Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Lekcja zarządzania życiem

Jezus powiedział do swoich uczniów:

”Pewien bogaty człowiek miał rządcę, którego oskarżono przed nim, że trwoni jego majątek. Przywołał go do siebie i rzekł mu: »Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twego zarządu, bo już nie będziesz mógł być rządcą«.

Na to rządca rzekł sam do siebie: »Co ja pocznę, skoro mój pan pozbawia mię zarządu? Kopać nie mogę, żebrać się wstydzę. Wiem, co uczynię, żeby mię ludzie przyjęli do swoich domów, gdy będę usunięty z zarządu«.

Przywołał więc do siebie każdego z dłużników swego pana i zapytał pierwszego: »Ile jesteś winien mojemu panu?«. Ten odpowiedział: »Sto beczek oliwy«. On mu rzekł: »Weź swoje zobowiązanie, siadaj prędko i napisz: pięćdziesiąt«. Następnie pytał drugiego: »A ty, ile jesteś winien?«. Ten odrzekł: »Sto korcy pszenicy«. Mówi mu: »Weź swoje zobowiązanie i napisz: osiemdziesiąt«. Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił. Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światła.

Ja także wam powiadam: »Zyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków. Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze?

Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi.

Nie możecie służyć Bogu i Mamonie«”. (Łk 16,1-13)

Przypowieść o nieuczciwym rządcy niepokoi. Niełatwo ją zrozumieć. Bo jak by nie patrzeć Jezus daje nam tego człowieka za przykład. Ale w jakim sensie? Czy pochwala nieuczciwość? Czy każe kombinować? Myślę, że chodzi o coś zupełnie innego.

Znamienne, że ta przypowieść pojawia się w Ewangelii św. Łukasza tuż po tym, jak Jezus skończył długą opowieść o miłosiernym ojcu i jego dwóch synach: marnotrawnym i „grzecznym”, który pozostał w domu. Tam właśnie pojawia się sprawa majątku podzielonego między dwóch synów. Jeden z synów jest uderzająco podobny do bohatera dzisiejszej przypowieści.

Co łączy nieuczciwego, ale obrotnego rządcę, z synem marnotrawnym?

Po pierwsze, zarówno młodszy syn jak i rządca roztrwonili powierzony im majątek.

Po drugie, w sytuacji krytycznej, wręcz beznadziejnej, w którą sami się wpędzili, nagle otwierają się im oczy. Młodszy syn budzi się z letargu i zaczyna myśleć dopiero nad świńskim korytem, które okaże się punktem zwrotnym w jego życiu.

Rządca zdaje sobie sprawę, że jego pan w końcu dowiedział się o jego niegospodarności i teraz trzeba będzie odpowiedzieć za swoje błędy. Postanawia zdobyć sobie przyjaciół, wiedząc, że nie będzie w stanie usprawiedliwić swoich przekrętów i zaniedbań.

Po trzecie, koniec końców obaj zwracają się o pomoc do ludzi, choć mogliby wpaść w rozpacz i skończyć ze swoim życiem.

Czego więc uczy nas Jezus? Nawet w doświadczeniu największego grzechu jest nadzieja, jest wyjście. Będąc na dnie wciąż mamy wybór: albo się zamkniemy w sobie i zginiemy albo z pokorą uznamy, że jesteśmy ludźmi w potrzebie i zwrócimy się o pomoc do Boga i do ludzi. To bolesna lekcja pokory, ale i lekcja, która uczy nas, że zawsze jest nadzieja. Lepiej szukać niedoskonałego wyjścia niż nie szukać żadnego.

Liturgia słowa po raz kolejny pokazuje nam, że Bogu zależy na nawróceniu człowieka, ale też, że Pan Bóg jest Bogiem zazdrosnym, nie chce od nas ochłapów – czasu, energii, serca. Chce nas samych, to znaczy chce, byśmy w pójście za Nim zaangażowali całą intymność, inteligencję i twórczość, na jakie nas stać. Zgodnie z wymaganiami pierwszego przykazania: „Będziesz miłował Pana Boca, całym sercem, całą duszą, ze wszystkich sił…” Oczywiście nie jest to łatwe! Domaga się nieustannej czujności. Potrzebujemy też pomocy, by wytrwać na właściwej drodze.

