Powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Jezusa na próbę, zapytał: ”Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”.
Jezus mu odpowiedział: ”Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz?”.
On rzekł: ”Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego”.
Jezus rzekł do niego: ”Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył”.
Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: ”A kto jest moim bliźnim?”. Jezus, nawiązując do tego, rzekł:
”Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął.
Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: »Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał«.
Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?”. On odpowiedział: ”Ten, który mu okazał miłosierdzie”. Jezus mu rzekł: ”Idź, i ty czyń podobnie”. (Łk 10,25-37)
„Kto jest moim bliźnim?” Takie pytanie uczony w Prawie zadaje Jezusowi. Innymi słowy: „Komu mam czynić dobro?”
To pytanie odnosi się także do nas, ponieważ słowo „bliźni” oznacza tego, który potrzebuje pomocy. Jednak na końcu przypowieści Jezus odwraca sens tego słowa i pyta, który z tych trzech okazał się bliźnim. Bliźnim nie jest tylko ten, który potrzebuje pomocy, ale także ten, który zauważa potrzeby innych i gotów jest im pomóc.
Jezus mówi to, aby nauczyć nas wdzięczności za wszystkie dobra, które otrzymaliśmy i obdarzyć nas duchem dziękczynienia. W chwili, gdy to zrozumiemy, oczywiste staną się słowa z Pierwszego Listu św. Jana Apostoła: „W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego” (1 J 4, 10).
W świetle tej odwróconej logiki, która ukazuje misterium kochającego Boga, możemy zupełnie inaczej czytać tę dzisiejszą przypowieść. Jezusowi nie chodzi o to, że powinniśmy się odnajdywać w figurze Samarytanina w sensie moralnym, lecz oto, byśmy byli gotowi przyznać, że my wszyscy (dosłownie: cała ludzkość) jesteśmy jak człowiek, który wpadł w ręce zbójców i potrzebujemy zbawienia. A Jezus jest Samarytaninem, który przychodzi nam z pomocą.
Ojcowie Kościoła interpretując tę przypowieść nauczali, że przypowieść o Samarytaninie jest nade wszystko przypowieścią o Jezusie. Człowiekiem potrzebującym ratunku jest każdy człowiek, każdy z nas. Ów nieszczęśnik schodzi z Jerozolimy do Jerycha. To rzeczywiście stroma droga w dół, w depresję, której charakter ma głęboką duchową symbolikę. Jerozolima to miasto święte, miasto Boga (symbol życia w jedności z Bogiem, gdzie oddaje się Bogu chwałę). Natomiast Jerycho w Biblii jest symbolem grzechu (życia bez Boga). Jeśli człowiek porzuca Boga, oznacza to, że wchodzi na niebezpieczną drogę i narażą się na nieszczęście.
Na tej drodze zostaje odarty i okaleczony. W duchowym sensie zostaje odarty z sensu życia, z nadziei, z godności. Jest zraniony i na pól martwy. To jest obraz człowieka, który wybiera w swoim życiu grzech.
Kapłan i lewita są w tej przypowieści symbolem religii, która utraciła moc czynienia dobra (czyt: judaizmu). Obaj idą tą samą drogą, co poraniony człowiek. W znaczeniu duchowym oni również są na pół umarli, bo niezdolni są do współczucia i miłosierdzia.
Zaś Samarytanin jest portretem Jezusa, który przynosi ocalenie grzesznikowi. (Postać Samarytanina również nie jest wybrana przez Jezusa przypadkowo, gdyż samarytanie byli odrzucenia jako naród przez Żydów, przez uczonych w Piśmie, podobnie jak odrzucony został przez nich Jezus jako oczekiwany Mesjasz.) Jezus jako Bóg przychodzi na świat – innymi słowy: schodzi na poziom grzesznika, leczy Jego rany (w zalewaniu ran olejem i winem ojcowie Kościoła widzą symbol sakramentów: oleju używa się w sakramentach chrztu, bierzmowania, kapłaństwa i namaszczenia chorych, zaś wina w Eucharystii). Jezus płaci za nasze uzdrowienie własnym życiem, tak jak Samarytanin z przypowieści płaci za leczenie poranionego człowieka. I wreszcie gospoda, która jest symbolem Kościoła, do którego Jezus przynosi kolejne ofiary zranione życiem pozbawionym Boga.
