Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Trwać

Z Ewangelii według św. Jana

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni jego pan, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wy Mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby Ojciec dał wam wszystko, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali” (J 15, 9-17).

Trwajcie w miłości mojej! – mówi dziś do nas Jezus. I tak samo mówi do nas dzisiejszy świat: „Trwajcie w miłości mojej!”. Ale rozumie to zaproszenie zupełnie inaczej…

Jezus nie dalej jak wczoraj przypomniał o tym, że daje nam nowe przykazanie. „Jest ono zaproszeniem do życia miłością, ale rozumiana nie jako drogę samowoli, ale jako praktykę wolności danej nam właśnie po to, abyśmy mogli służyć sobie nawzajem pragnąc dobra drugiego człowieka równie mocno jak własnego dobra. Jeśli chcesz dowiedzieć się czy jesteś człowiekiem wolnym, to zapytaj się ile dziś zapłaciłeś za wolność. Tylko ludzie kochający są naprawdę wolni. Ci, którym brakuje miłości, jako świadomego wyboru dobra są często niewolnikami nastrojów, żądz i pragnień”. (św. Efrem Syryjczyk)

Ale sama wolność czy samo pragnienie miłości to jeszcze za mało. Niestety pozostaje ono często na poziomie domniemania, że skoro jestem wolny, to umiem kochać.

„Sprawdzianem staje się dopiero codzienne życie i to, czy gotów jestem – jak pisze o tym św. Efrem Syryjczyk – zapłacić za wolność, służbę i miłość. Nic nie ma za darmo!”

Podobnie jest w ekonomii zbawienia. Jezus zapłacił ogromną cenę za nasze zbawienie. Jeśli chcemy być Jego uczniami i naśladowcami nie ominie nas płacenie za wierność dobru i miłości, która jest jego źródłem. Ostatecznie to od Niego otrzymujemy łaskę wierności czyli łaskę codziennego podejmowania wysiłku na rzecz dobra. Nazywamy to życiem zgodnym z wolą Bożą. „To nasza wpłata na konto miłości” – jak mawiał ojciec Dolindo.

Uczymy się tej drogi przez medytację, przez pokorne poddanie się prowadzeniu Słowa i łaski, w tempie, które one wybiorą za właściwe, nie my.

Droga Miłości to droga do Boga, to droga zbawienia: być wiernym tej drodze za wszelka cenę jest najlepsza definicją chrześcijaństwa.

Pozwolić się objąć Jezusowi w medytacji i Eucharystii

Z Ewangelii według Świętego Jana

Jezus powiedział do ludu:

«Ja jestem chlebem życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie. Powiedziałem wam jednak: Widzieliście Mnie, a przecież nie wierzycie. Wszystko, co Mi daje Ojciec, do Mnie przyjdzie, a tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę, ponieważ z nieba zstąpiłem nie po to, aby pełnić swoją wolę, ale wolę Tego, który Mnie posłał.

Jest wolą Tego, który Mnie posłał, abym nic nie stracił z tego wszystkiego, co Mi dał, ale żebym to wskrzesił w dniu ostatecznym. To bowiem jest wolą Ojca mego, aby każdy, kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie wieczne. A Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym». (J 6, 35-40)

Dzisiaj widzimy jak bardzo martwią Boga nasz głód i nasze pragnienie. Jak więc możemy sądzić, że Bóg jest obojętny na nasze cierpienie? Co więcej, zbyt często wzbraniamy się przed wiarą w czułą miłość Boga, którą obdarza każdego z nas. Ukrywając samego Siebie w Eucharystii, Bóg ukazuje, jak wielką drogę jest w stanie pokonać, aby zaspokoić nasze pragnienie i nasz głód.

Zastanówmy się jednak, o jakie „pragnienie” i o jaki „głód” chodzi?

Fizyczny głód i pragnienie są jedynie bladym odzwierciedleniem głębszego pragnienia, które człowiek nosi w sobie, choć często go nie potrafi zdefiniować: życia zjednoczonego z Bogiem, życia wiecznego, który to głód może zaspokoić jedynie Chrystus.

Co więc powinniśmy robić aby podtrzymać w sobie to życie z Bogiem, którego życie wieczne jest naturalną konsekwencją?

Dokonywać bohaterskich czynów czy też podejmować nadludzkie wysiłki? Nie, chodzi o coś dużo prostszego – Jezus mówi: «Tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę» (J 6,37). Musimy jedynie przyjść do Niego.

Słowa Chrystusa zachęcają nas do przybliżania się do Niego codziennie. A najbardziej zbliżamy się do Niego w:

Medytacji,

Kontemplacji

Eucharystii.

To najprostsza rzecz na świecie: uczestniczyć we Mszy świętej i przyjmować Jego Ciało, trwać przy nim w miłującej obecności. Kiedy to czynimy, nie tylko otrzymujemy nowe życie, ale również rozświetlamy życie innych.

