Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: „Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha”. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem.
Na to zbliżyli się do Niego uczniowie i prosili: „Odpraw ją, bo krzyczy za nami”. Lecz On odpowiedział: „Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela”.
A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: „Panie, dopomóż mi”.
On jednak odparł: „Niedobrze jest brać chleb dzieciom i rzucać psom”.
A ona odrzekła: „Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołu ich panów”.
Wtedy Jezus jej odpowiedział: „O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz”. Od tej chwili jej córka została uzdrowiona. (Mt 15,21-28)
„Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida!” W dzisiejszej Ewangelii słyszymy prośbę wypowiedzianą słowami kobiety z Kanaanu. Jest to dokładnie to samo wołanie, które było modlitwą niewidomego spod Jerycha i które stało się kanwą Modlitwy Jezusowej.
Jest to modlitwa, która uświadamia nam, że każda i każdy z nas stoi przed Jezusem jak żebrak proszący o Jego uwagę i o Jego miłosierdzie. Można powiedzieć, że miłosierdzie Boga to pierwsza i Jedyna łaska, która jest nam potrzebna. Może właśnie dlatego Kościół uczynił to wołanie fundamentem jednej z najważniejszych modlitw, którą od wieków modlą się każdego dnia tysiące wyznawców Chrystusa.
Może się czasem zdarzyć, że podobnie jak ta kobieta z dzisiejszej Ewangelii trafiamy na mur obojętności Boga. Nie ma w odpowiedzi konkretnego słowa, ani znaku. Pozornie nie ma odpowiedzi. Wydawać się nam może, że Bóg milczy. Oczywiście jest to zawsze doświadczenie subiektywne. Niemniej warto, abyśmy w takich chwilach korzystali z lekcji jaką daje nam bohaterka dzisiejszej Ewangelii albo niewidomy spod Jerycha. Byśmy nie przestawali wołać z wiarą: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną, grzesznikiem.” Ta modlitwa, stając się modlitwą nieustanną posiada niezwykłą moc przemiany naszego serca, które skupione na tym wołaniu odwraca się od trapiących go trosk a jednocześnie pogłębia swoje oddanie i związek z Jezusem, gdyż wie, że jedynie do Niego może oczekiwać pomocy.
W naszym doświadczeniu modlitwy często łapiemy się na tym, że mechanicznie powtarzamy wyuczone formuły, jednak myślami jesteśmy gdzieś indziej. Wiele osób skarży się, że trudno im skupić się na modlitwie.
Modlitwę Jezusową jako formę medytacji monologicznej określa się często mianem modlitwy wewnętrznej. Fenomenem tej praktyki jest to, że potrafi przemienić właśnie to z czym w modlitwie mamy często największy problem. A czyni to przez prosty zabieg. Nie często zdajemy sobie sprawę, że źródłem rozproszeń jest wielość myśli, które towarzyszą naszej modlitwie, to generuje różne wyobrażenia, które spontanicznie pojawiają się w naszej głowie, odciągając ją od rzeczywistej treści modlitwy. W modlitwie monologicznej ograniczamy się do ubóstwa jednego słowa/wersetu. Taka praktyka sprawia, że przestajemy zatrzymywać się nad sensem wyrazów, bo właściwie nie ma nad czym, a nasza głowa z czasem zaczyna podążać za sercem. Ta prosta praktyka ułatwia nam trwanie przed Bogiem. Im bardziej będzie ono cierpliwe i wytrwałe zobaczymy, że z czasem moc słowa/wersetu wypowiadanego w sercu pokona zupełnie nasze rozproszenia i wprowadzi nas w doświadczenie, które Mistrz Eckhart nazywa „misterium obecności”