Innymi słowy przypowieść ta zachęca nas do tego, abyśmy odnajdywali się jako chrześcijanie nie tyle w figurze Samarytanina, co samego Jezusa, bo to Jego mamy naśladować – mamy uzdrawiać, ponieważ sami zostaliśmy przez Niego uzdrowieni.
Jezus kończy przypowieść pytaniem: „Kto się okazał bliźnim człowieka, który wpadł w ręce zbójców?”
Może warto, byśmy w ramach rachunku sumienia zadawali sobie częściej pytanie, czy nie ma w naszym życiu sytuacji, w których ktoś nie może nazwać nas bliźnimi, bo nie uzyskał naszej pomocy, choć właśnie taką postawę powinniśmy wobec niego zająć? *
Jezus przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości. A oto imiona dwunastu apostołów: pierwszy Szymon, zwany Piotrem, i brat jego Andrzej, potem Jakub, syn Zebedeusza, i brat jego Jan, Filip i Bartłomiej, Tomasz i celnik Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, Szymon Gorliwy i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził. (Mt 10,1-7)
Jezus sam wybiera swoich uczniów a jednocześnie współpracowników. Znakiem zaufania jest to, że dzieli się On z nami swoją mocą. Do wymienionych imion Apostołów, każdy mógłby dopisać swoje – bo właśnie tak tworzy się historia chrześcijaństwa. Jezus zaprasza – człowiek odpowiada na zaproszenie. Każde imię, każdy zaproszony przez Jezusa to inna osobowość, inna historia, inne zdolności. Ale Jezusowe zaproszenie mogło się zrealizować potrzebna jest świadoma i dobrowolna odpowiedź ze strony zaproszonych. Przez ten wybór nawiązuje się relacja. Jezus w innym miejscu Ewangelii powie: „Już was nie nazywam sługami, ale przyjaciółmi”. W starożytności nie było uznawane, że by Mistrz nawiązywał relacje przyjaźni z uczniami. Jezus łamie te schematy. Jednak wiąże się z tym większa odpowiedzialność: przed przyjaciółmi nie tylko nie ma się tajemnic, ale można też od nich wymagać i oczekiwać więcej niż od zwykłych uczniów. Często o tym zapominamy. Święty Augustyn napisze: „Raz wybrawszy, codziennie wybierać muszę”. Bycie uczniem Chrystusa, to obustronny wybór. Jezus nie pozostawia jednak wątpliwości, że to, co będą czynić uczniowie, będzie się dokonywało Jego mocą. Innymi słowy owocność przeżywanego przeze mnie i przez Ciebie chrześcijaństwa zależy od naszego posłuszeństwa Jezusowo. Posłuszeństwo pochodzi od słowa słuchanie: Muszę wsłuchiwać się w słowo Mistrza.
Ojciec Franz Jalics SJ napisze, że „kontemplacja to wsłuchiwanie się w słowo Jezusa aż do chwili, kiedy moja wola będzie zjednoczona z Jego wolą”. Medytacja stawia w centrum naszej uwagi słowo Boże. Wytrwałość i systematyczność tej modlitwy ma prowadzić medytującego do tego, że ta uwaga ukierunkowana na Jezusa przeniesie się także na całe nasze życie. Życie chrześcijanina, to bowiem życie ukierunkowane na Chrystusa. Wymaga to nieustannego detronizowania naszego „ego”, które lubi gdy cała uwaga jest skupiona na nim. Ukierunkowanie na Jezusa to wybór kogoś, kogo Jezus określa mianem przyjaciela. Oznacza to codziennie i świadomie podejmowanie decyzji – chcę iść za Chrystusem, bez względu na konsekwencje, zawierzając mu moją przeszłość przyszłość i teraźniejszość bez warunków i bez zastrzeżeń. „Raz wybrawszy, codziennie wybierać muszę”.