Należy się tutaj pewne wyjaśnienie, które współczesnemu odbiorcy Ewangelii nastręcza sporo trudności. Dlaczego Jezus używa określenia „niegodziwa mamona” do pieniędzy, które nikt nie ma co do tego wątpliwości z natury nie są złe. Chrystus odwołuje się tutaj do pewnej myśli Starego Testamentu, która dla Jemu współczesnych słuchaczy była oczywista, ale dla nas już taka nie jest. Niegodziwą jest mamona nie dlatego, że nieuczciwie została zdobyta, lub że jest zła z natury, lecz – w duchu powtarzanych przez Mędrców napomnień (np. Koh 5,9.12–16; Syr 5,1.8; 26,29 – 27,2) – ponieważ jest zawodna i dla wielu ludzi jest moralną pułapką. A mimo to może być z niej dobry użytek – stanowi ona swoistą próbę dla człowieka, co on uważa za „swoje” dobro: przemijającą nieuchronnie doczesność, czy dobro prawdziwe, a nie cudze względem jego wiekuistych przeznaczeń. Jezus w Ewangelii sugeruje – zresztą zgodnie z duchem ksiąg mądrościowych – że tylko dobra duchowe, trwałe, sięgające poza chwilę, w której wszystko się skończy,  poza to, co doczesne, zasługują na to, byśmy je uznali za „własne”. 

Dlatego dobrze jest przyglądać się naszemu życiu a zwłaszcza naszemu stosunkowi do tego co posiadamy. Nasze odniesienie do rzeczonej „mamony”, która możemy rozumieć jako pieniądz, ale taż jako każdą inną wartość materialną jest doskonałym sprawdzianem tego, co w naszym życiu jest najważniejsze. Bo jak mówi Jezus, nie da się dwom panom służyć. Dlatego warto pytać: co w życiu najbardziej angażuje naszą uwagę i nasze serca: wiara, a może zdrowie, rodzina, praca, pieniądz? Chrystus chce, żeby nasze serca były wolne w posługiwaniu się darami, jakie otrzymaliśmy od Boga.

Na przykład: Stosunek do pieniądza może bardzo wiele powiedzieć nam o nas samych. Dla lepszych zarobków jesteśmy gotowi wstawać wcześnie, kłaść się spać późno, jeździć daleko, jadać nieregularnie, bywa, że i zaniedbywać rodzinę. Potrafimy dostosować się do naszego otoczenia w pracy czy wymagań szefa. Często jesteśmy gotowi uruchomić wszystkie nasze zdolności, by mieć więcej… uznania, popularności, szacunku, wpływów: władzy i pieniędzy.

A teraz zapytajmy siebie: Czy z takim samym zaangażowaniem potrafimy troszczyć się o wierność zasadom Ewangelii? Jak często jest tak, że trudno nam modlić się rano i wieczorem, bo rano śpieszymy się do pracy, a wieczorem jesteśmy już tak zmęczeni albo zajęci innymi sprawami, które wydają się pilne, że zapominamy o modlitwie. Posty (nawet te piątkowe) wydają się dla nas za trudne, usprawiedliwiamy się czasem, że chyba są przeżytkiem w XXI wieku. Bywa, że i w miejsce Mszy świętej niedzielnej znajdujemy inne (w domyśle) ważniejsze sprawy…

Cóż robić? Może warto zacząć od pytania: Czy w naszym życiu nie tkwimy wciąż w tym samym miejscu, nie będąc w stanie uczynić choćby małego kroku przede wszystkim dlatego, że Ewangelia przestała nas już niepokoić czy zaskakiwać?

