Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Ku tajemnicy Trójcy Świętej

Jezus powiedział swoim uczniom:
”Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek słyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam oznajmi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego bierze i wam objawi”. (J 16,12-15)

Za każdym razem kiedy mam coś mówić lub pisać o tajemnicy Trójcy Świętej przenika mnie – zgodnie z odczuciem psalmisty – lęk i drżenie. Czasem wydaje mi się, że im dłużej uprawiam teologię, im więcej czytam na ten temat, tym wiem mniej. Nie pamiętam już, kto był pierwszym autorem stwierdzenia (które znalazłem u Karla Rahnera), że „Człowiek, który chciałby zrozumieć Boga, co najwyżej straci zmysły”. A przecież Bóg jednak zaprasza nas od poznania Go a więc poniekąd też do zrozumienia, bo jedno z  drugim nieodzownie się łączy.

Ponieważ jedną z moich pasji jest żeglowanie, to tajemnica Trójcy Świętej zawsze kojarzy mi się z bezkresem oceanu i nasze poznawanie jej wydaje się wprost proporcjonalne do chęci ogarnięcia go. I choć może to dalekie porównanie, ale podobnie jak nasza małość, gdy stajemy na małej łódce wobec potęgi i tajemnicy oceanu przypomina mi nasza małość, gdy stajemy wobec tajemnicy Boga w Trójcy Świętej. Piękne słowa znalazłem u Wilfrida Stinissena, który w jednej ze swoich książek pisze: ”Ale z chwilą kiedy znajdujemy się wobec tajemnicy Boga (czy to w modlitwie, czy przed tabernakulum, czy też w ramach rozważań teologicznych)  wszystko wydaje się znów takie trudne, że można by tę postawę określić jako całkowitą bezradność. Najdziwniejsze w tym jest to, że możesz czytać książki o Bogu, studiować teologię, rozważać Słowo Boże, wygłaszać o Bogu homilie. Ale z chwilą kiedy stajesz wobec tajemnicy Boga, jako drugiej osoby wszystkie te słowa tracą znaczenie. Zdarza się, że nawet nie potrafisz rozumieć znaczenia słów „Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu”, które kończą modlitwę brewiarzową. Skąd zatem ta niemoc? Ma ona swoje źródło w tym, że teraz, na głębszej płaszczyźnie – jaką tworzy prawdziwa relacja – zaczyna wzrastać coś, co bardziej zostaje człowiekowi odbierane niż dodawane. W relacji, która budujemy z Bogiem – w przeciwieństwie do teorii, jakie próbujemy stworzyć na temat Boga – zaczyna się On udzielać duszy nie poprzez zmysły, czy za pomocą rozumowania, które kojarzy i dzieli pojęcia, lecz za pomocą czystego ducha, w którym nie ma już rozważania sukcesywnego”. [Droga modlitwy wewnętrznej]

Te słowa oddają coś, co jest nam wszystkim wspólne – jako doświadczenie – w poznawaniu Boga i Jego tajemnicy i pokazują, że ścieżka, którą zazwyczaj obieramy – ścieżka rozumu i zmysłów w gruncie rzeczy najmniej prowadzi nas do Jego poznania. Nie neguję tutaj potrzeby rozwijania teologii, podobnie jak nie neguję używani rozumu w poznaniu Boga, bo przecież właśnie między innymi po to Bóg nam je dał. Wydaje mi się jednak, że zazbytnio ufamy tym narzędziom, które mogą nas łatwo zwieść w tym poznaniu.

Dla mnie od kilku lat fenomenalnym „tłumaczem” tajemnicy Boga w Trójcy Świętej jest nasz polski teolog z królewskiego Krakowa ks. Prof. Robert Woźniak. Bardzo polecam jego rekolekcje o Trójcy Świętej (można je znaleźć zarówno wydane na CD jak i na youtube). Prostota jego przekazu i pasja z jaką to robi porywają a przy okazji ks. Robert jest człowiekiem głębokiej wiary (co nie zawsze wcale idzie w parze uprawianiem teologii) a wydaje się niezbędne, aby nie pobłądzić na ścieżce poznawania Boga, co ostatnimi czasy uczyniła teologia zachodnia, która – używając słów ks. Prof. Woźnaka – próbując mówić o Bogu „radykalnie odmawia uznania prawdy”, co rzeczony teolog określa mianem „spisku przeciwko Logosowi” (czyt: rozumowi).

