Apostołowie prosili Pana: «Dodaj nam wiary». Pan rzekł: «Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”, a byłaby wam posłuszna. (Łk 17, 5-6)
Dzisiejsze wprowadzenie nawiązuje raz jeszcze do Ewangelii, którą usłyszeliśmy w ostatnią niedzielę. Apostołowie prosili Pana: „Przymnóż nam wiary” (Łk 17, 5). Taką prośbę do Boga w jakimś momencie naszego życia może skierować każda i każdy z nas, komu zależy na jakości i głębi swojej wiary. W zasadzie można powiedzieć, że wszystko, co robimy w życiu duchowym w taki, czy inny sposób ma na celu pogłębienie naszej wiary. Gdyby tak nie było, to jaki sens miałaby nasza modlitwa, nasze słuchanie Słowa Bożego, przyjmowanie sakramentów? Jeśli wiara jest naszą relacją z Bogiem, to naturalnym pragnieniem życia duchowego jest chęć jej pogłębienia.
Święty Paweł nie pozostawia wątpliwości, że nasza wiara rodzi się ze słuchania a tym, w co się wsłuchujemy dla pogłębienia naszej wiary jest Słowo Boże [por. Rz 10,17]. To właśnie dzięki niemu poznajemy Boga, ono przekonuje nas o Jego dobroci i miłości do nas. A zaufać i stworzyć prawdziwą i głęboką relację możemy tylko z kimś, kogo znamy. Jeśli pozwolimy przekonać się Słowu Bożemu, że Bóg naprawdę nas kocha i troszczy się o nas, możemy na Jego miłość odpowiedzieć miłością.
Medytacja łączy w sobie te wszystkie elementy potrzebne do rozwoju wiary: wsłuchiwanie się w Słowo, uczenie się zaufania i otwartość na Bożą łaskę. Nie znaczy to jednak, że jest łatwą modlitwą, bo stawia przed nami duże wymagania. Medytacja zaprasza nas do tego, byśmy wypuścić życie ze swoich rąk. Żyjemy często z przekonaniem, że owszem, Bóg jest wszechmocny, ale jeśli sami nie będziemy kontrolowali naszego życia, jeśli sami się o nie nie zatroszczymy, to nikt za nas tego nie zrobi.
Praktyka medytacji ma na celu wyzwolenie nas z tej iluzji. Ona zaprasza nas do tego by Słowo, w które się wsłuchujemy ukształtowało w nas świadomość obecności i bliskości Boga, który nas kocha i zawsze jest przy nas, który troszczy się o nasze życie – to jest właśnie przedmiotem wiary, dzięki której możemy robić rzeczy niezwykłe, przekraczające nasze racjonalne podejście do świata. Jednak wiara nie jest naszą mocą, jest mocą Boga działającego w nas. Bo to On a nie my jest Tym, dla którego nie ma nic niemożliwego. Ale żeby móc doświadczyć tej mocy, my sami musimy stać się mali i bez reszty zaufać Panu Bogu.
Dlatego medytacja rozumiana jako modlitwa serca, przez oczyszczenie naszego umysłu i serca zaprasza nas do całkowitego zawierzenia się Bogu. Do wypełnienia w praktyce jednego z najbardziej radykalnych wyzwań Ewangelii, do powiedzenia Bogu całym swoim sercem i całym swoim życiem: „Bądź wola Twoja!” Oddanie swojej woli to największy akt wiary, do którego jesteśmy zdolni. To zgoda na to, by pomimo naszych ocen i pragnień Bóg mógł działać tak jak sam chce.
Ten rodzaj zaufania wynika ze ścisłego zjednoczenia z Chrystusem, do którego pragnie nas prowadzić medytacja i sprawia, że stajemy się całkowicie wolni od siebie samych, od dyktatu naszego „ego”. Jak zwykł mawiać jezuita – ojciec Franz Jalics: „Im bardziej ktoś przybliża się przez kontemplację do Chrystusa, tym bardziej samemu pozostaje niewidocznym”. To nie tylko potwierdzenie tego, co słyszymy w Ewangelii z ust św. Jana, ale i warunek prawdziwie i głęboko przeżywanej wiary w Chrystusa: „Trzeba aby On wzrastał a ja się umniejszał” [J 3,30]
Pozwólmy, by medytacja przez uczenie nas zaufania do Jezusa przekonała nas do wypuszczenia życia ze swoich rąk, po to by złożyć je w najbardziej pewne ręce – Boga.