Stara rzymska zasada mówi do ut des – daję, abyś dawał. Tak właśnie działa Bóg: daje nam w zarząd ten świat. Nie po to, żeby zaspokoić nasz egoizm, ale po to, żebyśmy się dzielili z innymi. Nawrócenie do którego nieustannie zaprasza nas Chrystus wymaga od nas ciągłego przewartościowywania naszego sposobu patrzenia i myślenia i pytanie siebie, czy ma ono coś wspólnego z Ewangelią?

Skoro świat został nam oddany pod zarząd, co w nim może najbardziej do nas należeć? Często wydaje nam się, że tą wartością jest rodzina, zdrowie, praca, ekologia itp. A tak rzadko myślimy o tym, że tą najbardziej zależną od nas wartością jest nasze zbawienie – dar Boga, którego żaden złodziej nam nie ukradnie, o ile my sami się z niego nie okradniemy, sprowadzając nasze wysiłki jedynie do doczesności.

Prośmy, aby to, czym zarządzamy na co dzień, nie przysłoniło nam tej jedynej i najważniejszej z punktu widzenia wiary wartości, której strata ma nie tylko doczesne,  ale i wieczne konsekwencje.

Stan modlitwy nieustannej

Podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, [wie], że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą. [Rz 8,26-27]

Rzadko myślimy o modlitwie, jako o przestrzeni, w której zostajemy obdarzeni życiem nadprzyrodzonym. Częściej ten stan przypisujemy sakramentom. Tymczasem modlitwa jest właśnie tą pierwszą i podstawową przestrzenią uczestniczenia w życiu nadprzyrodzonym, jest rzeczywistością przekraczająca tu i teraz, choć w tu i teraz jest zakorzeniona, ale sięga swoją mocą (a mówiąc szczerze mocą Ducha Świętego – jak mówi o tym autor Listu do Rzymian) poza czas i przestrzeń, bardziej świadomie zanurzając nas w wieczności. To stwierdzenie bardziej świadomie jest o tyle ważne, że owo zanurzenie w wieczność ma miejsce w każdej chwili naszego życia, nie tylko w sensie historycznym – bo jesteśmy częścią wiecznej historii – ale też w sensie duchowym. Tę prawdę najprościej i najpiękniej ukazuje stwierdzenie św. Łukasza, który z właściwym sobie realizmem stwierdza: „W Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” [Łk. 17,28]

Zachęta do modlitwy nieustannej jest zatem zaproszeniem do trwania w tej świadomości, w pamięci o naszym nieustannym zanurzeniu w rzeczywistość duchową i wieczną, gdyż ta pamięć daje nam zupełnie inną perspektywę patrzenia. W praktyce medytacji monologicznej, Modlitwy Jezusowej, czy jak kto woli Modlitwy Serca pragniemy odpowiedzieć na to zaproszenie. W tej praktyce stawiamy sobie nieustannie pytanie: jak wejść w stan nieustannej modlitwy, do której nasza praktyka ma prowadzić, by w niej trwać?