Trzeba zatem z pokorą uznać, że nie zgłębimy tajemnicy Trójcy Przenajświętszej, możemy się jednak do niej pokornie zbliżyć (i słowo POKORA należałoby w tym miejscy podkreślić), bo to właśnie jej wielu współczesnym teologom brakuje. A bez niej jest wprost niemożliwym takie kształtowanie swojej wiary, by ona nas prowadziła ścieżkami zbawienia.

Zanim przejdę do refleksji na czytaniami mszalnymi – jeszcze jedna dygresja. Rekonwalescencja po operacji, która zmusiła mnie ostatnimi czasy do nieruszania się z domu była błogosławionym czasem odrobienia zaległości w czytaniu lektur. I nawiązując do rozważanego dziś tematu tajemnicy Boga wydaje mi się, że znalazłem drugą, najpiękniejszą książkę w moim życiu (jeśli liczyć Pismo Święte, to trzecią). Książka nosi tytuł „Halo Pan Bóg? Tu Anna…” To pełna uroku opowieść starego, genialnego samouka z robotniczej dzielnicy Londynu o spotkaniu z małą Anną, dzieckiem niezwykłym, niesłychanie wrażliwym. Autor i bohaterka wspólnie poszukują w świecie prawd o „panu Bogu” i wspólnie je odnajdują, opowiadając o tym własnym, niekonwencjonalnym językiem: „Mając pięć lat, Anna znała już doskonale cel istnienia, rozumiała co to jest miłość i była osobistą przyjaciółką i pomocnicą pana Boga…”

Jak ktoś pięknie spuentował tę książkę: „Filozofia życia równa św. Augustynowi. Piękna i lekka, realistyczna i radosna. Kerygmat w wydaniu dziecka. Doktorat najwyższych lotów. Nie pojmuje dlaczego nie otrzymała nagrody nobla skoro innym mniejszym się ją dostało”. Urok tej historii, czy zdarzyła się czy nie zachwyca i onieśmiela mnie właśnie w kontekście szukania zrozumienia Boga i pokazuje, że małe dziecko może być bliżej tej tajemnicy niż wielu wielkich teologów. Serdecznie tę lekturę polecam.

A odnosząc się już wprost do poszukiwania prawdy o Bogu, która wypływa z liturgii słowa to w pierwszym czytaniu przeznaczonym na dzisiejszą uroczystość (choć zaczerpnąłem ją z roku A, bo wydaje mi się lepiej oddawać to doświadczenie odkrywania Boga) jesteśmy świadkami spotkania Mojżesza z Bogiem. Padło tam takie stwierdzenie: „A Pan zstąpił w obłoku”. (Wj 34,5a) Jest to doświadczenie wpisane w nurt wielkiej tradycji biblijnej – Bóg objawia się w obłoku, obłok prowadzi Izraelitów do Ziemi Obiecanej, obłok towarzyszy prorockim wizjom, obłok widzimy na górze przemienienia, obłok mamy przy wniebowstąpieniu Jezusa.

Dlaczego obłok? Zauważmy, że cechą charakterystyczną obłoku jest to, że jednocześnie pokazuje i kryje. Bóg jest – obłok jest symbolem tej obecności, ale ten sam Bóg w tym samym obłoku się ukrywa. To ważne spostrzeżenie i wskazówka w naszych próbach poznania Boga. Bóg da się poznać człowiekowi, ale nigdy do końca. Bóg zawsze pozostanie tajemnicą – wiemy, że ta tajemnica jest, ale nigdy „nie rozgryziemy” jej do końca. Do tej symboliki odwołuje się zresztą anonimowy autor „Obłoku niewiedzy” – fenomenalnego traktatu będącego swoistym podręcznikiem zarówno od strony duchowej jak i psychologicznej życia mistycznego, zrodzonego z osobistego doświadczenia autora. (Nota bene również gorąco polecam lekturę tego tekstu  i podpowiadam, że najlepiej czytać go z komentarzem).

Zarówno wspomniany traktat jak i czytania biblijne są dla mnie potwierdzeniem tego, że Bóg jest dobrym pedagogiem – wie, że nie wszystko i że nie naraz człowiek może przyjąć (To jest ta Mądrość z dzisiejszego pierwszego czytania!) Poznawanie Boga to długi proces. Ale zarówno Pan Bóg jak i my mamy na to czas – cała wieczność jest przeznaczona na to poznanie dla kogoś, kto chce to zrobić. Doczesność to jedynie preludium, dzięki któremu mamy się opowiedzieć czy tego chcemy czy też nie. Żaden dobry nauczyciel wie, że ucznia nie da się zmusić do zdobywania wiedzy, jeśli sam tego nie pragnie.  