Medytacja daje nam codziennie szansę zanurzenia się w tę przestrzeń pełnej miłości obecności Jezusa i Jego łaski, w której On potwierdza swój wybór, zapraszając nas po imieniu do pójścia za Nim.
Odwołując się do imienia Jezus my potwierdzamy chęć odpowiedzi na ten wybór i wzrastamy w świadomości, która często umyka nam w gonitwie codzienności (a która była udziałem Ojców Kościoła), że tak długo jak On będzie na pierwszym miejscu w naszym życiu, wszystko inne będzie na właściwym.
Medytacja ucząc nas stawiania Jezusa na pierwszym miejscu jest droga do przeorientowania i poukładania sobie życia zgodnie z Jego zamysłem a więc w harmonii.
Dzięki temu codzienna medytacja daje nam właściwą perspektywę, gdy przechodzimy od niej by wejść w codzienne życie.
Cokolwiek czynicie, z serca wykonujcie jak dla Pana, a nie dla ludzi, świadomi, że od Pana otrzymacie dziedzictwo wiekuiste jako zapłatę. Służcie Chrystusowi jako Panu. (Kol 3, 23-24)
Zaczynając praktykę medytacji mamy często nadzieję, że praktyka ta coś zmieni w naszym życiu. Motywacje są różne: chcemy być bardziej zrelaksowani i spokojni, szukamy ulgi w zmaganiach ze stresem lub chronicznym brakiem czasu, wreszcie mamy nadzieję, że medytacja pogłębi nasze życie duchowe, poprawi jakość relacji z Bogiem, czy rozwiąże problemy z rozproszeniami. Medytacja jednak nie jest antidotum, które w magiczny sposób uwalnia nas od problemów natury duchowej lub psychicznej. Nierzadko bywa tak, że w początkowej fazie praktyki medytacja je wzmaga. A to dlatego, że praktyka medytacji jest sztuką wglądu w naturę własnego istnienia, otwarciem na nas samych, jakich często dotąd siebie nie znaliśmy. Jest drogą do spotkania z Bogiem, ale prowadzącą przez spotkanie z samym sobą. Tym co w nas najlepsze, ale i najmroczniejsze.
Często pierwszym, podstawowym mitem jest fantazja o przemianie życia, o nawróceniu czy uleczeniu siebie, która prowadzi przez jakąś formę wyeliminowania tej części nas, która nam przeszkadza. Pielęgnujemy myśl typu: „Gdybym mógł się pozbyć tego lub tego, byłabym/byłbym zupełnie innym człowiekiem.” Nic bardziej mylnego. Walka z nieakceptowaną częścią siebie (czyli ze sobą) prowadzi do dualizmu: jedna część nas ciągle osądza inną. Jedynym rozwiązaniem tego dualizmu jest akceptacja tego co w nas jest. To jest właśnie ona jest tym, co nas przekształca. „Kochaj siebie samego” – brzmi jedno z najważniejszych przykazań. Nikt nie mówi, że jest to łatwe, ale jest to nieodzowne jeśli chcemy mówić o jakiejkolwiek przemianie. Akceptacja siebie takim, jakim się jest, zgoda na własną zwyczajność – to prawdziwa praktyka miłości.