Niestety żyjemy w świecie, w którym do naszego umysłu dociera zbyt wiele bodźców, co sprawia, że nasz umysł jest rozbiegany i za każdym razem powrót do tego, aby był on zwrócony jedynie ku Bogu jest trudne. Można powiedzieć, że to cena jaką płaci współczesny człowiek za to, że jego umysł staje się więźniem informacji, za którymi sam świadomie lub nieświadomie podąża. Stąd główną mądrością Modlitwy Jezusowej jest nieustanne powracanie do powtarzania w sercu modlitewnego wezwania kiedy się tylko da, co sprawia, że nasz umysł idąc za sercem nieco mniej oddala się od Boga, a przez to jest nie tylko mniej rozproszony w codziennym życiu, ale i żyje mocniej świadomością obecności przed Bogiem, zamieniając tym samym na modlitwę również inne czynności, które stają się naszym udziałem, zgodnie z dewizą św. Pawła Apostoła: „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” [1 Kor 10,31]. Jest to przecież ten sam św. Paweł, który w Liście do Tessaloniczan wzywa: „Módlcie się nieustannie”. [1 Tes 5,17]. Uświadamia nam w ten sposób, że modlitwa to coś więcej niż aktywność naszego rozumu. Gdyby tak było spełnienie wezwania Apostoła nie byłoby możliwe w praktyce. Święty Paweł doskonale wiedział, że modlitwa jest bardziej postawą wobec Boga i nie ogranicza się jedynie do intelektu, że ważniejsze w tej postawie jest serce i jego dyspozycja niż intelekt. Nie znaczy, że rozum nie jest ważny. Ala jak zwykł mawiać ojciec Jan Bereza OSB: dla nas ludzi Zachodu konieczne jest praca nad tym, aby zejść z głowy do serca. I choć to krótki dystans, przebycie go wymaga częstokroć sporo czasu i wysiłku. Jest to jednak konieczne, jeśli człowiek chce prawdziwie „być” przed Bogiem nie tylko w modlitwie, ale i w życiu.
Ktoś z tłumu powiedział do Jezusa: ”Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem”.
Lecz On mu odpowiedział: ”Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami?”.
Powiedział też do nich: ”Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie jest zależne od jego mienia”.
I powiedział im przypowieść:
”Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: »Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów«. I rzekł: »Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę wszystko zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj«”.
Lecz Bóg rzekł do niego: ”Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?”.
Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem. (Łk 12,13-21)
„Marność nad marnościami, wszystko marność…”
Słuchając Koheleta, często mamy wrażenie, że przemawia do nas pesymista wszech czasów. Ktoś, kto gani nasze porywy radości i nadziei. Ów drażniący nas sceptyk zwraca jednak uwagę na ważną kwestię, na pytanie o to: „Czy jesteś szczęśliwy?”. Sam o tym milczy, zapewne zdając sobie sprawę, że nasza odpowiedź jest równie cenna, jak jego pytanie. Można powiedzieć, że tam, gdzie Kohelet milknie tam pozostawia przestrzeń do wsłuchania się w nasze serce.
Zupełnie inne wydaje się podejście świętego Pawła, bliższego naszym sercom przez optymizm, którym zaraża. Dla niego szczęście to prawdziwe bogactwo. Jesteś wolny od swoich grzechów i słabości, szukaj więc Tego, któremu to zawdzięczasz, szukaj w górze – podpowiada. Zmagasz się ze swoją słabością, z powalającymi cię często grzechami i słabościami, nie przejmuj się – mówi Paweł, moc bowiem w słabości się doskonali i dodaje, że któż mógłby nas potępić, jeśli sam Chrystus wstawia się za nami!
Święty Paweł nieustannie zachęca nas do szukania Pana, w każdych okolicznościach, gdyż wie, że szukając „tego, co w górze”, łatwiej nam zadać śmierć temu, co w nas przyziemne i co nas tak często zniewala a jednocześnie zasłania nam Cel naszych dążeń. „Walcz”, zagrzewa Paweł, walcz, bo wciąż odnawiasz się „ku głębszemu poznaniu Boga” i w tym jest twoja siła. Ta odnowa polega na tym, że uczymy się patrzenia Boga na nas, takimi jakimi jesteśmy.
To budujące słowa, zapalające światełko w tunelu po pełnym sceptycyzmu spojrzeniu Koheleta i wprowadzające trochę równowago do naszych skołatanych serc.
Słuchając dzisiejszej Ewangelii odnoszę wrażenie, że bywamy bardzo podobni do tego człowieka, który zwraca się do Jezusa z prośbą. Czy nie jest tak, że w naszych modlitwach czynimy – mniej lub bardziej świadomie – Jezusa rozjemcą w naszych sprawach.
Dlaczego wymagasz ode Mnie – pyta Jezus – bym sprawił „coś”, co jest ważne dla ciebie? Nie na tym polega Ewangelia! Jeśli chcesz iść drogą Ewangelii, jeśli naprawdę wierzysz w to, że Moje słowa potrafią zmienić twoje życie, to po prostu żyj nimi! Tyle i aż tyle.
