Obleczcie pełną zbroję Bożą, byście mogli się ostać wobec podstępnych zakusów szatana. (…) Stańcie do walki przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość, a obuwszy nogi w gotowość głoszenia dobrej nowiny o pokoju. W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże – wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu!. (Ef 6,11-18)
„Medytacja, modlitwa słowem a zwłaszcza ten szczególny rodzaj medytacji, który opiera się na ubóstwie jednego słowa, to obecnie najlepsza reforma Kościoła” – mówi o. Rihard Rohr
Jesteśmy w Kościele w tym szczególnym okresie, gdy oczekujemy na Zesłanie Ducha Świętego. Podczas ostatniego spotkania ze wspólnotą, której duchowo towarzyszę w parafii, gdzie posługuję odwołując się właśnie do tematu Zesłania Ducha Świętego mówiliśmy o tym, że Duch Święty nie mógł zstąpić na Apostołów wcześniej z tego powodu, że nie było w nich koniecznej dyspozycji, nie byli jeszcze wystarczająco ogołoceni. Innymi słowy nie było w nich autentycznej pokory i wiary, która jest bezradnością, bo wszystkiego oczekuje od Boga.
My – ludzie kultury zachodniej boimy się słowa bezradność. Wzrastamy w kulturze, która od dzieciństwa uczy nas dążenia do sukcesu, do samodzielności, do udziału w tzw. wyścigu szczurów, który stał się wizytówką współczesnej cywilizacji zachodu. Jednym słowem dążymy do mocy! I w podobny sposób traktujemy naszą religijność. Dla wielu wiara, to takie kolekcjonowanie zasług, cnót, charyzmatów. Wydawać się może że nieco opatrznie zrozumieliśmy słowa św. Pawła Apostoła, który w Liście do Efezjan wzywa nad byśmy przywdziali zbroję Bożą, tarczę wiary etc. Wydawać nam się może, że to my winniśmy być silni wiarą, aby pokonać wszystkie przeszkody na drodze naszego uświęcenia i zbawienia. Zapominamy często o tym, że moc wiary jest tak naprawdę mocą pochodząca nie z nas.
W końcu mówiąc o tej zbroi zbawienia zapominamy o tym od czego św. Paweł zaczyna swój wywód: „Bądźcie mocni w Panu – siłą Jego potęgi” [Ef 6,10].
Mistrz Eckhart – o czym już wspominaliśmy jako nieodzowny składnik zbliżania się w doświadczeniu wiary do Boga uznaje odejmowanie/stratę.
Im więcej jest w naszym zasięgu atrybutów, z którym możemy korzystać, dzięki którym znajdujemy oparcie i poczucie siły, tym mniej liczymy tak naprawdę na Boga i Jego moc. Tak jest w sytuacjach, gdy stajemy wobec życiowych wyzwań – im więcej mamy możliwości, zdolności, sił – tym więcej argumentów, żeby nie zawracać głowy Panu Bogu, bo sami sobie poradzimy. Tak jest również w modlitwie: tak bardzo lubimy liczyć na naszą elokwencję i inteligencję w modlitwie, że odebranie szansy popisania się przed Panem Bogiem nasze ego traktuje jako zamach na naszą wolność. Kto przy zdrowych zmysłach zgodziłby się na to, żeby ze względu na Ducha Świętego, który ma przyjść wyzbyć się ze wszystkiego!? A właśnie tak mówi św. Paweł: „Ale to wszystko, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim” [Filipian 3, 7-9]
Raz jeszcze to podkreślę: Duchowość i wiara mają więcej wspólnego z odejmowaniem i z umniejszaniem niż ze zwiększaniem. Czyż nie tak mówił św. Jan Chrzciciel: „Trzeba aby On wzrastał a je się umniejszał”. Niestety w naszej duchowości często bywa odwrotnie.