Apostołowie prosili Pana: «Dodaj nam wiary». Pan rzekł: «Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”, a byłaby wam posłuszna.
Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: „Pójdź zaraz i siądź do stołu”? Czy nie powie mu raczej: „Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił”? Czy okazuje wdzięczność słudze za to, że wykonał to, co mu polecono?
Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”». (Łk 17, 5-10)
Ewangelia dzisiejsza pokazuje, że problem wiary, borykania się z jej małością i słabością nie jest jedynie problemem naszym czy naszych czasów. Już sami Apostołowie mierzyli się z tym doświadczeniem. Myślę, że warto brać z nich przykład. Kiedy dostrzegają, że ich wiara jest po ludzku zbyt słaba przychodzą by porozmawiać o tym z najwłaściwszą osobą – z Jezusem.
W starożytnym tekście dwunastu apostołów Didache jest zdanie, które towarzyszy mi od lat: „Wszystko, cokolwiek cię spotyka, przyjmuj jako dobre, wiedząc, że nic nie dzieje się bez woli Bożej”. Nieczęsto ludzie dostrzegają związek pomiędzy szczęściem a zawierzeniem. Wiara, wyrażająca się w postawie, że Bóg wie, co dla mnie najlepsze, jest niełatwa, ale jest czymś, co daje człowiekowi pokój, którego ten świat nigdy nie da.
Wielu mistyków chrześcijańskich, powtarzało, że aby móc całkowicie zjednoczyć się z wolą Bożą, człowiek powinien oczyścić swoją wyobraźnię, myśli i pragnienia. Stać się kimś wolnym od wszelkich obrazów i oczekiwań.
Dwa najbardziej zafałszowane obrazy, z którymi zżywamy się w naszym życiu to: fałszywy obraz Boga, który stworzyliśmy z naszych wyobrażeń o Nim i naszych lęków przed Nim oraz fałszywy obraz nas samych, dzięki któremu często wmawiamy sobie, że możemy o własnych siłach zrobić w życiu więcej niż naprawdę możemy. To także dwa obrazy, którymi najczęściej posługuje się zły duch: pierwszego używa, aby zasiać w nas nieufność względem Pana Boga a drugiego, by pogłębić naszą pychę.
Paradoks prawdziwej wiary tkwi w tym, czy gotowi jesteśmy zrezygnować z tych fałszywych obrazów, jakie w sobie nosimy i które często gubią nas z życiu duchowym. Jeden ze wspomnianych mistyków – Mistrz Eckhart zwykł mawiać że człowiek jest w takim stopniu panem siebie, w jakim gotów jest wyrzec się siebie. To dokładnie to samo o czym mówi w Ewangelii Jezus przypominając, że aby siebie zyskać, należy wcześniej siebie stracić.
W swojej książce: „Rozważania o wierze”, którą serdecznie polecam ks. Prof. Tadeusz Dajczer pisze, że: „wiara nie usuwa wątpliwości i ciemności, wręcz przeciwnie, ona je zakłada”. Wbrew pozorom wątpliwości w doświadczeniu wiary są ważne. „Wątpimy by wierzyć” – jak powiedział kiedyś jeden ze słynnych filozofów. Istotne jest tylko, gdzie poszukujemy odpowiedzi, które mogą rozwiać nasze wątpliwości i umocnić naszą wiarę?
Święty Tomasz Morus, wierny swojemu sumieniu, został zamknięty w więzieniu. Ale właśnie wtedy, siedząc samotnie w celi, napisał do swojej córki Małgorzaty: „Nie wiem, co się stanie, ale wiem, że nic nie stanie się bez woli Boga. A jeśli tak, to będzie dla nas bardzo dobre. „Jeśli bowiem Bóg widzi, że najlepiej jest dla mnie, żebym umarł, czy mogłoby być cokolwiek na świecie, dla czego człowiek chciałby żyć dłużej?”.
Ten niezwykły rodzaj zaufania wynika ze ścisłego zjednoczenia z Chrystusem i sprawia, że stajemy się całkowicie wolni od siebie samych oraz pokorni jak lustro, które nie ma własnego obrazu, lecz odbija tego, który przed nim staje. Pokora Chrystusa wyraziła się w pełni w tym, że nie pragnął On niczego innego niż wypełnić do końca wolę Ojca. Zatem nasze podobieństwo do Chrystusa powinno wyrażać się w tym, że nie pragniemy niczego bardziej niż tego, by w naszym życiu wypełniała się Jego wola. Ale czy tak jest rzeczywiście? Czy nie jest częściej tak, że nasze modlitwy i prośby które mają na celu wypełnienie raczej naszej woli niż wsłuchiwanie się w to, co jest wolą Boga dla nas?
