Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Między „Hosanna!” a „Ukrzyżuj Go!”

Jezus ruszył na przedzie zdążając do Jerozolimy.

Gdy przyszedł w pobliże Betfage i Betanii, do góry zwanej Oliwną, wysłał dwóch spośród uczniów, mówiąc: „Idźcie do wsi, która jest naprzeciwko, a wchodząc do niej, znajdziecie oślę uwiązane, którego nikt jeszcze nie dosiadł. Odwiążcie je i przyprowadźcie tutaj. A gdyby was kto pytał, dlaczego odwiązujecie, tak powiecie: «Pan go potrzebuje»”.

Wysłani poszli i znaleźli wszystko tak, jak im powiedział. A gdy odwiązywali oślę, zapytali ich jego właściciele: „Czemu odwiązujecie oślę?”

Odpowiedzieli: „Pan go potrzebuje”.

I przyprowadzili je do Jezusa, a zarzuciwszy na nie swe płaszcze, wsadzili na nie Jezusa. Gdy jechał, słali swe płaszcze na drodze. Zbliżał się już do zbocza Góry Oliwnej, kiedy całe mnóstwo uczniów poczęło wielbić radośnie Boga za wszystkie cuda, które widzieli. I wołali głośno:

„Błogosławiony Król,

który przychodzi w imię Pańskie.

Pokój w niebie

i chwała na wysokościach”.

Lecz niektórzy faryzeusze spośród tłumu rzekli do Niego: „Nauczycielu, zabroń tego swoim uczniom”.

Odrzekł: „Powiadam wam, jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą”. (Łk 19,28-40)

Wkraczamy w okres Wielkiego Tygodnia. To w tym czasie będziemy świadkami skrajnych zachowań ludzi otaczających Jezusa.  Od „Hosanna!” do „Ukrzyżuj Go!”.

Być może ktoś z was sam tego doświadczył. Wiesz co to popularność i odrzucenie. Ile potrzeba pokory i cierpliwości, by w takiej próbie pozostać sobą. Jest to trudne i dlatego tej sztuki możemy się uczyć od Jezusa.

Dobrze, jeśli nie przegapimy okazji dobrego i głębokiego przeżycia tych najważniejszych dla nas, chrześcijan dni. Dobrze, jeśli znajdziemy czas by w tym dniach Triduum Paschalnego być z Jezusem, by zanurzyć się w medytację Jego Męki, której opis w tym tygodniu słyszymy aż dwukrotnie. Pomo¿e Ktoś mnie zapytał: Co daje rozważnie męki Jezusa? Przecież nie da się już cofnąć tego bolesnego wydarzenia. Pan Jezus przebywa w Chwale Ojca w niebie, nie cierpi…

Jest kilka powodów, by rozważać Mękę Pańską. Pierwszy to ten, by w świetle męki naszego Pana zobaczyć, czym jest grzech, jaka jest jego natura i jak jest śmiercionośny. Jeżeli dla „zneutralizowania” skutków grzechu Jezus musiał wydać się na Mękę i okrutną śmierć, to pokazuje, że świadomy i dobrowolny grzech jest rzeczą straszną. Dzięki Męce i Krzyżowi naszego Zbawiciela mamy mocny dowód, że istnieje piekło. Pan Jezus dla ratowania grzeszników dał się ukrzyżować. Dlaczego miałby to uczynić, skoro grzesznikom z powodu popełnionego grzechu nic nie grozi?

Najważniejszym powodem rozważania Męki Pańskiej jest jednak uwielbienie i dziękczynienie za zbawienie, za przebaczenie grzechów, za dar życia wiecznego ofiarowane nam dzięki tajemnicy Krzyża. Wielu pyta: Czy Bóg mi przebaczy grzechy? Od czasu Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania nasze winy są spłacone. Pod jednym warunkiem, że przyjmiesz przebaczenie w sakramencie pokuty; że wraz z Jezusem pozwolisz by twoje grzechy zostały przybite do Krzyża i w nim uśmiercone. Lekarstwa niezażywane nie pomogą, stosowane inaczej niż wskaże lekarz mogą zaszkodzić. Dzisiaj jest bowiem wielu „poprawiaczy” chrześcijaństwa.

Tak więc rozważanie Męki Chrystusa jest kluczem do zrozumienia chrześcijaństwa, samego siebie i pokazuje sposób na zachowanie godności w sytuacjach ekstremalnych.

