Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Św. Katarzyna ze Sieny

Czuję się niejako wewnętrznie przymuszony do skreślenia kilku słów o niezwykłej świętej, która została mi kiedyś podarowana w duchowy sposób, jako przyjaciółka i patronka.

Jej rodowe nazwisko brzmi Katarzyna Benincasa. Przyszła na świat w Sienie 25 marca 1347 roku jako najmłodsze, 24. dziecko w bardzo pobożnej, średnio zamożnej rodzinie farbiarza. Była ulubienicą rodziny, a równocześnie od najmłodszych lat prowadziła bardzo świątobliwe życie, pełne umartwień i wyrzeczeń. Jej biografia mówi, że mając siedem lat doznała pierwszej mistycznej łaski ofiarując się całkowicie Bogu. Od wczesnej młodości doznawała objawień i ekstaz. Gdy miała lat 12 doszło do ostrego konfliktu między Katarzyną a jej matką. Matka chciała ją dobrze wydać za mąż, podczas gdy Katarzyna marzyła o życiu zakonnym. Obcięła nawet włosy i próbowała założyć pustelnię we własnym domu. W efekcie popadła w niełaskę rodziny i odtąd była traktowana jak służąca. Do zakonu nie udało jej się nigdy wstąpić, ale mając 16 lat została tercjarką dominikańską przyjmując regułę tzw. Zakonu Pokutniczego. Dzięki temu zetknęła się z najwybitniejszymi kierownikami duchowymi XIV wieku. Katarzyna z wielkim zaangażowaniem poznawała tajniki życia duchowego, by zrozumieć swoje doznania mistyczne. Zasłynęła ze szczególnych umartwień, a zarazem radosnego usługiwania najuboższym i chorym.  W 1367 r. w czasie nocnej modlitwy doznała mistycznych zaślubin z Chrystusem, a na jej palcu w niewyjaśniony sposób pojawiła się obrączka. Od tego czasu święta stała się wysłanniczką Chrystusa, w którego imieniu przemawiała i korespondowała z najwybitniejszymi osobistościami ówczesnej Europy, łącznie z najwyższymi przedstawicielami Kościoła – papieżami i biskupami.

W samej Sienie skupiła wokół siebie elitę miasta, dla wielu osób stała się mistrzynią życia duchowego. Niestety przysporzyło jej to niemało problemów a nawet prześladowań ze strony mieszkańców rodzinnego miasta. Wielu patrzyło na nią podejrzliwie a nawet podejrzewano ją o czary i konszachty z szatanem. Na podstawie tych oskarżeń w 1374 r. wytoczono jej proces. Po starannym zbadaniu sprawy sąd inkwizycyjny uwolnił Katarzynę od wszelkich podejrzeń.

Św. Katarzyna odznaczała się szczególnym nabożeństwem do Bożej Opatrzności i do Męki Chrystusa. 1 kwietnia 1375 r. podczas pobytu w Pizzie otrzymała stygmaty – na jej ciele pojawiły się rany w tych miejscach, gdzie miał je ukrzyżowany Jezus, które jednak ukrywała przed innymi do końca życia. Podobnie jak Maryja, która bezgranicznie zaufała Bożemu działaniu.

Jednym z najboleśniejszych doświadczeń dla Katarzyny była awiniońska niewola papieży, dlatego też usilnie zabiegała o ich ostateczny powrót do Rzymu. W tej sprawie osobiście udała się do Awinionu. W znacznym stopniu to właśnie dzięki jej staraniom i determinacji ale też modlitwie papież Grzegorz IX mógł wrócić do Rzymu.

Spoglądając na dokonania św. Katarzyny, na wiele duchowych pism i listów, które po sobie pozostawiła a które tchną niezwykłą duchową i teologiczna głębią trudno uwierzyć, że Katarzyna nie umiała dobrze czytać ani pisać. Swoje przeżycia duchowe i mistyczne oraz listy dyktowała bł. Rajmundowi z Kapui, który był jej kierownikiem duchowym i spowiednikiem.

