Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Braterstwo pilnie poszukiwane

Jezus powiedział do faryzeuszów:

«Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień ucztował wystawnie. U bramy jego pałacu leżał żebrak pokryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza. A także psy przychodziły i lizały jego wrzody.

Umarł żebrak i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany.

Gdy cierpiąc męki w Otchłani, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: „Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i przyślij Łazarza, aby koniec swego palca umoczył w wodzie i ochłodził mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu”.

Lecz Abraham odrzekł: „Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz w podobny sposób – niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A ponadto między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd nie przedostają się do nas”.

Tamten rzekł: „Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich ostrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”.

Lecz Abraham odparł: „Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!” „Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby ktoś z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. Odpowiedział mu: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby ktoś z umarłych powstał, nie uwierzą”». (Łk 16, 19-31)

Słyszymy dziś przypowieść o bogaczu i ubogim Łazarzu – dwie jakże różne drogi życia. Imię Łazarza oznacza w języku hebrajskim: „Bóg pomaga”, a jak mówi Pismo: „Pan wyzwoli biedaka, który Go wzywa” (Ps 72).

Bogacz jest ubrany w najdroższe szaty, żeby pokazać, że ma władzę nad tym światem. Łazarz jest tak ubogi, że jego „ubranie” składa się z ran.

Łazarz mógłby marzyć, żeby żyć jak pies, który zjada resztki ze stołu swojego pana. Wielu ludzi w podobnej sytuacji prosi Jezusa w Ewangelii o pomoc.

Śmierć Łazarza jest początkiem nowej sytuacji: bogacz chciałby być jak Łazarz, byłby szczęśliwy, gdyby mógł jak pies przyjść i zamoczyć swój język w wodzie.

Warto zwrócić uwagę, że w przypowieści o bogaczu i Łazarzu nie ma mowy o nieuczciwości bogacza. Nie jest to zwykłe przemilczenie. Gdyby bogacz faktycznie dorobił się swojego majątku nieuczciwie, prawdopodobnie zostałoby to wprost wspomniane. Zdobycie majątku w wyniku nieuczciwości czy też moralnej dwuznaczności nie zostało więc powiązane z prostą niezgodnością z literą prawa.

Bogacz nie został też przedstawiony jako osoba wzgardliwa i bezlitosna. Nie słyszymy nic o tym, jakoby odrzucał błagania Łazarza czy szczuł go psami. Bez trudu można go sobie wyobrazić jako szanowanego członka jakiejś społeczności, przestrzegającego jej praw i zasad.

Ta przypowieść ostrzega jedynie, że żyjąc tylko dla siebie, będziemy samotni, a swoje nieszczęście zrozumiemy dopiero po śmierci. To ważna przestroga w świecie mocno naznaczonym egoizmem. Żeby żyć na wieki, trzeba zobaczyć Bożą miłość w tym świecie, doświadczyć jej tak mocno, aż staniemy się narzędziami braterstwa i miłosierdzia. Od nas tylko zależy, czy pozwolimy Bogu na to, czy też zamkniemy przed Nim drzwi a w konsekwencji uciekniemy także od naszych bliźnich. Te postawy, to dwa naczynia połączone. Aby dać innym, musze najpierw zaczerpnąć ze Źródła Miłości jakim jest Bóg. Żyjmy tak, aby Chrystus mógł ożywiać nas swoją miłością, abyśmy mogli ten dar nieść dalej.

Przypowieść ta mówi o ideale dobrze rozumianego braterstwa – o postulacie, który nie jest przedstawiony w Ewangelii jako skądinąd miła, ale w gruncie rzeczy niezobowiązująca postawa filantropijna, lecz jako wiążący ideał. To, że jego pełne urzeczywistnienie nie miało i nie będzie miało nigdy miejsca, dopóki nie minie ten świat, jest komunałem, na który warto zwrócić uwagę jedynie dlatego, że niezwykle często odgrywa on rolę wygodnej wymówki, którą staramy się tłumaczyć własny egoizm.

Przypowieść o bogaczu i Łazarzu pyta nas dziś bardzo gwałtownie o nasze wysiłki w preparowaniu komfortowego i bezpiecznego świata – takiego, który nie będzie miał punktów stycznych ze światem gorszym, rozpościerającym się za szybami naszych strzeżonych domów oraz szybami pociągów EC, którymi szybko i wygodnie podróżujemy.