Kiedy jesteśmy świadkami biblijnego spotkania Mojżesza z Bogiem uderza nas jeszcze jedna rzecz, otóż Mojżesz  pada na twarz. Mimo tego, że ten Bóg objawia się jako „Bóg miłosierny i litościwy, cierpliwy, bogaty w łaskę i wierność”. W księdze Wyjścia widać szacunek i dystans tak potrzebny w szukaniu prawdy o Bogu (i raz jeszcze przywołując w tym miejscu Obłok niewiedzy, tak widoczny w tym traktacie). Współczesny człowiek podobnie jak wielu współczesnych teologów zatraca ów szacunek i dystans. Traktuje się dziś Pana Boga jak przyjaciela, partnera do rozmowy etc. A zapomina o tej rzeczonej pokorze, która podpowiada nam, że jedyną właściwą postawą człowieka wobec Boga jest postawa „na klęczkach”.

To nie znaczy, że Pana Boga nie możemy traktować jak Przyjaciela. Moment wcielenia – gdy Syn Boży przyjmuje ludzką naturę i staje się nam tak bliski – przełamuje nieco ten dystans, bo Jezus wie, że z bliska widać więcej. Ale nie wolno nam zapominać, że to zbliżenie do Pana Boga sprawia, że i tak dzieli nas od niego ocean Tajemnicy, który tylko On może przekroczyć jeśli zechce. Nigdy nie zrobimy tego my o własnych siłach a już z pewnością mocą naszego ograniczonego rozumu. Owszem Chrystus zaprasza nas do zbliżenia się do Boga, które w czasach Starego Testamentu było nie do pomyślenia. Ale podkreślmy to raz jeszcze owo zbliżenie nie unieważnia tego dystansu, który zawsze nas dzieli jako stworzenia i Stwórcę.  Jezus jednak wprowadza nas w relację bliskości z Ojcem, gdyż wie, że jeśli człowiek podejdzie bliżej do Boga i przekona się do pewnej zażyłości z Nim, to Bóg wprowadzi go w tajemnicę swego wewnętrznego życia. Jednak zawsze, podkreślmy to – zawsze – owo wprowadzenie dokonuje się dzięki Jego łasce a nie naszym zdolnościom (co do tego nie pozostawia wątpliwości dzisiejsza Ewangelia). Jest darem i tajemnicą a nie owocem naszych wysiłków. I tylko wówczas, gdy człowiek oprze się bardziej na Jego łasce niż na swoim rozumie ma szansę odkryć, że Bóg nie przestając być jednością okazuje się być jednocześnie wspólnotą – wspólnotą boskich osób – Ojca, Syna i Ducha – zamieszkujących w człowieku.

Odkrywa to przed nami św. Paweł, który swoje listy często zaczynał lub kończył znanym sformułowaniem: „Łaska Pana Jezusa Chrystusa, miłość Boga i dar jedności w Duchu Świętym niech będą z wami.” (2Kor 13,13)

Jeszcze głębszym zrozumieniem tajemnicy Boga jest Ewangelia. Pokazuje ona rację istnienia, przyczynę tej boskiej Wspólnoty. Jest nią miłość. Św. Paweł powie wprost, że to o nią opieramy nasze nadzieje. [Rz 5,5]

„Bóg umiłował!” (J 3,16). To jest fundament na którym Jezus a po nim św. Paweł i inni apostołowie budują. Bóg umiłował siebie, w osobach Trójcy, umiłował człowieka, umiłował świat. Pewnie jeszcze większą tajemnicą od tajemnicy Trójcy, jest fakt, że Bóg ma serce, a to serce kocha.

