Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

EUCHARYSTIA I KAPŁAŃSTWO

Są takie dwa dni w roku, gdzie nasze serce skłania się ku Sakramentowi, który nazywamy Eucharystią. Dwa dni w roku, kiedy myśliwy o największej miłości Chrystusa do człowieka. Myślimy o miłości, która pozostała w Eucharystii pod postaciami chleba i wina. Te dwa dni to uroczystość Bożego Ciała i dzień dzisiejszy: Wielki Czwartek. Dziś idziemy do źródła, do wydarzenia ustanowienia Eucharystii i Kapłaństwa – do Wieczernika!

Wpatrujemy się oczyma wiary w Chrystusa, który zasiada z Apostołami do Ostatniej Wieczerzy, jak słyszeliśmy dziś w opisie w relacji św. Pawła w drugim czytaniu. Jezus wie, że tego wieczoru rozpocznie się zapowiedziana Jego odkupieńcza Męka, która ostatecznie dopełni się na Krzyżu Jego Śmiercią.

Przenieśmy myślami do Wieczernika. Spróbujmy sobie to wyobrazić. Apostołowie wraz z Chrystusem przy stole. Atmosfera zadumy, wyciszenia. Apostołowie widzą, że dzieje się coś niezwykłego, podniosłego, choć zapewne jeszcze niewiele rozumieją.

Chrystus bierze chleb i mówi: TO JEST CIAŁO MOJE. Następnie bierze kielich z winem i mówi: TO JEST MOJA KREW. Tu następuje pierwsze przeistoczenie, którego dokonuje sam Chrystus. Na słowa samego Chrystusa chleb staje się rzeczywiście Jego Ciałem, a wino Jego Krwią. Jest to – można powiedzieć – pierwsza Msza święta. Chrystus uobecnia to, co się wydarzy już za chwilę, uobecnia swoją Mękę i Śmierć. Tu pod postaciami chleba i wina dokonuje się pierwsze przelanie Krwi, które dokona się ostatecznie na Krzyżu. Już tu Chrystus oddaje się Ojcu za nasze grzechy! To jest tajemnica Wieczernika, tajemnica Eucharystii.

Chrystus pragnie utrwalić Ofiarę Krzyża, po to, aby chrześcijanie kolejnych wieków mieli dostęp do łask płynących z Krzyża, który łączy się ściśle z wydarzeniem Wieczernika. Dlatego ustanawia kolejny sakrament: kapłaństwo. Apostołów i ich następców – kapłanów zanurza w swoim kapłaństwie, polecając im: „TO CZYŃCIE NA MOJĄ PAMIĄTKĘ”.

Od tej chwili za każdym razem, gdy będą powtarzać nad chlebem i winem Jezusowe słowa Ofiara Krzyża będzie się uobecniała na ołtarzach kościołów. Ręce kapłanów sprawujących Najświętszą Ofiarę będą rękoma Chrystusa a ich usta Jego ustami. Dzięki sprawowaniu Eucharystii wierni otrzymają potrzebne łaski płynące z krwawej Ofiary Krzyża. Będą mogli się karmić Jego Ciałem i Krwią na życie wieczne.

Dzięki objawieniom  boliwijskiej mistyczki Cataliny Rivas czy św. Faustyny Kowalskiej wiemy, że za każdym razem, gdy kapłan podnosi Hostię, w rzeczywistości trzyma ją sam Jezus, jak podczas Ostatniej Wieczerzy. Ten obraz pokazuje, że wydarzenie Ostatniej Wieczerzy, Krwawa Ofiara na Krzyżu i Ofiara Mszy świętej są tymi samymi wydarzeniami.

Św. Jan Paweł II w liście z 1980 r. do kapłanów na Wielki Czwartek napisał: „Kapłan sprawuje Najświętszą Ofiarę in persona Christi [w osobie Chrystusa]– to znaczy więcej niż w imieniu czy w zastępstwie Chrystusa. In persona to znaczy: w swoistym sakramentalnym utożsamieniu się z Prawdziwym i Wiecznym Kapłanem, który Sam tylko Jeden jest prawdziwym i prawowitym Podmiotem i sprawcą tej swojej Ofiary”.