Zawierzyć Maryi czas medytacji

Przyszli do Jezusa Jego matka i bracia, lecz nie mogli się dostać do Niego z powodu tłumu.

Oznajmiono Mu: „Twoja matka i bracia stoją na dworze i chcą się widzieć z Tobą”.

Lecz On im odpowiedział: „Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je”. (Łk 8,19-21)

Na co dzień żyjemy w kakofonii słów i dźwięków. Jedne z nich niosą pocieszenie i pokój, inne wręcz przeciwnie niepokoją i wnoszą chaos w nasze myśli i serca. Dzisiejsza Ewangelia zdaje się pytać nas, jakie miejsce wśród słów, które docierają do nas każdego dnia zajmuje to szczególne – Słowo Jezusa, naszego Mistrza?

Przedmiotem chrześcijańskiej medytacji jest zawsze Słowo Jezusa. To w nie uczymy się wsłuchiwać w ciszy naszego serca, nawet wtedy, gdy z pozoru zdawałoby się nam nic nie mówić. Jednak nigdy tak nie jest, bo jak przypomina nam autor Listu do Hebrajczyków „Słowo Boże jest zawsze żywe i skuteczne” [por. Hbr 4,12], zawsze przenika do głębi naszego jestestwa, nawet gdy pozornie nie czujemy tego oddziaływania słowa. Bywa, że na owoce działania Słowa w naszym sercu trzeba poczekać. I tej postawy cierpliwego oczekiwania także uczy nas medytacja.

Ale dzisiejsza Ewangelia uczy nas czegoś jeszcze, również w kontekście doświadczenia medytacyjnego, choć nie często o tym mówimy. Ona zaprasza nas, by nasza modlitwa zbliżała nas także do Maryi. Warto prosić Ją, tak jak prosimy Ducha Świętego, aby była z nami, gdy będziemy medytowali wsłuchując się w Słowo. To dobry wybór – zawierzyć Maryi czas naszej medytacji.

W dzisiejszej Ewangelii to Maryja ukazana nam jest jako Ta, która pragnie spotkać się ze swoim Synem. A jednocześnie nikt inny tak, jak Ona, nie nosił w sobie doświadczenia Jego obecności.

Warto w tym kontekście pytać siebie: Czy noszę w sobie równie wielkie pragnienie spotkania z Jezusem? A przecież to z niego właśnie wynika chęć do codziennego, wytrwałego siadania do medytacji, rano i wieczorem, bez względu na dzień, na pogodę, na stan ducha. Jeśli mamy nosić w sobie doświadczenie Jezusowej obecności ta wytrwałość i radykalizm codziennej praktyki są konieczne.

Dzisiejsza Ewangelia jest bardzo medytacyjna: Jezus pokazuje nam szczególne miejsce spotkania z Nim samym: Jest nim Słowo Boże. Wsłuchiwanie się w  to Słowo prowadzi nas w konsekwencji do zażyłej więzi z Jezusem. Słowo Boże ma moc zrodzić w nas więź z Jezusem, która przekracza najgłębsze ludzkie związki. To jest konkretny owoc działania i żywotności Słowa.

Jezus przypomina nam, że słuchanie Jego Słowa powinno prowadzić do jego wypełniania. Słowo Jezusa zawiera życie. Słowo, które jest żywe chce wypełnić nasze życie tak, jak wypełniło do końca życie Maryi, Apostołów czy wielu świętych. Ich życie pokazuje nam, jak piękny staje się człowiek, który żyje słowem Bożym.

Ale słowo to pragnie także zrodzić w nas prawdziwą wolność. Spoglądając dziś na stojących na zewnątrz domu Maryję i krewnych Jezusa, którzy pragną się z Nim spotkać można odnieść wrażenie, że jest to postawą, którą chcą wywrzeć nacisk na Jezusa, aby się z nimi zobaczył. Tymczasem Jezus swoją postawą pokazuje nam niesłychaną wolność, jaką w sobie ma, nie ulegając tej presji. Skąd się ona bierze? Otóż z tego, że On wie, po co tam jest. Jezus zawsze podejmuje swoje decyzje w sposób niesłychanie spójny z celem, jaki mu przyświeca. Tym celem jest posłuszeństwo woli Ojca i troska o zbawienie tych, do których został posłany.