To odkrycie wskazuje nam pewien kierunek odkrywania prawdy o Bogu. Otóż chcąc poznać Go musimy zwrócić się nie na zewnątrz – choć świat zewnętrzny może być czasem pomocny w odkrywaniu śladów tej Bożej miłości – ale ku wnętrzu, ku naszemu sercu, bo to właśnie tam jest ukryta ta tajemnica, do zgłębienia której zaprasza nas przedwieczny Ojciec o czym przypomina nam św. Jan od Krzyża. Na tę prawdę zresztą wskazuje też św. Paweł, który mówi, że „miłość Boża został rozlana w naszych sercach przez Ducha świętego, który został nam dany.” [Rz 5,5]

Taki kierunek rozważań skłania nas teraz do uświadomienia sobie tego, że sami będąc stworzeni na obraz i podobieństwo Boga mamy wpisaną w swoją naturę potrzebę wspólnoty i kochania. Jednak nie przez przypadek w pierwszym przykazaniu stoi wezwanie, żeby tę miłość i wspólnotę budować najpierw w oparciu o odniesienie do Pana Boga, bo w przeciwnym razie nasza grzeszna natura bardzo łatwo je wypaczy, czego dzisiaj często jesteśmy świadkami.

Mamy w sobie głęboką, niepokonalną potrzebę bycia z kimś, dla kogoś, mamy potrzebę kochania. Bycie z innymi to nasza natura. Problem polega na tym, że dziś próbuje się tę naturę oszukać, poprzekręcać, przemalować. Jednym słowem wracamy do tego o czym mówił ks. Robert Woźniak – próbuje się zakwestionować prawdę.

Cała Ewangelia ostatecznie pokazuje, jak wielka to miłość, którą zostaliśmy pokochani przez Boga; jak wielka to łaska, którą zostaliśmy obdarowani i jak wielka to jedność, do której zostaliśmy zaproszeni (por. J 17). Nie chodzi o mało znaczącą sprawę: w centrum Bożego zainteresowania jest nasze zbawienie, czyli nasze ocalenie. Przez wiarę w Syna Bożego wchodzimy w Tajemnicę Trójcy, czyli Boga, który daje nam siebie samego, abyśmy żyli.

Każdy z nas został stworzony na obraz i podobieństwo Boga i próba negacji tego niczego nie zmieni i nie zakrzyczy prawdy, która dziś tak wielu osobom się nie podoba (Rdz 1,26–27), dlatego tak kolosalne znaczenie ma to, że wierzymy w Boga Trójjedynego: jesteśmy Jego ikoną, dlatego, aby w pełni żyć. Bez Niego i bez uczestniczenia w Jego życiu prawdziwe i pełne życie jest po prostu niemożliwe, choć znowu wielu pozwoliło zarazić się szatańską iluzją, że jest inaczej!

Święto Jezusa Chrystusa – Najwyższego i Wiecznego Kapłana

W pierwszy dzień Przaśników, kiedy ofiarowywano Paschę, Jezus, gdy jedli, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał i dał im mówiąc: «Bierzcie, to jest Ciało moje». Potem wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, i pili z niego wszyscy. I rzekł do nich: «To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana. Zaprawdę, powiadam wam: Odtąd nie będę już pił napoju z owocu winnego krzewu aż do owego dnia, kiedy pić będę go nowy w królestwie Bożym».(Mk 14,22-25)

Przeżywamy dziś Święto Jezusa Chrystusa – Najwyższego i Wiecznego Kapłana

To jedno z najnowszych świąt obchodzonych w Kościele katolickim. Ten dzień ma stać się momentem świętowania sakramentu kapłaństwa, tak by dzień Wielkiego Czwartku był w pełni skupiony na tajemnicy Eucharystii.

Pomysł tego święta, wiem, że nie bez natchnienia Ducha Świeęego zrodził się w sercach dwóch wielkich współczesnych kapłanów: Ojca Świętego Benedykta XVI i kard. Roberta Saraha – Prefekta Watykańskiej Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, którzy w ten sposób pragnęli odpowiedzieć na prośby, które napływały do Stolicy Apostolskiej z różnych stron świata jako owoc i upamiętnienie Roku Kapłańskiego obchodzonego w Kościele na przełomie 2009 i 2010 r. A ponieważ wprowadzone zostało w ostatnich dniach pontyfikatu papieża Benedykta XVI stało się dla Kościoła niejako jego testamentem duchowym i wyrazem głębokiej troski papieża – seniora o pogłębianie świętości życia duchowieństwa a zarazem inspiracją do modlitwy o nowe, święte i liczne powołania do służby kapłańskiej.

