pierwsze miejsce zawsze potrafili pozostawić dla Boga.
Pewien faryzeusz zaprosił Jezusa do siebie na obiad. Poszedł więc i zajął miejsce za stołem. Lecz faryzeusz, widząc to, wyraził zdziwienie, że nie obmył wpierw rąk przed posiłkiem.
Na to Pan rzekł do niego: «Właśnie wy, faryzeusze, dbacie o czystość zewnętrznej strony kielicha i misy, a wasze wnętrze pełne jest zdzierstwa i niegodziwości.
Nierozumni! Czyż Stwórca zewnętrznej strony nie uczynił także wnętrza? Raczej dajcie to, co jest wewnątrz, na jałmużnę, a zaraz wszystko będzie dla was czyste». (Łk 11, 37-41)
Franz Jalics SJ przypomina, że medytacja prowadzi nas do świadomości, że Jezus towarzyszy duchowo ludziom będącym w drodze. Każda droga składa się z wielu etapów. W doświadczeniu człowieka wierzącego ważne jest jednak to, czy kolejne etapy pogłębiają naszą relację z Chrystusem?
Dzisiejsza Ewangelia uświadamia nam słowami Jezusa, że w doświadczeniu wiary, która jest budowaniem relacji z Bogiem liczy się serce, wnętrze człowieka. Wiara to nie jest przede wszystkim dbanie „o czystość zewnętrznej strony” o to, co nazwali byśmy współczesnym językiem „zewnętrzną poprawność”, na której zbyt często się skupiamy, bo ta jest zawsze konsekwencją jakości życia wewnętrznego. Przestroga Jezusa przed wnętrzem, które pełne jest „zdzierstwa i niegodziwości” jest potwierdzeniem tego, że nasze życie wewnętrzne i zewnętrzne nie są od siebie oderwane. Należy je traktować jako naczynia połączone, gdzie jedno wpływa na drugie. Im głębsze życie wewnętrzne tym bardziej będzie się to przekładało na jakość i wysoki poziom całego naszego życia, w tym wyborów, decyzji, sposobu patrzenia na otaczającą nas rzeczywistości czy sposobu w jaki odnosimy się do innych.
Można powiedzieć wsłuchując się w przesłanie dzisiejszej Ewangelii, że jeśli w naszym życiu pojawia się fałsz on zawsze swoje źródło ma w naszym wnętrzu. Zawsze jest to owoc jakiegoś rodzaju zamknięcia na prawdę, do której pragnie nas prowadzić Chrystus, a którego konsekwencją będzie także zamknięcia na łaskę, która nas uzdrawia.
Medytacja jest doświadczeniem, które wychodzi naprzeciw takiemu stanowi rzeczy, pozwalając wyjść na spotkanie Boga, który przychodzi do nas w sowim słowie – zwłaszcza tym najbardziej skutecznym jakim jest Słowo Wcielone – Imię Jezus, które przywołujemy w tej modlitwie. Można powiedzieć, odwołując się do przesłania ewangelicznego z ostatniej niedzieli, że Jezus jest obecny zawsze tam, skąd wołamy: „Panie Jezu, Mistrzu, ulituj się nade mną!” To Imię, które jest słowem żywym i skutecznym – używając sformułowania św. Pawła – przenikającym do głębi naszego jestestwa daje nam odwagę powrotu do siebie, do wyjścia na spotkanie z własnym sercem, gdyż tak właśnie objawia się Bóg – zamieszkuje nasze serce i pozwala w nim odkrywać swoją obecność. W intymności modlitwy, która jest osobistym spotkaniem z Bogiem, możemy odpocząć od naszych ciężarów a przede wszystkim skonfrontować się z prawdą, która nigdy nie jest dla osoby medytującej oskarżeniem lecz oświeceniem i wyzwoleniem.
Warto byśmy prosili Chrystusa, który jest Mistrzem modlitwy by dawał nam tę umiejętność w medytacji, która sprawia, że staje się ona odpoczynkiem w Jego obecności, mimo że nie ma ona w sobie nic z duchowej bierności, bo sprawia, że obecność Jezusa, który nam towarzyszy w tej modlitwie staje się zaczynem naszej wewnętrznej a w konsekwencji i zewnętrznej przemiany.
Zdarzyło się, że Jezus, zmierzając do Jeruzalem, przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei.
Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: «Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!» Na ten widok rzekł do nich: «Idźcie, pokażcie się kapłanom!» A gdy szli, zostali oczyszczeni.
Wtedy jeden z nich, widząc, że jest uzdrowiony, wrócił, chwaląc Boga donośnym głosem, padł na twarz u Jego nóg i dziękował Mu. A był to Samarytanin.
Jezus zaś rzekł: «Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec?» Do niego zaś rzekł: «Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła». (Łk 17, 11-19)
„Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego”. Lubię to zdanie św. Pawła z dzisiejszego drugiego czytania. Święty Jan Paweł II, w jednej ze swoich środowych katechez mówił, że zdanie to jest jedną z najlepszych definicji Bożego miłosierdzia, gdyż precyzyjnie oddaje sedno tej tajemnicy.
