Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Boże Ciało – Bóg, który nas karmi

Jezus opowiadał rzeszom o królestwie Bożym, a tych, którzy leczenia potrzebowali, uzdrowił. Dzień począł się chylić ku wieczorowi. Wtedy przystąpiło do Niego Dwunastu mówiąc: „Odpraw tłum; niech idą do okolicznych wsi i zagród, gdzie znajdą schronienie i żywność; bo jesteśmy tu na pustkowiu”. Lecz On rzekł do nich: „Wy dajcie im jeść”. Oni odpowiedzieli: „Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby; chyba że pójdziemy i nakupimy żywności dla wszystkich tych ludzi”.

Było bowiem około pięciu tysięcy mężczyzn. Wtedy rzekł do swych uczniów: „Każcie im rozsiąść się gromadami mniej więcej po pięćdziesięciu”. Uczynili tak i rozmieścili wszystkich.

A On wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówiwszy nad nimi błogosławieństwo, połamał i dawał uczniom, by podawali ludowi. Jedli i nasycili się wszyscy, i zebrano jeszcze dwanaście koszów ułomków, które im zostały. (Łk 9,11 b-17)

Dawać jeść znaczy tyle, co dawać życie, podtrzymywać jego trwanie. Tak czynią rodzice troszczący się o swoje dziecko, tak czynił Jezus na pustkowiu. Między innymi dlatego Pan po zmartwychwstaniu je i pije, by pokazać, że nie jest duchem lecz należy do świata żywych.

Można by przedstawić historię świętą jako historię jedzenia: zaczęło się od zjedzonego przez pierwszych rodziców owocu, a zakończyć się ma wielką ucztą Baranka na końcu czasów. Nie tylko zresztą dla Ewy perypetie zaczęły się od przekąski na boku. Głodny Ezaw za miskę soczewicy utracił pierworództwo, a Izaak dał się zwieść za potrawkę z koźlęcia. Izraelici tak szemrali na pustynne menu, że narazili się na Boży gniew. Z drugiej strony, ileż kwestia jedzenia lub niejedzenia zrodziła bohaterów i męczenników. Pamiętamy biblijną historię  zamordowanej matki i siedmiorga jej synów tylko dlatego, że odmówili jedzenia potraw królewskich składanych w ofierze bożkom kananejskim albo starca Eleazara z Księgi Machabejskiej, który ze względu na wiarę nie chciał nawet udawać, że spożywa zakazaną wieprzowinę. Kiedy ktoś otwiera usta, żeby jeść, wchodzi w kontakt ze światem, z tym, co spożywa, i z tym, od kogo jedzenie pochodzi. Jedzenie jest podstawowym doświadczeniem zależności od świata, ludzi, wreszcie od Boga. Nie mamy życia w sobie! To jest podstawowa różnica między Bogiem a stworzeniem. Otwarcie ust, tak do jedzenia, jak i do modlitwy, nieustannie nam o tym przypomina. Przynajmniej Powinno!

Choćbyśmy sami sobie łyżkę do ust wkładali, zawsze jesteśmy karmieni. Nikt sobie Komunii świętej sam nie bierze, zostaje mu ona dana, a nawet podana do ust. Przyjmuję Ciało Pańskie, bo rozpoznaję, że nie mam w sobie życia, że potrzebuję, by ktoś je we mnie podtrzymał.

Co więcej, jest to taki dar, na który nie można sobie zasłużyć, bo czy można tak naprawdę kupić sobie życie? To, co najważniejsze, zawsze dostajemy w darze: życie doczesne, miłość rodziców, przyjaźń, zaufanie i wreszcie wieczność…

Postawa wobec Eucharystii, którą słusznie przyjmujemy z największą czcią, jeśli jest prawdziwa, dobrze, aby uczyła nas jak zachować się wobec każdego daru. Przecież Bóg daje nam siebie i swoje życie w każdej chwili. Inaczej nie byłoby nas tutaj. Za każdym razem gdy otrzymuję dar chleba, miłości czy jakikolwiek inny dar przez pośrednictwo człowieka ostatecznie przecież to Bóg jest Źródłem tych darów.

Wśród nich dzisiaj stajemy wobec tajemnicy, jaką jest Eucharystia.