Jezus Chrystus jest kapłanem, który składa Ojcu ofiarę z życia w naszym imieniu. Wybitny człowiek Kościoła kard. Charles Journet trafnie zauważył, że „nikt nie zdoła wejść w głąb tajemnicy, nikomu nie będzie dane poniekąd doświadczalne zrozumienie odkupieńczych zamysłów, o ile i jego samego nie trawi pragnienie zbawienia świata dla Boga”. W istocie, zrozumieć sens ofiary Chrystusa, Jego najwyższego, doskonałego i nieprzemijającego kapłaństwa, można tylko z sercem pełnym miłości.

Boże, Ty ustanowiłeś swojego Syna Najwyższym i Wiecznym Kapłanem, umocnij dziś w powołaniu i wierze wszystkich kapłanów, a zwłaszcza tych, dzięki posłudze których mogę karmić się Twoim słowem i doświadczać łaski w sakramentach święty. Amen

Modlitwa codziennością

Dlatego też, najmilsi moi, strzeżcie się bałwochwalstwa! Mówię jak do ludzi duchowych. Wszystko wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko wolno, ale nie wszystko buduje. Niech nikt nie szuka własnego dobra, lecz dobra bliźniego! Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie. Nie bądźcie zgorszeniem ani dla Żydów, ani dla Greków, ani dla Kościoła Bożego, podobnie jak ja, który się staram przypodobać wszystkim pod każdym względem nie szukając własnej korzyści, lecz dobra wielu, aby byli zbawieni. [1 Kor 10, 14-15. 23-24. 31-33]

Czy modlitwa należy do naszej codzienność, czy też wyrywa nas z codzienności? – pyta Karl Rahner, niemiecki teolog, duchowny katolicki, będący jednym z najbardziej wpływowych teologów XX wieku, który znacząco wpłynął na II sobór watykański. W swojej książce „Modlitwy na całe życie” Rahner wprowadza rozróżnienie na modlitwę codzienności i modlitwę w codzienności.

Wedle najprostszej definicji modlitwa, to dialog człowieka z Bogiem. W jaki zatem sposób codzienność może stać się modlitwą? Otóż wtedy, gdy przez naszą codzienność będziemy mówić do Boga, gdy będziemy Go w niej odnajdywać, gdy będziemy Mu ją zawierzać, gdy będziemy samych siebie i nasze życie w całości oddawać Bogu bez warunków i bez zastrzeżeń, za to z całkowitą ufnością. To zgoda na to by wyrzec się bycia tym, który pisze scenariusz swojego życia na rzecz tego aby uczynić jego reżyserem i scenarzystą Boga. Jedni określą to jako naiwność i zrzekanie się swojej odpowiedzialności za życie, inni jako bezgraniczną ufność płynącą z głębokiej wiary. Jednak w takiej postawie nie zrzekamy się naszej odpowiedzialności. Podejmujemy powierzone nam zadania z całkowitym – stuprocentowym zaangażowaniem, gdyż dopiero wówczas możemy ofiarować Panu Bogu owoce naszej pracy, naszych relacji z innymi czy naszego odpoczynku jako dar. Nikt nie chce ofiarować Bogu wybrakowanych darów, bo wiemy, że jest On godny tego, co najlepsze w naszym życiu. A zatem ofiarowanie Bogu naszego życia będzie jeszcze większą motywacją do zagłębienia się w nie i jak najlepszego przeżywania naszej codzienności, z jednoczesnym odniesieniem naszego życia do Tego, który jest jego źródłem i dawcą. Chodzi zatem o to, aby całe nasze życie stawało się modlitwą bez słów… Jak naucza św. Paweł: „zatem czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie – wszystko czyńcie na chwałę Bożą” [1 Kor 10,31]. Chodzi o swoistą modlitwę nieustanną. Nauczycielką takiej postawy – modlitwy codziennością – jest dla nas medytacja monologiczna.

Medytacja w ciszy jest najbardziej podstawowym nazwaniem problemów naszego umysłu, dawaniem na nie odpowiedzi i zgodą na Tajemnicę działania Ducha Świętego obecnego w nas.

W medytacji niczego nie osiągamy, niczego nie pragniemy, zazwyczaj towarzyszy nam ciągłe doświadczenie naszej całkowitej niezdolności do modlitwy, bo ciągle potykamy się o nasz brak skupienia, atakujące nas myśli czy obrazy, trudność wytrwania w całkowitym bezruchu. Ostatecznie jednak wiemy, że Ktoś się w nas modli, a do nas należy tylko przyzwolić na to, jak przyzwalamy na oddech. To wyjaśnia, jak możemy wypełnić dwukrotnie powtórzone przez św. Pawła polecenie: nieustannie się módlcie (1 Tes 5,17; Ef 6,18).