Życie prawdą Jezusowej Ewangelii poprowadzi nas bowiem dużo dalej niż tylko ku umiejętność rozwiązywania sporów i życiowych trudności na naszą korzyść. Ewangelia ma nas prowadzić do bycia bogatymi przed Bogiem. Co to znaczy? Bogaty przed Bogiem jest ten, który nie przestaje inwestować w życie duchowe i w szczęście wieczne, kto nie boi się zaryzykować układania swojego życia nie wedle swoich oczekiwań i tego, co dla niego ważne, ale godzić się na pójście tą drogą, jaką przygotuje mu Bóg, bez zastrzeżeń i w całkowitej wolności serca. Tu jest nasze prawdziwe szczęście, bo prawda polega na tym, że to Bóg lepiej wie, co dla nas dobre a nie my. Być ubogim, czyli nie przywiązywać się do swoich planów i do tego, co w moim przekonaniu jest ważne na rzecz tego by mieć wszystko u Boga. I znów przypomina mi się życiowa maksyma, nieżyjącego już świętego kapłana, który zwykł mawiać: „Jezu, ufam Tobie – to moje jedyne ubezpieczenie na życie.” I tak żył. I to dawało mu prawdziwe poczucie szczęścia.
A czy Ty jesteś szczęśliwa/szczęśliwy?
Jezus powiedział do tłumów: „Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę.
Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną, drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją”. (Mt 13,44-46)
Niejednokrotnie podobni jesteśmy do perły zagubionej i przez to leżącej nie na swoim miejscu, ale gdzieś w błocie. Perła zagubiona nie ma swego piękna – jest brudna i jej piękno jest ukryte pod warstwą owego brudu. Również nasze wewnętrzne piękno często bywa ukryte pod warstwą grzechu. Jezus jednak obmywa nas z grzechu, przywraca nam wrodzony blask i umieszcza na swoim miejscu. Jakie to miejsce? Myślę że najlepsza odpowiedzią na to pytanie jest fragment z proroka Izajasza w którym Bóg mówi do każdej i każdego z nas: „Oto wyryłem cię na obu dłoniach” [Iz 49,16].
I nawet gdyby przydarzyło się nam, że zaprzedalibyśmy się komukolwiek (jakiemukolwiek złu), wówczas On nas wykupuje za „wszystko co ma”, czyli swoją męką i śmiercią. I nie robi tego z litości, ale dlatego, że w Jego oczach zawsze jesteśmy bezcenni.
Dlaczego o tym mówimy? Dlatego, że często zapominamy o tej prawdzie i to nas gubi. Zamiast słuchać Boga, który mówi o nas, że jesteśmy bezcenni, częściej dajemy się zwieść kłamstwu złego ducha, który sam nie uwierzył w prawdę o swoim pięknie, zbuntował się przeciwko Stwórcy i tym samym kłamstwem i buntem pragnie zarazić nasze serca i zasiać w nas wątpliwości, które podkopują nasze zaufanie do Boga, ale i do nas samych.
Medytacja jest drogą do odkrywania naszego piękna. Jest oczyszczaniem perły, jaką jesteśmy z całego brudu i kurzy, jaki do nas przylgnął a który zakrywa prawdę o nas samych. Tym brudem jest nie tylko grzech, co oczywiste, ale równie często może to być nasza wykrzywiona opinia o nas samych, lub nasze wyobrażenia, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. To może być opinia innych o nas, której się kurczowo trzymamy, lub przekonanie, że czegoś nam brakuje do pełni, do zrealizowania naszego powołania, jakie nam Bóg wyznaczył. Słowem wszystko, co próbuje zakryć naszą prawdę o nas samych. Tę najgłębszą prawdę umieszczoną w głębi naszego jestestwa określoną mianem duszy, która sprawia, że jesteśmy tym kim jesteśmy. Więcej: jesteśmy tym, kim mieliśmy być od samego początku w zamyśle Boga i nie ma nikogo innego takiego. Medytacja, która uczy nas wsłuchiwać się w słowo samego Boga, jednocześnie uwalniając nas od wsłuchiwania się w cokolwiek innego, przynosząc prawdziwą wolność serca uczy nas odkłamywać rzeczywistość i sprawia, że mamy szansę odkryć jako osobiste doświadczenie prawdę wyrażoną w Księdze Przysłów: „Pan mnie stworzył, swe arcydzieło” [Prz. 8,22]. I co więcej odkrycie tej prawdy nie będzie maiło nic wspólnego z próżnością.