„Jedną z najtrudniejszych do porzucenia spraw – pisze o Richard Rohr – jest nasza potrzeba bycia kimś. Im bardziej pozytywny i pobożny jest nasz obraz samego siebie tym bardziej jest on niebezpieczny dla naszej duchowości” [Prosta sztuka odpuszczania].
Zobaczmy, że Duch Święty zstępuje na Kościół, który zgromadzony w Wieczerniku i trwający na modlitwie jest kompletnie ogołocony. Wszyscy winniśmy zacząć od przyjęcia założenia, że nasza droga również musi prowadzić przez ogołocenia, jeśli ma być drogą autentycznie ewangeliczną. Na tej drodze Mniej oznacza więcej. Tylko ci, którzy nie muszą niczego udowadniać i niczego chronić, którzy potrafią oprzeć się trzem współczesnym demonom: potrzebie odniesienia sukcesu, potrzebie bycia super-religijnym i wreszcie potrzebie posiadania władzy i sprawowania kontroli nad wszystkim mają w sobie wystarczającą przestrzeń by przyjąć Chrystusa z Jego łaską i pozwolić się dalej prowadzić w tej duchowej podróży według Jego a nie naszych planów.
I właśnie na taką drogę ogołocenia, gdzie mniej znaczy więcej zaprasza nas medytacja monologiczna.
Jezus powiedział do swoich uczniów: Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie, w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy”. Wy jesteście świadkami tego.
Oto Ja ześlę na was obietnicę mojego Ojca. Wy zaś pozostańcie w mieście, aż będziecie uzbrojeni mocą z wysoka.
Potem wyprowadził ich ku Betanii i podniósłszy ręce błogosławił ich. A kiedy ich błogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba.
Oni zaś oddali Mu pokłon i z wielką radością wrócili do Jerozolimy, gdzie stale przebywali w świątyni, wielbiąc i błogosławiąc Boga. (Łk 24,46-53)
W czeskiej komedii Petra Zelenki z 2002 roku p. t. „Rok diabła” jest znakomita scena. Widać postępujący kondukt żałobny: ksiądz, trumna niesiona przez czterech mężczyzn, zespół muzyków grający smutną melodię i żałobnicy. Jeden z muzykantów pyta księdza: „Kto umarł?”. Ksiądz odpowiada: „Nikt. Po prostu Pan Plihal chciał zobaczyć, jak będzie wyglądał jego pogrzeb”. W tym czasie pan Plihal z pagórka, przez lornetkę, ogląda swój pogrzeb. Ćwiczy wyobraźnię.
Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego przypomina o tym, że nasze życie na ziemi ma swój koniec. Wyznajemy w Credo, że Jezus „wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych… We Wniebowstąpieniu mocno brzmi prawda o powtórnym przyjściu Jezusa.
To nie tylko akt wiary, ale też zachęta do ćwiczenia wyobraźni, tak jak nauczał św. Augustyn w komentarzu na Wniebowstąpienie: „W dniu dzisiejszym nasz Pan, Jezus Chrystus, wstąpił do nieba: podążajmy tam sercem razem z Nim”.
Św. Łukasz dwukrotnie pisze o Wniebowstąpieniu. Jego Ewangelia kończy się, a Dzieje Apostolskie rozpoczynają tym właśnie wydarzeniem. W jednym i drugim fragmencie wydaje się, że najistotniejsze nie jest wniebowstąpienie, ale posłanie uczniów. Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie są ogromnie dyskretne, ukrywają się za następującymi po nich wydarzeniami życia Kościoła. Próba zatrzymania się na nich kończy się zwykle upomnieniem, które słyszymy z ust dwóch mężów w białych szatach: „Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?… Warto zwrócić uwagę, że również w pustym grobie było dwóch mężczyzn w lśniących szatach, którzy bezradnym kobietom powiedzieli: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj, zmartwychwstał” (Łk 24, 5-6).