Medytacja to także droga naszego nawrócenia, bo ono zaczyna się od serca, od centrum naszego jestestwa i stamtąd ogarnia całe nasze życie. W modlitwie poza słowami, których Jezus wyraźnie naucza, instruuje apostołów, aby się wycofali na miejsce odosobnione i modlili się do Ojca, który jest w ukryciu (Mt 6,5–8). Mamy się wznieść ponad przywiązanie, nasze teorie i przekonania czy obronę jakieś szczególnej formy modlitwy i powrócić do ubóstwa jednego słowa i prostoty każdego naszego oddechu.

Matka Kościoła

„Z Uroczystością Zesłania Ducha Świętego ściśle związane jest święto Maryi Matki Kościoła. Tytuł to stosunkowo niedawny, choć prawda jest nauczana od tysiącleci.

Cóż to znaczy że Maryja jest Matką Kościoła i w jakim sensie nią jest? Otóż nie jest nią w sensie fizycznym czy psychicznym, tak jak jest Matką Jezusa. Nie jest nią też w sensie symbolicznym albo instytucjonalnym, tak jak kobieta jest matką okrętu albo jakiejś organizacji, której jest założycielką. Jest Matką Kościoła w sensie duchowym, lecz co to znaczy?

W szukaniu odpowiedzi na to pytanie jest nam pomocna liturgia Kościoła, a konkretnie wspomniane już wcześniej ścisłe powiązanie święta Matki Kościoła z Uroczystością Zesłania Ducha Świętego. Kościół rodzi się w dniu zesłania Ducha Świętego. Do tego momentu wprawdzie istnieje, począwszy od objawień Jezusa Zmartwychwstałego, ale jest to istnienie podobne do życia dziecka w łonie matki. Jest niesamodzielny, ukryty z obawy przed Żydami, „nie oddycha”, jest żywiony czyimś oddechem, czeka na własne tchnie­nie Ducha…

Można sobie wyobrazić, ile nadziei, ale też i ile wątpliwości, budził ten czas wielkich obietnic, ale też i czas długiego czekania na ich spełnienie; i to pośród zagrożeń. Sami z naszego życia duchowe­go znamy takie okresy, trwające niekiedy bardzo długo. Jakże wtedy potrzebny jest ktoś, kto taką ducho­wą drogę przeszedł, jakimż skarbem w takich chwilach jest mieć prawdziwego ojca duchowego albo du­chuową matkę, który(a) powie choćby tylko tyle: Nie martw się, to normalne, tak działa Bóg, ja też przez to przeszedłem (przeszłam), pamiętam o tobie w modlitwach!

Autor Dziejów Apostolskich we fragmencie czy­tanym w święto Matki Kościoła relacjonuje nam, co się działo z Apostołami po wniebowstąpieniu Pana Jezusa, gdy oczekiwali spełnienia się Obietnicy: Wszy­scy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa i Jego braćmi (Dz 1,14). Nie przypadkiem św. Łukasz wymienia tu Maryję z imienia. Jej rola w tym gronie była szczególna i to nie tylko dlatego, że była Matką Jezusa, bo też nie z szacunku tylko czy z poczucia obowiązku wobec Matki Pana zabrali Ją Apostołowie z sobą. W swej niepewności i oczekiwaniu na spełnienie się obietni­cy, której realnego kształtu nie znali, wiedzieli przecież, że Maryja jest pierwszą i jedyną, na którą Duch Święty zstąpił (por. Łk 1,34).