Jej geniusz przejawiał się również w życiu politycznym, na które, jako duchowy autorytet ówczesnych elit miała niemały wpływ. Odwiedzała różne miasta włoskie, głosząc potrzebę nowej krucjaty, by mógł na nowo zapanować pokój.

Przez całe życie zabiegała, aby skłócone ze sobą włoskie księstwa mogły odzyskać pokój. To ona przyczyniła się do złagodzenia sporów pomiędzy papiestwem i Florencją.

Z wielką troską dostrzegała także choroby ówczesnego Kościoła: pogoń za zaszczytami i bogactwem, szukanie ziemskich przyjemności zamiast jak sama to określała „słodyczy Jezusowego krzyża”. Nic nie mogło jej powstrzymać od napominania kapłanów, hierarchów, a nawet papieży, by przestrzegali Bożych przykazań i byli wiarygodnymi pasterzami dla ludu powierzonego ich duchowej opiece. W jej Dialogu o Bożej Opatrzności, który podyktowała pod koniec życia, można znaleźć wiele przejmujących napomnień skierowanych do duchownych. Mimo to święta ze Sieny uczyła też okazywania szacunku kapłanom, choćby ich życie było mało przykładne, bo to oni przekazują nam łaskę w sakramentach świętych, których nikt poza nimi nie może nam udzielić. W imieniu Chrystusa mówiła:

„Winniście szanować moich kapłanów, jakiekolwiek były ich błędy, przez miłość do Mnie, Boga wiecznego, który wam je zsyłam i przez miłość życia łaski, którą znajdujecie w tym skarbie [w Eucharystii], zawiera on bowiem całego Boga-człowieka, Ciało i Krew Syna mojego, zjednoczonego z moja naturą boską. Winniście ubolewać nad ich grzechami, darząc je nienawiścią i starać się, przez miłość i świętą modlitwę, przyodziać ich często i zmyć łzami waszymi ich brud; i ofiarować w moim obliczu za nich wasze łzy i wielkie pragnienie, abym ich przyodział, przez dobroć moją, szatą miłości”.

Czytając jej Dialog o Bożej Opatrzności, wchodzimy niejako w Boży świat, otwarty dla każdego człowieka, który potrzebuje nawrócenia. Dramat człowieka, zagubionego na skutek grzechów i niepohamowanej zmysłowości, został z wielkim realizmem opisany przez św. Katarzynę, która ukazała przy tym bezmiar Bożego Miłosierdzia.

Katarzyna przypomniała też całej ludzkości, że Jezus Chrystus jest jedynym naszym Zbawicielem. On jest jedynym MOSTEM, przez który trzeba przejść by dotrzeć do Ojca. Pan Jezus jest naszym Mostem wówczas, gdy z wielką prostotą naśladujemy pokorę Pana, który stał się Sługą nas wszystkich. Dlatego pisała: „Służba nie jest wstydem, ponieważ służyć Bogu nie oznacza być poddanym, lecz panować. Im doskonalsza jest ta służba, im bardziej stajemy się Mu poddani, tym bardziej jesteśmy wolni i tym bardziej panujemy nad sobą. Wówczas nie panuje nad nami żadna rzecz, a zwłaszcza grzech”.

Katarzyna, rozwijając treści z XII rozdziału Pierwszego Listu do Koryntian, pogłębiła nauczanie św. Pawła o Kościele, Mistycznym Ciele Jezusa Chrystusa. Całym swoim życiem umiłowała Kościół, który  obdarza nas Bożym życiem. 

Zmarła 29 kwietnia 1380 r. wyczerpana bardzo aktywnym życiem i umartwieniami mając zaledwie 33 lata. Została kanonizowana przez papieża Piusa II w 1461 r., zaś papież Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła w 1970 r.