To także ważna wskazówka dla nas. Im bowiem bardziej wiemy o co nam chodzi w naszym życiu, im bardziej mamy świadomość, co jest naszym prawdziwym celem, do którego dążymy, tym bardziej będziemy niezależni od różnego rodzaju wpływów i presji, które starają się na nas wywrzeć inni czy współczesny świat. Innymi słowy – im bardziej wsłuchujemy się w Słowo Jezusa, które określa naszą prawdziwą tożsamość i wskazuje na prawdziwy cel naszych dążeń tym bardziej będziemy wolni.

Lekcja zarządzania życiem

Jezus powiedział do swoich uczniów:

”Pewien bogaty człowiek miał rządcę, którego oskarżono przed nim, że trwoni jego majątek. Przywołał go do siebie i rzekł mu: »Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twego zarządu, bo już nie będziesz mógł być rządcą«.

Na to rządca rzekł sam do siebie: »Co ja pocznę, skoro mój pan pozbawia mię zarządu? Kopać nie mogę, żebrać się wstydzę. Wiem, co uczynię, żeby mię ludzie przyjęli do swoich domów, gdy będę usunięty z zarządu«.

Przywołał więc do siebie każdego z dłużników swego pana i zapytał pierwszego: »Ile jesteś winien mojemu panu?«. Ten odpowiedział: »Sto beczek oliwy«. On mu rzekł: »Weź swoje zobowiązanie, siadaj prędko i napisz: pięćdziesiąt«. Następnie pytał drugiego: »A ty, ile jesteś winien?«. Ten odrzekł: »Sto korcy pszenicy«. Mówi mu: »Weź swoje zobowiązanie i napisz: osiemdziesiąt«. Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił. Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światła.

Ja także wam powiadam: »Zyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków. Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze?

Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi.

Nie możecie służyć Bogu i Mamonie«”. (Łk 16,1-13)

Przypowieść o nieuczciwym rządcy niepokoi. Niełatwo ją zrozumieć. Bo jak by nie patrzeć Jezus daje nam tego człowieka za przykład. Ale w jakim sensie? Czy pochwala nieuczciwość? Czy każe kombinować? Myślę, że chodzi o coś zupełnie innego.

Znamienne, że ta przypowieść pojawia się w Ewangelii św. Łukasza tuż po tym, jak Jezus skończył długą opowieść o miłosiernym ojcu i jego dwóch synach: marnotrawnym i „grzecznym”, który pozostał w domu. Tam właśnie pojawia się sprawa majątku podzielonego między dwóch synów. Jeden z synów jest uderzająco podobny do bohatera dzisiejszej przypowieści.

Co łączy nieuczciwego, ale obrotnego rządcę, z synem marnotrawnym?

Po pierwsze, zarówno młodszy syn jak i rządca roztrwonili powierzony im majątek.

Po drugie, w sytuacji krytycznej, wręcz beznadziejnej, w którą sami się wpędzili, nagle otwierają się im oczy. Młodszy syn budzi się z letargu i zaczyna myśleć dopiero nad świńskim korytem, które okaże się punktem zwrotnym w jego życiu.

Rządca zdaje sobie sprawę, że jego pan w końcu dowiedział się o jego niegospodarności i teraz trzeba będzie odpowiedzieć za swoje błędy. Postanawia zdobyć sobie przyjaciół, wiedząc, że nie będzie w stanie usprawiedliwić swoich przekrętów i zaniedbań.

Po trzecie, koniec końców obaj zwracają się o pomoc do ludzi, choć mogliby wpaść w rozpacz i skończyć ze swoim życiem.

Czego więc uczy nas Jezus? Nawet w doświadczeniu największego grzechu jest nadzieja, jest wyjście. Będąc na dnie wciąż mamy wybór: albo się zamkniemy w sobie i zginiemy albo z pokorą uznamy, że jesteśmy ludźmi w potrzebie i zwrócimy się o pomoc do Boga i do ludzi. To bolesna lekcja pokory, ale i lekcja, która uczy nas, że zawsze jest nadzieja. Lepiej szukać niedoskonałego wyjścia niż nie szukać żadnego.