Jezus używa porównania „posłusznej morwy”, ukazując nam, jak wiele może zdziałać człowiek, kiedy kieruje się silną wiarą. Trzeba jednak wielkiej czujności, abyśmy tego obrazu a co za tym idzie wiary nie traktowali magicznie, jako rzeczywistość, która ma spełniać nasze oczekiwania. To byłoby przejawem niedojrzałości wiary. Niestety wiele osób tak właśnie podchodzi do modlitwy. Myśli sobie: „skoro wierzę, to Bóg powinien spełniać moje prośby”. A to nie do końca tak.
Trudno nam wypuścić życie ze swoich rąk. Żyjemy z przekonaniem, że owszem, Bóg jest wszechmocny, ale jeśli sami nie zatroszczymy się o własne życie, to nikt inny nie zrobi tego tak dobrze jak my…
Tymczasem dobry Bóg właśnie to robi i zawsze wysłuchuje nasze modlitwy, ale realizuje je w sposób, który przekracza ludzkie wyobrażenia. Nawet najbardziej przeklęta sytuacja może więc zostać przemieniona na naszą korzyść, a to, co się wydaje trudem, może się okazać czymś niezwykłym i drogocennym. Pod jednym warunkiem: że Mu zaufamy i że gotowi będziemy zrezygnować z naszych własnych planów by w całkowitej wolności powiedzieć Mu: „Bądź wola Twoja”…
Sądzę, że każdy, kto idzie drogą wiary wcześniej czy później dojdzie do wniosku, że ma jej za mało. To naturalna konsekwencja wzrastania w wierze. Gdybyśmy uznali, że tyle wiary ile mamy nam wystarcza, byłby to albo przejaw pychy, albo zatrzymania się na drodze rozwoju wiary. Zatem świadomość, że mamy za mało wiary, że potrzebujemy jej wzrostu, albo innymi słowy „przymnożenia” jej przez Jezusa jest jak najbardziej zdrowym objawem naszego duchowego rozwoju.
Wiara jest darem, łaską ale równocześnie zadaniem! Nie jest wartością, którą zachowuje się do końca niezmiennie. Wiara bliższa jest słowu zawierzenie…
Zawiera w sobie zaufanie w Bożą opiekę i miłość a w związku z tym również w to, jaką drogą i przez jakie doświadczenia mnie Bóg prowadzi, bo ufam, że On lepiej wie, co dla mnie dobre. Wiara nie wymaga ode mnie tego, że zrozumiem wszystko, co dzieje się tu i teraz, tylko że zaufam… Jak mówił już w średniowieczu Anzelm z Canterbury: „fides quaerens intellectum” (wiara to droga poszukująca zrozumienia).
Zatem jeśli się modlisz, miej ufność, że cokolwiek się wydarzy, będzie czymś dobrym, ponieważ twoje życie jest objęte Jezusową opieką.
W tym czasie uczniowie przystąpili do Jezusa z zapytaniem: «Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim?» On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: «Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. [Mt 18, 1-3]
Przywołany fragment Ewangelii jest zaczerpnięty z liturgii mszalnej poświęconej św. Teresie od Dzieciątka Jezus, którą dziś wspominamy. Całe jej życie było próbą odpowiedzi na to Jezusowe zaproszenie by stać się przed Bogiem jak dziecko. Również we wczorajszej Ewangelii Jezus odwołuje się do postawy dziecka, pouczając uczniów, by nie gonili za fałszywym poczuciem wielkości.