Kiedy spoglądamy z tej perspektywy wówczas łato dostrzec, że całe Pismo Święte jest potwierdzeniem, że Bóg jest wpatrzony w człowieka, cierpliwie wsłuchuje się w jego obawy, zmagania, prośby. Chce, by człowiek wraz z Nim współtworzył historię. To pełne miłości zapatrzenie i zasłuchanie w człowieka rozszerza się na wyraźne pragnienie intymnego z nim związku, ale by tak się stało potrzebna jest odpowiedź ze strony człowieka. Dlatego ta przypowieść z dzisiejszej Ewangelii ma też drugi wymiar. Jezus zachęca do poszukiwania skarbu większego od tego, który można znaleźć w ziemi czy na ziemi. Tym bezcennym skarbem według Niego jest Królestwo, które On przynosi. Dlatego ludzie prawdziwie wierzący oddaliby wszystko, co posiadają, by mieć szansę na zdobycie go. Przyjęcie królestwa jest jedyną w swoim rodzaju życiowa okazją. Niepowtarzalną! Żadne półśrodki nie są odpowiednie wobec wartości królestwa Bożego. A to oznacza, że wejście do tego Królestwa wymaga radykalnej decyzji: wiary obejmującej całą przyszłość życia z Bogiem.
Jednym z wielkich owoców medytacji jest to, że konfrontując nas z prawdą o sobie samych – o czym mówiliśmy w naszym ostatnim wprowadzeniu – oczyszcza i odkłamuje też nasze wewnętrzne intencje.
Warto pytać czy medytacja jest tą modlitwą, która przybliża nas do odkrycia tych dwóch prawd: Prawdy o naszej niepowtarzalnej wartości i prawdy o Królestwie, dla którego jesteśmy gotowi poświęcić dosłownie wszystko!?
Modlitwa, która nie prowadzi do odkrycia tych dwóch prawd może okazać się bowiem bezowocna.
Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: „Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów”.
A On rzekł do nich: „Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo. Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień, i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczymy każdemu, kto nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie”.
Dalej mówił do nich: „Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: »Przyjacielu, użycz mi trzech chlebów, bo mój przyjaciel przybył do mnie z drogi, a nie mam co mu podać«. Lecz tamten odpowie z wewnątrz: »Nie naprzykrzaj mi się! Drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie«. Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu jego natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje.
I Ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą”. (Łk 11,1–13)
Uczniowie Jezusa, jak małe dzieci, proszą Go: „Naucz nas się modlić!” Na pierwszy rzut oka może nam się ich prośba wydać trochę dziwna. Jako pobożni Żydzi, zanurzeni w długą judaistyczną tradycję z pewnością z modlitwą byli za pan brat. Skąd więc ta prośba? Moim zdaniem skłania ich do niej obserwacja Jezusa modlącego się a jeszcze bardziej owoc tej modlitwy: Jego relacja z Bogiem, której modlitwa jest elementem. Relacja, która różni Jezusa od wszystkich innych nauczycieli Izraela, których znali. Później zwrócą się raz jeszcze z podobną prośbą: „Pokaz nam Ojca, a to nam wystarczy…”
Uczniowie widząc w życiu Jezusa owoce Jego życia wewnętrznego proszą: „Pokaż nam, jak to się robi!”.
Kiedyś jedne filozof, który po wielu latach walki z Kościołem i z chrześcijaństwem nawrócił się stając się gorliwym wyznawcą Chrystusa i apologetą powiedział, że ludzi nie nawraca się przez dyskusje teologiczne czy filozoficzne, przez wymianę argumentów. Ludzi nawraca coś, co można by nazwać uzgodnieniem ducha Ewangelii z życiem. Coś co sprawia, że człowiek niewierzący spotykając prawdziwego chrześcijanina wraca do domu i pytanie „skąd on to ma?” odnoszące się do chrześcijanina a dotyczące jego wewnętrznej wolności, pewności jaką w sobie nosi, nadziei i niezachwianej wiary nie daje mu spać i zmusza go do szukania.