Dzisiaj, gdy mass-media zalewane są tak wielkim brudem i nienawiścią, nauczanie Patronki Europy brzmi proroczo i jest bardzo aktualne. Jej obserwacje, demaskujące choroby społeczeństwa XIV wieku, nic nie straciły ze swej aktualności. „Obyśmy mieli dość odwagi i zdecydowania, by zobaczyć ogrom niesprawiedliwości i niewdzięczności ludzi wobec Zbawiciela, który przecież już zniszczył grzech i zwyciężył największego nieprzyjaciela człowieka. Walka duchowa wciąż trwa – przestrzegała św. Katarzyna  – dlatego nie wolno odkładać nam broni, wśród których sakramenty, modlitwa, asceza i pokora są najważniejsze. Państwo Boże doznaje wielu cierpień z powodu działania także Księcia tego świata, który niestety zwodzi pozornym szczęściem tak wielu z nas”.

Papież Benedykt XVI w 2010 roku poświęcił św. Katarzynie specjalną katechezę w ramach cyklu o wielkich kobietach w Kościele średniowiecznym. Podkreślił w niej m.in. iż św. Katarzyna ze Sieny, „w miarę jak rozpowszechniała się sława jej świętości, stała się główną postacią intensywnej działalności poradnictwa duchowego w odniesieniu do każdej kategorii osób: arystokracji i polityków, artystów i prostych ludzi, osób konsekrowanych, duchownych, łącznie z papieżem Grzegorzem IX, który w owym czasie rezydował w Awinionie i którego Katarzyna namawiała energicznie i skutecznie by powrócił do Rzymu. Dużo podróżowała – mówił papież – aby zachęcać do wewnętrznej reformy Kościoła i by krzewić pokój między państwami, dlatego nasz umiłowany poprzednik Jan Paweł II ogłosił ją współpatronką Europy”.

Warto na koniec przywołać piękną i bardzo aktualną modlitwę przez wstawiennictwo tej niezwykłej świętej:

Święta Katarzyno, mężna kobieto, wyproś nam łaskę odnalezienia drogi, która prowadzi nas ponad wody grzechu, rozpaczy, zniechęcenia i beznadziei, do Mostu, którym jest Pan Jezus, Odkupiciel człowieka. Mężna św. Katarzyno, wypraszaj nam łaskę duchowego rozeznawania dróg życia i dróg śmierci. Obyśmy podjęli codzienny trud nawrócenia. Ty jesteś przykładem umiłowania Jezusa Chrystusa w Kościele Katolickim, który zachowuje cały depozyt wiary przekazany nam przez Apostołów. Prośmy Boga, byśmy z pokorą, jak św. Katarzyna, dostrzegając grzechy ludzi Kościoła, duchownych i świeckich, z tym większą gorliwością modlili się o ich świętość.

Nie bądź niedowiarkiem…

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam, gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami. Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: ”Pokój wam!”. A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.

A Jezus znowu rzekł do nich: ”Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: ”Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”.

Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: ”Widzieliśmy Pana!”.

Ale on rzekł do nich: ”Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”.

A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: ”Pokój wam!”. Następnie rzekł do Tomasza: ”Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”.

Tomasz Mu odpowiedział: ”Pan mój i Bóg mój!”.

Powiedział mu Jezus: ”Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.

I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc, mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)

Próbuję sobie wyobrazić scenę z dzisiejszej Ewangelii. Stoję za plecami Tomasza zwanego niewiernym, patrzę w oczy Jezusa i słyszę Jego łagodny głos: Podnieś tutaj swój palec… Nie ma w tym głosie żadnego oskarżenia, żadnego wypominania. Tylko pytanie i prośbę kogoś, kto zna mnie lepiej niż ja sam siebie…

Włożyć rękę w bok Jezusa to znaczy dotknąć Jego serca. Z sercem natomiast związane jest, nawet w sensie etymologicznym, słowo „miłosierdzie”. W piękny sposób przedstawia to obraz, który Pan Jezus kazał namalować św. siostrze Faustynie. Boże miłosierdzie symbolizują na nim – jak wszyscy wiemy – dwa promienie wypływające z serca Pana Jezusa.