Kiedy myślimy o postawie dziecka, myślimy zwykle o prostocie. Prostota to jedna z podstawowych cech, które powinny towarzyszyć doświadczeniu medytacyjnemu. To właśnie do niej odwołujemy się w tej modlitwie. Przyjęcie takiej postawy wymaga często od osoby dorosłej przekroczenia pewnych schematów myślenia. Pewnego wysiłku. Inaczej jest w przypadku dzieci. Każdy, kto ma jakieś doświadczenie w medytacji z dziećmi z pewnością wie, że medytacja przychodzi dzieciom dużo łatwiej niż dorosłym. Kiedy zaprasza się dzieci do medytacji nierzadko czynią to niemal spontanicznie. To dopiero upływ czasu zabija w człowieku tę spontaniczność i prostotę. Także naturalną radość, jaką przynosi medytacja. Pamiętam, jak zaskakująco dojrzałą odpowiedź otrzymałem od sześcioletniego dziecka, które po skończonej medytacji zapytane, czym jest dla niego medytacja i co czuje medytując odpowiedziało: „Medytacja pozwala mi przytulić się do Jezusa!” Jak pięknie byłoby, gdybyśmy my – dorośli potrafili właśnie tak przeżywać doświadczenie medytacji, jako wtulenie się w Jezusa, w Jego pełne miłości ramiona, gdzie nie potrzeba słów, gdzie najważniejsza jest obecność.
Dzisiaj rano pewna kobieta powiedziała mi, że w naszym doświadczeniu modlitwy gubi nas to, że często brakuje nam świadomości, że Jezus, z którym spotykamy się w modlitwie jest osobą, jak ja i ty. Stąd ów obraz wtulenia się w ramiona Jezusa jest jak najbardziej adekwatny i mógłby okazać się pomocny w pogłębieniu świadomości modlitwy jako osobowego i osobistego spotkania z Jezusem. Osobowego, bo Bóg, z którym spotykamy się w medytacji jest osobą, pragnie się z nami spotkać, pragnie nas kochać, pragnie obdarowywać nas swoimi łaskami. Osobistego, bo każda medytacja jest jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna, nacechowana wyjątkowością Boga i wyjątkowością i niepowtarzalnością osoby medytującej, jej uczuć, jej zaangażowania, jej historii.
Postawa dziecka w medytacji jest również ważna z tego powodu, że nastawia nas ona na otwarcie się na to, czego Bóg pragnie nam udzielić w tej modlitwie. Dziecko wie, że wszystkiego potrzebuje od rodziców, aby przeżyć: miłości, uwagi, obrony, wsparcia, pożywienia, tak jak chrześcijanin wie (a przynajmniej powinien mieć świadomość), że wszystkiego potrzebuje od Boga.
Wezwanie, które powtarzamy w trakcie medytacji powinno nam o tym nieustannie przypominać: Celem powtarzania wezwania jest stopniowe odwrócenie uwagi od siebie, od naszego ego, jego wydumanej samowystarczalności i jego własnych idei i pragnień. Poprzez odwrócenie uwagi od siebie i skierowanie jej ku Bogu pragniemy wzrastać w świadomości, że to Bóg jest w naszym życiu źródłem i dawcą wszystkiego, czego nam potrzeba.
Patronka dnia dzisiejszego, poszukująca przez niemal całe życie swojego miejsca i swojego powołania w Kościele odnotowała niezwykłe słowa: „Zrozumiałam, że miłość zamyka w sobie wszystkie powołania, że miłość jest wszystkim, obejmuje wszystkie czasy i wszystkie miejsca… Jednym słowem – jest wieczna! Tak, znalazłam swoje miejsce w Kościele, a to miejsce, mój Boże, Ty sam mi ofiarowałeś… W sercu Kościoła, mojej Matki, będę Miłością! W ten sposób będę wszystkim i moje marzenie zostanie spełnione!!!”. Myślę, że te słowa św. Teresy pięknie oddają naturę i powołanie człowieka medytacji. Medytować, to być zawsze w centrum Kościoła, otoczony rzeszą innych medytujących z każdej strony świata a także tych, którzy medytowali przed nami i medytować będą po nas przez całą historię. Gdziekolwiek zatem medytujemy, czy we wspólnocie czy w miejscu odosobnionym, nigdy nie jesteśmy sami. Ten cytat św. Teresy jest streszczeniem jej drogi dziecięctwa duchowego i wydaje się być ciągle czymś aktualnym również dla nas, zgodnie ze słowami Jezusa: „Jeżeli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa niebieskiego” – mówi Jezus w Ewangelii.
Jezus powiedział do faryzeuszów:
«Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień ucztował wystawnie. U bramy jego pałacu leżał żebrak pokryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza. A także psy przychodziły i lizały jego wrzody.
Umarł żebrak i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany.
Gdy cierpiąc męki w Otchłani, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: „Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i przyślij Łazarza, aby koniec swego palca umoczył w wodzie i ochłodził mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu”.