Mieli więc między sobą świadka działania Jego mocy, dowód spełnionej Obietnicy. Kto wie, czy to nie właśnie w tamtych dniach modlitw i rozmów poznawali tajemnice Jej życia, od radosnych poprzez bolesne po chwalebne, których sami wraz z Nią stawali się teraz uczestnikami. Odprawiali z Nią, jeśli tak można powiedzieć, pierwsze rekolekcje otwierające i przygotowujące ich serca na dary Boże. Nigdy nie będziemy w stanie wyobrazić sobie, jaką moc miały tamte duchowe konferencje, które dawała im Maryja, jak były proste, dalekie od snucia bogatych w piękne słowa i poetyckie obrazy teorii, jak przemawiały do serca i umysłu poprzez konkrety życia, jak uspokajały serca. One były duchowym pokarmem dla niepewnych uczniów. Tak jak matka karmi dziecko w swym łonie własną krwią, tak Maryja karmiła ich własnym życiem. Rzeczywiście stała się wtedy duchową Matką rodzącego się Kościoła. Karmiła go, aby z przyjściem Ducha Świętego urodził się w nim Jezus Chrystus, aby się objawił w pełni na twarzach Apostołów, w ich słowach i czynach ku zadziwieniu i nawróceniu patrzących i słuchających.

Po opisie zesłania Ducha Świętego Dzieje Apostolskie nie wspominają już o Maryi. To też ważny znak. Dobra matka nie ingeruje w życie dojrzałego dziecka. Nie znaczy to jednak, że nie otacza go nadal swą troską i modlitwą. Odtąd Duch Święty kieruje Kościołem, który dzięki swej Matce prowadzącej go do Ducha i dzięki działającemu w nim Duchowi Świętemu sam staje się Matką, rodząc swoje dzieci w źródle Chrztu świętego.

Rola Maryi jako Matki Kościoła nie kończy się w czasach apostolskich. Trwa ona i dziś. Kościół wyra­ża tę prawdę w innym maryjnym święcie majowym, święcie Najświętszej Maryi Panny Wspomożycielki Wiernych. Dopełnia ono w przedziwny sposób i aktualizuje ów tytuł Matki Kościoła.

Kościół doświadcza Maryi jako matki, ilekroć rozważa tajemnice Jej życia, ilekroć zanurza się w Jej historię pełną mocy Ducha Świętego. W Niej – Oblubienicy Ducha Świętego – odnajduje nie tylko swój wzór, to byłoby za mało, odnajduje swoje życie, swój sens i swoją misję, którymi jest prowadzenie mocą tegoż Ducha do poczęcia się, rozwijania i rodzenia się Jezusa Chrystusa w sercach i postawach swoich dzieci. Doświadcza Jej jako matki również poprzez Jej troskę, wyrażającą się nie tylko w wysłuchanych modlitwach, których dowodami, oprócz wewnętrznych doświadczeń Jego dzieci, są tysiące, a może i dziesiątki tysięcy wotów i świadectw, zgromadzonych w maryjnych sanktuariach całego świata, lecz także w licznych w każdej epoce objawieniach. Wiele z nich, jak choćby te z Lourdes i Fatimy, Kościół rozpoznał jednoznacznie jako głos jego Matki i uczynił treścią swego życia. Co do innych zachowuje pełną nadziei rezerwę. Nie dlatego, jakoby się bał głosu Matki, lecz świadom jest zasadzek złego ducha i słabości swych dzieci, przez które ten głos dociera. Nie Matkę bada, lecz dzieci, pragnąc cały czas, aby głos Matki był czysty i jasny bez fałszów i ludzkich naleciałości”.

Z książki p. t. Blisko Maryi

Paraklet

Jezus powiedział do swoich uczniów:«Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze.Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy. Kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów moich. a nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca.To wam powiedziałem, przebywając wśród was. A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem». (J 14, 15-16. 23b-26)

Ludzie wierzący często utożsamiają przejawy działania Ducha Świętego z takimi spektakularnymi zjawiskami jak prorokowanie, cudowne uzdrawianie czy dar mówienia obcymi językami, tzw. glosolalia, bo przecież i Ewangelia i Dzieje Apostolskie przywołują takie właśnie znaki działania Ducha.

Pamiętam jak załatwiałem kiedyś coś w urzędzie. Kilka osób oczekiwało w kolejce. W pewnym momencie do budynku wszedł uśmiechnięty od ucha do ucha, wsparty na lasce staruszek, który zakrzyknął: „Dzień dobry państwu. Kto ostatni?”. Ponieważ to byłem ja, podszedł i podał mi rękę. Stojący w kolejce chcieli go przepuścić, ale on dziarsko skomentował to słowami: „mam 94 lata, zamierzam dożyć setki, więc te pół godzinki w kolejce nie robi mi różnicy. I stojąc tak gawędził i sypał dowcipami, które wywołały uśmiechy na twarzach wszystkich. Czas w kolejce przestał się dłużyć. Czemu o tym mówię? Otóż Przybycie jednej osoby zmieniło całkowicie charakter urzędowej poczekalni. Przez starca o lasce, lekko przygłuchego, zbliżającego się do kresu życia – weszło nowe życie.

