Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Opowieść o Ojcu

W owym czasie zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: „Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi”.
Opowiedział im wtedy następującą przypowieść:
„Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: »Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada«. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zebrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie.
A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, które jadały świnie, lecz nikt mu ich nie dawał.
Wtedy zastanowił się i rzekł: »Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników«. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca.
A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: »Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem«.
Lecz ojciec rzekł do swoich sług: »Przynieście szybko najlepszą suknię i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się«. I zaczęli się bawić.
Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to znaczy. Ten mu rzekł: »Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego«.
Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: »Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę«.
Lecz on mu odpowiedział: »Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się«”. (Łk 15,1-3.11-32)

Przypowieść o synu marnotrawnym to jeden z najbardziej znanych fragmentów Pisma Świętego. Nawet ci, którzy rzadko sięgają po Biblię lub od święta przekraczają próg kościoła, bez większych problemów potrafią ją streścić. W zasadzie sama przypowieść jest jednym wielkim kazaniem, do którego właściwie można nic nie dodawać. Rzeczywiście, opowieść Jezusa urzeka swoją prostotą – do tego stopnia, że wszystko wydaje się przewidywalne, jak w bajce. Brakuje tylko zakończenia: „I żyli długo i szczęśliwie…”. Jednak to, co opisuje Jezus swoją historią, to niestety nie bajka a odzwierciedlenie smutnej, duchowej rzeczywistości człowieka.

Jezus przemawia więc nie po to, by zabawić swoich słuchaczy, ale żeby ich zbawić. Zwraca się do szemrzących faryzeuszy i uczonych w Piśmie, licząc na to, że ich inteligencja pozwolą im dostrzec, że to nie barwna historyjka, lecz realny opis życia. Również ich życia!

Kiedy wsłuchamy się we wstęp dzisiejszej przypowieść to odkryjemy, że nie jest ona w pierwszym rzędzie opowieścią o synu marnotrawnym, który miał ojca i starszego brata, lecz o pewnym człowieku, który miał dwóch synów. Niby detal, lecz porządkuje wiele. Bo to właśnie synowie są pretekstem do powiedzenia czegoś więcej o dobroci Ojca, pod postacią którego kryje się prawda o ojcostwie samego Boga.

Młodszy syn chce być samodzielny. Ojciec bez słowa przystaje na jego propozycję – nie strofuje go, nie udziela mu tysiąca rad. Ta postawa Ojca pokazuje wielki szacunek Boga wobec wolności człowieka. Nawet jeśli człowiek pragnie odejść od Ojca  – w domyśle Boga i żyć na własny rachunek, bez odniesienia do Stwórcy, to Pan Bóg nie zmusi go do pozostania, lecz tylko On wie jak bardzo jest to dla Niego bolesne. Ta przypowieść uzmysławia nam, że Bóg tęskni za każdym człowiekiem, który się od Niego oddala, który gardzi Jego nauką i Jego miłością i wygląda z tęsknota jego powrotu. Ewangelista ani słowem nie wspomina też o tym, w jaki sposób syn trwoni przekazaną mu część majątku, choć wydawać by się mogło, że w całej historii to wątek najbardziej atrakcyjny.

Powód, dla którego człowiek popada w duchową nędzę, jest sprawą drugorzędną. Owszem, grzech daje przyjemność, lecz tylko na chwilę, w rzeczywistości jest jednak śmiertelnie nudny a w konsekwencji i tragiczny. I zawsze przynoszą rozczarowanie! Jak mówi przysłowie: „Grzechy są jak karta kredytowa – cieszysz się teraz, zapłacisz później!”

Niezwykła jest scena powrotu: Ojciec wypatruje syna, wybiega mu na spotkanie, rzuca mu się na szyję. Wysłuchuje wyuczonych na pamięć zdań, ale nie zwraca na nie większej uwagi. Wydaje polecenie, by przygotować ucztę i mówi do sług, by przynieśli dla syna odświętną szatę.

Każdy powrót w ramiona Ojca jest radością, nawet jeśli – tak jak starszemu synowi – nie kojarzy się to ze sprawiedliwością. Gdyby starszy brat zrozumiał ojcowskie intencje, z łatwością dostrzegłby, że jest przez niego nie tylko tak samo kochany, ale nawet wyróżniony. „Wszystko, co moje, do ciebie należy” – powie mu ojciec.