Lecz Abraham odrzekł: „Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz w podobny sposób – niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A ponadto między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd nie przedostają się do nas”.
Tamten rzekł: „Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich ostrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”.
Lecz Abraham odparł: „Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!” „Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby ktoś z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. Odpowiedział mu: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby ktoś z umarłych powstał, nie uwierzą”». (Łk 16, 19-31)
Słyszymy dziś przypowieść o bogaczu i ubogim Łazarzu – dwie jakże różne drogi życia. Imię Łazarza oznacza w języku hebrajskim: „Bóg pomaga”, a jak mówi Pismo: „Pan wyzwoli biedaka, który Go wzywa” (Ps 72).
Bogacz jest ubrany w najdroższe szaty, żeby pokazać, że ma władzę nad tym światem. Łazarz jest tak ubogi, że jego „ubranie” składa się z ran.
Łazarz mógłby marzyć, żeby żyć jak pies, który zjada resztki ze stołu swojego pana. Wielu ludzi w podobnej sytuacji prosi Jezusa w Ewangelii o pomoc.
Śmierć Łazarza jest początkiem nowej sytuacji: bogacz chciałby być jak Łazarz, byłby szczęśliwy, gdyby mógł jak pies przyjść i zamoczyć swój język w wodzie.
Warto zwrócić uwagę, że w przypowieści o bogaczu i Łazarzu nie ma mowy o nieuczciwości bogacza. Nie jest to zwykłe przemilczenie. Gdyby bogacz faktycznie dorobił się swojego majątku nieuczciwie, prawdopodobnie zostałoby to wprost wspomniane. Zdobycie majątku w wyniku nieuczciwości czy też moralnej dwuznaczności nie zostało więc powiązane z prostą niezgodnością z literą prawa.
Bogacz nie został też przedstawiony jako osoba wzgardliwa i bezlitosna. Nie słyszymy nic o tym, jakoby odrzucał błagania Łazarza czy szczuł go psami. Bez trudu można go sobie wyobrazić jako szanowanego członka jakiejś społeczności, przestrzegającego jej praw i zasad.
Ta przypowieść ostrzega jedynie, że żyjąc tylko dla siebie, będziemy samotni, a swoje nieszczęście zrozumiemy dopiero po śmierci. To ważna przestroga w świecie mocno naznaczonym egoizmem. Żeby żyć na wieki, trzeba zobaczyć Bożą miłość w tym świecie, doświadczyć jej tak mocno, aż staniemy się narzędziami braterstwa i miłosierdzia. Od nas tylko zależy, czy pozwolimy Bogu na to, czy też zamkniemy przed Nim drzwi a w konsekwencji uciekniemy także od naszych bliźnich. Te postawy, to dwa naczynia połączone. Aby dać innym, musze najpierw zaczerpnąć ze Źródła Miłości jakim jest Bóg. Żyjmy tak, aby Chrystus mógł ożywiać nas swoją miłością, abyśmy mogli ten dar nieść dalej.
Przypowieść ta mówi o ideale dobrze rozumianego braterstwa – o postulacie, który nie jest przedstawiony w Ewangelii jako skądinąd miła, ale w gruncie rzeczy niezobowiązująca postawa filantropijna, lecz jako wiążący ideał. To, że jego pełne urzeczywistnienie nie miało i nie będzie miało nigdy miejsca, dopóki nie minie ten świat, jest komunałem, na który warto zwrócić uwagę jedynie dlatego, że niezwykle często odgrywa on rolę wygodnej wymówki, którą staramy się tłumaczyć własny egoizm.
Przypowieść o bogaczu i Łazarzu pyta nas dziś bardzo gwałtownie o nasze wysiłki w preparowaniu komfortowego i bezpiecznego świata – takiego, który nie będzie miał punktów stycznych ze światem gorszym, rozpościerającym się za szybami naszych strzeżonych domów oraz szybami pociągów EC, którymi szybko i wygodnie podróżujemy.
Przyszli do Jezusa Jego matka i bracia, lecz nie mogli się dostać do Niego z powodu tłumu.
Oznajmiono Mu: „Twoja matka i bracia stoją na dworze i chcą się widzieć z Tobą”.