Każdy z nas jest w jakiś sposób zraniony. Od czasu grzechu pierworodnego jesteśmy jednocześnie ofiarami i sprawcami cierpienia. Dzisiaj w Ewangelii widzimy zamkniętych w wieczerniku poranionych apostołów, którzy się chronią przed równie poranionym tłumem. W taką sytuację wkracza Pan Jezus. Przychodzi do swoich uczniów i mówi: Pokój wam. Dopiero potem pokazuje im swoje rany. Ta scena jest zupełnie inna niż to, co znamy ze zwykłych stosunków międzyludzkich. Rany się pokazuje najczęściej po to, żeby kogoś oskarżyć, mówiąc: Zobacz, co mi zrobiłeś, lub zobacz, jak cierpię!

Pan Jezus pokazuje ręce i bok i mówi: Pokój wam. Jednak te rany nie są powodem oskarżenia, nie są już także źródłem śmierci, ponieważ przez nie śmierć została pokonana. Historia nie została jednak anulowana. Krzyż nie zniknął, ale z narzędzia śmierci stał się źródłem życia. Chrystus nie uniknął śmierci, tylko zmartwychwstał.

Jesteśmy dzisiaj, wraz ze św. Tomaszem Apostołem, zaproszeni, aby dotknąć serca Jezusowego, czyli dotknąć tajemnicy Bożego miłosierdzia.

Aby jednak to uczynić trzeba odwagi, gdyż dotknąć Jezusowego serca oznacza powierzyć się całkowicie Jego miłosierdziu, zanurzyć w tym miłosierdziu wszystkiego, co w nas jest, także nasze słabości. Doświadczyć wtedy możemy bezgranicznej miłości Pana Boga, miłości niczym niezasłużonej, ale też miłości, która kocha nas takich, jacy jesteśmy, miłości, której na przeszkodzie nie mogą stanąć nasze słabości i grzechy, a nawet śmierć, gdyż jest to miłość, która ma swe źródło w przebitym boku Chrystusa – zwycięzcy grzechu i śmierci.

Dotykając serca Pana Jezusa, dotykamy istoty samego Boga, a jest nią Miłość miłosierna. Niedziela Miłosierdzia Bożego zaprasza nas do tego, abyśmy w tę Miłość uwierzyli, abyśmy tej Miłości się powierzyli.

W Pierwszym Liście apostoł Jan pisze, że wiara jest tym, co zwycięża świat. „Świat” oznacza tu tę rzeczywistość, która jest wroga Bogu, a więc szatana i grzech. Apostołowie w dniu zmartwychwstania w sobie samych doświadczyli zwycięstwa nad swym grzesznym „światem”.

Fragmenty z Dziejów Apostolskich oraz Apokalipsy pokazują, że człowiek, który uwierzy w Jezusa, nie tylko może zostać wyzwolony z grzechu, lecz wkracza także w inny wymiar rzeczywistości.

Jezus przychodzi, aby nas obdarzyć swoim zmartwychwstaniem. Oznacza to, że po śmierci zwycięża w nas życie. Ale ta łaska działa już teraz. Ma ona moc przemienić nasze zranienia. Nasze duchowe rany nie muszą już ropieć zgorzknieniem, nienawiścią i zamknięciem w sobie. Przemienione przez Chrystusa mogą być źródłem pokoju i radości. Czterdzieści dni postu może niekoniecznie zmieniło nasze życie. Dlatego jedyne, co nam pozostaje, to pokornie spojrzeć w Jego miłosierne oczy, wsłuchać się w Jego łagodny głos. I jak tylu przed nami zapłakać – nad swoim ubóstwem i Jezusową hojnością. Bo to On w swoim wielkim miłosierdziu na nowo zrodził nas do żywej nadziei.