Owszem chcemy być wyjątkowi i niezwykli, i ta tęsknota jest w każdym z nas, między innymi dlatego sięgamy do praktyk duchowych. Po co? Otóż dlatego, że intuicyjnie przeczuwamy, że duchowy wgląd to między innymi uświadomienie sobie, że doskonałość jest tu i teraz. Jest w nas. To, że jej nie dostrzegamy polega na tym, że często błędnie ją definiujemy. W Księdze Przysłów czytamy: „Pan mnie stworzył – swe arcydzieło” [Prz 8,22] Jak wielu z nas bez chwili wahania podpisałoby się pod tą prawdą? A przecież jest to prawda, bo stoi za nią autorytet samego Boga a On nie może się mylić ani nas okłamywać.
Często mówi się, że praktyka medytacji wymaga od nas byśmy uwolnili się w niej od wszelkich wyobrażeń, zarówno tych dobrych jak i złych. Ulegając bowiem wyobrażeniom często nieświadomie zastawiamy na samych siebie pułapki, które sami na siebie zastawiamy. Wyobrażenia zawsze odrywają nas od rzeczywistości, od tu i teraz, gdzie toczy się nasze prawdziwe życie. Życie wyobrażeniami prowadzi nas to do złudzenia, że tak naprawdę możemy kontrolować i eliminować to, co nie pasuje do naszej wizji człowieka duchowego czy „dobrego chrześcijanina”. Jednak podejście takie nie ma nic wspólnego z prawdą, która jest fundamentem prawdziwej duchowości, zgodnie ze słowami: „Poznacie prawdę a prawda was wyzwoli”.
Przywoływany często Karl Rahner – niemiecki teolog powiada, że „człowiek nie może na zawołanie docierać do najgłębszych warstw swojej istoty, potrzebuje do tego odwołania się do Bożego światła albo jak kto woli – łaski. Trzeba czegoś więcej niż naturalne usposobienia”. Choć bez wątpienia obowiązkowość, odpowiedzialność i cierpliwość są w drodze do odkrywania tajemnicy naszego serca istotnymi przymiotami. Dlatego pisze Rahner nie możemy się bać określenia „obowiązek modlitwy”. Czemu nie? Przecież nasza codzienność składa się także z obowiązków.
Gdy dopełniał się czas wzięcia Jezusa z tego świata, postanowił udać się do Jerozolimy i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: ”Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?”. Lecz On odwróciwszy się zabronił im. I udali się do innego miasteczka.
A gdy szli drogą, ktoś powiedział do Niego: ”Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz”. Jezus mu odpowiedział: ”Lisy mają nory i ptaki powietrzne gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł wesprzeć”.Do innego rzekł: ”Pójdź za Mną”. Ten zaś odpowiedział: ”Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca”. Odparł mu: ”Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże”.Jeszcze inny rzekł: ”Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu”. Jezus mu odpowiedział: ”Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego”. (Łk 9,51-62)
Nie ma nic gorszego od tak zwanych dobrych rad. Słyszymy je nieustannie. To mogą być uwagi jadącego z nami pasażera na temat jazdy; to mogą być rady znajomych na temat urządzenia mieszkania czy układania życia, lub pomocne rady teściowej na temat wychowania dzieci. Przykłady można by mnożyć…
W dzisiejszej Ewangelii Jakub i Jan także służą dobrą radą w odniesieniu do wioski samarytańskiej, która nie przyjęła Jezusa. Wydaje im się, że ogień spadający z nieba jest dokładnie tym, czego potrzebują mieszkańcy owej miejscowości. Ale Jezus odrzuca ich sugestię, ponieważ Jego królestwo jest królestwem pokoju, a nie zemsty.
Ewangelia dzisiejsza ukazuje osoby, które chciałyby pójść za Jezusem, jednak pod pewnymi warunkami: jedni muszą pogrzebać zmarłych, inni pragną pożegnać się ze wszystkimi, jeszcze inni chcieli by znać drogę, którą Chrystus ich poprowadzi. Jezus w odpowiedzi uświadamia im, że pójście za Nim wymaga pewnego rodzaju bezkompromisowości i bezinteresowności a jednocześnie ryzyka; wymaga rezygnacji z przywiązań, które nas często wiążą i w jakimś sensie odrywają nas od celu naszych dążeń.