Gdy Jezus zostaje uniesiony do nieba, apostołowie patrzą ku górze. Wniebowstąpienie Jezusa sprawia, że ich nadzieja, ich pragnienie nabiera takiego kierunku: ku górze, ku niebu! I nawet jeśli za chwilę rozejdą się na wszystkie strony świata, to ta zdolność patrzenia ku górze, kierunek, który wskazał Jezus, będzie im już towarzyszył zawsze, wyznaczając azymut ich życia.
Prawdziwy wyznawca Chrystusa bowiem zawsze szuka tego, co w górze.
To właśnie cel ku któremu zmierza nadaje sens jego życiu, wlewa nadzieję w jego serce, która pozwala przetrwać wszelkie trudności czy porażki i podźwignąć się po wszystkich upadkach.
Komu wstępujący do nieba Jezus wskazuje kierunek, kto w Nim złożył nadzieję, nigdy nie będzie skupiony tylko na tym, co ziemskie, ale z tej nadziei będzie też czerpał siłę by sprostać wszystkiemu, co go spotka w życiu.
Wniebowstąpienie Jezusa wyzwala w uczniach radość. W życiu duchowym nie powinniśmy zmuszać się do radości. Prawdziwa radość jest już w nas. Jest tylko przysłonięta przez problemy, zmartwienia, pożądania, zbytnie zapatrzenie w sprawy ziemskie. Jeżeli częściej będziemy wpatrywać się w niebo i uświadamiać sobie, że tam jest „nasza ojczyzna” (por. Flp 3, 20), odkryjemy radość, która jest w głębi naszych serc. I ta radość będzie stopniowo przemieniać nas i naszą codzienność.
Pożegnanie Jezusa z uczniami przypomina o wielu pożegnaniach, których doświadczamy w naszym życiu. Każdy z nas musi pożegnać się z dzieciństwem, z młodością, z okresem sukcesów, z czasem, w którym jesteśmy w centrum uwagi. Musimy pożegnać się drogimi ludźmi, z miejscami, w których jest nam dobrze. Każde pożegnanie boli. Ale w każdym pożegnaniu jest też szansa na coś nowego. Każde pożegnanie oczyszcza i rozwija.
To pożegnanie Jezusa z uczniami przypomina, że misja zbawcza, misja ratunkowa Jezusa Chrystusa ocalająca człowieka na ziemi została zakończona. Jezus jako Pan i Zbawca, jako zwycięzca świata, grzechu, szatana, śmierci, jako Dawca życia i źródło wiecznej nadziei, wraca do Ojca, by powrócić w postaci Ducha Świętego obecny odtąd w każdym z wierzących oraz we wspólnocie Kościoła.
Wniebowstąpienie odsyła nas do codzienności, w której mieszkamy i pracujemy. Powinniśmy nieść niebo tam, gdzie na co dzień żyjemy, gdzie bywa, że doświadczamy „piekła na ziemi”, gdzie panują pustka i bezsens. Nie musimy „wpatrywać się w niebo”. Niebo otwiera się nad nami, gdy jesteśmy z Jezusem, gdy trwamy na modlitwie, na Eucharystii. To w nich Go spotykamy i to z nich czerpiemy siłę przygotowując się do ostatecznego i wiecznego spotkania.
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek słyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. (J 16,12-15)
Tajemnicę Trójcy Świętej można zrozumieć „jakby przez mgłę”. A ponieważ jest to prawda trudna do uchwycenia dla naszego intelektu, dlatego Jezus Chrystus stał się człowiekiem, aby zbliżyć nas do tajemnicy Trójcy Świętej.
Boga nie da się zamknąć w regułkach, wzorach. One są bardzo pomocne, ale zawsze będą niepełne, bo z samej definicji Bóg jest Kimś większym od nas i nigdy nie będziemy w stanie powiedzieć o Nim wszystkiego.