Modlitwa potrzebuje ciszy

Słowo jest blisko ciebie, na twoich ustach i w sercu twoim. A jest to słowo wiary, którą głosimy. Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg wskrzesił Go z martwych, osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia. (Rz 10, 8b-10)

„Modlitwa podobnie jak muzyka potrzebuje ciszy. Prawdziwie owocne działania rodzą się z kontemplacji, dlatego trzeba abyśmy potrafili zawalczyć o ciszę w naszej modlitwie, tak by móc wsłuchiwać się w Tego, który przemawia do nas w ciszy naszego serca”. [św. Matka Teresa z Kalkuty]

W ostatnim wprowadzeniu mówiliśmy o sensie i potrzebie ciszy. Żyjemy w czasach, w których przez wszechobecne środki przekazu i łączności mamy niemal nieustanny kontakt z całym światem. Jeśli jednak nie będziemy potrafili być uważni i nie będziemy umieli zrezygnować z tych niezliczonych sposobności, które płyną do nas z zewnątrz, jeśli nie zwolnimy i nie znajdziemy czasu na to by kultywować ciszę w naszych sercach, nigdy nie będziemy mieli sposobności by poznać siebie od wewnątrz, czyli naszych dusz stworzonych przez Boga. A to właśnie tam kryje się nasza najgłębsza tożsamość.

Bez tego poznania będziemy zagubieni sami w sobie. Merton pisze, że jedną ze współczesnych i bardzo niebezpiecznych pokus świata jest pozbawić nas milczenia. „Tymczasem milczenie jest wewnętrzną potrzebą człowieka, ale jest także koniecznością, gdyż jest doskonałym sposobem na zbliżenie się do Boga i poznanie Go a także do nas samych. Ta potrzeba milczenia okazuje się paradoksalnie bardzo współczesna, jako że wychodzi naprzeciw potrzebom wielu ludzi, noszących w sobie doświadczenie zagubienia i osamotnienia pośród zgiełku tego świata”. [Merton o milczeniu]

Jak mocno to współgra ze słowami kard. Saraha, które przywoływaliśmy w ostatnim naszym wprowadzeniu do medytacji. Dla wielu współczesnych ludzi cisza stała się czymś nieznanym a nawet bolesnym. Gdy uczestniczymy w różnych spotkaniach możemy dostrzec jak cisza, która zapada często dla wielu jest niezręczna, więc trzeba ją czymś zagłuszyć, choćby zerknięciem na ekran nieodłącznego dziś telefonu czy smatfona. A przecież jeszcze nie tak dawno chwile ciszy były uznawane za tak bardzo cenne.

To były momenty, żeby się zrelaksować, by dać odpocząć sercu i umysłowi, także w cichej obecności drugiego. Jakby na potwierdzenie tego we wspomnianej książce Merton przekonuje, że wewnętrzne milczenie człowieka objawia się naprawdę w relacji do drugiego. Tym drugim może być człowiek i może być Bóg. Milczenie ludzkiego serca nastraja bowiem do ciszy drugą osobę i wtedy może narodzić się przyjaźń.

Nasze serca tak naprawdę odpoczywają w ciszy. Jeśli nie znamy ciszy, jeśli nie odpoczywamy w ciszy, wcale nie odpoczywamy…

Niemniej dzisiaj osiągnięcie ciszy wymaga często walki i to nie tylko na zewnątrz ale i wewnątrz naszego serca. Ta walka o ciszę wymaga stałości i dyscypliny a nawet pewnego stopnia cierpienia, by oddzielić się od źródeł naszych rozproszeń. Poza oderwaniem się od zewnętrznych bodźców musimy też być gotowi stawić czoła konfliktom, które rodzą się w naszych sercach. Nasze życie wewnętrzne jest tajemnicze i pełne burz a przez to często też ignorowane.     

I tutaj także trzeba pewnej stałości i dyscypliny a nawet cierpienia, aby nie uciekać od naszych wewnętrznych konfliktów, lecz aby pozwolić by zostały wyciszone przez konfrontację z nimi, akceptację i moc Słowa, które wybrzmiewając w naszym sercu pragnie je wyciszać, scalać i uzdrawiać.

Cisza przeniknięta Bożym Słowem uspokaja serce, formuje je. „Cisza to zgoda na wejście w tajemnicę naszej duszy” – pisze kard. Robert Sarah. Słowo Boże obecne w medytacji odsłania przed nami tę tajemnicę.