Msza św. jest więc z istoty swojej Ofiarą Chrystusa. Św. Cyprian mówi: „Męka Chrystusa Pana jest tą samą Ofiarą, którą my ofiarujemy”.

Z kolei bł. Teodoret stwierdza: „Nie inną składamy ofiarę, tylko tę, która była na krzyżu”. Tę Ofiarę Mszy świętej, Kościół nazywa „bezkrwawą”, bo nie ma już cierpienia Chrystusa. Jest to jednak ta sama Ofiara. Osobne przeistoczenie najpierw hostii w Ciało, a potem wina w Krew obrazuje rozdzielenie Krwi od Ciała, a więc Śmierć Chrystusa!

Jednak ta Ofiara prowadzi nas na ucztę ofiarną. Chrystus, który oddaje się swemu Ojcu, pragnie dać się nam jako pokarm. Bł. Honorat Koźmiński pisze: „Gospodarzem uczty weselnej jest przyjemniejszy nad wszystkich ludzi nasz drogi Zbawiciel, który już nie wodę w wino, jak niegdyś na godach weselnych w Galilei, ale wino w Krew Swoją Najdroższą przemienia i chleb w Ciało Swoje. Nie dosyć dla Niego być gospodarzem naszym, ale chce być jeszcze naszym współbiesiadnikiem, naszym towarzyszem, przyjacielem, naszym pokarmem, napojem. Ciało Jego prawdziwie jest pokarmem i Krew Jego prawdziwym jest napojem. Gdzież znajdziecie gospodarza tak gościnnego, żeby nas karmił własną Krwią i Ciałem”.

Przyjmujmy jak najczęściej Komunię świętą, bo to jest podstawowy pokarm dla duszy i źródło największych łask.

W tym dniu, kiedy rozważamy dar i tajemnicę sakramentu Eucharystii i kapłaństwa warto przywołać intrygujące słowa matki św. Jana Bosko. Ta prosta wieśniaczka powiedziała do swego syna w dniu jego pierwszej Mszy świętej: „Zostać kapłanem, to znaczy zacząć cierpieć”. Jakże głęboka jest ta myśl, bo rzeczywiście: służba, poświęcenie, wierność Bogu i Kościołowi… łączy się nierzadko z cierpieniem. Wie to każda dobra matka kapłana, wie to każdy dobry kapłan. Nie ma owoców bez ofiary. Siłę miłości mierzy się wielkością ofiary!

Kapłaństwo więc musi realizować się w duchu służby i ofiary. Zapewne wyrazem tego ducha był św. Jan Vianney, który nie patrząc na zmęczenie godzinami służył w konfesjonale, czasem całą noc pisał kazania. Ile się wycierpiał przez ludzkie języki, oszczerstwa, czy walkę toczoną nieustannie ze złym duchem. On wiedział, że więcej dusz zbawi ofiarą i cierpieniem niż płomiennymi kazaniami.

Kapłaństwo jest więc darem i ofiarą, ale też źródłem radości. Bł. Honorat Koźmiński pisał: „Jakże jestem szczęśliwy, gdy mogę składać Ofiarę Ciała i Krwi Syna Twego, nie zamieniłbym tego szczęścia na żadne świata tego i przyszłego wielkości, bogactwa i rozkosze”.

Św. Pius X mówił do kapłanów piękne słowa: „Wypełniamy powołanie kapłańskie nie w naszym imieniu, lecz w imieniu Jezusa Chrystusa. (…) Z tej to przyczyny wpisał nas Chrystus do liczby przyjaciół, a nie sług: Już was nie nazywam sługami (…), lecz nazwałem was przyjaciółmi, bo wszystko cokolwiek od Ojca usłyszałem, oznajmiłem wam (…) ustanowiłem was, abyście poszli i owoc przynieśli. Musimy więc przedstawiać osobę Chrystusa i spełniać Jego poselstwo (…). Jako posłowie Jego musimy wiarę ludzi karmić Jego nauką, Jego prawem, sami je przede wszystkim zachowując. Jako uczestnicy Jego władzy w wyzwalaniu ludzi z więzów grzechowych – musimy się usilnie starać, abyśmy sami nie zostali w nie uwikłani. Ale najbardziej, jako ministrowie Chrystusa w Jego najświętszej Ofierze, wznawianej stale dla życia świata, musimy się odznaczać tym usposobieniem duszy, w którym On na ołtarzu krzyża ofiarował się Bogu jako Ofiara niepokalana” (Exhortatio ad clerum catholicum).