Wobec Eucharystii jesteśmy jak dzieci. Nie rozumiemy do końca, co się dzieje, co spożywamy, Kogo przyjmujemy. Można mnożyć „duże słowa”: Miłość nieskończona, rzeczywista i prawdziwa obecność Boga. Ale i tak do końca nie rozumiemy. Stajemy wobec Tajemnicy… Mamy przeczucia, intuicje, doświadczenia. I spożywamy, bo ufamy jak dzieci, że to, co powiedział Chrystus jest prawdą – że w tym chlebie i winie jest z nami aż do końca świata. Dziecko wie jedno… ma to w sobie – instynktownie: by żyć, trzeba jeść. Nie zastanawia się. Poddaje się porządkowi rzeczy, ufa, marudzi czasem… ale je.

Warto wobec Eucharystii być jak dziecko. Warto ją spożywać, bo nie jesteśmy samowystarczalni, potrzebujemy kogoś, kto daje. A Bóg w Eucharystii daje, jest DAWANIEM.

Ale wobec Eucharystii musimy być również jak dorośli. Musimy dojrzewać!  Bo człowiek dojrzały pyta, zastanawia się, co mu służy, chce zrozumieć, uchylić rąbka tajemnicy. Po co? Żeby nie było jak w anegdocie: „Mówi zakonnik do zakonnika:

– Słuchaj, ty już w swoim życiu cały kosz komunikantów zjadłeś.

– I co z tego! – pyta tamten.

– Właśnie: co z tego?…”

Czy z tego, że już tyle razy przyjąłem do swego serca Jezusa w Eucharystii wynika, że moje życie staje się coraz lepsze, że coraz bardziej upodabnia się do Tego, którego przyjmuję do swojego serca? To dobre pytanie, które warto sobie postawić w uroczystość Bożego Ciała.

Modlitwa w codzienności

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. [Mt 5,5-6]

W ostatnim komentarzu do medytacji odwołując się do nauczania znanego niemieckiego teologa – Karla Rahnera mówiliśmy o tym, że dzieli on modlitwę na „modlitwę codziennością” i „modlitwę w codzienności”. Spróbowaliśmy sobie przybliżyć czym jest modlitwa codziennością w rozumieniu Rahnera. Odwołując się do słów św. Pawła z 1 Listu do Koryntian, który zachęca byśmy modlili się całym naszym życiem a więc wszystkim, co robimy, uświadamiamy sobie, że codzienne życie jest prawdziwym miejscem nie tylko naszej chrześcijańskiej egzystencji, ale i modlitwy. A to oznacza, że wszystkie nasze dążenia, praca, relacje, lektura książki jest miejscem naszego codziennego spotkania z Chrystusem. To właśnie wśród spraw najbardziej prozaicznych na tej ziemi, powinniśmy uświęcać się, służąc Bogu i ludziom.

To nam też uświadamia, że świat, w którym żyjemy nie jest zły, bo jest owocem rąk Bożych i dlatego sam w sobie powinien być miejscem wdzięczności o oddawania Bogu chwały, pomimo iż naszymi postawami i grzechami zdarza nam się to piękno zasłaniać. Mówiliśmy sobie również, że świadomość iż pragniemy Bogu ofiarować jak najlepsze dary chroni nas od prób wykręcenia się od uczciwego, codziennego zaangażowania w rzeczywistość i to, co robimy, gdyż każda bylejakość w życiu chrześcijanina sprzeciwia się woli Boga.

Chrystus wzywa was, abyśmy Mu służyli z zaangażowaniem tam, gdzie jesteśmy i w tym, co robimy, ucząc nas jednocześnie odkrywania tego, że istnieje coś świętego, Bożego, ukrytego w sytuacjach najbardziej prozaicznych i każdy z nas jest zaproszony aby to odkrywać.

Innymi słowy – jak pisze Karl Rahner – nasze powołanie to zmaterializować życie duchowe pośród zwykłej codzienności. Sprawia to, że możemy ustrzec się pokusy – tak częstego prowadzenia podwójnego życia przez chrześcijan: z jednej strony życia wewnętrznego – życia w relacji z Bogiem, a z drugiej, innego i oddzielonego od duchowości –  życia rodzinnego, zawodowego i towarzyskiego, pełnego małych, ziemskich spraw.