Męka naszego Pana jest dowodem niepojętej miłości Boga do nas, grzeszników. Tak kocha Bóg! Krzyż Chrystusa jest tego dowodem. „Towar jest tyle wart, ile się za niego zapłaci”. Krew Zbawiciela wylana za nas uświadamia nam, jak wielka jest nasza wartość w oczach Boga, który nie waha się oddać za nas swojego życia, by nas ratować.

Ewangelia o Męce, śmierci i zmartwychwstaniu to wskazanie, że nasza droga wiedzie przez krzyż. Jezus idzie pierwszy, dokonuje dla nas Paschy – przejścia przez śmierć do życia wiecznego. Z wysokości krzyża daje nam Matkę, która odtąd będzie już zawsze obecna przy krzyżach naszego życia.

Wreszcie Ewangelia może nadać sens naszemu cierpieniu, przez świadomość, że jesteśmy Jego ciałem; w nas spełnia się misja zbawienia w tym pokoleniu, w którym żyjemy. Ona pozwala czerpać wewnętrzną moc do podejmowania trudu codzienności, który nazywamy czasem krzyżem dnia codziennego, i dźwigania go z godnością i w posłuszeństwie woli Bożej.

Jest jednak jeden warunek: musimy nieść nas krzyż z Jezusem, nigdy samotnie, gdyż inaczej przegramy.

Wszystko bez modlitwy jest niczym

Jezus powiedział do Żydów, którzy Mu uwierzyli: „Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. (J 8,31)

Kiedy wsłuchujemy się w początek dzisiejszej Ewangelii aż się chce dołączyć do niego inny fragment pochodzący również z Ewangelii św. Jana, z modlitwy Arcykapłańskiej Jezusa, gdzie padają znamienne słowa Mistrza: „Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą”. (J 17, 14-16)

Spisane przez Jana, jako jedynego z uczniów słowa są przywołaniem Modlitwy Jezusa. Droga, którą staramy się podążać w naszej medytacji jest często nazywana Modlitwą Jezusową. Zarówno w jednej jak i w drugiej na pierwszym planie jest słowo. Jezus nauczając czyni to za pomocą słów, ale kwintesencją Jego nauczania jest Słowo, którym jest On sam. Słowo wypowiedziane przez samego Boga. Słowo, które człowiek może przyjąć lub odrzucić. Słowo, które przyjęte przez człowieka oznacza, że człowiek ryzykuje nienawiść i odrzucenie ze strony świata. Ale jest to też Słowo, które jest prawdą mająca moc uczynić nas prawdziwie wolnymi. Trwanie w wierności temu Słowu oznacza bycie uczniem Chrystusa.

Medytacja monologiczna, czy jak kto woli Modlitwa Jezusowa uczy nas odnoszenia całego naszego życia właśnie do tego jednego Słowa jakim jest Jezus. Mówiliśmy ostatnio, że modlitwa monologiczna wyrosła z zachęty Chrystusa do modlitwy nieustannej. (por. Łk 18, 1).

Można powiedzieć, że jest ona szkołą prowadząca do tego by nauczyć się modlić całym swoim życiem…

Wdrożenie w pewien podstawowy rytm modlitwy jest zasadniczym elementem życia chrześcijańskiego czyli bycia uczniem Chrystusa. Modlitwa to nie tylko określona czynność religijna, wypowiadane słowa, medytacja, adoracja, ale przede wszystkim duchowa łączność z Bogiem, żywa więź stale z Nim utrzymywana. I ta stałość relacji jest niezmiernie ważnym elementem doświadczenia modlitwy. Tradycja monastyczna mówi o stałej pamięci o Bogu.

Praktyka Modlitwy Jezusowej, czy medytacji monologicznej opartej na jednym prostym wezwaniu powtarzanym wielokrotnie, staje się z czasem jakby duchowym, modlitewnym oddechem wierzącego. Jest to praktyka, która regularnie i codzienne powtarzana rodzi z czasem postawę życia w Bożej obecności i odnoszenia wszystkiego co czynię do Boga, tak jak zachęca do tego św. Paweł Apostoł: „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10, 31) lub w innym miejscu: „Cokolwiek czynicie, z serca wykonujcie jak dla Pana” (Kol 3, 23). Zasadniczą rolą i łaską tej modlitwy jest to, że pomaga nam ona przeżywać Bożą obecność w naszej zagonionej codzienności.