Odpowiedź poniekąd odnajdujemy w przywołanym dziś fragmencie z Listu do Rzymian: winniśmy oprzeć się na mocy Ducha Świętego, który działa w nas i działa przez naszą modlitwę. Prawda jest taka – choć czasem trudno nam to uznać – że to nie my „czynimy” naszą modlitwę. Nie my jesteśmy jej inicjatorami i reżyserami. Nie my piszemy jej scenariusz. Przynajmniej dopóki będziemy tak uważali, dopóty nasze podejście będzie katastrofalne dla skutków naszej modlitwy. Jeśli prawdą jest stwierdzenie św. Pawła Apostoła, że „nikt bez pomocy Ducha nie może powiedzieć, że Panem jest Jezus” [por. 1 Kor 12, 3], to co dopiero mówić o modlitwie, która właśnie na tym wezwaniu opiera się jak na fundamencie. Innymi słowy modlitwa monologiczna zaprasza nas raczej do pewnego rodzaju odpuszczenia, zrezygnowania z pokusy, że to my musimy kontrolować naszą modlitwę na rzecz włączenia jej w strumień Ducha, który jeśli Mu zawierzymy stanie się najlepszym i najpewniejszym Przewodnikiem w naszej modlitwie. A wówczas – jak pisze św. Paweł – nie ma żadnego znaczenie czy umiemy się modlić czy nie, czy atakują nas jakieś rozproszenia czy nie. To czego Bóg oczekuje od nas, to nasza wola i otwarte serce, które pragnie posiąść taką modlitwę i zostać w nią zanurzonym. Nie wymagajmy od siebie więcej niż możemy, gdyż to Duch Święty jest w nas sprawcą tej modlitwy. Najważniejsze jest to, abyśmy się modlili, gdyż jedyną przestrzenią wzrostu modlitwy jest sama modlitwa. Z naszej strony w praktyce medytacji monologicznej chodzi raczej o to, abyśmy poprzez recytowane w rytmie oddechu wezwanie weszli w prosty kontakt z Bogiem i pozwolili Mu, aby zatroszczył się o resztę. Właśnie dlatego ta modlitwa jest tak wymagająca, bo domaga się od nas bezgranicznego zaufania w działanie Ducha Świętego i zdolności zawierzenia mu naszej modlitwy, gdyż to On jest zarówno Nauczycielem Modlitwy jak i Gwarantem jej skuteczności.

Pamiętajmy jednak, że modlitwa nie kończy się z chwilą zakończenia naszej medytacji, tak jak nie kończy się nasze zanurzenie w wieczność. Dlatego ważne, abyśmy również poza stałymi i wiernymi godzinami codziennej praktyki medytacji wracali w wolnych chwilach do powtarzanego w sercu wezwania: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”, aby przypominało naszemu szybkiemu, aktywnemu życiu, że ono także nieustannie zanurzone jest w wiecznym teraz Boga.

Bóg, który okazuje miłosierdzie

Zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: „Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi”.
Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: „Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: «Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła».
Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia.
Albo jeśli jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czyż nie zapala światła, nie wymiata domu i nie szuka starannie, aż ją znajdzie? A znalazłszy ją, sprasza przyjaciółki i sąsiadki i mówi: «Cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam».
Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca”.
Powiedział też: „Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: «Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada».
Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie.
A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na pola, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał.
Wtedy zastanowił się i rzekł: «Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników».
Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca.
A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: «Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem». Lecz ojciec rzekł do swoich sług: «Przynieście szybko najlepszą suknię i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się; ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się». I zaczęli się bawić.
Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to znaczy. Ten mu rzekł: «Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego».
Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: «Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę».
Lecz on mu odpowiedział: «Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się»”. (Łk 15,1-32)

Można zapytać: Po co Izraelitom był ten cielec, o którym mowa w dzisiejszym pierwszym czytaniu? Czy chcieli porzucić swego Boga, który dokonał wielkich rzeczy w ich życiu? Chyba nie taki był ich zamiar. Składając pokłon cielcowi, mówili bowiem: „Izraelu, oto twój bóg, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej”. Nie zapomnieli więc o swoim Bogu i o Jego cudach! Ich grzech polegał na czym innym – chcieli mieć boga na swoją miarę. Zdradzili zatem nieogarnionego Boga nie przez odejście do boga obcego, ale przez chęć sprowadzenia Go do swoich wyobrażeń o Nim.

Bardzo łatwo ulec poczuciu, że się poznało Boga. Chcemy być spokojni, że wiemy, jaki On jest i czego od nas oczekuje. Jest to pokusa, której ulegli faryzeusze. Znali oni Prawo i uważali za niedopuszczalne zadawanie się z celnikami i grzesznikami, czyli z ludźmi wykluczonymi ze wspólnoty religijnej. Przywiązanie do przepisów religijnych sprawiało, że nie potrafili otworzyć się na prawdę o tym, iż Bóg jest jak pasterz, który wyrusza na poszukiwanie zaginionej owcy. Pan Jezus, opowiadając tę przypowieść, nie mówi im jednak czegoś nowego. Przypomina jedynie to, co zostało już objawione w Starym Testamencie: „Ja sam będę pasł moje owce i Ja sam będę je układał na legowisku – wyrocznia Pana Boga. Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chorą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał. Będę pasł sprawiedliwie” (Ez 34, 15–16).