Liturgia słowa po raz kolejny pokazuje nam, że Bogu zależy na nawróceniu człowieka, ale też, że Pan Bóg jest Bogiem zazdrosnym, nie chce od nas ochłapów – czasu, energii, serca. Chce nas samych, to znaczy chce, byśmy w pójście za Nim zaangażowali całą intymność, inteligencję i twórczość, na jakie nas stać. Zgodnie z wymaganiami pierwszego przykazania: „Będziesz miłował Pana Boca, całym sercem, całą duszą, ze wszystkich sił…” Oczywiście nie jest to łatwe! Domaga się nieustannej czujności. Potrzebujemy też pomocy, by wytrwać na właściwej drodze.

Należy się tutaj pewne wyjaśnienie, które współczesnemu odbiorcy Ewangelii nastręcza sporo trudności. Dlaczego Jezus używa określenia „niegodziwa mamona” do pieniędzy, które nikt nie ma co do tego wątpliwości z natury nie są złe. Chrystus odwołuje się tutaj do pewnej myśli Starego Testamentu, która dla Jemu współczesnych słuchaczy była oczywista, ale dla nas już taka nie jest. Niegodziwą jest mamona nie dlatego, że nieuczciwie została zdobyta, lub że jest zła z natury, lecz – w duchu powtarzanych przez Mędrców napomnień (np. Koh 5,9.12–16; Syr 5,1.8; 26,29 – 27,2) – ponieważ jest zawodna i dla wielu ludzi jest moralną pułapką. A mimo to może być z niej dobry użytek – stanowi ona swoistą próbę dla człowieka, co on uważa za „swoje” dobro: przemijającą nieuchronnie doczesność, czy dobro prawdziwe, a nie cudze względem jego wiekuistych przeznaczeń. Jezus w Ewangelii sugeruje – zresztą zgodnie z duchem ksiąg mądrościowych – że tylko dobra duchowe, trwałe, sięgające poza chwilę, w której wszystko się skończy,  poza to, co doczesne, zasługują na to, byśmy je uznali za „własne”. 

Dlatego dobrze jest przyglądać się naszemu życiu a zwłaszcza naszemu stosunkowi do tego co posiadamy. Nasze odniesienie do rzeczonej „mamony”, która możemy rozumieć jako pieniądz, ale taż jako każdą inną wartość materialną jest doskonałym sprawdzianem tego, co w naszym życiu jest najważniejsze. Bo jak mówi Jezus, nie da się dwom panom służyć. Dlatego warto pytać: co w życiu najbardziej angażuje naszą uwagę i nasze serca: wiara, a może zdrowie, rodzina, praca, pieniądz? Chrystus chce, żeby nasze serca były wolne w posługiwaniu się darami, jakie otrzymaliśmy od Boga.

Na przykład: Stosunek do pieniądza może bardzo wiele powiedzieć nam o nas samych. Dla lepszych zarobków jesteśmy gotowi wstawać wcześnie, kłaść się spać późno, jeździć daleko, jadać nieregularnie, bywa, że i zaniedbywać rodzinę. Potrafimy dostosować się do naszego otoczenia w pracy czy wymagań szefa. Często jesteśmy gotowi uruchomić wszystkie nasze zdolności, by mieć więcej… uznania, popularności, szacunku, wpływów: władzy i pieniędzy.

A teraz zapytajmy siebie: Czy z takim samym zaangażowaniem potrafimy troszczyć się o wierność zasadom Ewangelii? Jak często jest tak, że trudno nam modlić się rano i wieczorem, bo rano śpieszymy się do pracy, a wieczorem jesteśmy już tak zmęczeni albo zajęci innymi sprawami, które wydają się pilne, że zapominamy o modlitwie. Posty (nawet te piątkowe) wydają się dla nas za trudne, usprawiedliwiamy się czasem, że chyba są przeżytkiem w XXI wieku. Bywa, że i w miejsce Mszy świętej niedzielnej znajdujemy inne (w domyśle) ważniejsze sprawy…

Cóż robić? Może warto zacząć od pytania: Czy w naszym życiu nie tkwimy wciąż w tym samym miejscu, nie będąc w stanie uczynić choćby małego kroku przede wszystkim dlatego, że Ewangelia przestała nas już niepokoić czy zaskakiwać?

Stara rzymska zasada mówi do ut des – daję, abyś dawał. Tak właśnie działa Bóg: daje nam w zarząd ten świat. Nie po to, żeby zaspokoić nasz egoizm, ale po to, żebyśmy się dzielili z innymi. Nawrócenie do którego nieustannie zaprasza nas Chrystus wymaga od nas ciągłego przewartościowywania naszego sposobu patrzenia i myślenia i pytanie siebie, czy ma ono coś wspólnego z Ewangelią?