Jednak ogólna intencja przeżywania swego życia w ukierunkowaniu na Boga oraz deklarowanie, że modlę się całym swoim życiem, pracą i wszystkim, co robię, może łatwo doprowadzić do oszukiwania samego siebie i do faktycznego zaniku modlitwy. Modlitwa poprzez pracę i wszystkie czynności jest możliwa, ale zależy od stopnia naszego zjednoczenia z Bogiem. To nie Bóg lecz człowiek potrzebuje oddania Bogu pewnych przestrzeni czasu.

Jak pisze w swoich pamiętnikach Carlo Carretto (Mały Brat od Jezusa): „Modlitwa to nie wszystko, ale wszystko bez modlitwy jest niczym”.

Stąd tak ważna dla naszego życia duchowego potrzeba nie tyle czynienia ze wszystkich spraw modlitwy, co oderwania się od pochłaniających nas spraw, aby prawdziwie pobyć ze swoim Stwórcą. Przykład takiej postawy znajdujemy u Jezusa. Jako jednorodzony Syn Boży pozostawał On najdoskonalej zjednoczony z Ojcem i bez wątpienia żadne czynności nie mogły tego zjednoczenia zakłócać. A jednak, jak zaświadcza św. Łukasz, Jezus często usuwał się na miejsca pustynne i modlił się (Łk 5, 16). W swojej ludzkiej naturze potrzebował momentów bycia sam na sam z Ojcem.

W ten sposób Jezus uczy i nas zdrowego dystansu do pokusy aktywizmu, która cechuje nasze czasy. Przypomina nam, że nasze liczne i wielorakie zaangażowania muszą mieć swoje źródło w stale podtrzymywanej więzi z Ojcem, aby nie stały się przysłowiową „pogonią za wiatrem”. To właśnie momenty intensywnej modlitwy, podejmowanej w rożnych momentach dnia, porządkują naszą aktywność i nadają jej wartość. Dają nam możliwość zweryfikowania naszej duchowej pozycji, jak spojrzenie na GPS, aby się nie zagubić w podejmowanych decyzjach i na drogach naszego życia.

Ostatecznie pozostaje człowiekowi tylko Bóg

Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Wszystek lud schodził się do Niego, a On, usiadłszy, nauczał.

Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją na środku, powiedzieli do Niego: ”Nauczycielu, kobietę tę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?”. Mówili to, wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć.

Lecz Jezus, nachyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: ”Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”. I powtórnie nachyliwszy się, pisał na ziemi.

Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku.

Wówczas Jezus, podniósłszy się, rzekł do niej: ”Niewiasto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?”. A ona odrzekła: ”Nikt, Panie!”. Rzekł do niej Jezus: ”I Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz”. (J 8,1-11)

Zasadnicze i w zasadzie retoryczne pytanie, które trzeba by postawić na początku refleksji nad dzisiejszą Ewangelią brzmi: „Czy faryzeuszom i uczonym w Prawie zależało na wymierzeniu sprawiedliwości, gdy zgromadzili się, aby ukarać kobietę pochwyconą na grzechu cudzołóstwa?”

Oczywiście Nie. Kobieta została przez oskarżycieli potraktowana czysto instrumentalnie. Miała być dla nich narzędziem służącym tylko i wyłącznie do podważenia autorytetu Jezusa. Z pewnością zainteresowanie ludu, który licznie gromadził się by słuchać Jezusa i Jego nauczania musiało uwierać uczonych Izraela i faryzeuszy, których nauczaniu nie poświęcano tyle uwagi. To jeden z ważnych powodów, dla których postanowili zamknąć usta Jezusowi. Mówiąc prosto – zazdrość. Znaleźli doskonałą okazje i to w majestacie prawa, jakie zostawił im Mojżesz: Postawili przed Nim kobietę oskarżoną o cudzołóstwo. Jeśli Jezus okaże miłosierdzie, zlekceważy prawo. Jeśli nakaże ją ukamienować, wykaże się brakiem miłosierdzia. Po ludzku sytuacja bez wyjścia. Sama kobieta nie interesowała ich. Była tylko pionkiem na szachownicy gry przeciwko Jezusowi. Na szczęście człowiek, nawet taki, który w sowim mniemaniu posiadał by wielką inteligencję i przebiegłość ma zbyt krótkie ręce i zbyt ograniczony rozum by za jego pomocą pokonać jego Twórcę.

Niestety opowiedziana ustami św. Jana ewangelisty historia powtarza się dziś w odniesieniu do Kościoła – ciała Chrystusa. I zawsze chodzi o to samo: o rząd dusz!