Myślę, że taka właśnie obserwacja życia Jezusa i fascynacji Jego stylem życia i myślenia, tak innym od znanych im uczonych w Piśmie zmusiła Apostołów by zwrócili się z tą prośbą do Nauczyciela. I Jezus nie zostawia tej prośby bez odpowiedzi.
Niestety przeczytanie tej Ewangelii (Łk 11, 1-13) nie do końca ukazuje znaczenie tej Chrystusowej lekcji. My czytając Ewangelię, w której Jezus uczy swoich uczniów modlitwy zatrzymujemy się zwykle na tym, co zewnętrzne: na słowach modlitwy „Ojcze nasz”. Tymczasem w całym przepowiadaniu Jezusa chodzi o to, żeby wymiary wewnętrzny i zewnętrzny pokrywały się nawzajem, by stanowiły wzajemnie dopełniające się elementy całości. Tak jak Jezus nie chce ślepego posłuszeństwa wobec prawa, tak nie chce także pustych słów modlitwy. Równie ważna jak słowa, których Jezus uczy, jest postawa, która ma towarzyszyć modlitwie – postawa całkowitej ufności. I nie ma to nic wspólnego ze ślepym zaufaniem. A różnica jest istotna. Kto jest człowiekiem ufności ten wie.
Jezus ucząc nas, jak mamy się modlić pokazuje tak naprawdę, kim jesteśmy: dziećmi Boga. A życie tą prawdą jest fundamentem dobrej modlitwy. Kiedy to zrozumiemy modlitwa w której możemy zwrócić się do Boga „Ojcze” otworzy przed nami zupełnie inny, bezkresny jej wymiar.
Tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami:
„Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, niektóre ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha”. (Mt 13,1-9)
Mija kolejny rok naszych medytacyjnych spotkań. Czasem spoglądając wstecz na minione dwanaście lat nie wiem kiedy to minęło… Tyle wspólnie spędzonych godzin na medytacji. Tyle osób, które przewinęły się przez naszą wspólnotę. Każdy, choćby krótko podążał z nami ścieżką medytacji wniósł w nią coś osobistego i niepowtarzalnego. Po ludzku trudno ogarnąć owoce tego doświadczenia.
Tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem… Pisząc to wprowadzenie siedzę nad jeziorem, na łódce przycumowanej do brzegu i lekko kołyszącej się na wodzie. Na zegarze 5.30 rano. Wszystko do koła jeszcze śpi. No może poza dzikimi kaczkami, które są już gotowe by zasiąść do stołu, byleby ktoś chciał czymś ich poczęstować. Taki rześki poranek nad jeziorem to dobre tło dla pisania wprowadzeń do medytacji…
Każdy, kto ma za sobą jakieś doświadczenie w regularnej praktyce medytacji – zaznaczmy, że tylko taka z punktu widzenia rozwoju duchowego ma sens – może zaobserwować, że owoce medytacji są podobne do tego obrazu, jaki Jezus rysuje w dzisiejszej przypowieści.
Medytacja, to nic innego jak przygotowywanie gleby naszego serca po to, aby wydawało coraz lepsze owoce padającego na nie słowa Bożego.
Na początku zwykle jest chaos. Fale myśli, wyobrażeń i filmów przelewają się przez umysł, nie pozwalając się skupić. I rzeczywiście najczęściej bywa tak, że ziarno słowa Bożego, którego próbujemy się uchwycić zostaje przez nie pochłonięte i zagłuszone. Wraz z rozwojem praktyki medytacji dostrzegamy jednak, że ten sam umysł, który często płata nam figle potrafi być spokojny, jak ocean w bezwietrzny dzień. A wtedy doświadczamy, że nie tylko łatwiej nam skupić się na słowie, ale też, że ono przejmuje nad nami kontrolę i jeśli mu się zawierzymy, to sięgając do innej przypowieści Jezusa doświadczamy, że: Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy to ziarno słowa dojrzewa w nas a my sami nie wiemy jak [Mk 4, 26-27]
Medytacja sięga po najbardziej prozaiczne narzędzia, które nam nieustannie towarzyszą. Jednym z nich jest oddech, na którym próbujemy się skupić, po pierwsze dlatego, że fizyczne odczuwanie oddechu jest zawsze możliwe i możemy użyć go jako kotwicy w powracaniu do chwili obecnej, ale też dlatego, że jest w nim coś niezwykłego z punktu widzenia wiary. Oddech to życie! To konsekwencja tego tchnienia, jakie Bóg nam ofiarował stwarzając nas. Dlatego dla osoby wierzącej oddech zawsze będzie kojarzył się z darem życia podarowanego nam przez Boga. Można zatem śmiało powiedzieć, że medytacja jest afirmacją życia a medytujący są jego pasjonatami.