W połowie Wielkiego Postu warto usłyszeć tę przypowieść na nowo, by nie wpaść w koleiny płytkiej, sloganowej interpretacji.

W każdym z nas drzemie przecież zarówno młodszy jak i starszy syn. Grzesznik, który często rani Boga swoimi niewiernościami i grzechami, ale i buntownik, który potrafi mieć do Boga żal i pretensję, czasami właściwie o wszystko…

Wielki Post jest po to, by na nowo zachwycić się Ojcem, Jego dobrocią i cierpliwością wobec każdej i każdego z nas. Bo tak naprawdę ta przypowieść nie jest opowieścią o synu marnotrawnym, ale o każdej i każdym z nas, o tym, że mamy cudownego Ojca w niebie i o tym, co dzieje się między nami a Nim.

Medytacja jako sztuka odpuszczania i zaufania

Słowo to jest blisko ciebie, na twoich ustach i w sercu twoim. Ale jest to słowo wiary, którą głosimy.

Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia. (…) Albowiem każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony. [Rz 10,5-13]

Medytacja niedyskursywna, której uczymy się w trakcie naszej praktyki jest w dużej mierze sztuką odpuszczania. Ostatnio spotkałem się z określeniem: medytacja zaangażowana i niezaangażowana, które miało zaznaczyć różnicę między medytacją dyskursywną a niedyskursywną, ale takie spojrzenie moim zdaniem jest z gruntu błędne. Każda medytacja bowiem wymaga zaangażowania. Tyle tylko, że o ile w praktykę medytacji dyskursywnej (ignacjańskiej, suplicjańskiej) angażujemy prócz czasu, serca, uwagi również intelekt i wyobraźnię, które odgrywają w niej istotną rolę, o tyle w doświadczeniu medytacji niedyskursywnej zaangażowanie tych ostatnich władz próbujemy zmniejszyć.  Oczywiście nie da się całkowicie wyłączyć aktywności naszego umysłu, dlatego w praktyce medytacji musimy go (przynajmniej w początkowej fazie) czymś zająć. Z pomocą przychodzi nam tutaj słowo – wezwanie. Tym wezwaniem, którym posługujemy się w naszej medytacji jest szczególne słowo – jest nim bowiem Imię JEZUS. Medytacja oparta na powtarzaniu tego Imienia w ciszy naszego serca i w rytmie oddechu sprawia, że nie tyle sami przez naszą praktykę dążymy do wyciszenia naszego umysłu i wyobraźni, co raczej pozwalamy na to, abyśmy niesieni mocą tego Imienia doświadczyli, że to Ono zwycięża ich aktywność pozwalając by zostały wchłonięte przez pokój, jaki jest bardziej owocem działania łaski niż naszego wysiłku. To jest jeden z aspektów sztuki odpuszczania: medytacja uczy nas zgody na zaniechanie naszego działania na rzecz działania w nas mocy Bożego słowa.

Jak pisze Pablo d’Ors w książce p. t. „Biografia milczenia”: „Prawdziwa medytacja rodzi się z oddania i zawierzenia, nigdy z wysiłku”. Oczywiście pewien wysiłek zawsze jest obecny, ale w praktyce medytacji jest to raczej wysiłek skłaniający się ku nie-działaniu niż działaniu, do którego zwykle przywykliśmy. Aby móc doświadczyć prawdziwych owoców medytacji niedyskursywnej musimy „działać” dokładnie odwrotnie niż robimy to zazwyczaj: „nie biec a zatrzymać się; nie wysilać się, ale się zawierzyć; nie wyznaczać sobie celów a po prostu być tam gdzie się jest”.

Musimy przyjąć – co jest szczególnie trudne dla nas, ludzi kultury zachodniej – że to nie my piszemy scenariusz tej modlitwy. Tym który pisze scenariusz i jest reżyserem tej modlitwy jest Jezus, którego prowadzeniu się powierzamy przywołując Jego imię.

Przy okazji uroczystości Zwiastowania Pańskiego napisałem na naszym blogu, że „Maryja wypowiadając swoje „fiat” całkowicie zawierza swoje życie w Bogu, choć nie może wiedzieć, jakie konsekwencji przyniesie Jej ta zgoda wypowiedziana wobec Boga. Ale wie jednio, że na Bogu zawieść się nie można, więc nie ma obiekcji co do zaufania. Maryja godzi się swoim „tak” na wejście w tajemnicę”. I podobnie jest z doświadczeniem medytacji Bóg zaprasza nas do zgody na tajemnicę, do zgody na pewnego rodzaju wejście w ciemność, gdzie jedynym światłem będzie to, które płynie z obecności Bożego Ducha i podążania za imieniem Jezus.