Współczesne quasi-religijne elity zastawiają na niego pułapki, byle tylko odebrać mu autorytet. Pozornie będzie chodziło o większe miłosierdzie albo o sprawiedliwość. Nie dajmy się zwieść. W istocie chodzi o jedno – o skuteczną kompromitację. O to, by lud nie słuchał już głosu Pana w Jego Kościele.

Niezwykła wobec oskarżeń jest postawa Jezusa. Milczy i pisze palcem po ziemi. Co pisze? Powstało wiele teorii. Niektóre mówią, że wypisuje grzechy faryzeuszy. Ale jest w tym geście też inna symbolika – która mnie osobiście bardziej się podoba – a do której nawiązuje kaznodzieja papieski o. Raniero Cantalamessa OFMCap. Otóż jak pisze wspomniany autor „pochylenie się Jezusa wydaje się nawiązywać do umywania nóg. Palec Boży – to określenie Ducha Świętego. Może więc mamy raczej do czynienia z prorockim znakiem. Można go wyjaśnić tak: Duch Święty pisze prawo nowego przymierza, już nie na glinianych tablicach, ale na żywych – ludzkich sercach. Jego istotą jest przebaczenie. Potępienie grzechu i ocalenie grzesznika”[Moc Krzyża. Medytacje watykańskie].

Kobieta zgrzeszyła, ale grzesznikami byli również jej oskarżyciele. Oni jednak w przeciwieństwie do niej uznawali się za doskonałych i dlatego tak łatwo wydawali wyroki. Odeszli zawstydzeni. Dużo ważniejszym jednak pytaniem w kontekście zbawienie byłoby: czy jednak odeszli nawróceni? Niekoniecznie. Jezus pomógł im zobaczyć ich grzech, ale oni woleli uciec od Niego. Człowiek może nie chcieć przebaczenia. Może czuć się pewny swego, nawet wtedy, gdy chwilowo przegrywa upokorzony. A jednak nadal nie chce zgiąć karku przed Bogiem. Oni wkrótce wrócą wprawdzie nie do Jezusa, ale po Niego, aby za wszelką cenę dowieść swego. Historia odejścia od Jezusa a w konsekwencji odrzucenia Go – jak często się dzieje w przypadku grzechu – będzie miała swój dalszy ciąg.

Na koniec oko ewangelisty skupia się na kobiecie, która cudem uniknęła śmierci. Stała tam ze swoim wstydem, hańbą, samotnością. Upokorzona i bezradna. To jest obraz człowieka po grzechu. Oddajmy raz jeszcze głos ojcu Cantalemessie, który pisze, że „w Biblii cudzołóstwo jest symbolem każdego grzechu. Bóg bowiem jest oblubieńcem, a Jego lud – oblubienicą. Bóg stworzył nas dla siebie, aby nas kochać. Dlatego każdy grzech jest zdradą, oddaniem się w ręce innego kochanka niż Bóg”.

W tym kontekście słowa „pozostał tylko Jezus i ta kobieta” nabierają mocniejszego znaczenia. To nie tylko opis tamtej sytuacji. Człowiekowi ostatecznie zostaje tylko Jezus, tylko Bóg. Człowiek nigdzie indziej nie znajdzie przebaczenia, prawdziwej nadziei i pokoju serca. Ostatecznie człowiekowi pozostaje tylko Bóg, gdy go nie ma jest bezsens.

Ale życie duchowe nie zna pustki. Puste miejscu po grzechu musi być czymś zapełnione. Dlatego potrzebny jest Bóg ze swoja łaską, która wypełniając ludzkie serce jako jedyna ma moc je także uzdrowić.  Jezus, najczystsza Miłość, mówi do kobiety: „Nie potępiam cię”. Chciałoby się uzupełnić te słowa Jezusa stwierdzeniem, które On ostatecznie kieruje do każdej i każdego z nas: „ Ja nigdy cię nie potępiam. Wiem, że pragniesz miłości, ale szukasz jej w złym miejscu, w zły sposób. Dlatego jestem z Tobą. Nie musisz już więcej grzeszyć i szukać po omacku, bo masz Mnie”. Warto się nad tą prawdą zastanowić przeżywając końcówkę Wielkiego Postu…

Medytacja – odpocząć w Bogu

Kto bowiem wszedł do Jego odpoczynku, odpocznie po swych czynach, jak Bóg po swoich. Spieszmy się więc wejść do owego odpoczynku, aby nikt nie szedł za tym samym przykładem nieposłuszeństwa. Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek. [Hbr 4, 10-13]

Może tak eschatologicznie powiało z tego fragmentu, który mówi o wejściu do Bożego odpoczynku, ale póki co zachęcam, żeby to wejście do Bożego odpoczynku odkryć jeszcze tu, na tym świecie właśnie przez doświadczenie medytacji. Prawda jest bowiem taka, że modlitwa daje nam możliwość wejścia w tę rzeczywistość, do której jesteśmy przeznaczeni i do której ciągle wędrujemy. Jeśli nie odnajdziemy się w niej teraz, to nie odnajdziemy się w niej również kiedyś.