Tymi słowami święty papież podkreśla główny cel kapłaństwa: sprawowanie Mszy świętej. Kapłan więc jest dla Ołtarza. To jest ważniejsze niż jakakolwiek inna posługa duszpasterska.

Ojciec święty Benedykt XVI ukazywał nieustannie, że żyje Eucharystią, że z niej czerpie wszelkie łaski. Ukazywał doniosłość celebracji Ofiary Mszy św. Pokazał, że w liturgii najważniejszy jest Bóg, a nie człowiek. Podobnie ustanawiając w Kościele Rok Kapłaństwa ukazał, że Kościół nie może istnieć bez Eucharystii, którą się karmi i bez kapłanów, bo bez nich nie ma sakramentów.

Dziś może jest i czas byśmy my kapłani przeprosili za nasze ludzkie słabości. Może za brak postawy ojcowskiej, za grzechy pychy, egoizmu, czy lenistwa, za zaniedbania w kierowaniu owczarnią. Jest też dziś czas, by prosić o nieustanną modlitwę, tak potrzebną kapłanom. Jest taka piękna modlitwa św. Teresy od Dzieciątka Jezus, która jako jedną ze swych najważniejszych misji widziała misję modlitwy za kapłanów. Pozwolę sobie ją tutaj przywołać:

O Jezu, Wiekuisty, Najwyższy Kapłanie, zachowaj Twoich kapłanów w opiece Twego Najświętszego Serca,gdzie nikt nie może im zaszkodzić. Zachowaj nieskalanymi ich namaszczone dłonie, które codziennie dotykają Twojego świętego Ciała. Zachowaj czystymi ich wargi, które zraszane są Twoją Najdroższą Krwią. Zachowaj czystymi ich serca naznaczone wspaniałą pieczęcią Twojego kapłaństwa. Spraw, aby wzrastali w miłości i wierności Tobie, chroń ich przed zepsuciem i skażeniem tego świata. Wraz z mocą przemiany chleba i wina, udziel im również mocy przemiany serc. Błogosław ich trudowi, aby wydał obfite owoce. Niech dusze, którym służą, będą dla nich radością i pociechą tu, na ziemi, a także wieczną koroną w życiu przyszłym. Amen.

Święty kapłan, to wiele dusz zbawionych. Polecajcie Bogu kapłanów, polecajcie kapłanów, którzy wam służyli poprzez sprawowane sakramenty i których Bóg postawił na Waszej drodze. Wasza modlitwa, to jedno ze źródeł naszego, kapłańskiego posługiwania.

Pamiętajmy też w naszych modlitwach o kapłanach bliskich porzucenia posługi kapłańskiej i tych, którzy odeszli. Prośmy za kapłanów przeżywających kryzys własnej tożsamości, tym trudniejszy, że przeżywany nierzadko w samotności.

Ze swojej strony nieustannie dziękuję Panu Bogu za Was wszystkich, których postawił na drodze mojego kapłańskiego życia, za Wasze modlitwy w mojej intencji, za wsparcie i obecność w trudnych chwilach. Jesteście moją największą pociechą!

I bądźmy wdzięczni Bogu za te dwa sakramenty Eucharystii i kapłaństwa ustanowione w Wieczerniku. Bądźmy wdzięczni za każde kapłańskie powołanie, za każdą odprawioną Mszę świętą, która jest darem miłości i nieustannej obecności Boga w naszym życiu.

Dziękuję!