Bóg pragnie okazywać miłosierdzie grzesznikom, ale nie czeka, aż się opamiętają i nawrócą do Niego, tylko sam wychodzi, aby ich odnaleźć. Tak było ze św. Pawłem, który był przecież przekonany, że prześladując wyznawców Chrystusa, wypełnia wolę Boga. Pan jednak wyszedł mu na spotkanie, co więcej, wstrząsnął nim w drodze do Damaszku, pokazując, że Jego wola jest inna niż Paweł to sobie wyobrażał. Apostoł na samym sobie doświadczył siły Bożego miłosierdzia, które jego – „bluźniercę, prześladowcę i oszczercę” – przemieniło w gorliwego apostoła, dlatego też mógł z przekonaniem głosić: „Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników, spośród których ja jestem pierwszy”.

Orędzie Bożego miłosierdzia tak dalece przekracza nasze wyobrażenia, że trudno nam czasem w nie uwierzyć. Trudno nam przyjąć, że Bóg rzeczywiście z niepokojem szuka każdego grzesznika, aby wybaczyć mu jego niewierność.

Owca, drachma, ukochany syn. Można by powiedzieć: różne straty i różne radości. Jedna ze stu owiec to zaledwie 1 procent majątku, jedna zgubiona drachma z dziesięciu stanowi 10 proc. oszczędności. Straty bolesne, ale do przeżycia. Kiedy jednak traci się kogoś najbliższego, straty nie da się policzyć w procentach. Za każdym razem skutkiem straty jest rozdarte serce. Czy myśleliśmy kiedyś o tym, że Bóg ma rozdarte serce, za każdym razem kiedy wybieramy grzech, tym samym odwracając się do Niego plecami?

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku powstał w Ameryce zespół muzyczny „The Living Sound”, który śpiewał piosenki o Bożym miłosierdziu. Wiele z ich piosenek opowiadało prawdziwe historie z życia wzięte. Jedna z nich opowiada o młodym mężczyźnie wracającym z więzienia do domu. Wychodząc po wielu latach nie do końca wiedział do czego ma wracać.

Dlatego przed wyjściem napisał list do swoich rodziców. Pisał w nim, że będzie przejeżdżał obok ich domu. Nie miał odwagi napisać: „swojego domu”. Zawiódł przecież rodziców. Prosił tylko, by dali mu znak, jeśli pragną, by wysiadł i odwiedził ich: by zawiązali jakąś wstęgę na drzewie. Mieszkali bowiem tuż przy torach kolejowych. W pociągu opowiedział przygodnemu pasażerowi historię swego życia.

 – Nie wierzę w jakikolwiek znak od moich rodziców – mówił. Nie mam odwagi spojrzeć przez okno, gdy będę przejeżdżał obok ich domu. Tam nic nie będzie!

Gdy dojeżdżali do miejscowości, gdzie mieszkali nagle przygodny towarzysz jego podróży zaczął szarpać go za ramię i wołać: – „Spójrz tylko za okno! To, co zobaczył zaparło mu dech w piersiach. Wszystkie okoliczne drzewa rosnące przy domu jego rodziców były przybrane tysiącami kolorowych wstążek.

Jak mówi stara maksyma: Błądzenie jest rzeczą ludzką”. Jako ludzie dochodzimy bowiem do prawdy często potykając się o kamienie, które wcześniej sami rzuciliśmy sobie pod nogi naszymi błędnymi decyzjami i wyborami.