Gdy decydujemy się, że będziemy towarzyszyli ciszy Boga obecnego w naszych sercach, w tej ciszy znajdujemy prawdziwy odpoczynek i prawdę.

Z tej ciszy – która raz jeszcze odwołując się do słów Mertona – jest relacją, czerpiemy siłę potrzebną do przeżywania naszego życia. Dlatego tak ważne, abyśmy uciekali się do tej ciszy w chwilach naszego wyczerpania, zmęczenia i od przygniatającego nas często hałasu świata. Można powiedzieć, że życie z ciszą w sercu jest wielką łaską dla współczesnego człowieka a zwłaszcza dla chrześcijanina. Każdy z nas jest wezwany, by się na te łaskę otwierać.

Spotkać Zmartwychwstałego

Gdy anioł przemówił do niewiast, one pospiesznie oddaliły się od grobu z bojaźnią i wielką radością i biegły oznajmić to Jego uczniom.

A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: „Witajcie”. One zbliżyły się do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: „Nie bójcie się. Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą”.

Gdy one były w drodze, niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: „Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu”.

Oni zaś wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego. (Mt 28,8-15)

Mateusz przedstawia nam jedno jedyne zmartwychwstanie w historii świata i dwie perspektywy jego przyjęcia – wierzących i pogan.

Ile zamieszania robią kobiety! Po rozmowie z aniołem biegną z entuzjazmem do zatrwożonych uczniów. Oni jeszcze nie wiedzą. Kobietom brak pewnie tchu, wyprzedzają się wzajemnie, może się śmieją? Chcą się podzielić dobrą wieścią. Ich wiara znalazła swoje wypełnienie.

Inaczej jest z żołnierzami. Są w drodze do miasta. Idą ciężkim krokiem, z niespokojnym sercem. Co z nimi będzie? Zadanie nie zostało wykonane, grób jest pusty. Może Go znajdą? Może da się jeszcze wszystko naprawić? Nie wiedzą, co robić, co myśleć. Potrzebują rady.

Przez najbliższy tydzień będziemy słuchać Ewangelii o spotkaniach ze Zmartwychwstałym. Odkrywam w nich szczególny powiew nowości. Jestem przekonany, że nie ma innego remedium na świeżość Kościoła niż podążanie śladem ewangelicznych postaci tego tygodnia. Tylko ze spotkania ze Zmartwychwstałym pochodzi to, co w Kościele żywe i atrakcyjne.

Nie pozostawajmy jednak na poziomie okrągłych słów. Co bowiem znaczy: spotkać Zmartwychwstałego? Osobiście nigdy Go nie widziałem tak, jak widziały Go kobiety z dzisiejszej Ewangelii. Nie miałem specjalnego objawienia. Nie rozmawiałem z Nim, jak uczniowie idący do Emaus. Nie dotknąłem Go, w takim sensie, jak poszukujący wiary Tomasz.

Czy zatem sformułowanie: „spotkać Zmartwychwstałego” nie jest pobożnym frazesem? Czy moje doświadczenie religijne można w jakikolwiek sposób porównać z tym, co przeżyły Maria Magdalena i druga Maria? Czy mogę Go spotkać równie realnie jak one?

Z całym przekonaniem mojej wiary odpowiadam: TAK. Jest to jedna z najbardziej szokujących i porywających prawd chrześcijaństwa. Tak jak prawdziwe było doświadczenie kobiet, równie prawdziwe może być nasze doświadczenie. Osiągnięte na innej drodze, lecz równie realne. Nie ma tu teologicznych sztuczek i pobożnego mydlenia oczu, lecz jest to serce chrześcijaństwa.

Co zatem trzeba zrobić, by to spotkanie mogło się odbyć? Pozostawić w życiu miejsce na Tajemnicę.

Jezus przychodzi w ciszy. Staje pewnie na wyzwolonej ziemi, która należy do Niego. Jak niegdyś Bóg przemawiał z całą mocą w delikatnym powiewie (1 Krl 19, 12), tak zwycięski Chrystus staje przed niewiastami i mówi: „Witajcie!”.