Papież Franciszek, jeszcze jako kardynał Bergoglio, podczas kazania w Boże Ciało powiedział: «Tak jak pięknie jest po Komunii widzieć nasze życie jako przedłużenie Mszy świętej, w której zanosimy obecność Pana do naszych rodzin, osiedli, do szkoły i pracy, tak powinniśmy też postrzegać nasze codzienne życie jako przygotowanie do Eucharystii, w której Pan zabiera wszystko co mamy i zanosi to Ojcu».

Podobne słowa można powiedzieć o doświadczeniu medytacji. Pięknie byłoby widzieć nasze życie jako kontynuację medytacji, w której żyjemy na co dzień zanurzeni w Bożą obecność i to poczucie niesiemy innym wraz z pokojem serca, który ta praktyka przynosi.

Oby nasze życie wpisywało się w ten opis a my stawali się – jak chciał tego inny papież, św. Jan Paweł II – coraz bardziej eucharystyczni i medytacyjni.

Post

Z Ewangelii według św. Mateusza

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej bowiem nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni to lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6,1.5-6).

Na mocy chrztu świętego staliśmy się dziećmi Bożymi i członkami  wspólnoty Kościoła. Wspólnoty, jest tym doświadczeniem, które bez wątpienia ułatwia nam podążanie drogą wiary. Możemy się bowiem odwołać do doświadczeń duchowych tych, którzy tę drogę już przeszli, czasem przeciwrając całkiem nowe szlaki wiary. Możemy też liczyć na wsparcie tych, którzy dzisiaj idą obok nas drogą podobnej jak my duchowości – w naszym wypadku jest to droga medytacji monologicznej.  

Wspólnota Kościoła u progu Wielkiego postu proponuje nam podjęcie sprawdzonych środków prowadzących do wewnętrznej przemiany. Do radykalnej wewnętrznej odnowy zwanej nawróceniem.

Jesteśmy zaproszeni i uzdolnieni do tego, by podjąć dziś post – postawić granice swej zmysłowości. By wejść do izdebki swego serca i odnowić i pogłębić intymną więź z Bogiem. Jesteśmy zaproszeni do jałmużny – spojrzenia poza własne ego nosa i dostrzeżenia potrzebujących sióstr i braci, których dziś tak wielu jest pośród nas z powodu wojen lub innych wydarzeń.

Ojcowie Pustyni mówili, że głównym celem Wielkiego Postu jest Prawda. Praktyki wielkopostne maja nas przybliżyć do prawdy o nas samych, o naszej duchowej kondycji, ale też do Boga i świadomości, że bez pomocy Jego łaski niewiele możemy uczynić. Jak chcesz żyć? Jakim chcesz być człowiekiem? W jakiego Boga chcesz wierzyć? Jak chcesz odnosić się do drugiego człowieka? Jak chcesz traktować siebie?

Nie można rozpocząć okresu Wielkiego Postu, nie stawiając sobie dzisiaj tych pytań. Pozwólmy, aby praktyka medytacji pozwoliła nam usłyszeć odpowiedzi na te pytania na głębszym poziomie. Na poziomie serca.

Serce pokorne i mądre

Słowa Ewangelii według Świętego Jana

Jezus powiedział do Nikodema:

«Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego.

A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto źle czyni, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby jego uczynki nie zostały ujawnione. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki zostały dokonane w Bogu». (J 3, 16-21)

Święta Teresa z Avila w początkowym okresie swego życia zakonnego doświadczała wewnętrznego rozdarcia:

W 19. rozdziale Księgi życia opowiada, że po pierwszym gorliwym okresie zarzuciła praktykę modlitwy wewnętrznej na ponad rok. Aż do czasu, gdy – szczęśliwie dla nas – spotkała pewnego domini­kanina, który naprowadził ją na dobrą ścieżkę. Teresa żyła w tym czasie w klasztorze Wcielenia w Avila. Była pełna dobrej woli. Chciała oddać się Panu i praktykować modlitwę kontemplacyjną. Ale nie była jeszcze świętą, nic podobnego! Najtrudniej przycho­dziło jej zerwać z przyzwyczajeniem chodzenia do rozmównicy, choć czuła już, że Jezus tego od niej wymaga. Z natury wesoła, miła, ciekawa świata, znaj­dowała dużą przyjemność w kontaktach ze śmietanką towarzyską Avila, która zwyczajowo spotykała się w rozmównicy klasztoru. Teresa nie robiła nic złego, a jednak Jezus wzywał ją do czegoś innego. Modlitwa wewnętrzna stała się więc dla niej prawdziwą udręką. Stawała przed Panem świadoma swojej niewierności, a nie miała jeszcze sił wszystkiego dla Niego opuścić. I to strapienie, jak mówiliśmy, doprowadziło ją do zaprzestania modlitwy: „Jestem niegodna stawać przed Panem, a jednocześnie nie czuję się zdolna oddać Mu wszystkiego. To tak jakbym z Niego kpiła, lepiej przerwać modlitwę wewnętrzną…”