Używając języka św. Pawła apostoła, aby móc doświadczyć owoców medytacji potrzebne jest serce, które uwierzy i wyzna wiarę w JEZUSA. Wypowiadanie imienia jest wyznaniem wiary.

„Medytacja – jak pisze Pablo d’Ors we wspomnianej już książce – jest dyscypliną mającą wzmocnić nasze zaufanie. Człowiek siada i cóż takiego właściwie robi? Ufa. Medytacja jest praktyką czekania. A na cóż się tak usilnie czeka? Na nic i na wszystko. Jeśli oczekujesz czegoś konkretnego, takie czekanie nie będzie miało żadnej wartości, ponieważ napędza je pożądanie naszego fałszywego „ja”, które zawsze jest niezaspokojone. Ponieważ czekanie i zaufanie jest w swej naturze darmowe i bezinteresowne, staje się w konsekwencji istotową i duchową rzeczywistością”. Współcześnie żyjemy w bardzo dużym rozproszeniu, co w konsekwencji oznacza, że żyjemy poza sobą, poza tu i teraz, gdzie faktycznie realizuje się nasze życie. Medytacja jest praktyką scalania. Kształtując naszą uważność sprawia, że wracamy do siebie, do tu i teraz, uczy nas żyć naszym własnym życiem a nie iluzjami, które często wytwarzamy w naszym umyśle. Dlatego medytacja jest sztuką otwierania się na rzeczywistość taką jaka ona jest, bez osądzania jej, bez dzielenia na lepszą i gorszą nawet na sacrum i profanum, który to podział dla osoby medytującej jest sztuczny, jest właśnie jedną z projekcji wytworzonych przez nasz umysł. Medytacja uczy nas, że nie musimy niczego wymyślać a raczej uczyć się przyjmować z wdzięcznością to, co życie i Bóg, który jest dawcą życia wymyśliły dla nas.

Podejmując praktykę medytacji pamiętajmy, że jest ona nade wszystko trwaniem w zaufaniu. Ważne jest, aby trać w bezruchu, który przyczynia się do większego skupienia, można przymknąć delikatnie oczy i wsłuchać się w wypowiadane w ciszy naszego serca i w rytmie oddechu wezwanie, pozwalając by to Imię porwało nas z prądem łaski, jaką niesie. Pozwólmy sobie, aby medytacja była nie tyle wysiłkiem i zmaganiem, co odpoczynkiem w obecności Boga, w objęciach Jego miłości. Ona zaś zrobi resztę – poprowadzi nas do doświadczenia ciszy, Obecności i wewnętrznej wolności.

Święto Zwiastowania

W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, [błogosławiona jesteś między niewiastami]. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam pożycia z mężem? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa. Wtedy odszedł od Niej anioł. [Łk 1, 26-38]

Ilekroć miałem okazje być w Nazarecie, tylekroć zazdrościłem Maryi tej ciszy Nazaretu zanurzonego w południowym słońcu, bo mnie niegdyś nie dane było zaznać ciszy ani w samym mieście, pełnym sprzedających i pragnących zarobić na turystach mieszkańców Nazaretu ani w samej bazylice, gdzie wciąż przewijają się tłumy turystów od których próżno szukać zrozumienia dla uszanowania ciszy. Raz nawet miałem szczęście być w jednej z nielicznych grup wpuszczanych przez władze Izraela za świeżo postawiony mur na granicy Izraelsko – Palestyńskiej, ale i wówczas natrafiliśmy na trzy wyjątkowo głośne grupy Włochów zwiedzających bazylikę. Tak więc „milczenie Nazaretu” pozostaje dla mnie jedynie dalekim wyobrażeniem.

Ta ewangeliczna scena opisująca odwiedziny archanioła Gabriela u Maryi odsłania przed nami coś z prawdy o Bogu i prawdy o człowieku.

Nieustannie zachwyca mnie delikatność Boga, który w osobie swojego anielskiego wysłannika zaprasza Maryję do współpracy w dziele zbawienia świata po czym milknie oczekując na odpowiedź ze strony człowieka. Bóg szanujący wolność człowieka, którą sam zresztą go obdarzył, dając mu do ręki potężna władzę.