Lecz On im odpowiedział: „Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je”. (Łk 8,19-21)
Na co dzień żyjemy w kakofonii słów i dźwięków. Jedne z nich niosą pocieszenie i pokój, inne wręcz przeciwnie niepokoją i wnoszą chaos w nasze myśli i serca. Dzisiejsza Ewangelia zdaje się pytać nas, jakie miejsce wśród słów, które docierają do nas każdego dnia zajmuje to szczególne – Słowo Jezusa, naszego Mistrza?
Przedmiotem chrześcijańskiej medytacji jest zawsze Słowo Jezusa. To w nie uczymy się wsłuchiwać w ciszy naszego serca, nawet wtedy, gdy z pozoru zdawałoby się nam nic nie mówić. Jednak nigdy tak nie jest, bo jak przypomina nam autor Listu do Hebrajczyków „Słowo Boże jest zawsze żywe i skuteczne” [por. Hbr 4,12], zawsze przenika do głębi naszego jestestwa, nawet gdy pozornie nie czujemy tego oddziaływania słowa. Bywa, że na owoce działania Słowa w naszym sercu trzeba poczekać. I tej postawy cierpliwego oczekiwania także uczy nas medytacja.
Ale dzisiejsza Ewangelia uczy nas czegoś jeszcze, również w kontekście doświadczenia medytacyjnego, choć nie często o tym mówimy. Ona zaprasza nas, by nasza modlitwa zbliżała nas także do Maryi. Warto prosić Ją, tak jak prosimy Ducha Świętego, aby była z nami, gdy będziemy medytowali wsłuchując się w Słowo. To dobry wybór – zawierzyć Maryi czas naszej medytacji.
W dzisiejszej Ewangelii to Maryja ukazana nam jest jako Ta, która pragnie spotkać się ze swoim Synem. A jednocześnie nikt inny tak, jak Ona, nie nosił w sobie doświadczenia Jego obecności.
Warto w tym kontekście pytać siebie: Czy noszę w sobie równie wielkie pragnienie spotkania z Jezusem? A przecież to z niego właśnie wynika chęć do codziennego, wytrwałego siadania do medytacji, rano i wieczorem, bez względu na dzień, na pogodę, na stan ducha. Jeśli mamy nosić w sobie doświadczenie Jezusowej obecności ta wytrwałość i radykalizm codziennej praktyki są konieczne.
Dzisiejsza Ewangelia jest bardzo medytacyjna: Jezus pokazuje nam szczególne miejsce spotkania z Nim samym: Jest nim Słowo Boże. Wsłuchiwanie się w to Słowo prowadzi nas w konsekwencji do zażyłej więzi z Jezusem. Słowo Boże ma moc zrodzić w nas więź z Jezusem, która przekracza najgłębsze ludzkie związki. To jest konkretny owoc działania i żywotności Słowa.
Jezus przypomina nam, że słuchanie Jego Słowa powinno prowadzić do jego wypełniania. Słowo Jezusa zawiera życie. Słowo, które jest żywe chce wypełnić nasze życie tak, jak wypełniło do końca życie Maryi, Apostołów czy wielu świętych. Ich życie pokazuje nam, jak piękny staje się człowiek, który żyje słowem Bożym.
Ale słowo to pragnie także zrodzić w nas prawdziwą wolność. Spoglądając dziś na stojących na zewnątrz domu Maryję i krewnych Jezusa, którzy pragną się z Nim spotkać można odnieść wrażenie, że jest to postawą, którą chcą wywrzeć nacisk na Jezusa, aby się z nimi zobaczył. Tymczasem Jezus swoją postawą pokazuje nam niesłychaną wolność, jaką w sobie ma, nie ulegając tej presji. Skąd się ona bierze? Otóż z tego, że On wie, po co tam jest. Jezus zawsze podejmuje swoje decyzje w sposób niesłychanie spójny z celem, jaki mu przyświeca. Tym celem jest posłuszeństwo woli Ojca i troska o zbawienie tych, do których został posłany.
To także ważna wskazówka dla nas. Im bowiem bardziej wiemy o co nam chodzi w naszym życiu, im bardziej mamy świadomość, co jest naszym prawdziwym celem, do którego dążymy, tym bardziej będziemy niezależni od różnego rodzaju wpływów i presji, które starają się na nas wywrzeć inni czy współczesny świat. Innymi słowy – im bardziej wsłuchujemy się w Słowo Jezusa, które określa naszą prawdziwą tożsamość i wskazuje na prawdziwy cel naszych dążeń tym bardziej będziemy wolni.