Jezus uczy wielu z nas swoją postawą wyrozumiałości i cierpliwości. Nikogo nie nawraca nas na siłę, tylko daje czas nie tylko do namysłu, ale i do przemiany a On wie najlepiej, że tego czasu czasem potrzeba wiele, tak jak wiele trudu kosztuje pozbycie się starych, często złych i grzesznych nawyków.    

Tysiące ludzi, którzy w swoim życiu odeszli daleko od Boga, ale potem do Niego wrócili i zostali przez niego przyjęci jak najukochańsze dzieci, są żywymi świadkami tego, jak głęboko prawdziwa jest ta przypowieść o marnotrawnym synu, który „był umarły, a ożył, zaginął, a odnalazł się”.

Jedyne, co musimy zrobić, to pozwolić się Bogu odnaleźć. I pozwolić Bogu odnaleźć innych zagubionych, pamiętając o tym, że nawrócenie to proces, dlatego trzeba uzbroić się w cierpliwość, ufność i serce, dal siebie i dla innych.

Najważniejszym przesłaniem przypowieści o Synu Marnotrawnym jest nie tylko Boże miłosierdzie (choć to właśnie na nim zwykliśmy się skupiać).

W tej przypowieści chodzi również o pytanie o jakość naszego bycia, naszej relacji z Bogiem. O to czy ostatecznie potrafimy zaufać Bożemu miłosierdziu i prawdziwie się na nim oprzeć.

Odejmowanie, otwartość i kontemplacja

Jeśliście razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadując po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. Gdy się ukaże Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale.

Zadajcie więc śmierć temu, co jest przyziemne w waszych członkach. (Kol 3,1-5)

Czy istnieje jakaś Boska recepta na „zadanie śmierci temu, co przyziemne w nas”? Żyjemy w czasie niebywałego postępu technologicznego, który sprawił, że zaczęliśmy bardziej ufać nieograniczonym możliwościom, jakie wydaje się dawać nauka i technika. Można powiedzieć, że to, co eschatologiczne, cały ten cudowny wymiar życia wewnętrznego zostaje skutecznie zakrzyczany przez to, co zewnętrzne, na czym tak często skupiamy nasza uwagę. To sprawia, że przeciętny współczesny człowiek a także przeciętny chrześcijanin staje się zagoniony, nerwowy, niecierpliwy i oderwany od swojego wnętrza, na wsłuchiwanie się w które nie ma już po prostu czasu.

Poczucie oddzielenia od Boga, na które skarży się wielu współczesnych ludzi, to po prostu wynik natłoku myśli i emocji, które nas atakują. Niemiecki teolog Karl Rahner już w XX wieku przewidując taka sytuację pisał, że jedynym antidotum na wyobcowanie człowieka epoki szybkiego rozwoju techniki jest kontemplacja. Bez tej praktyki człowiek współczesny nie poradzi sobie z wielością napięć, które się w nim pojawiają.

Jest takie piękne stwierdzenie znanego pisarza Marka Twain’a, który pod koniec swojego życia stwierdził ze smutkiem: „Jestem starym człowiekiem i miałem mnóstwo problemów. Większość z nich nigdy się nie wydarzyła”. Ileż to problemów, które sami stwarzamy w naszych głowach nigdy się nie realizuje, ale skutecznie odbiera nam życiową energię i generuje niepotrzebne lęki odbierając radość życia, której jako uczniowie Chrystusa powinniśmy być świadkami.

Czasy obecne wydają się stawiać przed nami – ludźmi wiary i modlitwy bardzo konkretne wyzwanie by wrócić do prostoty, do czystości serca i ubóstwa, które jest radykalnym odrzuceniem tego, co próbuje zająć w nas (naszym myśleniu i sercu) miejsce Boga. Kontemplatywny wymiar życia o czym pisał już w średniowieczu Mistrz Eckhart, to proces ogołacania i porzucania tego, co nieistotne dla naszego życia i zbawienia. „Szukajcie tego, co w górze nie tego, co na ziemi” – prosi dziś św. Paweł w Liście do Kolosan. Jezusowi w Ewangelii nigdy nie zależało na tym, żebyśmy więcej osiągnęli czy zdobyli, ale byśmy bardziej zaufali. Zaufać Bogu i zaufać życiu i tego, czego Bóg chce nas przez nie nauczyć. Ale to wymaga umiejętności odpuszczania.