Tak właśnie jest z tajemniczym gościem, któremu na imię Duch Święty. Pojawia się, nie wiadomo skąd, a Jego przybycie zmienia wszystko, napełnia nowym życiem te miejsca i obszary w nas, które pozostają w uśpieniu, w lęku, w marazmie.

Apostołowie siedzieli zamknięci w Wieczerniku, pełni obaw, co dalej z nimi będzie. Jezus wstąpił do nieba, co prawda obiecał Pocieszyciela, ale nie powiedział wyraźnie, czego mają się spodziewać… Apostołowie znów doświadczyli, że Boga nie da się posiąść, że On ciągle wyprzedza i przekracza nasze pomysły. To dosyć niewygodne, bo wymaga zgody na to, że nie wszystko mamy pod kontrolą. I wtedy wkracza do akcji Duch Święty, którego nie sposób ogarnąć, widać za to konkretne owoce Jego działania. Oczom tych, którzy byli zgromadzeni w dniu Pięćdziesiątnicy ukazały się rzeczy niesłychane: najpierw szum gwałtownego wichru, potem języki ognia zstępujące na zebranych. Potężnym znakiem Bożego działania był także dar języków. Apostołowie odważnie wychodzą do świata i do ludzi, którzy mogą usłyszeć Dobrą Nowinę we własnym języku.

Nam często wydaje się, że bardzo trudno jest zbliżyć się do tajemnicy Ducha Świętego, dlatego rzadko o Nim mówimy. Jeśli jednak Duch pozostaje dla nas często tak nieuchwytny, to z pewnością nie dlatego, że jest od nas daleko, ale dlatego, że jest bliżej nas niż sądzimy. Jak oddech, o którym ledwie pamiętamy, a bez którego nie byłoby przecież życia.

Czy istnieje zatem jakaś droga, która mogłaby w sposób pewny doprowadzić nas do Ducha?

Otóż święty Jan Ewangelista przedstawia Ducha Świętego jako dar Jezusa zmartwychwstałego, obdarowującego uczniów władzą odpuszczania grzechów (J 20, 22-23). Oznacza to, że doświadczyć działania Ducha można przede wszystkim, zanurzając się w Bożym miłosierdziu.

Trudno się temu dziwić. Przecież Duch daje życie. Unosił się nad wodami w akcie stworzenia [Rdz 1,2]. Współdziałał razem z Ojcem, najpierw w momencie wcielania a potem przy wskrzeszeniu Jezusa (por. Rz 1, 4; 8, 11; 1 P 3, 18). Musi więc być obecny wszędzie tam, gdzie miłość zapala płomień nowego życia. Patronuje On wszelkim wyborom naszej wolności, które przez odważne „tak” wobec Bożej woli upodabniają nas do Chrystusa.

Dlaczego Chrystusowi tak bardzo zależało na tym, by uczniowie otrzymali Ducha Świętego? Jezus powiedział Apostołom wprost: „Gdy zaś przyjdzie On, Duch prawdy, doprowadzi was do całej prawdy”. Dzięki tej prawdzie zrozumieli, dlaczego mogą nazywać Boga swoim Tatą a sami są Jego umiłowanymi dziećmi.

Ale jest też jeszcze jeden dar Ducha, o którym nie wolno nam zapomnieć: Jezus po swoim zmartwychwstaniu, udzielając uczniom mocy Ducha Świętego, mówi do nich: „Pokój Wam!”. Znaczy to, że bezcennym owocem działania Ducha Świętego jest pokój, który nie ma wiele wspólnego ze świętym spokojem lansowanym przez współczesny świat stale nawołujący do zawierania kompromisów i do ustępstw, które jedynie relatywizują prawdę i zakłamują rzeczywistość. Duch Święty przynosi pokój Boży, który jest trwały, gdyż budowany jest na Prawdzie stanowiącej jedyny pewny fundament, bo mający swe źródło w miłości Boga.

Warto zapytać czy mamy w sobie ten pokój!? Jeśli czujemy, że nie do końca, to dzisiaj jest dobry dzień by prosić Ducha Świętego, aby napełniał nas swoim pokojem i dawał moc do odważnego przyznawania się do prawdy Ewangelii.