Gdy zderzamy się z rzeczywistością, która przekracza nasze wyobrażenie, potrzebujemy czasu, aby ją zrozumieć. Unosimy wysoko brwi, z niedowierzaniem potrząsamy głową. Sprawdzamy, czy to, co zobaczyliśmy, jest prawdą. Narastająca radość spełnionej nadziei miesza się z lękiem, by nie doznać zawodu. Zmartwychwstanie Jezusa jak żadne inne wydarzenie zasługuje na takie zdumienie. Liturgia Kościoła odpowiada na nasze ograniczenia, bo nawet jako ludzie wiary potrzebujemy czasu, żeby nadążyć za tajemnicą ostatnich dni. Dlatego świętujemy oktawę wielkanocną, upewniając się wciąż, że grób jest pusty. Nie śpieszmy się. Nawet jeśli nasze oczy nie ujrzą Zmartwychwstałego, tak jak widziały Go kobiety i Apostołowie i nawet jeśli nasze ręce nie dotkną go tak, jak dotykały go ręce kobiet i Apostołów zawsze możemy spotykać Go żywego w Eucharystii, zobaczyć Go i dotknąć a nawet więcej – przyjąć do swego serca.

Wielka Noc

Po upływie szabatu Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba, i Salome nakupiły wonności, żeby pójść namaścić Jezusa.

Wczesnym rankiem w pierwszy dzień tygodnia przyszły do grobu, gdy słońce wzeszło. A mówiły między sobą: «Kto nam odsunie kamień od wejścia do grobu?»

Gdy jednak spojrzały, zauważyły, że kamień był już odsunięty, a był bardzo duży. Weszły więc do grobu i ujrzały młodzieńca siedzącego po prawej stronie, ubranego w białą szatę; i bardzo się przestraszyły.

Lecz on rzekł do nich: «Nie bójcie się! Szukacie Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego; powstał, nie ma Go tu. Oto miejsce, gdzie Go złożyli. Lecz idźcie, powiedzcie Jego uczniom: Idzie przed wami do Galilei, tam Go ujrzycie, jak wam powiedział». [Mk 16,1-7]

Radosne „alleluja!” brzmi w naszych uszach. Chrystus żyje, Chrystus zmartwychwstał. Grób jest pusty!

Od dwóch tysięcy lat ludzie pielgrzymują do grobu Jezusa, na wzór bohaterów dzisiejszej Ewangelii. Jedni jadą z czystej ciekawości, by zobaczyć miejsca, ziemię zwaną świętą, by podziwiać architekturę. Inni, by odbyć pielgrzymkę i pomodlić się, zażyć atmosfery tamtych miejsc…

Od dwóch tysięcy lat ludzie w dzień Zmartwychwstania przychodzą do kościołów, by we wspólnocie ludzi wierzących przeżyć to najważniejsze dla wszystkich chrześcijan święto Zmartwychwstania. Jedni uczynią to jedynie z obowiązku, który nakazują przykazania kościelne lub tradycji, inni by doświadczyć ogólnie panującej świątecznej atmosfery, inni wreszcie by przeżyć osobiste spotkanie ze Zmartwychwstałym. Dzisiaj, musimy zdobyć się na stanięcie w prawdzie, bo odpowiedzieć sobie, w której grupie ludzi  jestem ja: słuchaczy, obserwatorów ewangelicznych wydarzeń, może niedowierzających w Zmartwychwstanie Jezusa, jak św. Tomasz Apostoł. Być może jest tak, że wierzysz w zmartwychwstanie Jezusa rozumem, ale ciągle jeszcze nie wierzysz swoim sercem. A może przychodzisz dlatego, że świadomość Zmartwychwstania Chrystusa porusza twoje serce i sumienie i pragniesz spotkać Tego, który jest jak dla Marii Magdaleny – Panem Twojego serca.