Pisałem już o tym, że teologowie przez wieki głowili się, co by było gdyby Maryja nie odpowiedziała jednak na zaproszenie Boga przyniesione przez archanioła twierdząco? Z pewnością Bóg znalazłby inny sposób, inna osobę by wprowadzić na świat swojego Syna, ale oczywiście nie musiał. Kto jak kto, ale Bóg w przeciwieństwie do niedowierzających teologów był pewien odpowiedzi Maryi. W końcu to On ja ukształtował, to On osłonił Ją przed skażeniem grzechu, to wreszcie On znał Jej serce i wiedział, że na tej młodej Dziewczynie z Nazaretu z pewnością się nie zawiedzie.

Drugą prawdą, którą odsłania przed nami scena z dzisiejszej Ewangelii jest prawda o człowieku. Maryja wypowiadając swoje „fiat” całkowicie zawierza swoje życie w Bogu, choć nie może wiedzieć, jakie konsekwencji przyniesie Jej zgoda wypowiedziana wobec Bożego posłańca. Ale wie jednio, że na Bogu zawieść się nie można, więc nie ma obiekcji co do zaufania. Maryja godzi się swoim „tak” na wejście w tajemnicę. My często obawiamy się tajemnic. Nie lubimy, gdy coś nas zaskakuje. Wolimy gdy wszystko w naszym życiu jest przewidywalne, poukładane… Tymczasem Bóg zaprasza nas do zgody na tajemnicę, bo pragnie nas nieustannie zaskakiwać. I chce, aby z tego zaskakiwania rodził się nasz zachwyt wobec działania Boga w naszym życiu. Maryja, godząc się na propozycję archanioła Gabriela, idzie w ciemność. Wiara bowiem, jak pisał ks. Dajczer zakłada, że musimy zgodzić się na kroczenie w ciemności, gdzie jedynym światłem będzie to, które płynie z obecności i działania w nas Bożego Ducha.

Bez wątpienia dla Maryi zaskoczeniem była wizyta anioła w Jej domu. Później przyszły kolejne zaskoczenia, ale gdyby Maryja nie wyraziła na nie zgody nie miałaby okazji doświadczyć zadziwiającego działania Boga w Jej życiu. Tak jak drogę poznajemy idąc nią, tak Boga poznajemy przez zaufanie Mu. To ważna lekcja wiary, jakiej pragnie nas nauczyć Maryja. Bez zawierzenia Bogu, bez całkowitego złożenia w Jego ręce naszego życia nie będziemy mieli szansy doświadczyć mocy Jego działania. Moc najwyższego pragnie także nas osłaniać, ale żeby móc doświadczyć tej mocy trzeba zaufać i zrezygnować z tworzenia własnych scenariuszy radzenia sobie z różnymi trudnymi sytuacjami. My niestety wolimy sami niepokoić się i zamartwiać naszymi problemami i dlatego „ograniczamy” możliwości całkowitego powierzenia się Bogu a co za tym idzie doświadczenia prawdziwości Jego obietnic, że On sam będzie się o nas troszczył, jeśli Mu tylko bezgranicznie zaufamy.

„Niech mi się stanie według Twego słowa”. Jak często te słowa – oznaczające doskonałe posłuszeństwo  i całkowite powierzenie życia woli Bożej – potrafimy wypowiadać bez zastrzeżeń i stawiania warunków, jako naszą osobistą modlitwę. A śmiem twierdzić, że bez tego warunku nie ma prawdziwie i głęboko przeżywanej wiary i chrześcijaństwa.

Raz jeszcze powtórzę, że dla Maryi wyrażenie zgody na propozycję Boga przyniesioną przez anioła oznaczało wejście w ciemność. Ale ona nie wystraszyła się tej ciemności. Światło, które nosiła w sobie rozpraszało mroki. Każdy kolejny dzień miał być rozważaniem i próbą zrozumienia tego, co się stało. Bo zaufanie do Boga sprawdza się i umacnia podczas prób i doświadczeń. Anioł nie dał przecież Maryi gotowego scenariusza kolejnych dni ani miesięcy życia. Właściwie powiedział Jej bardzo niewiele. Maryja odpowiedziała na głos Boga, ale nie wiedziała w jaki sposób ta obietnica będzie się realizowała i jak teraz będzie wyglądała jej codzienność. Wiemy, że po odejściu archanioła rozpoczął się w życiu Maryi piękny, ale i jednocześnie bardzo trudny czas, wymagający od niej wielkiego zaufania Bogu i Jego słowu. Zresztą Bóg nigdzie w Biblii nie obiecał, że temu, kto chce iść drogą wiary będzie łatwo.