W poniedziałkowym wpisie do naszego bloga, w którym odniosłem się do kwestii wiary, która potrzebuje znaków napisałem, że: „Medytacja jest drogą wiary opartą na zasłuchaniu w Słowo, które samo w sobie jest nie tylko mocnym znakiem, ale i doświadczeniem”.

I rzeczywiście gdy autor Listu do Hebrajczyków pisze o skuteczności Bożego Słowa, przyrównując go do obosiecznego miecza mającego moc przenikać człowieka aż do głębi jego istoty, to wydawać się może, że pisze te słowa nawiązując do doświadczenia. Naturalnie mówiąc o doświadczeniu słowa i jego działania możemy mieć na myśli różne rodzaje doświadczenia. Pierwsze można określić jako doświadczenie o krótkim okresie działania, czyli to, które możemy zaobserwować jako dosyć szybki skutek medytacji opartej na Słowie. Tym doświadczeniem może być wewnętrzne wyciszenie, pokój, który staje się  naszym udziałem w trakcie modlitwy (specjalnie sięgnąłem do fragmentu, który jest przypomnieniem, że jesteśmy zaproszeni przez Boga do wejścia do Jego odpoczynku). Medytacja może stać się takim miejscem wytchnienia i odpoczynku w obecności Pana, w którym pozwalamy odetchnąć naszym władzom poznawczym i duchowym i po prostu być! Innym owocem, który możemy odnaleźć jest odczucie radości. Jedne z tych doświadczeń mogą być subiektywne inne nie.

Kiedy jednak mamy za sobą już nieco dłuższą i regularną praktykę możemy dostrzec inne, bardziej trwałe owoce tej modlitwy: znów zacznę od pokoju, ale tym razem chodzi już o pokój serca, który towarzyszy nam nie tylko podczas medytacji, ale także i po niej. Innym owocem będzie np. częstsza pamięć o Bogu, która towarzyszy nam w naszej codzienności i do której w efekcie ta modlitwa ma nas prowadzić. Zgodnie z wezwaniem jakie sam Jezus skierował do św. Katarzyny ze Sieny: „Ty myśl o Mnie, a Ja będę myślał o tobie”.  Kolejnym owocem medytacji monologicznej będzie to, że moc tego słowa, które powtarzamy w rytmie oddechu objawia się w tym, że staje się silniejsze niż inne myśli czy rozproszenia i po jakimś czasie praktyki zaczyna rozbrzmiewać w naszym wnętrzu niezależnie od tego czy o tym myślimy czy nie. Kolejnym długotrwałym owocem praktyki medytacji może być wzrost pobożności (i nie chodzi tu jedynie o więcej czasu poświęconego na modlitwę, ale o to, że jak podpowiada termin po-bożność wszystko staramy się w życiu robić po Bożemu a więc odnosząc się może częściej niż dotąd do wsłuchiwania się w wole Bożą. Medytacja z samej swej natury uczy nas słuchania!)

W Nowym Testamencie mamy dwa fragmenty: Łk 18,1 („Zawsze należy modlić się i nie ustawać”) oraz 1 Tes 5,17 („Nieustannie się módlcie”). Mówią one o intrygującym poleceniu Jezusa, aby modlić się zawsze. Z tego właśnie polecenia wyrosła modlitwa monologiczna między innymi Modlitwa Jezusowa.