Jest w Bogu „coś” takiego, czego On nie może się tak po prostu zaprzeć, zanegować. Dlaczego? Bo musiałby zaprzeczyć samemu sobie, musiałby zrezygnować z bycia Bogiem-z-nami. Tym „czymś” są wierność i cierpliwość Boga, które nie kończą się wraz z konfrontacją z naszą niewiernością oraz skłonnością do upadków.
Ileż to razy składaliśmy obietnicę (Panu Bogu i sobie), że zrywamy z konkretnym grzechem, że to już po raz ostatni? Ludzkie przyzwyczajenia i namiętności okazywały się jednak silniejsze.
I czasem tak trudno nam uwierzyć, że we wszystkich tych doświadczeniach Bóg JEST blisko nas, nie obraża się, nie wymawia nam naszej niesłowności i niewierności. Nie przestaje spoglądać na nas z miłością nawet wtedy, gdy jak dzieci przybici własną grzesznością i bezradnością mamy do Niego pretensję (niesłuszną zresztą), że nas zostawił, zwłaszcza wtedy gdy wszystko wydaje się walić i jest pozbawione jakiejkolwiek logiki. Zdumiewająca jest wierność naszego Boga. Zawsze wychodzi nam na spotkanie. Zawsze na nas mnie czeka, a kiedy zaczynamy się gubić – szuka. On zawsze jest tam, skąd wołam: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nade mną!”.
Bóg wiedział, gdzie postawić proroka Elizeusza, by wódz syryjski Naaman mógł doznać uzdrowienia. Jezus wiedział, którędy powinien pójść, aby spotkać tych dziesięciu trędowatych… Choć po ludzku może nas niejednokrotnie zaskakiwać sposób Jego działania. Jak często wydaje się nam, że świetnie wiemy, co Bóg powinien zrobić, jak zadziałać, żeby nam się w życiu polepszyło, żeby ten czy ów stał się lepszym człowiekiem, żebym zostało uzdrowione coś, co domaga się uzdrowienia duchowego czy fizycznego. A Bóg przypomina nam, że Jego myśli nie są myślami naszymi i Jego sposób działania jest inny, niż ten jaki my chcielibyśmy widzieć. Owszem, zdarzają się spektakularne cuda, zamykające usta mądrych tego świata, ale zazwyczaj Bóg działa przez to, co zwykłe, codzienne, niepozorne i dobrze nam znane.
Trzeba pewnego zmysłu i spojrzenia wyrastającego z wiary, aby umieć dostrzec Bożą obecność i Boże działanie pod zasłoną zwykłych i codziennych spraw, bo jak mówił Mały Książę „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.”
Ale dzisiejsza liturgia słowa poza przypomnieniem o wierności i trosce Boga o nas stawia też w centrum naszej uwagi postawę wdzięczności, która słusznie jest najpierw uświadomieniem sobie i uznaniem daru otrzymanego od Boga, a następnie osobistą odpowiedzią i zaangażowaniem, aby o Nim świadczyć wobec innych.
Wielu bowiem prosi Pana Boga o interwencję, ale niewielu pamięta później by okazać Mu wdzięczność, gdy zostaną wysłuchani. I zarzut ten dotyczy także ludzi wierzących. Do takich bez wątpienia zaliczali się trędowaci, którzy wołając: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!” – składają jednocześnie wyznanie wiary w Jezusa i Jego moc. Błagają o nowe życie, a gdy je otrzymują i dostrzegają łaskę oczyszczenia w drodze do kapłanów, jedynie Samarytanin powraca, chwaląc Boga donośnym głosem, aby podziękować Jezusowi.
Na kanwie tego doświadczenia Jezus stawia mocne pytanie: „Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu?”.
Czy słowa dzisiejszej Ewangelii oznaczają, że Bóg domaga się od nas, byśmy Mu dziękowali za to, co On robi dla nas? Oczywiście, że nie! Bóg działa w naszym życiu bezinteresownie, bez oczekiwania na jakąkolwiek wdzięczność. To jednak nie zmienia faktu, że dziękując Bogu oddajemy Mu chwałę i wzmacniamy naszą ufność w Jego opiekę i działanie. Dziękczynienie jest także pokarmem dla naszego serca. Kto dużo dziękuje, ten staje się silny, dobry i pokorny. Wszystko jednak zależy od wewnętrznej postawy, a nie tylko od dostrzeżenia czy coś otrzymałem w darze. Jeśli uważam, że coś mi się należy, to na pewno nie przyjdę i nie podziękuję…
Im bardziej będziemy nosili w pamięci, to, co Bóg dla nas zrobił i będziemy wdzięczni za Jego dary a zwłaszcza za ten najważniejszy dar – Zbawienie, tym bardziej uda nam się uchronić nasze serca przed ciągle zagrażającą mu pychą, malkontenctwem i poczuciem samowystarczalności, którym karmi nas współczesny świat. Jakbyśmy tylko sobie mieli zawdzięczać to, że jesteśmy i kim jesteśmy…
A przecież wiemy, że tak nie jest!