Jak pisze Rahner: „Uczeń Chrystusa nie może prowadzić podwójnego życia, bo nie możemy stać się schizofrenikami, skoro chcemy być chrześcijanami: istnieje jedno, jedyne życie, ustanowione z ciała i duszy, i takie ma być — z duszy i ciała — święte i pełne obecności Boga. Boga niewidzialnego spotykamy w rzeczach jak najbardziej widocznych i materialnych”. I dodaje: „Nie ma innej drogi: albo potrafimy spotkać Pana w naszym codziennym życiu, albo Go nie spotkamy nigdy” [Modlitwa na całe życie, 1984]. Jak wspomnieliśmy takiej postawy uczy nas medytacja monologiczna ucząca angażować nasze serce w odpowiedź do zachęty o nieustanną modlitwę.

Rahner jednocześnie pisze o modlitwie codziennością, która jest o tyle piękna, co może też rodzić pewne duchowe niebezpieczeństwa związane z absolutyzowaniem tej formy modlitwy. Możemy dojść bowiem do fałszywego wniosku, że skoro modlę się wszystkim, to już nie muszę przeznaczać wyjątkowych chwil na bycie sam na sam z Bogiem. Dlatego nieodzowna jest także tzw. modlitwa w codzienności. Teolog porównuje to do miłości małżeńskiej: Nie wystarczy gdy będę wysyłał mojej żonie miłosne wyznania za pośrednictwem listów czy sms-ów. Są one bardzo miłe lecz jako uzupełnienie. Muszę znajdować czas na bycie sam na sam z żoną, by móc osobiście wyszeptać jej do ucha „Kocham cię!” Przez słuchawkę telefoniczną te słowa brzmią inaczej. Podobnie jest w ludzkiej relacji z Bogiem. Wspaniale jest, gdy mamy intencje ofiarowania Bogu wszystkiego, całego naszego dnia, ale potrzebne są także chwile bycia z Bogiem sam na sam. To chwile nie tylko większego zjednoczenia, ale i szansa na głębsze zasłuchanie się w Jego słowo, którą rzadko daje nam zaangażowanie w inne aktywności. Chrystus – co do którego nie możemy mieć wątpliwości – że był zjednoczony z Bogiem jak nikt inny w swojej codzienności, również uczy nas swoim przykładem, że trzeba znajdować czas bycia sam na sam z Bogiem. Innymi słowy „modlitwa w codzienności”, która jest czasem poświęconym tylko Bogu i niczemu więcej jest nieodzowna by pogłębiać i ukierunkowywać również tę modlitwę, która określamy mianem „modlitwy codziennością”. I na zaproszenie do tej formy modlitwy również nasza medytacja pragnie stawać się jak najpełniejszą odpowiedzią.

Ku tajemnicy Trójcy Świętej

Jezus powiedział swoim uczniom:
”Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek słyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam oznajmi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego bierze i wam objawi”. (J 16,12-15)

Za każdym razem kiedy mam coś mówić lub pisać o tajemnicy Trójcy Świętej przenika mnie – zgodnie z odczuciem psalmisty – lęk i drżenie. Czasem wydaje mi się, że im dłużej uprawiam teologię, im więcej czytam na ten temat, tym wiem mniej. Nie pamiętam już, kto był pierwszym autorem stwierdzenia (które znalazłem u Karla Rahnera), że „Człowiek, który chciałby zrozumieć Boga, co najwyżej straci zmysły”. A przecież Bóg jednak zaprasza nas od poznania Go a więc poniekąd też do zrozumienia, bo jedno z  drugim nieodzownie się łączy.