Modlitwa monologiczna czy inaczej modlitwa jednego słowa lub wezwania, powtarzanego w rytm oddechu, nawet jeśli sięga po różne wezwania, to zawsze odnosi się do Imienia Jezus. Nie przez przypadek Ojcowie Pustyni sięgnęli właśnie po to wezwanie. Byli przekonani, że to Imię ma szczególne znaczenie i moc. Tę moc nazywamy łaską, która kształtuje każdego człowieka, który się na nią otworzy. „Dla każdego punkt wyjścia znajduje się gdzie indziej, ale zawsze musi tkwić w samym sercu jego życia” [ks. Maurice Zundel]

Wiara, która potrzebuje znaków

Jezus wyszedł z Samarii i udał się do Galilei. Jezus wprawdzie sam stwierdził, że prorok nie doznaje czci we własnej ojczyźnie. Kiedy jednak przybył do Galilei, Galilejczycy przyjęli Go, ponieważ widzieli wszystko, co uczynił w Jerozolimie w czasie świąt. I oni bowiem przybyli na święto.

Następnie przybył powtórnie do Kany Galilejskiej, gdzie przedtem przemienił wodę w wino. A w Kafarnaum mieszkał pewien urzędnik królewski, którego syn chorował. Usłyszawszy, że Jezus przybył z Judei do Galilei, udał się do Niego z prośbą, aby przyszedł i uzdrowił jego syna: był on bowiem już umierający.

Jezus rzekł do niego: „Jeżeli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie”.

Powiedział do Niego urzędnik królewski: „Panie, przyjdź, zanim umrze moje dziecko”.

Rzekł do niego Jezus: „Idź, syn twój żyje”. Uwierzył człowiek słowu, które Jezus powiedział do niego, i szedł z powrotem.

A kiedy był jeszcze w drodze, słudzy wyszli mu naprzeciw, mówiąc, że syn jego żyje. Zapytał ich o godzinę, o której mu się polepszyło. Rzekli mu: „Wczoraj około godziny siódmej opuściła go gorączka”. Poznał więc ojciec, że było to o tej godzinie, o której Jezus rzekł do niego: „Syn twój żyje”. I uwierzył on sam i cała jego rodzina.

Ten już drugi znak uczynił Jezus od chwili przybycia z Judei do Galilei. (J 4,43-54)

„Wiara potrzebuje znaków, ale nie może być od nich zależna” – zwykł mawiać jeden z największych chrześcijańskich filozofów, św. Tomasz z Akwinu.

Sam Jezus zdaje się nieco ignorować wiarę w Niego, która jest efektem cudów przez Niego uczynionych. Moglibyśmy zapytać skąd bierze się ten sceptycyzm Jezusa, wobec oczekujących od niego znaków i cudów? Czy nie jest tak, że wiara to wiara, obojętnie jak się zrodziła? Po ludzku sądząc wiara, która zrodziła się wobec doświadczenia cudu jest owocem doświadczenia, któremu nie sposób zaprzeczyć. Już w czasach Jezusa było wielu ludzi, których wiara w Niego opierała się tylko na cudach, które On uczynił, a których byli świadkami.

Taka wiara z pewnością nie jest zła, ale może rodzić pewne duchowe niebezpieczeństwo. A to dlatego, że wiara oparta na cudach prawie na pewno będzie mocno zabarwiona interesownością, wręcz egoizmem. Jeśli uwierzyłem w Jezusa, bo jest cudotwórcą, wówczas będę (przynajmniej podświadomie) oczekiwał od Niego kolejnych cudów, nie rzadko takich które ułatwią mi życie, chociażby zwolnią od poszukiwań. Jeśli natomiast uwierzyłem w Niego ze względu na naukę, którą głosi, wówczas nie będę niczego oczekiwał od Niego, natomiast wiele od siebie.

Doskonale zrozumieli to Apostołowie, bo kiedy wsłuchamy się w intencje wynikające z listów świętych Piotra, Pawła, Jakuba czy Jana zobaczymy, że wszyscy jednomyślnie stwierdzają, że prawdziwa wiara powinna opierać się na słuchaniu Ewangelii (która sama w sobie jest najmocniejszym znakiem, bo jest słowem samego Boga): wierzę, bo skłania mnie do tego to, co usłyszałem, a nie cuda, które widziałem. Aby jednak mogła się zrodzić w człowieku taka wiara, trzeba szczerze i nieustannie szukać prawdy, a z tym bywa problem. Cuda i znaki nie mogą nas z tego szukanie prawdy zwolnić.

Nie dziwmy się, jeśli Chrystus uczyni w naszym życiu jakich cud, który skłoni nas do wiary w Niego, ale nie dziwmy się też, jeśli tego odmówi, czyniąc naszą wiarę trudniejszą, ale może dzięki temu prawdziwszą i mocniejszą.

Medytacja jest drogą wiary opartą na zasłuchaniu w Słowo, które samo w sobie jest nie tylko znakiem, ale i doświadczeniem.