Oczekiwania tych osób wyrażają tęsknotę ich serc, które chciałyby wszystko mieć poukładane w swoim życiu. Tymczasem Chrystus uświadamia nam w dzisiejszej Ewangelii, że takie oczekiwanie jest mrzonką.
Bóg przychodzi w ludzkiej postaci, by zamieszkać to, co po ludzku niepoukładanie i dlatego „nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł położyć”. Jego słowa brzmią jak synteza naszych doświadczeń.
Jak często życie stawia nas wobec sytuacji, w których nie do końca wiemy, jak postąpić? Jezus doskonale zna niepewność naszych dni. Wie, co to są niedokończone sprawy, niejednokrotnie sam doświadczał niepowodzenia swoich starań. On nigdy nie odwraca się od ludzkiej bezradności, niestraszny jest Mu nawet największy bałagan, który panuje w naszych sercach i w naszym życiu. Ale On też – jak nikt inny wie – że nie rozwiążę tych problemów i nie uporządkuję bałaganu, jeśli nie zaproszę Jezusa do mojego życia i nie zacznę układać go według zasad Jego mądrości.
Tym bardziej, że Chrystus wie również – o czym my zapominamy – że zasiewanie w naszym sercu ziarna wątpliwości i lęku, to podstawowa strategii szatana.
Zły duch zrobi wszystko, żeby osłabić w nas siłę wiary w to, że z Bożą pomocą możemy uczynić nasze życie lepszym a sami stać się świętymi. Sprawia, że im dłużej myślimy i wpatrujemy się w możliwe konsekwencje odmiany życia, które są owocem pójścia za Jezusem, tym bardziej grzęźniemy w strachu i w niewierze.
Powołani zostaliśmy do wolności – o czym przypomina dziś św. Paweł. To właśnie wolność uzdalnia nas do tego, by pójść za Bogiem, za jego wezwaniem, ale ona uzdalnia nas również do tego by powiedzieć Mu – nie chce Tobie służyć!
Czy mamy odwagę w imię prawdziwej wolności zerwać z tym, co nas duchowo obezwładnia?
Dziś niestety w świecie poprzestawianych wartości za większą odwagę uchodzi otwarta zdrada Chrystusa niż wierność wartościom ewangelicznym. Dziś gratulacje od świata odbiera się za odwagę rozwodu, jako sposobu rozwiązania problemów małżeńskich czy porzucenia kapłaństwa zamiast za determinację w walce o wierność Ewangelii.
Tylko wolny człowiek może oddać swoje życie na służbę Bogu nie musząc się tłumaczyć ze swojej wiary, ukrywać jej ani się jej wstydzić, mimo iż często będzie niezrozumiany przez innych a nawet napiętnowany, jako hołdujący zaściankowości.
W modlitwach prosimy o różne rzeczy. Prosimy o zdrowie, o zdane egzaminy, o zgodę w rodzinie, o dobrego męża, dobrą pracę…
Czy jednak w tej litanii próśb jest także wołanie i prośba Boga o wolność? A może jedynie tęsknimy za wolnością, bo daliśmy sobie wmówić, że we współczesnym świecie nie jest ona do końca możliwa.
„Ku wolności wyswobodził nas Chrystus”. Dlatego ceńmy naszą wolność i módlmy się często, abyśmy potrafili jej właściwie używać.
Żyjąc przeto nadzieją, z jawną swobodą postępujemy, a nie tak, jak Mojżesz, który zakrywał sobie twarz, ażeby synowie Izraela nie patrzyli na koniec tego, co było przemijające. I aż po dzień dzisiejszy, gdy czytają Mojżesza, zasłona spoczywa na ich sercach. A kiedy ktoś zwraca się do Pana, zasłona opada. Pan zaś jest Duchem, a gdzie jest Duch Pański – tam wolność. My wszyscy z odsłoniętą twarzą wpatrujemy się w jasność Pańską jakby w zwierciadle; za sprawą Ducha Pańskiego, coraz bardziej jaśniejąc, upodabniamy się do Jego obrazu. (2 Kor 3, 12-13.15-18).