Ponieważ jedną z moich pasji jest żeglowanie, to tajemnica Trójcy Świętej zawsze kojarzy mi się z bezkresem oceanu i nasze poznawanie jej wydaje się wprost proporcjonalne do chęci ogarnięcia go. I choć może to dalekie porównanie, ale podobnie jak nasza małość, gdy stajemy na małej łódce wobec potęgi i tajemnicy oceanu przypomina mi nasza małość, gdy stajemy wobec tajemnicy Boga w Trójcy Świętej. Piękne słowa znalazłem u Wilfrida Stinissena, który w jednej ze swoich książek pisze: ”Ale z chwilą kiedy znajdujemy się wobec tajemnicy Boga (czy to w modlitwie, czy przed tabernakulum, czy też w ramach rozważań teologicznych)  wszystko wydaje się znów takie trudne, że można by tę postawę określić jako całkowitą bezradność. Najdziwniejsze w tym jest to, że możesz czytać książki o Bogu, studiować teologię, rozważać Słowo Boże, wygłaszać o Bogu homilie. Ale z chwilą kiedy stajesz wobec tajemnicy Boga, jako drugiej osoby wszystkie te słowa tracą znaczenie. Zdarza się, że nawet nie potrafisz rozumieć znaczenia słów „Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu”, które kończą modlitwę brewiarzową. Skąd zatem ta niemoc? Ma ona swoje źródło w tym, że teraz, na głębszej płaszczyźnie – jaką tworzy prawdziwa relacja – zaczyna wzrastać coś, co bardziej zostaje człowiekowi odbierane niż dodawane. W relacji, która budujemy z Bogiem – w przeciwieństwie do teorii, jakie próbujemy stworzyć na temat Boga – zaczyna się On udzielać duszy nie poprzez zmysły, czy za pomocą rozumowania, które kojarzy i dzieli pojęcia, lecz za pomocą czystego ducha, w którym nie ma już rozważania sukcesywnego”. [Droga modlitwy wewnętrznej]

Te słowa oddają coś, co jest nam wszystkim wspólne – jako doświadczenie – w poznawaniu Boga i Jego tajemnicy i pokazują, że ścieżka, którą zazwyczaj obieramy – ścieżka rozumu i zmysłów w gruncie rzeczy najmniej prowadzi nas do Jego poznania. Nie neguję tutaj potrzeby rozwijania teologii, podobnie jak nie neguję używani rozumu w poznaniu Boga, bo przecież właśnie między innymi po to Bóg nam je dał. Wydaje mi się jednak, że zazbytnio ufamy tym narzędziom, które mogą nas łatwo zwieść w tym poznaniu.

Dla mnie od kilku lat fenomenalnym „tłumaczem” tajemnicy Boga w Trójcy Świętej jest nasz polski teolog z królewskiego Krakowa ks. Prof. Robert Woźniak. Bardzo polecam jego rekolekcje o Trójcy Świętej (można je znaleźć zarówno wydane na CD jak i na youtube). Prostota jego przekazu i pasja z jaką to robi porywają a przy okazji ks. Robert jest człowiekiem głębokiej wiary (co nie zawsze wcale idzie w parze uprawianiem teologii) a wydaje się niezbędne, aby nie pobłądzić na ścieżce poznawania Boga, co ostatnimi czasy uczyniła teologia zachodnia, która – używając słów ks. Prof. Woźnaka – próbując mówić o Bogu „radykalnie odmawia uznania prawdy”, co rzeczony teolog określa mianem „spisku przeciwko Logosowi” (czyt: rozumowi).

Trzeba zatem z pokorą uznać, że nie zgłębimy tajemnicy Trójcy Przenajświętszej, możemy się jednak do niej pokornie zbliżyć (i słowo POKORA należałoby w tym miejscy podkreślić), bo to właśnie jej wielu współczesnym teologom brakuje. A bez niej jest wprost niemożliwym takie kształtowanie swojej wiary, by ona nas prowadziła ścieżkami zbawienia.

Zanim przejdę do refleksji na czytaniami mszalnymi – jeszcze jedna dygresja. Rekonwalescencja po operacji, która zmusiła mnie ostatnimi czasy do nieruszania się z domu była błogosławionym czasem odrobienia zaległości w czytaniu lektur. I nawiązując do rozważanego dziś tematu tajemnicy Boga wydaje mi się, że znalazłem drugą, najpiękniejszą książkę w moim życiu (jeśli liczyć Pismo Święte, to trzecią). Książka nosi tytuł „Halo Pan Bóg? Tu Anna…” To pełna uroku opowieść starego, genialnego samouka z robotniczej dzielnicy Londynu o spotkaniu z małą Anną, dzieckiem niezwykłym, niesłychanie wrażliwym. Autor i bohaterka wspólnie poszukują w świecie prawd o „panu Bogu” i wspólnie je odnajdują, opowiadając o tym własnym, niekonwencjonalnym językiem: „Mając pięć lat, Anna znała już doskonale cel istnienia, rozumiała co to jest miłość i była osobistą przyjaciółką i pomocnicą pana Boga…”