Głos Boga, który słyszy się w ciszy

Wtedy rzekł Bóg do proroka Eliasza: «Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana!» A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze – trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu – szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty. A wtedy rozległ się głos mówiący do niego: «Co ty tu robisz, Eliaszu?» [1 Krl 19, 11- 13]

Co ty tu robisz Eliaszu? Co ja tu robię? – to pytanie, które warto stawiać sobie na drodze duchowego dojrzewania. Czemu służy moje życie duchowe? Kardynał Robert Sarah w swoje książce „Moc milczenia” mówi, że aby móc odpowiedzieć na te pytania konieczne jest odkrycie tego, co odkrył Eliasz na górze Horeb: że Boga nie ma w wichurze, ani w trzęsieniu ziemi, ani w ogniu. Bóg przychodzi w ciszy. Nigdy nie znajdziemy odpowiedzi na najważniejsze zagadnienia życia w hałasie i zamęcie naszego nowoczesnego świata. Nie odkryjemy głębi w tym, co szybko przemija. Tylko w milczeniu i w ciszy – tak jak prorok Eliasz – możemy usłyszeć subtelny głos Boga. Tylko w ciszy zaczynamy odkrywać kim jesteśmy, tylko w ciszy mamy szanse odkryć kim jest Bóg, który mówi do nas w ciszy.

Prawda jest jednak taka, że trudno jest nam osiągnąć ciszę w naszych sercach. Żyjemy otoczeni hałasem. Wydawać się może, że świat nigdy nie zwalnia a my – chcąc, nie chcąc – często dostosowujemy się do wymagań świata. Ciągle coś wymaga naszej uwagi. Żyjemy otoczeni przytłaczającym hałasem i wystawieni na ciągłe, rosnące wymagania otaczającego nas świata. Niestety na skutek tego również nasze serca są pełne hałasu. Nieraz bardziej niż nasze uszy. Tak wiele słów i wydarzeń budzi nasze emocje. Jeśli nasze serca nie są uważne, wewnętrzny hałas może je łatwo zdominować. Nierzadko pociągani w jednym momencie w różnych kierunkach możemy doświadczać wewnętrznego konfliktu i rozdarcia. Św. Paweł mówi wprost, że w takich sytuacjach grozi nam, że będziemy jak dzieci miotani przez fale miotające nami to tu, to tam przez jakąkolwiek naukę na skutek sprytu ludzi, którzy pragną nami manipulować przez swoje oszustwa [ por. Ef 4,14].

Współczesny świat ocenia często nasze istnienie w powiązaniu go z zadaniami, jakie mamy do wykonania. Przez pryzmat tej zadaniowości jesteśmy oceniani w pracy, w rodzinach, nie rzadko także w Kościele. Ale taka postaw sprawia, że trudno nam zwolnić, by spotkać samych siebie, albo co bardziej istotne spotkać boga wewnątrz siebie. Sam Chrystus stawia nam w Ewangelii fundamentalne pytanie: „Co przyjdzie człowiekowi, choćby cały świat zyskał a zatracił swoją duszę?” [Mt 16,26] Obserwując współczesny świat i to, co nam oferuje, do zdobycia czego nas namawia wydawać się może, że właśnie tą drogą chce nas prowadzić…

Przywoływany już kard. Robert Sarah w swojej książce pisze, że jeśli modlitwa, która będzie wejściem w ciszę nie stanie się w naszym doświadczeniu duchowym opozycją przeciwko wszechobecnej dyktaturze hałasu, to ów hałas nas całkowicie pochłonie. I nie chodzi tylko o zewnętrzny zgiełk. Chodzi także o uciszenie namiętności, żądzy, pragnień i wszelkiego rodzaju nieuporządkowanych relacji do rzeczy i stworzeń, które wirują w nas samych. To być może najtrudniejsze do wykarczowania pole, na którym mamy zasiać ziarna ciszy. Bez ciszy niemożliwa jest modlitwa. „Bez ciszy modlitwy – pisze kard. Sarah – nie poznamy prawdy, nie odnajdziemy drogi, nie zaznamy pełni życia. Jest ona potrzebna, by spotkać się z samym sobą, z drugim człowiekiem i z Bogiem. By usłyszeć pozornie niesłyszalny głos Boga, którym przemawia, milcząc. By mieć siłę żyć w świecie pełnym zła i nienawiści, nie szukając odwetu”.

Przez najbliższe spotkania i wprowadzenia spróbujemy zatrzymać się na kilku ważnych aspektach naszej medytacji, jako drogi prowadzącej do ciszy, która jest miejscem spotkania z Bogiem i z samym sobą. Poza naciskiem na ciszę powiemy sobie jeszcze o takich ważnych wymiarach medytacji jakimi są: tajemnica, chwila obecna, uważność, ciało, rytm modlitwy i inne.