Skoro świat został nam oddany pod zarząd, co w nim może najbardziej do nas należeć? Często wydaje nam się, że tą wartością jest rodzina, zdrowie, praca, ekologia itp. A tak rzadko myślimy o tym, że tą najbardziej zależną od nas wartością jest nasze zbawienie – dar Boga, którego żaden złodziej nam nie ukradnie, o ile my sami się z niego nie okradniemy, sprowadzając nasze wysiłki jedynie do doczesności.

Prośmy, aby to, czym zarządzamy na co dzień, nie przysłoniło nam tej jedynej i najważniejszej z punktu widzenia wiary wartości, której strata ma nie tylko doczesne,  ale i wieczne konsekwencje.

Stan modlitwy nieustannej

Podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, [wie], że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą. [Rz 8,26-27]

Rzadko myślimy o modlitwie, jako o przestrzeni, w której zostajemy obdarzeni życiem nadprzyrodzonym. Częściej ten stan przypisujemy sakramentom. Tymczasem modlitwa jest właśnie tą pierwszą i podstawową przestrzenią uczestniczenia w życiu nadprzyrodzonym, jest rzeczywistością przekraczająca tu i teraz, choć w tu i teraz jest zakorzeniona, ale sięga swoją mocą (a mówiąc szczerze mocą Ducha Świętego – jak mówi o tym autor Listu do Rzymian) poza czas i przestrzeń, bardziej świadomie zanurzając nas w wieczności. To stwierdzenie bardziej świadomie jest o tyle ważne, że owo zanurzenie w wieczność ma miejsce w każdej chwili naszego życia, nie tylko w sensie historycznym – bo jesteśmy częścią wiecznej historii – ale też w sensie duchowym. Tę prawdę najprościej i najpiękniej ukazuje stwierdzenie św. Łukasza, który z właściwym sobie realizmem stwierdza: „W Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” [Łk. 17,28]

Zachęta do modlitwy nieustannej jest zatem zaproszeniem do trwania w tej świadomości, w pamięci o naszym nieustannym zanurzeniu w rzeczywistość duchową i wieczną, gdyż ta pamięć daje nam zupełnie inną perspektywę patrzenia. W praktyce medytacji monologicznej, Modlitwy Jezusowej, czy jak kto woli Modlitwy Serca pragniemy odpowiedzieć na to zaproszenie. W tej praktyce stawiamy sobie nieustannie pytanie: jak wejść w stan nieustannej modlitwy, do której nasza praktyka ma prowadzić, by w niej trwać?

Odpowiedź poniekąd odnajdujemy w przywołanym dziś fragmencie z Listu do Rzymian: winniśmy oprzeć się na mocy Ducha Świętego, który działa w nas i działa przez naszą modlitwę. Prawda jest taka – choć czasem trudno nam to uznać – że to nie my „czynimy” naszą modlitwę. Nie my jesteśmy jej inicjatorami i reżyserami. Nie my piszemy jej scenariusz. Przynajmniej dopóki będziemy tak uważali, dopóty nasze podejście będzie katastrofalne dla skutków naszej modlitwy. Jeśli prawdą jest stwierdzenie św. Pawła Apostoła, że „nikt bez pomocy Ducha nie może powiedzieć, że Panem jest Jezus” [por. 1 Kor 12, 3], to co dopiero mówić o modlitwie, która właśnie na tym wezwaniu opiera się jak na fundamencie. Innymi słowy modlitwa monologiczna zaprasza nas raczej do pewnego rodzaju odpuszczenia, zrezygnowania z pokusy, że to my musimy kontrolować naszą modlitwę na rzecz włączenia jej w strumień Ducha, który jeśli Mu zawierzymy stanie się najlepszym i najpewniejszym Przewodnikiem w naszej modlitwie. A wówczas – jak pisze św. Paweł – nie ma żadnego znaczenie czy umiemy się modlić czy nie, czy atakują nas jakieś rozproszenia czy nie. To czego Bóg oczekuje od nas, to nasza wola i otwarte serce, które pragnie posiąść taką modlitwę i zostać w nią zanurzonym. Nie wymagajmy od siebie więcej niż możemy, gdyż to Duch Święty jest w nas sprawcą tej modlitwy. Najważniejsze jest to, abyśmy się modlili, gdyż jedyną przestrzenią wzrostu modlitwy jest sama modlitwa. Z naszej strony w praktyce medytacji monologicznej chodzi raczej o to, abyśmy poprzez recytowane w rytmie oddechu wezwanie weszli w prosty kontakt z Bogiem i pozwolili Mu, aby zatroszczył się o resztę. Właśnie dlatego ta modlitwa jest tak wymagająca, bo domaga się od nas bezgranicznego zaufania w działanie Ducha Świętego i zdolności zawierzenia mu naszej modlitwy, gdyż to On jest zarówno Nauczycielem Modlitwy jak i Gwarantem jej skuteczności.