Jak ktoś pięknie spuentował tę książkę: „Filozofia życia równa św. Augustynowi. Piękna i lekka, realistyczna i radosna. Kerygmat w wydaniu dziecka. Doktorat najwyższych lotów. Nie pojmuje dlaczego nie otrzymała nagrody nobla skoro innym mniejszym się ją dostało”. Urok tej historii, czy zdarzyła się czy nie zachwyca i onieśmiela mnie właśnie w kontekście szukania zrozumienia Boga i pokazuje, że małe dziecko może być bliżej tej tajemnicy niż wielu wielkich teologów. Serdecznie tę lekturę polecam.

A odnosząc się już wprost do poszukiwania prawdy o Bogu, która wypływa z liturgii słowa to w pierwszym czytaniu przeznaczonym na dzisiejszą uroczystość (choć zaczerpnąłem ją z roku A, bo wydaje mi się lepiej oddawać to doświadczenie odkrywania Boga) jesteśmy świadkami spotkania Mojżesza z Bogiem. Padło tam takie stwierdzenie: „A Pan zstąpił w obłoku”. (Wj 34,5a) Jest to doświadczenie wpisane w nurt wielkiej tradycji biblijnej – Bóg objawia się w obłoku, obłok prowadzi Izraelitów do Ziemi Obiecanej, obłok towarzyszy prorockim wizjom, obłok widzimy na górze przemienienia, obłok mamy przy wniebowstąpieniu Jezusa.

Dlaczego obłok? Zauważmy, że cechą charakterystyczną obłoku jest to, że jednocześnie pokazuje i kryje. Bóg jest – obłok jest symbolem tej obecności, ale ten sam Bóg w tym samym obłoku się ukrywa. To ważne spostrzeżenie i wskazówka w naszych próbach poznania Boga. Bóg da się poznać człowiekowi, ale nigdy do końca. Bóg zawsze pozostanie tajemnicą – wiemy, że ta tajemnica jest, ale nigdy „nie rozgryziemy” jej do końca. Do tej symboliki odwołuje się zresztą anonimowy autor „Obłoku niewiedzy” – fenomenalnego traktatu będącego swoistym podręcznikiem zarówno od strony duchowej jak i psychologicznej życia mistycznego, zrodzonego z osobistego doświadczenia autora. (Nota bene również gorąco polecam lekturę tego tekstu  i podpowiadam, że najlepiej czytać go z komentarzem).

Zarówno wspomniany traktat jak i czytania biblijne są dla mnie potwierdzeniem tego, że Bóg jest dobrym pedagogiem – wie, że nie wszystko i że nie naraz człowiek może przyjąć (To jest ta Mądrość z dzisiejszego pierwszego czytania!) Poznawanie Boga to długi proces. Ale zarówno Pan Bóg jak i my mamy na to czas – cała wieczność jest przeznaczona na to poznanie dla kogoś, kto chce to zrobić. Doczesność to jedynie preludium, dzięki któremu mamy się opowiedzieć czy tego chcemy czy też nie. Żaden dobry nauczyciel wie, że ucznia nie da się zmusić do zdobywania wiedzy, jeśli sam tego nie pragnie.  

Kiedy jesteśmy świadkami biblijnego spotkania Mojżesza z Bogiem uderza nas jeszcze jedna rzecz, otóż Mojżesz  pada na twarz. Mimo tego, że ten Bóg objawia się jako „Bóg miłosierny i litościwy, cierpliwy, bogaty w łaskę i wierność”. W księdze Wyjścia widać szacunek i dystans tak potrzebny w szukaniu prawdy o Bogu (i raz jeszcze przywołując w tym miejscu Obłok niewiedzy, tak widoczny w tym traktacie). Współczesny człowiek podobnie jak wielu współczesnych teologów zatraca ów szacunek i dystans. Traktuje się dziś Pana Boga jak przyjaciela, partnera do rozmowy etc. A zapomina o tej rzeczonej pokorze, która podpowiada nam, że jedyną właściwą postawą człowieka wobec Boga jest postawa „na klęczkach”.