Jak często jest tak, że przychodząc do Grobu Pańskiego zatrzymujemy się na zewnątrz. Tymczasem uroczystość Zmartwychwstania zaprasza nas, abyśmy oczyma wiary  weszli do wnętrza jak niewiasty, jak Apostołowie Piotr a potem Jan. Przeżyć święta Zmartwychwstania, to dać się wciągnąć w te wydarzenia sprzed dwóch tysięcy lat, by zobaczyć i odczytać znaki mówiące o Wydarzeniu, które się tam rozegrało. Znaki, które były przeznaczone nie tylko dla kobiet, które przyszły do Grobu czy dla Apostołów, ale także dla ciebie i dla mnie. Tylko wówczas, gdy w nikniemy w te atmosferę Zmartwychwstania całym sercem otrzymamy odpowiedź na pytanie o Jezusa: czy wygrał, czy przegrał? Otrzymamy odpowiedź: Czy warto iść za Jezusem? Czy warto zaufać takiemu Przewodnikowi? Czy Jego droga może być moją Drogą?

Przy odrobinie dobrej woli na tyle pytań możemy znaleźć odpowiedź, gdy z prawdziwą wiarą staniemy przy pustym Grobie Jezusa.  

Jest jednak jeden warunek konieczny do tego, by te pytania i odpowiedzi stały się twoimi osobistymi pytaniami i odpowiedziami. Musisz wejść do Grobu, bo to oznacza symbolicznie, że zgadzasz się na to by umarło to, co jest w tobie złe i grzeszne, to co tak trudno pokonać, z czym może mierzysz się już od lat a co stanowi mur, przeszkodę między Tobą, a Jezusem; między Jego miłością a twoją gotowością otwarcia się na tę miłość i zawierzenia jej do końca. Bo wszystko, co dokonało się przez te trzy dni: Wielki Czwartek, Wielki Piątek i wreszcie dzisiaj – w tę Wielka Noc dokonało się z miłości do ciebie! Jeśli w to uwierzysz, ta miłość pozwoli popatrzeć na świat optymistycznie, radośnie, bo w świetle tej miłości wszystko nabiera innych barw. Jak napisze w swoim wierszu Karol Wojtyła: „Ta miłość mi wszystko wyjaśniła, ta miłość mi wszystko rozwiązała”.

Tylko w świetle tej miłości zwyciężającej grzech i śmierć jesteś w stanie spoglądać na siebie i na innych z miłością i podziwem i zgodzić się na własne życie, takim jakie ono jest, bo od chwili Zmartwychwstania każde życie jest miejscem, w którym pragnie objawić się Bóg z Jego miłością i z Jego mocą.  Zmartwychwstanie jest przecież dowodem na zwycięstwo niemożliwego! Dobra nad złem, życia nad śmiercią, świętości nad grzechem, najlepszego wyjścia z sytuacji „bez wyjścia”. Pozostaje tylko jedno pytanie: Czy wierzysz w to?!!!

Bo jeśli tak, to nie ma już dla ciebie innej drogi niż droga nadziej i nie ma innej przyszłości niż wieczna przyszłość z Bogiem. Bo jak stwierdza to z całkowitym przekonaniem św. Jan ten niezwykły świadek Zmartwychwstania: „Dla tego, kto wierzy w Chrystusa nie ma już potępienia! [por. J 3,18]

Warto zapytać dziś siebie: czy ta świadomość, że razem z Chrystusem będę żyć w wiecznym szczęściu sprawia mi radość i nadaje sens mojemu życiu!? Bo właśnie to świętujmy w czasie Wielkanocy. To jest nasza wiara. Bo Pan prawdziwie zmartwychwstał! Alleluja!

 

I oczywiście życzenia dla Was wszystkich:

Niech Święta Zmartwychwstania Pańskiego będą okazją do odnowienia tego, co w Was najlepsze. Niech będą czasem, w którym odżywa wiara, nadzieja i miłość a czas spędzony z bliskimi niech napełni Was wdzięcznością i ewangelicznym optymizmem potrzebnym do pełnego ufności patrzenia w przyszłość. Niech dla Was i Waszych bliskich te święta będą źródłem prawdziwej, chrześcijańskiej radości, którą będziemy potrafili dzielić się z innymi.