Znalazłem niedawno w Internecie taką oto maksymę: „Kto nie oddycha Bogiem, udusi się samym sobą…” Medytacja monologiczna uczy nas oddychania Imieniem Jezus, które jest treścią medytacji.
Każdy, kto ma za sobą jakieś doświadczenie medytacji z pewnością podpisze się pod stwierdzeniem, że wielkich zmian potrafi dokonać w nas bezruch. Gdyż nie tylko milczenie ma właściwości uzdrawiające, ma je także uspokojenie i bezruch. Warto przy tym zaznaczyć – jak naucza Franz Jalics – że milczenie w bezruchu jest zupełnie różne od milczenia w ruchu. Istnieją naukowe dowody na to, że kiedy nie poruszamy oczami koncentrujemy się dużo łatwiej i mocniej niż wówczas, gdy nasze oczy się poruszają. Poruszanie się sprawia, że znajdujemy się na zewnątrz siebie; natomiast bezruch pozwala nam łatwiej wejść w świat wewnętrzny. Jeśli zatem mówimy o modlitwie wewnętrznej, mającej prowadzić do kontemplacji wyczuwamy, że ów bezruch jest koniecznym aspektem tego doświadczenia.
Z tej to przyczyny medytacja swoim duchowym oddziaływaniem przenika człowieka i zanurza go w chwilę obecną, pozwalając odkryć ze zdumieniem, że chwila obecna jest miejscem w którym możemy doświadczyć obecności Boga. Nie spotkamy Boga w sposób rzeczywisty mówiąc o tym spotkaniu w czasie przyszłym. Jeżeli więc medytacja czy kontemplacja oznacza „wpatrywanie się” zmysłem wiary w Boga, to kwestia chwili obecnej nasuwa się niejako samoistnie. Bo czy możemy wpatrywać się czy oddychać Imieniem w czasie innym niż teraźniejszość? Zresztą samo imię, którym przedstawia się Bóg Mojżeszowi – JESTEM – zaprasza nas do zanurzenia się w TERAZ.
Medytacja ma na celu spotkanie, które dokonuje się tu i teraz.
Medytacja, to nic innego jak świadome bycie przed Bogiem będące przez sam fakt świadomego nawiązania relacji z Nim – modlitwą. W medytacji pragniemy „uwalniać się od dyktatu naszych zmysłów, które – jak pisze kard. Ratzinger w książce „Duch Liturgii” – dostrzegają często jedynie zewnętrzność, materialną powierzchnię, trudniej im jednak dostrzec i doświadczyć wymiaru ducha, przezroczystości Logosu w rzeczywistości”.
W medytacji chodzi o nowe spojrzenie. Wynika ono z otwarcia wewnętrznych – duchowych zmysłów – ze zdolności widzenia, które wykracza poza to, co empiryczne. Medytacja prowadzi medytującego w taki sposób, że dzięki wewnętrznemu oglądowi sięga on wzrokiem wiary poza to, co zmysłowe, a co jednak do zmysłów przeniknęło”.
Na koniec oddajmy jeszcze raz głos ojcu Jalics’owi:
„Chwile medytacji i kontemplacji, które pojawiają się w naszym życiu wydają się namiastką tego, za czym człowiek zawsze tęsknił. Uzmysławiają nam one, że życie ma do zaoferowania więcej niż to, co przeżywamy na co dzień. Zaskakują nas i wywołują tęsknotę, aby wejść głębiej w tajemnicę życia. Czujemy, że właśnie tam kryje się prawda…” [Kontemplacja. Wprowadzenie do modlitwy uważności]