Pamiętajmy jednak, że modlitwa nie kończy się z chwilą zakończenia naszej medytacji, tak jak nie kończy się nasze zanurzenie w wieczność. Dlatego ważne, abyśmy również poza stałymi i wiernymi godzinami codziennej praktyki medytacji wracali w wolnych chwilach do powtarzanego w sercu wezwania: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”, aby przypominało naszemu szybkiemu, aktywnemu życiu, że ono także nieustannie zanurzone jest w wiecznym teraz Boga.

Bóg, który okazuje miłosierdzie

Zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: „Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi”.
Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: „Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: «Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła».
Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia.
Albo jeśli jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czyż nie zapala światła, nie wymiata domu i nie szuka starannie, aż ją znajdzie? A znalazłszy ją, sprasza przyjaciółki i sąsiadki i mówi: «Cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam».
Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca”.
Powiedział też: „Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: «Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada».
Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie.
A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na pola, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał.
Wtedy zastanowił się i rzekł: «Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników».
Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca.
A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: «Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem». Lecz ojciec rzekł do swoich sług: «Przynieście szybko najlepszą suknię i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się; ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się». I zaczęli się bawić.
Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to znaczy. Ten mu rzekł: «Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego».
Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: «Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę».
Lecz on mu odpowiedział: «Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się»”. (Łk 15,1-32)

Można zapytać: Po co Izraelitom był ten cielec, o którym mowa w dzisiejszym pierwszym czytaniu? Czy chcieli porzucić swego Boga, który dokonał wielkich rzeczy w ich życiu? Chyba nie taki był ich zamiar. Składając pokłon cielcowi, mówili bowiem: „Izraelu, oto twój bóg, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej”. Nie zapomnieli więc o swoim Bogu i o Jego cudach! Ich grzech polegał na czym innym – chcieli mieć boga na swoją miarę. Zdradzili zatem nieogarnionego Boga nie przez odejście do boga obcego, ale przez chęć sprowadzenia Go do swoich wyobrażeń o Nim.

Bardzo łatwo ulec poczuciu, że się poznało Boga. Chcemy być spokojni, że wiemy, jaki On jest i czego od nas oczekuje. Jest to pokusa, której ulegli faryzeusze. Znali oni Prawo i uważali za niedopuszczalne zadawanie się z celnikami i grzesznikami, czyli z ludźmi wykluczonymi ze wspólnoty religijnej. Przywiązanie do przepisów religijnych sprawiało, że nie potrafili otworzyć się na prawdę o tym, iż Bóg jest jak pasterz, który wyrusza na poszukiwanie zaginionej owcy. Pan Jezus, opowiadając tę przypowieść, nie mówi im jednak czegoś nowego. Przypomina jedynie to, co zostało już objawione w Starym Testamencie: „Ja sam będę pasł moje owce i Ja sam będę je układał na legowisku – wyrocznia Pana Boga. Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chorą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał. Będę pasł sprawiedliwie” (Ez 34, 15–16).

Bóg pragnie okazywać miłosierdzie grzesznikom, ale nie czeka, aż się opamiętają i nawrócą do Niego, tylko sam wychodzi, aby ich odnaleźć. Tak było ze św. Pawłem, który był przecież przekonany, że prześladując wyznawców Chrystusa, wypełnia wolę Boga. Pan jednak wyszedł mu na spotkanie, co więcej, wstrząsnął nim w drodze do Damaszku, pokazując, że Jego wola jest inna niż Paweł to sobie wyobrażał. Apostoł na samym sobie doświadczył siły Bożego miłosierdzia, które jego – „bluźniercę, prześladowcę i oszczercę” – przemieniło w gorliwego apostoła, dlatego też mógł z przekonaniem głosić: „Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników, spośród których ja jestem pierwszy”.