To nie znaczy, że Pana Boga nie możemy traktować jak Przyjaciela. Moment wcielenia – gdy Syn Boży przyjmuje ludzką naturę i staje się nam tak bliski – przełamuje nieco ten dystans, bo Jezus wie, że z bliska widać więcej. Ale nie wolno nam zapominać, że to zbliżenie do Pana Boga sprawia, że i tak dzieli nas od niego ocean Tajemnicy, który tylko On może przekroczyć jeśli zechce. Nigdy nie zrobimy tego my o własnych siłach a już z pewnością mocą naszego ograniczonego rozumu. Owszem Chrystus zaprasza nas do zbliżenia się do Boga, które w czasach Starego Testamentu było nie do pomyślenia. Ale podkreślmy to raz jeszcze owo zbliżenie nie unieważnia tego dystansu, który zawsze nas dzieli jako stworzenia i Stwórcę.  Jezus jednak wprowadza nas w relację bliskości z Ojcem, gdyż wie, że jeśli człowiek podejdzie bliżej do Boga i przekona się do pewnej zażyłości z Nim, to Bóg wprowadzi go w tajemnicę swego wewnętrznego życia. Jednak zawsze, podkreślmy to – zawsze – owo wprowadzenie dokonuje się dzięki Jego łasce a nie naszym zdolnościom (co do tego nie pozostawia wątpliwości dzisiejsza Ewangelia). Jest darem i tajemnicą a nie owocem naszych wysiłków. I tylko wówczas, gdy człowiek oprze się bardziej na Jego łasce niż na swoim rozumie ma szansę odkryć, że Bóg nie przestając być jednością okazuje się być jednocześnie wspólnotą – wspólnotą boskich osób – Ojca, Syna i Ducha – zamieszkujących w człowieku.

Odkrywa to przed nami św. Paweł, który swoje listy często zaczynał lub kończył znanym sformułowaniem: „Łaska Pana Jezusa Chrystusa, miłość Boga i dar jedności w Duchu Świętym niech będą z wami.” (2Kor 13,13)

Jeszcze głębszym zrozumieniem tajemnicy Boga jest Ewangelia. Pokazuje ona rację istnienia, przyczynę tej boskiej Wspólnoty. Jest nią miłość. Św. Paweł powie wprost, że to o nią opieramy nasze nadzieje. [Rz 5,5]

„Bóg umiłował!” (J 3,16). To jest fundament na którym Jezus a po nim św. Paweł i inni apostołowie budują. Bóg umiłował siebie, w osobach Trójcy, umiłował człowieka, umiłował świat. Pewnie jeszcze większą tajemnicą od tajemnicy Trójcy, jest fakt, że Bóg ma serce, a to serce kocha.

To odkrycie wskazuje nam pewien kierunek odkrywania prawdy o Bogu. Otóż chcąc poznać Go musimy zwrócić się nie na zewnątrz – choć świat zewnętrzny może być czasem pomocny w odkrywaniu śladów tej Bożej miłości – ale ku wnętrzu, ku naszemu sercu, bo to właśnie tam jest ukryta ta tajemnica, do zgłębienia której zaprasza nas przedwieczny Ojciec o czym przypomina nam św. Jan od Krzyża. Na tę prawdę zresztą wskazuje też św. Paweł, który mówi, że „miłość Boża został rozlana w naszych sercach przez Ducha świętego, który został nam dany.” [Rz 5,5]

Taki kierunek rozważań skłania nas teraz do uświadomienia sobie tego, że sami będąc stworzeni na obraz i podobieństwo Boga mamy wpisaną w swoją naturę potrzebę wspólnoty i kochania. Jednak nie przez przypadek w pierwszym przykazaniu stoi wezwanie, żeby tę miłość i wspólnotę budować najpierw w oparciu o odniesienie do Pana Boga, bo w przeciwnym razie nasza grzeszna natura bardzo łatwo je wypaczy, czego dzisiaj często jesteśmy świadkami.

Mamy w sobie głęboką, niepokonalną potrzebę bycia z kimś, dla kogoś, mamy potrzebę kochania. Bycie z innymi to nasza natura. Problem polega na tym, że dziś próbuje się tę naturę oszukać, poprzekręcać, przemalować. Jednym słowem wracamy do tego o czym mówił ks. Robert Woźniak – próbuje się zakwestionować prawdę.