Teresa nazwała to pokusą „fałszywej pokory”. Faktycznie porzuciła kontemplację, ale w samą porę przyjechał spowiednik, który wytłumaczył jej, że czyniąc tak, traci tym samym jakąkolwiek szansę poprawy w przyszłości. Należało – przeciwnie do tego, jak postąpiła – wytrwać, gdyż dzięki wytrwało­ści otrzyma, gdy nadejdzie odpowiednia chwila, łaskę całkowitego nawrócenia i pełnego daru z siebie. [Cytat pochodzi z książki Jacque’a Philippa, Czas dla Boga]

Jak często popełniamy ten sam błąd… chcemy się zmieniać o własnych siłach. A prawda jest taka, że bez Bożej łaski niewiele możemy zrobić. Zwłaszcza w życiu duchowym.

Doświadczamy tej prawdy w praktyce medytacji.

W dzisiejszej Ewangelii słyszymy, że Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne. Bóg nie chce nas potępiać. W naszych przeciwnościach spieszy nam z łaską umocnienia. Potrzebuje jednak naszej woli, mobilizacji naszej wewnętrznej wolności, naszej współpracy z Jego łaską by móc objawić w naszej słabości swoja moc, a w naszych porażkach swoje zwycięstwo. Wyrazem tej współpracy z naszej strony jest cierpliwość, wytrwałości w dobrych postanowieniach i wytrwałość w modlitwie. Każdy z nas ma do stoczenia swoje wewnętrzne walki. Obyśmy chcieli w nie się angażować, ale ostatecznie to nie my w nich wygrywamy. Zwycięzca jest jeden i ma na imię Jezus! On zwyciężył świat! [por. J 16,33]

Emaus

Z Ewangelii według św. Łukasza

Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło.

Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali.

On zaś ich zapytał: Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze? Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało.

Zapytał ich: Cóż takiego? Odpowiedzieli Mu: To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Tak, a po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Nadto jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli.

Na to On rzekł do nich: O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały? I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego.

Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu.

I mówili nawzajem do siebie: Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał? W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy.

Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak Go poznali przy łamaniu chleba (Łk 24, 13-35).

W wielkanocnej jutrzni modliliśmy się czytaniem z Dziejów Apostolskich: „Bóg wskrzesił Jezusa trzeciego dnia i pozwolił Mu ukazać się nie całemu ludowi, ale nam, wybranym uprzednio przez Boga na świadków, którzyśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu. On nam rozkazał ogłosić ludowi i dać świadectwo, że Bóg ustanowił Go sędzią żywych i umarłych” (Dz 10, 40-43).

To czytanie akcentuje fakt, który może nam trochę umykać. Logika Boga nie kończy się na podniesieniu człowieka z upadku, z jego niewierności. To dopiero początek.

Kiedy przystępujemy do sakramentu pojednania myślimy przede wszystkim o dostąpieniu ulgi. Ale przebaczenie zawsze jest jeszcze mocniejszym związaniem się Boga z człowiekiem.

Uczniowie w drodze do Emaus akcentują, że arcykapłani i przywódcy wydali Jezusa na śmierć i ukrzyżowali. Ale wiemy też że uczniowie po prostu Jezusa opuścili i rozpierzchli się. Ci dwaj uczniowie niosą na sobie ogromne brzemię winy, świadczy o tym fakt, że się do niej nie przyznają. Ich smutek to smutek nie tylko z powodu śmierci Jezusa, ale także z powodu braku własnej stanowczej reakcji.

Jezus przychodzi do nich, tłumaczy im pisma, łamie chleba a na koniec zostaje przez nich rozpoznany.

Są podniesieni przez Jezusa: nakarmieni. I zaraz ruszają do swoich.

Każda Eucharystia przynosi podobne doświadczenie: to podniesienie, nakarmienie i posłanie zarazem!

Sobór Watykański II przypomina, że każdemu ochrzczonemu jest zlecona podwójna misja ad extra – na zewnątrz i ta do wewnątrz – ad intra. One łączą się w całość.

Spędzając czas z Jezusem – ad intra (w medytacji, w adoracji, podczas Eucharystii) jesteśmy przez Niego uzdalniani i posyłani do naszych najbliższych: współmałżonków, krewnych, znajomych, przyjaciół. Choć bywa to najtrudniejsza forma misji. Wśród swoich!

Z kolei misja na zewnątrz – ad extra – polega po prostu na wierności chrześcijańskiemu stylowi życia; na wierności duchowi Ewangelii; duchowi jakim żył sam Jezus.

To właśnie po tym chrześcijanie byli rozpoznawalni w świecie począwszy od pierwszych wieków i tak jest aż po dzień dzisiejszy.