W praktyce medytacji trzeba nam nieustannie wracać do obrazu Maryi. Jej postawa pokazuje, że to do czego Pan Bóg nas zaprasza to wytworzenie w sobie pewnego rodzaju pustki i otwartości na przyjęcie Jego Słowa (Jego woli). A potem na zaufaniu, że On doprowadzi w nas dobre dzieło, które rozpoczął z chwilą chrztu świętego, jeśli Mu na to oczywiście pozwolimy. Maryja uczy nas „zejścia” z głowy do serca najpierw w modlitwie a potem w życiu. Nasza głowa determinuje to czego naprawdę szukamy a nasze myślenie sprawia często, że zaufanie wydaje się niepotrzebne. Mając swoje własne odpowiedzi na pytania nie potrzebujemy Boga o ile On nie jest  się w stanie dostosować do naszych planów, wyobrażeń i odpowiedzi. Potrzebujemy własnego umysłu, własnej pewności i samodzielnie wysuniętych wniosków. Obecnie wszystko – również religia – zyskuje prywatny charakter a zbytni indywidualizm prowadzi do ekscentryczności i arogancji. Tymczasem zaufanie, które jest domeną serca nie zaś racjonalnego umysłu przypomina nam, że nie potrafimy ułożyć swojego życia w taki sposób, abyśmy nie potrzebowali w nim Boga.

Przypomnijmy na koniec raz jeszcze przywoływane już słowa Mistrza Eckharta: „Prawdziwa duchowość ma więcej wspólnego z odejmowaniem niż z dodawaniem”. Tego właśnie uczy nas medytacja. Uczy, że powinniśmy oderwać się od przeszłości i przyszłości, od niepotrzebnego zamartwiania się, od lęków, które w sobie nosimy, od natłoku myśli, po to by być kimś tu i teraz i po to by nie przegapić tajemnicy chwili obecnej, w której jest obecny i przez którą działa Bóg.

Miłość czy nienawiść

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: ”Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem.
Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.
Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw, a nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy patrząc na to zaczęliby drwić z niego: »Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć«.
Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.
Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”.  (Łk 14,25-33)                                  

Czasem siłą napędową do podążania za Jezusem są entuzjazm i emocje. Jezus jest jednak realistą i wie, że to za mało, by stać się Jego uczniem.

Przypomina to trochę relację między kobietą i mężczyzną: gdy jesteśmy zakochani, towarzyszą nam silne emocje, dowiadujemy się o drugim człowieku samych dobrych rzeczy, widzimy przed sobą niemal idealną osobę bez żadnych wad. Jednak ten stan nie trwa długo. Jeśli para zakochanych chce zbudować prawdziwą i głęboką więź, musi w swojej relacji odkryć coś głębszego i trwalszego.

Podobnie jest z życiem chrześcijańskim. W podążaniu za Jezusem naprawdę chodzi o bycie uczniem otwartym na głos Mistrza. Ale żeby stać się uczniem, potrzebna jest miłość. Święta Katarzyna ze Sieny mówiła, że dusza jest stworzona z miłości. Nasza dusza jest zdolna kochać i pragnąć Boga. Nie można jednak zapomnieć o tym, że miłość, to coś więcej niż nawet największe i najszlachetniejsze porywy serca, ale codzienna wierność dotycząca konkretów naszego życia.