Orędzie Bożego miłosierdzia tak dalece przekracza nasze wyobrażenia, że trudno nam czasem w nie uwierzyć. Trudno nam przyjąć, że Bóg rzeczywiście z niepokojem szuka każdego grzesznika, aby wybaczyć mu jego niewierność.

Owca, drachma, ukochany syn. Można by powiedzieć: różne straty i różne radości. Jedna ze stu owiec to zaledwie 1 procent majątku, jedna zgubiona drachma z dziesięciu stanowi 10 proc. oszczędności. Straty bolesne, ale do przeżycia. Kiedy jednak traci się kogoś najbliższego, straty nie da się policzyć w procentach. Za każdym razem skutkiem straty jest rozdarte serce. Czy myśleliśmy kiedyś o tym, że Bóg ma rozdarte serce, za każdym razem kiedy wybieramy grzech, tym samym odwracając się do Niego plecami?

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku powstał w Ameryce zespół muzyczny „The Living Sound”, który śpiewał piosenki o Bożym miłosierdziu. Wiele z ich piosenek opowiadało prawdziwe historie z życia wzięte. Jedna z nich opowiada o młodym mężczyźnie wracającym z więzienia do domu. Wychodząc po wielu latach nie do końca wiedział do czego ma wracać.

Dlatego przed wyjściem napisał list do swoich rodziców. Pisał w nim, że będzie przejeżdżał obok ich domu. Nie miał odwagi napisać: „swojego domu”. Zawiódł przecież rodziców. Prosił tylko, by dali mu znak, jeśli pragną, by wysiadł i odwiedził ich: by zawiązali jakąś wstęgę na drzewie. Mieszkali bowiem tuż przy torach kolejowych. W pociągu opowiedział przygodnemu pasażerowi historię swego życia.

 – Nie wierzę w jakikolwiek znak od moich rodziców – mówił. Nie mam odwagi spojrzeć przez okno, gdy będę przejeżdżał obok ich domu. Tam nic nie będzie!

Gdy dojeżdżali do miejscowości, gdzie mieszkali nagle przygodny towarzysz jego podróży zaczął szarpać go za ramię i wołać: – „Spójrz tylko za okno! To, co zobaczył zaparło mu dech w piersiach. Wszystkie okoliczne drzewa rosnące przy domu jego rodziców były przybrane tysiącami kolorowych wstążek.

Jak mówi stara maksyma: Błądzenie jest rzeczą ludzką”. Jako ludzie dochodzimy bowiem do prawdy często potykając się o kamienie, które wcześniej sami rzuciliśmy sobie pod nogi naszymi błędnymi decyzjami i wyborami.

Jezus uczy wielu z nas swoją postawą wyrozumiałości i cierpliwości. Nikogo nie nawraca nas na siłę, tylko daje czas nie tylko do namysłu, ale i do przemiany a On wie najlepiej, że tego czasu czasem potrzeba wiele, tak jak wiele trudu kosztuje pozbycie się starych, często złych i grzesznych nawyków.    

Tysiące ludzi, którzy w swoim życiu odeszli daleko od Boga, ale potem do Niego wrócili i zostali przez niego przyjęci jak najukochańsze dzieci, są żywymi świadkami tego, jak głęboko prawdziwa jest ta przypowieść o marnotrawnym synu, który „był umarły, a ożył, zaginął, a odnalazł się”.

Jedyne, co musimy zrobić, to pozwolić się Bogu odnaleźć. I pozwolić Bogu odnaleźć innych zagubionych, pamiętając o tym, że nawrócenie to proces, dlatego trzeba uzbroić się w cierpliwość, ufność i serce, dal siebie i dla innych.

Najważniejszym przesłaniem przypowieści o Synu Marnotrawnym jest nie tylko Boże miłosierdzie (choć to właśnie na nim zwykliśmy się skupiać).

W tej przypowieści chodzi również o pytanie o jakość naszego bycia, naszej relacji z Bogiem. O to czy ostatecznie potrafimy zaufać Bożemu miłosierdziu i prawdziwie się na nim oprzeć.