Cała Ewangelia ostatecznie pokazuje, jak wielka to miłość, którą zostaliśmy pokochani przez Boga; jak wielka to łaska, którą zostaliśmy obdarowani i jak wielka to jedność, do której zostaliśmy zaproszeni (por. J 17). Nie chodzi o mało znaczącą sprawę: w centrum Bożego zainteresowania jest nasze zbawienie, czyli nasze ocalenie. Przez wiarę w Syna Bożego wchodzimy w Tajemnicę Trójcy, czyli Boga, który daje nam siebie samego, abyśmy żyli.

Każdy z nas został stworzony na obraz i podobieństwo Boga i próba negacji tego niczego nie zmieni i nie zakrzyczy prawdy, która dziś tak wielu osobom się nie podoba (Rdz 1,26–27), dlatego tak kolosalne znaczenie ma to, że wierzymy w Boga Trójjedynego: jesteśmy Jego ikoną, dlatego, aby w pełni żyć. Bez Niego i bez uczestniczenia w Jego życiu prawdziwe i pełne życie jest po prostu niemożliwe, choć znowu wielu pozwoliło zarazić się szatańską iluzją, że jest inaczej!

Święto Jezusa Chrystusa – Najwyższego i Wiecznego Kapłana

W pierwszy dzień Przaśników, kiedy ofiarowywano Paschę, Jezus, gdy jedli, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał i dał im mówiąc: «Bierzcie, to jest Ciało moje». Potem wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, i pili z niego wszyscy. I rzekł do nich: «To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana. Zaprawdę, powiadam wam: Odtąd nie będę już pił napoju z owocu winnego krzewu aż do owego dnia, kiedy pić będę go nowy w królestwie Bożym».(Mk 14,22-25)

Przeżywamy dziś Święto Jezusa Chrystusa – Najwyższego i Wiecznego Kapłana

To jedno z najnowszych świąt obchodzonych w Kościele katolickim. Ten dzień ma stać się momentem świętowania sakramentu kapłaństwa, tak by dzień Wielkiego Czwartku był w pełni skupiony na tajemnicy Eucharystii.

Pomysł tego święta, wiem, że nie bez natchnienia Ducha Świeęego zrodził się w sercach dwóch wielkich współczesnych kapłanów: Ojca Świętego Benedykta XVI i kard. Roberta Saraha – Prefekta Watykańskiej Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, którzy w ten sposób pragnęli odpowiedzieć na prośby, które napływały do Stolicy Apostolskiej z różnych stron świata jako owoc i upamiętnienie Roku Kapłańskiego obchodzonego w Kościele na przełomie 2009 i 2010 r. A ponieważ wprowadzone zostało w ostatnich dniach pontyfikatu papieża Benedykta XVI stało się dla Kościoła niejako jego testamentem duchowym i wyrazem głębokiej troski papieża – seniora o pogłębianie świętości życia duchowieństwa a zarazem inspiracją do modlitwy o nowe, święte i liczne powołania do służby kapłańskiej.

Jezus Chrystus jest kapłanem, który składa Ojcu ofiarę z życia w naszym imieniu. Wybitny człowiek Kościoła kard. Charles Journet trafnie zauważył, że „nikt nie zdoła wejść w głąb tajemnicy, nikomu nie będzie dane poniekąd doświadczalne zrozumienie odkupieńczych zamysłów, o ile i jego samego nie trawi pragnienie zbawienia świata dla Boga”. W istocie, zrozumieć sens ofiary Chrystusa, Jego najwyższego, doskonałego i nieprzemijającego kapłaństwa, można tylko z sercem pełnym miłości.