Tym bardziej niedorzecznie w perspektywie miłości, o której mówimy zdają się brzmieć słowa Jezusa o tym, by mieć w nienawiści ojca i matkę, żonę, męża a nawet siebie… Chrystus sam wzrastał złączony więzami rodzinnymi. Otoczony miłością Maryi, czuł się przywiązany do Matki. Trwałe i piękne były jego przyjaźnie, jak ta z domem Marii, Marty i Łazarza. Zgromadził przy sobie uczniów, zaufał im i włączył do współpracy w zbawieniu świata. Nazywając przyjaciółmi, nie wyrzekł się żadnego z nich, choć zawiedli. Chrystus odsłania Oblicze Boga, który JEST w relacji do człowieka. Czy zatem Bóg – Filantropos, jak nazywa się Chrystusa na Wschodzie, który błogosławi prześladowców, uczy miłości, rozbraja nienawiść, a nieprzyjaciół czyni braćmi, mógłby nas namawiać do nienawiści?

Co Chrystus zatem miał na myśli, gdy wypowiada mocne słowa z dzisiejszej Ewangelii?

Używając paraboli charakterystycznej dla języka Bliskiego Wschodu, Jezus przestrzega przed relacjami pozbawionymi ostatecznego źródła w Bogu. Owo „wyrzeczenie się” wszystkiego dla Boga, którego domaga się Jezus pozwala odkryć, że zarówno ludzie jak i to czym się posługujemy nie są naszą własnością, lecz darem. Jeśli takie rozumienie „nienawiści” zastosujemy do słów Pana Jezusa, oznaczałoby to, iż kto chce być Jego uczniem, powinien bardziej niż swoich najbliższych krewnych miłować Chrystusa. Dlaczego? 

Przyjaźń z Chrystusem jest źródłem miłości i siły, także w relacjach z ludźmi. Ktoś powie: po co mi Ewangelia, sam wiem, jak mam kochać żonę i bliskich, nie mam z tym żadnych problemów. Być może nie mamy z tym problemów, do czasu. Miłość do bliskich również potrafi być wyzwaniem i dlatego potrzebujemy umocnienia i światła do podejmowania mądrych i dobrych decyzji. Jednak „pierwszą miłością” powinien być Jezus, Bóg. Dopiero w Nim możemy kochać wszystkich „właściwie”. Dopiero w Nim, który jest źródłem miłości, nasza miłość może być głęboka, dojrzała, prawdziwa.

Inną sprawą jest to, że miłość ma różne odcienie…

Inaczej kochamy Boga, inaczej siebie, rodziców, dzieci, przyjaciół, czy ludzi przypadkowo spotkanych.

Puenta dzisiejszych rozważań jest taka: Droga z Jezusem wymaga radykalnych decyzji i cięć. Nie można iść za Nim połowicznie. „Kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”. Naśladowanie Jezusa wyklucza wszelkie półśrodki, kompromisy, ustępstwa na rzecz wygodnego życia. Wymaga przemiany hierarchii wartości.

Poza dyskusją jest „być nad mieć”. Ale „mieć” także wymaga refleksji. Oczywiście, nie chodzi o to, byśmy rezygnowali z wszystkiego, „pozostawiając działanie Panu Bogu”, ale raczej o to, byśmy mądrze gospodarowali posiadanymi dobrami. Dobra materialne nie mogą stać się bożkiem w naszym życiu.

Droga z Jezusem wymaga wytrwałości, duchowego realizmu i odwagi. Wytrwałość i realizm ilustrują je dwie przypowieści Jezusa: o człowieku, który założył fundament wieży, ale nie miał środków, by ją wykończyć oraz o królu, który przed rozpoczęciem wojny obmyśla strategię zapewniającą zwycięstwo.

Trzecią cechą życia wewnętrznego jest odwaga. Błędem jest lęk, myślenie negatywne i pokusa rezygnacji. Negatywne myślenie połączone z lękiem i brakiem strategii życiowej prowadzi do klęski. Zamiast rozwoju, pojawia się stagnacja lub regres.

Co dominuje w moim życiu: „być czy mieć”? Czy w moim życiu nie stosuję półśrodków i kompromisów? Co jest moją „pierwszą miłością”? Warto zadawać sobie te pytania, bo one podpowiedzą nam jak jest jakość naszego kroczenia za Jezusem.