Nie dziwmy się, że wielu spraw nie rozumiemy, że czasem, a może i często nasza relacja z Bogiem, wydaje się chodzeniem w ciemnościach. Nie my pierwsi i nie ostatni mamy takie odczucia. To normalne w wierze. Martwiłbym się, gdybym spotkał kogoś, kto nigdy nie miał żadnych wątpliwości w wierze. Im dłużej czytam Biblię i poznaję biografie świętych tym bardziej widzę, że ich życie było pełne trudnych sytuacji. Ksiądz prof. Tadeusz Dajczer w swojej książce „Rozważania o wierze” pisze, że „wiara nie usuwa ciemności i wątpliwości, wręcz przeciwnie ona je zakłada”. Jest taki kościelny slogan, który mówi że: „wiara zaczyna się tam, gdzie kończy się rozum”. Bóg jest tajemnicą, ale właśnie to sprawia, że człowiek ciągle jest Nim zafascynowany. Im bardziej jesteśmy przekonani, że wiemy coś o Bogu , tym mniej się pozwalamy Mu zaskakiwać. To jest powszechny błąd wielu współczesnych teologów.
Warto pytać siebie: jaki jest Bóg, w którego wierzę? Bo jak to zwykł mawiać Mistrz Eckhart: „jeśli masz dużo pytań i dużo wątpliwości zmagając się z doświadczeniem wiary, to znak, że idziesz właściwą drogą”.
Wprawdzie w naszej medytacji unikamy obrazów i wyobrażeń, ale pozwolę sobie na koniec przywołać pewną znaną ikonę Andrieja Rublowa „Trójca Święta”, gdzie autor przedstawił miłość i intymność wewnętrznego życia Boga w symbolu koła. Trzy Osoby wpisane są w doskonałe koło a zarazem ruch. Ale koło to u dołu ikony ma wolną przestrzeń. Jest to miejsce dla nas. Każdy jest wezwany i zaproszony, aby zjednoczyć się wokół tego samego kielicha, w którym zanurzony jest Chrystus-Baranek, czyli wziąć udział w wiecznej Bożej uczcie miłości.
I to jest sądzę pięknym wprowadzeniem do medytacji. Warto potraktować medytację właśnie jako odpowiedź na to zaproszenie by zjednoczyć się w miłości z Trójcą świętą. Chciałoby się powiedzieć w tym miejscu, że odwołując się do naszych ludzkich możliwości to trudne a nawet niemożliwe, ale jak przypomina Jezus; „dla Boga nie ma nic niemożliwego”.
A przecież wszystko, co robimy w tej medytacji jest uczeniem polegania na łasce i na mocy Bożego słowa, które wybrzmiewając w naszym sercu ma tę niezwykłą moc wprowadzania nas w przestrzeń miłości Trójcy Św.
Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać. Kto Mnie nie miłuje, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca. To wam powiedziałem przebywając wśród was. A Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem. Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka. Słyszeliście, że wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę znów do was. Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca, bo Ojciec większy jest ode Mnie. A teraz powiedziałem wam o tym, zanim to nastąpi, abyście uwierzyli, gdy się to stanie. [J 14, 23-29]
Dzisiejsza Ewangelia zawiera ostatnie pouczenia Jezusa w Wieczerniku, przed odejściem do Ojca. Stanowią one swoisty testament, tchnący nadzieją, miłością i pokojem.
Powrót Jezusa do Ojca oznacza zakończenie ziemskiej wędrówki. Dom Ojca jest punktem docelowym w tej wędrówce. Dla nas także, choć zbyt często o tym zapominamy. Wszystko pochodzi od Ojca przez Syna. Wszystko również ostatecznie musi wrócić do Niego przez Ducha Świętego. Autor Dziejów Apostolskich mówi, że w Bogu żyjemy poruszamy się i jesteśmy, co dokładnie oznacza, że żyjemy w obiegu miłości Ojca, Syna i Ducha Pocieszyciela. Dzięki relacji z Jezusem, trwaniu w Jego nauce możemy doświadczyć zażyłości i bliskości Ojca.