Wielka Środa – Niewolnik Miłości

Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: „Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam”. A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać.

W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: „Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali Paschę do spożycia?” On odrzekł: „Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka i powiedzcie mu: «Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie chcę urządzić Paschę z moimi uczniami»”. Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę.

Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu uczniami. A gdy jedli, rzekł: „Zaprawdę powiadam wam: jeden z was Mnie zdradzi”. Zasmuceni tym bardzo, zaczęli pytać jeden przez drugiego: „Chyba nie ja, Panie?”

On zaś odpowiedział: „Ten, który ze Mną rękę zanurza w misie, on Mnie zdradzi. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane; lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził”. Wtedy Judasz, który Go miał zdradzić, rzekł: „Czy nie ja, Rabbi?” Mówi mu: „Tak jest, ty”. (Mt 26,14-25)

Jezus wielokrotnie przestrzegł Judasza, próbując go przekonać, jak straszną rzeczą jest zdrada, którą planował (pięknie ukazuje to film Zeffirellego „Jezus z Nazaretu”, gdzie bardzo przejmujące są sceny dialogu Judasza z Jezusem, który doskonale zna serce swojego ucznia). Mimo to Judasz nie zrezygnował ze swojej wizji i swoich planów. Widocznie nie wierzył Jezusowi i uważał, że „wie co robi”, że jego postępowanie jest słuszne. Tak zaczyna się każda historia wejścia w ciemność i grzech…

Jak często i nas Jezus przekonuje jak może, czasem nawet straszy, byśmy nie popełniali jakiegoś błędu (grzechu), a my i tak często robimy „swoje”, choć dobrze wiemy, że nie raz się już poślizgnęliśmy na naszych utartych egoizmem i pychą ścieżkach. A potem wpadamy w rozpacz, w przygnębienie jak Judasz, uświadamiając sobie, co zrobiliśmy. Warto więc ufać Jezusowi. Można by zadać retoryczne pytanie: Czy znamy kogoś, kto miałby obiektywne powody do rozpaczy, dlatego, że posłuchał Jezusa? Jednak z pewnością znamy takich, którzy nie posłuchali Jezusa i dlatego wpadają w rozpacz. Nic nie potrafi niszczyć człowieka tak skutecznie, jak to potrafi zrobić grzech – przestrzegał o. Pio

Każdy grzech jest mniej lub bardziej perfidną zdradą Jezusa. Jest bowiem „sprzedaniem” prawdziwych wartości za „srebrniki” własnych pragnień, chwilowej przyjemności czy satysfakcji i wątpliwej korzyści. Grzeszymy, chociaż Jezus jest nam tak bliski, chociaż zasiadamy z Nim do stołu, za każdym razem, gdy uczestniczymy we Mszy świętej. I to jest tak okropne, że gdyby grzech był jedynym naszym dokonaniem, to lepiej by było, żebyśmy w ogóle się nie narodzili. Na szczęście jest w nas też dobro, które trzeba docenić i za które trzeba podziękować. I na szczęście jesteśmy odkupieni Krwią Chrystusa, a więc grzech jest zgładzony i nawet jeśli zdarza się nam potknąć o kamienie grzechu, to warto skupić się przede wszystkim na dobru, by je pomnażać.

Kolejny Wielki Tydzień a ja ciągle się uczę mojego Boga. I ciągle nie mogę się nadziwić: Jak tak można!? Dlaczego!? Przecież my Go ciągle ranimy, a On nie krzyczy na nas, nie karze, nie obraża się, tylko staje przed nami i mówi: „zrób ze mną co zechcesz, jestem twoim NIEWOLNIKIEM MIŁOŚCI”.

Możemy Go adorować, ale możemy też lekceważyć. Możemy czcić lub opluwać. Możemy kłaniać się lub drwić. Możemy zaprosić Go do naszego życia albo wyrzucić za drzwi. On każdy wybór uszanuje, bo jest niewolnikiem miłości. Moje zachowania nie zmienią tego, jak On na mnie patrzy. A patrzy zawsze z miłością, nawet gdy błądzę albo zdradzam za jak Judasz.