Boże, Ty ustanowiłeś swojego Syna Najwyższym i Wiecznym Kapłanem, umocnij dziś w powołaniu i wierze wszystkich kapłanów, a zwłaszcza tych, dzięki posłudze których mogę karmić się Twoim słowem i doświadczać łaski w sakramentach święty. Amen

Modlitwa codziennością

Dlatego też, najmilsi moi, strzeżcie się bałwochwalstwa! Mówię jak do ludzi duchowych. Wszystko wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko wolno, ale nie wszystko buduje. Niech nikt nie szuka własnego dobra, lecz dobra bliźniego! Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie. Nie bądźcie zgorszeniem ani dla Żydów, ani dla Greków, ani dla Kościoła Bożego, podobnie jak ja, który się staram przypodobać wszystkim pod każdym względem nie szukając własnej korzyści, lecz dobra wielu, aby byli zbawieni. [1 Kor 10, 14-15. 23-24. 31-33]

Czy modlitwa należy do naszej codzienność, czy też wyrywa nas z codzienności? – pyta Karl Rahner, niemiecki teolog, duchowny katolicki, będący jednym z najbardziej wpływowych teologów XX wieku, który znacząco wpłynął na II sobór watykański. W swojej książce „Modlitwy na całe życie” Rahner wprowadza rozróżnienie na modlitwę codzienności i modlitwę w codzienności.

Wedle najprostszej definicji modlitwa, to dialog człowieka z Bogiem. W jaki zatem sposób codzienność może stać się modlitwą? Otóż wtedy, gdy przez naszą codzienność będziemy mówić do Boga, gdy będziemy Go w niej odnajdywać, gdy będziemy Mu ją zawierzać, gdy będziemy samych siebie i nasze życie w całości oddawać Bogu bez warunków i bez zastrzeżeń, za to z całkowitą ufnością. To zgoda na to by wyrzec się bycia tym, który pisze scenariusz swojego życia na rzecz tego aby uczynić jego reżyserem i scenarzystą Boga. Jedni określą to jako naiwność i zrzekanie się swojej odpowiedzialności za życie, inni jako bezgraniczną ufność płynącą z głębokiej wiary. Jednak w takiej postawie nie zrzekamy się naszej odpowiedzialności. Podejmujemy powierzone nam zadania z całkowitym – stuprocentowym zaangażowaniem, gdyż dopiero wówczas możemy ofiarować Panu Bogu owoce naszej pracy, naszych relacji z innymi czy naszego odpoczynku jako dar. Nikt nie chce ofiarować Bogu wybrakowanych darów, bo wiemy, że jest On godny tego, co najlepsze w naszym życiu. A zatem ofiarowanie Bogu naszego życia będzie jeszcze większą motywacją do zagłębienia się w nie i jak najlepszego przeżywania naszej codzienności, z jednoczesnym odniesieniem naszego życia do Tego, który jest jego źródłem i dawcą. Chodzi zatem o to, aby całe nasze życie stawało się modlitwą bez słów… Jak naucza św. Paweł: „zatem czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie – wszystko czyńcie na chwałę Bożą” [1 Kor 10,31]. Chodzi o swoistą modlitwę nieustanną. Nauczycielką takiej postawy – modlitwy codziennością – jest dla nas medytacja monologiczna.

Medytacja w ciszy jest najbardziej podstawowym nazwaniem problemów naszego umysłu, dawaniem na nie odpowiedzi i zgodą na Tajemnicę działania Ducha Świętego obecnego w nas.

W medytacji niczego nie osiągamy, niczego nie pragniemy, zazwyczaj towarzyszy nam ciągłe doświadczenie naszej całkowitej niezdolności do modlitwy, bo ciągle potykamy się o nasz brak skupienia, atakujące nas myśli czy obrazy, trudność wytrwania w całkowitym bezruchu. Ostatecznie jednak wiemy, że Ktoś się w nas modli, a do nas należy tylko przyzwolić na to, jak przyzwalamy na oddech. To wyjaśnia, jak możemy wypełnić dwukrotnie powtórzone przez św. Pawła polecenie: nieustannie się módlcie (1 Tes 5,17; Ef 6,18).

Medytacja to także droga naszego nawrócenia, bo ono zaczyna się od serca, od centrum naszego jestestwa i stamtąd ogarnia całe nasze życie. W modlitwie poza słowami, których Jezus wyraźnie naucza, instruuje apostołów, aby się wycofali na miejsce odosobnione i modlili się do Ojca, który jest w ukryciu (Mt 6,5–8). Mamy się wznieść ponad przywiązanie, nasze teorie i przekonania czy obronę jakieś szczególnej formy modlitwy i powrócić do ubóstwa jednego słowa i prostoty każdego naszego oddechu.