Pięknie pisze o tej miłości Chrystusa papież emeryt Bendeykt XVI odnosząc się do doświadczanego w Kościele kryzysu i upatrując w niej źródła jego przezwyciężenia: „Pan zainicjował narrację miłości z nami i chce objąć w niej całe stworzenie. Przeciwstawienie się złu, która zagraża nam i całemu światu, może ostatecznie polegać tylko na wejściu w tę miłość. To jest prawdziwa przeciwwaga wobec zła. Moc zła wynika z naszej odmowy miłowania Boga. Ten, kto powierza się miłości Boga, jest odkupiony. Nasz brak odkupienia jest konsekwencją naszej niezdolności do kochania Boga. Nauka miłowania Boga jest zatem drogą ludzkiego odkupienia”.
Kontemplując ziemskie życie Jezusa, Jego słowa i czyny, możemy uchwycić coś z życia niezgłębionej tajemnicy Ojca. W Jezusie my, ludzie, oglądamy Boga i Jego miłość. I w Jezusie uzyskujemy intymną więź z Ojcem. W Nim możemy niejako spoczywać w sercu Ojca. Jezus wprowadza nas w najintymniejsze życie Trójcy Świętej.
Odchodząc do Ojca, Jezus przekazuje nam dwa dary. Pierwszym jest Duch Pocieszyciel. Duch Święty prowadzi dalej Apostołów i Kościół, wspomagając, umacniając, napełniając mądrością i miłością oraz przypominając słowa Jezusa. Św. Jan używa na określenie Ducha Świętego słowa „paraklet”. Ten grecki wyraz ma bardzo wiele znaczeń. Można go tłumaczyć jako: adwokat, wspomożyciel, obrońca, pośrednik, doradca, pocieszyciel. Duch Święty jest „adwokatem, obrońcą”; On broni nas przed fałszem i wszystkimi niewłaściwymi kierunkami, jakie proponuje świat. Jest „wspomożycielem, doradcą”. Poprzez Niego Jezus jest obecny w swoich uczniach, zwłaszcza w sytuacjach trudnych, w zderzeniu z rzeczywistością świata, życia. Jest również „pocieszycielem i ożywicielem”. Wnosi w życie nową nadzieję i ożywia wszystko, co chore, uschłe, obumarłe… Jest „duchem prawdy”. Przyszedł przekonać świat o „sprawiedliwości, grzechu i sądzie” (J 16, 8).
Drugim darem Jezusa jest pokój. Hebrajskie słowo „szalom” znaczy „być zdrowym, całym, uporządkowanym, szczęśliwym” i odpowiada tęsknocie serca za pełnią życia. Ten pokój to pomyślność, szczęście, dobrobyt codziennego istnienia, harmonia, w jakiej znajduje się człowiek w stosunku do Boga, innych ludzi, całej natury i siebie samego.
Jezus przekazuje swoim uczniom i światu dwa rodzaje pokoju: wertykalny, który jedna i łączy Boga z człowiekiem i jest z kolei źródłem pokoju w wymiarze horyzontalnym, a zatem pokoju między ludźmi, pokój świata, który wynika z dobrej woli człowieka i z troski by przeciwstawiać się konfliktom i podziałom oraz tworzyć warunki pokojowego współistnienia. Tylko taki pokój, którego źródłem jest nasza relacja z Bogiem potrafi usunąć lęki, zniechęcenie, defetyzm, pesymizm, wlać w serce człowieka nową nadzieję. Nie ma już powodów do tego destrukcyjnego lęku, który często utrudnia życie współczesnemu człowiekowi, wiążąc go swoim zniewoleniem a nie tylko ostrzega przed realnym niebezpieczeństwem. Jezus daje nam pokój, który opiera się na Miłości Boga do nas. To nie jest tzw. ” święty spokój”, albo chwilowe „zawieszenie broni”. To jest pokój wieczny, bo oparty na wiecznej Miłości Boga, na której zwyczajnie nie można się zawieźć. Ostatecznie to Jezus „jest naszym pokojem. On, który obie części ludzkości uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur – wrogość”(Ef 2, 14).
Takiego pokoju Wam i sobie życzę!