Żyjemy w świecie informacji, dlatego nie da się do końca usunąć krążących w naszej głowie myśli, emocji, dźwięków czy obrazów. Tym bardziej, że do medytacji siadamy zwykle albo rano przed dniem, który ma przed sobą wiele planów albo wieczorem, kiedy nasz umysł jest nafaszerowany echem różnych wydarzeń, które się dokonały. Przypomnijmy sobie raz jeszcze to, co było tu już niejednokrotnie mówione: Medytacja nie jest ucieczką od rzeczywistości. Wręcz przeciwnie! Medytacja prowadzi do rzeczywistości i osadza nas w tu i teraz i przez to prowadzi do samopoznania. W tym samopoznaniu wszystko to, co nosimy w sobie (a więc również myśli, emocje, pragnienia) jest częścią prawdy o nas samych. Oczywiście truizmem jest stwierdzenie, że medytacja prowadzi nas do pogłębionego kontaktu z Bogiem, ale czyni to nie inaczej niż przez pogłębiony kontakt z samym sobą i przez akceptację siebie.
Medytacja konfrontuje nas z codziennością i jej wymaganiami. Nie oddziela od problemów, ale sprawia, że zaczynamy spoglądać na nie z innej perspektywy. Regularna medytacja kształtuje w nas cierpliwość, dyscyplinę, koncentrację, uczy też dystansu do rzeczywistości, która próbuje nas przytłoczyć – a to są te konkretne cnoty i postawy, które służą procesowi przemian jaki dokonuje się w nas za sprawą medytacji i mogą dodać siły do ich urzeczywistnienia. Jako ludzie wiary wiemy bowiem, że poza naszym wysiłkiem i zaangażowaniem działa w nas łaska. Jej synonimem jest przywoływane niczym mantra słowo, które towarzyszy naszej praktyce. Mowa tu o szczególnym słowie odnoszącym się do imienia Jezus. Chrześcijańska medytacja przypomina nam, że to słowo jest fundamentem, na którym pragniemy i opierać nasze życie. Za tym słowem kryje się bowiem żywa OBECNOŚĆ, w którą medytacja pragnie nas świadomie zanurzać, gdyż Ona jest Tym, z czego czerpiemy nasze siły a nade wszystko łaskę potrzebną do wewnętrznej przemiany, na której osadza się także przemiana zewnętrznego życia. Oczywiście faktem jest, że jak mówi św. Łukasz w Dziejach Apostolskich: „W Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” [Dz 17,28] a zatem ta obecność jest nam dana jako dar, ale ludzki umysł skłonny do zapominania o rzeczach najważniejszych musi ciągle wracać do tej fundamentalnej dla nas – chrześcijan prawdy. To właśnie jest owa inna perspektywa, jakiej uczy nas medytacja. Nie umniejszając naszych zmagań, które nam towarzyszą medytacja uczy kierować nasze serce i umysł ku miłującej obecności przed Bogiem, w która nieustannie jesteśmy zanurzeni niezależnie od okoliczności; pomagając na znalezienie mocnego oparcia nie we własnych, często zawodnych siłach, ale w Bogu, dla którego nie ma nic niemożliwego.
Amerykański badacz John Kabat-Zinn w książce „Praktyka uważności” opisuje medytację jako “sposób bycia”, który pomaga mu wejść głębiej w doświadczenie, któremu na imię życie we wszystkich jego aspektach. I to chyba jedno z najpiękniejszych określeń owoców medytacji. Praktykując regularnie pozwólmy zatem, aby medytacja – a raczej Ten, który przez nią działa – prowadziła nas coraz głębiej… Pozwólmy by uczyła porzucania tego, co nieistotne, uwalniała od zbytniego skupienia na samych sobie i uczyła kierować całe i niepodzielne serca a w ślad za nim umysłu ku Niestworzonemu. Ostatecznie właśnie to oznacza praktyczne urzeczywistnianie pierwszego przykazania miłości Boga.