Nie wiem, jak przeżywacie te dni. Czy od duchowej, wewnętrznej strony są ciężkie czy lekkie, a może macie tyle na głowie, że ciężko o chwilę wytchnienia. Jeśli jednak macie chwilę czasu, to posiedźcie z Jezusem i porozmawiajcie o tym, co u Was. Co w twoim sercu gra lub nie gra. Stań oko w oko z Judaszem, który jest w tobie i zobacz te miejsca, w których jesteś Bogiem rozczarowany, a następnie wszystkie te frustracje złóż w Jego ręce. On nie ucieknie, nie odejdzie. W końcu jest niewolnikiem miłości.

Tylko zawierzenie się tej miłości może sprawić, że nie damy się grzechowi, który potrafi tak skutecznie niszczyć nas i naszego życie. Bo na szczęście mamy Boga, który nas kocha i ma moc uratować nas z niego. Boga, który jest NIEWOLNIKIEM MIŁOŚCI!

Wielki Wtorek – uczeń

Jezus w czasie wieczerzy z uczniami swoimi doznał głębokiego wzruszenia i tak oświadczył: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeden z was Mnie zdradzi”. Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi.

Jeden z uczniów Jego, ten, którego Jezus miłował, spoczywał na Jego piersi. Jemu to dał znak Szymon Piotr i rzekł do niego: „Kto to jest? O kim mówi?” Ten oparł się zaraz na piersi Jezusa i rzekł do Niego: „Panie, kto to jest?”

Jezus odpowiedział: „To ten, dla którego umaczam kawałek chleba i podam mu”. Umoczywszy więc kawałek chleba, wziął i podał Judaszowi, synowi Szymona Iskarioty. A po spożyciu kawałka chleba wszedł w niego szatan.

Jezus zaś rzekł do niego: „Co chcesz czynić, czyń prędzej”. Nikt jednak z biesiadników nie rozumiał, dlaczego mu to powiedział. Ponieważ Judasz miał pieczę nad trzosem, niektórzy sądzili, że Jezus powiedział do niego: „Zakup, czego nam potrzeba na święta”, albo żeby dał coś ubogim. On zaś po spożyciu kawałka chleba zaraz wyszedł. A była noc.

Po jego wyjściu rzekł Jezus: „Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony. Jeżeli Bóg został w Nim chwałą otoczony, to i Bóg Go otoczy chwałą w sobie samym, i to zaraz Go chwałą otoczy. L Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami. Będziecie Mnie szukać, ale jak to Żydom powiedziałem, tak i wam teraz mówię, dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie”.

Rzekł do Niego Szymon Piotr: „Panie, dokąd idziesz?”

Odpowiedział mu Jezus: „Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz”.

Powiedział Mu Piotr: „Panie, dlaczego teraz nie mogę pójść za Tobą? Życie moje oddam za Ciebie”.

Odpowiedział Jezus: „Życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz”. (J 13,21-33.36-38)

Uczeń Jezusa, to ktoś, kto chce Mu towarzyszyć na całej Jego drodze. Może to uczynić, bo Jezus już tę drogę przeszedł i zaprasza na nią każdego z nas, udzielając nam swojej mocy. Wielki Tydzień, to dobry czas by zweryfikować moją gotowość do odpowiedzi na to Jezusowe zaproszenie. Ewangelia dzisiejsza rzuca światło zwłaszcza na dwóch uczniów Jezusa: Judasza i Piotra. Bez wątpienia obaj chcieli iść za Jezusem, przynajmniej na początku Jego działalności. Co zmieniło się w tym czasie w sercu Judasza Iskarioty? Ewangelia nam tego nie tłumaczy. Różne opracowania czy apokryfy próbują uzasadniać zmianę postawy Judasza jego fałszywymi ideałami, które nosił w sercu i wiązał ze swoim Mistrzem a które w konfrontacji z Jezusem, Jego stylem życia, nauczaniem a zwłaszcza Jego męką rozsypały się w pył.

Dzisiaj słyszymy dziwne słowa Jezusa skierowane do Judasza: „Co chcesz czynić, czyń prędzej”. Jezus mówi to doskonale wiedząc, że Judasz chce Go zdradzić. Czy to nie dziwne? – moglibyśmy zapytać. Czy Jezus nie powinien był odwodzić Judasza od jego zamiarów? Wszak zdrada Jezusa to grzech, o którym sam Chrystus powie straszne słowa: „Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi według tego, jak jest postanowione, lecz biada temu człowiekowi, przez którego będzie wydany”.

Jezus odwodził Judasza od popełniania grzechów przez trzy lata jego obecności przy boku Mistrza. Teraz wie, że jest już za późno. Skoro nie wystarczyło tak wiele nauk, tyle znaków i cudów, tyle miłości Nauczyciela. Czy to oznacza, że Jezus przekreślił Judasza? Nie! Przecież do końca, także w chwili pojmania, nazywał go przyjacielem. Czasem po prostu Bóg jest bezsilny wobec naszego uporu w czynieniu zła i w odrzucaniu Go i Jego planu na nasze życie i pozwala, byśmy dosięgli przysłowiowego „dna”, by nas z niego podźwignąć, o ile Mu na to pozwolimy. Judasz nie pozwolił!

Piotr – drugi bohater dzisiejszej Ewangelii także dotknął dna.

W tym wypadku z kolei Jezus niczego nie przyśpiesza. Widać jak indywidualnie traktuje On każdego z uczniów i towarzyszy jego dojrzewaniu. Nikt lepiej od Jezusa nie wie, że wszystko ma swój czas i pewnych rzeczy nie należy przyspieszać. Trzeba do nich dojrzeć.  Relacja Piotra w stosunku do Jezusa długo była czysto emocjonalna, niedojrzała, co nie znaczy, że nieprawdziwa. Niesiony entuzjazmem gotów był przyrzec Mu wszystko. Piotr boleśnie przekonał się o własnej słabości. Lecz Bóg nie zniechęca się naszymi słabościami. On Je zna. Dla Niego to nie słabości stanowią problem, lecz to, że nie chcemy ich przeżyć z Nim i pozwolić się z nich uleczyć. „A jeśli nasze serce oskarża nas, to Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko” – powie św. Jan [1 J 3,20]

Uczeń Jezusa, to ten, kto chce współpracować z Jego łaską, bo wie, że bez niej niewiele może zrobić. Piotr to wiedział, choć często boleśnie się o tym przekonywał. Judasz nie potrafił przyjąć tej prawdy, dlatego przegrał. Współpraca z łaską to ciągłe odkrywanie i uczenie się dróg Jezusa i wierne kroczenie za Nim. Droga, którą On za Mnie przebył, jest teraz i dla mnie do pokonania pod warunkiem, że idę po Jego śladach, bo jedynie ta droga daje gwarancję bezpieczeństwa, nawet jeśli jest to droga krzyża. Judasz próbował iść na skróty, drogą którą sam sobie wymyślił a tak nie da się dojść do zbawienia.

Ale w tle dzisiejszej sceny opisanej przez św. Jana jest jeszcze jeden uczeń, o którym nie potrafię zapomnieć – właśnie autor tej Ewangelii. Dzisiejsza Ewangelia to zapis Ostatniej Wieczerzy. Na wielu obrazach ukazujących to wydarzenie można dostrzec, że Jezus siedzi przy stole pomiędzy Janem a Judaszem. Pierwszy z nich spoczywał na jego piersi, wsłuchując się w bicie serca swojego Nauczyciela, natomiast drugi z Apostołów postanowił ustawić się po drugiej stronie barykady i wsłuchiwać się w głos własnego serca. To dla mnie także ważna lekcja. Kiedy wsłuchuję się w głos i pragnienia mojego serca często błądzę. Kiedy wsłuchuję się w głos serca Jezusa – jestem zawsze na dobrej drodze.

Warto pytać siebie czy swoją postawą i wyborami bliższy jestem Jana, który wsłuchuje się w serce Mistrza, czy Judasza, który wsłuchuje się w siebie, woje wyobrażenia i pragnienia?

Przytulajmy się często do Chrystusa w medytacji, wsłuchując się w Jego bijące z miłości do nas Serce a wtedy łatwiej będzie nam towarzyszyć Mu na każdym etapie naszego życia.