Ta dzisiejsza Ewangelia przypomina, że każda i każdy z nas jest zaproszony do konkretnej i pięknej misji bycia narzędziem Boga w świecie, ale na Jego warunkach. My tak bardzo byśmy chcieli, żeby wszystko było jasne od początku do końca. Chcielibyśmy mieć wszystko pod kontrolą, bo wtedy czujemy się pewnie. Chcielibyśmy mieć gotowy plan i wiedzieć, kiedy przyjdą trudności i czego będą dotyczyły. Chcielibyśmy chętnie pójść za zaproszeniem Boga, ale na naszych warunkach. Ale takie postawienie sprawy ma niewiele wspólnego z prawdziwą wiara i chrześcijaństwem. Jeśli zatem ktoś nie jest gotów zaufać Bogu, to może lepiej, żeby na drogę wiary nie wchodził. Przykład Maryi pokazuje mi, że przygoda wiary rzadko układa się tak jakbyśmy my tego chcieli. A jeśli pokrywa się z naszymi planami i oczekiwaniami, to warto zapytać czy nie jest to karykatura wiary? Przypominają mi się tu mocne słowa Jezusa z Ewangelii: „Nie każdy, który Mi mówi: ‹‹Panie, Panie!››, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: ‹‹Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia, i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?›› Wtedy oświadczę im: ‹‹Nigdy was nie znałem.››” [Mt 7, 21-23] Wiara ma sens tylko wtedy, gdy jest oparta na zaufaniu Bogu. „Choćby wokół było ciemno i wszystko wydawało się bez sensu, trzymaj się Boga, a zwyciężysz” – zwykł mawiać ojciec Dolindo do swych duchowych córek.

Logo chrześcijańsko-muzułmańskich obchodów Święta Zwiastowania

Na koniec dam jeszcze świadectwo, że dziś jest też szczególne i jedyne wspólnie obchodzone święto przez chrześcijan i przez naszych braci muzułmanów. Z tej okazji w Collegium Bobolanum odbyło się dziś modlitewne spotkanie chrześcijańsko–muzułmańskie pod hasłem „Maryja wzorem zawierzenia i poddania Bogu” z racji przezywanej dziś uroczystości Zwiastowania  Pańskiego. Idea chrześcijańsko-muzułmańskiego świętowania Uroczystości Zwiastowania bezpośrednio nawiązuje do corocznych obchodów tego święta w Libanie, które pod hasłem „Razem wokół Maryi, naszej Pani” gromadzi na modlitwie przedstawicieli kościołów katolickiego, prawosławnego oraz muzułmańskich sunnitów i szyitów. Jest to tzw. Libański Dzień Zwiastowania. U źródeł święta leży sen jednego człowieka, który nazywa się Nagy el-Khoury i jest maronitą. Przez siedem lat powracał do niego sen, w którym w jednym miejscu, jakby w wielkim namiocie, otwartym ku niebu, modlą się chrześcijanie i muzułmanie, każdy na swój sposób, patrząc w niebo. Pierwsze z takich wspólnych modlitewnych spotkań miało miejsce 25 marca 2007 roku. Od tamtego wydarzenia odbywają się one co roku. Obejmują one świadectwa, modlitwy, śpiewy. Nadal są transmitowane przez telewizję. Ogląda je setki tysięcy widzów w Libanie i na całym świecie. Wokół inicjatywy wytworzyła się nowa islamsko-chrześcijańska „kultura maryjna”. Powstała ikona Zwiastowania, na której widnieje opis tego wydarzenia z Ewangelii i z Koranu (po raz pierwszy tekst ze świętej księgi islamu został zaakceptowany na chrześcijańskim obrazie!). Napisano międzyreligijne „Ave Maria”, co roku powstają nowe piosenki na cześć Maryi i modlitwy sufickie. Od 2010 roku uroczystość Zwiastowania Pańskiego jest w Libanie dniem wolnym od pracy, dniem refleksji nad osobą Maryi w duchu jedności narodowej. Muzułmanie bowiem żywią cześć dla Maryi, jako dla Matki wielkiego Proroka, jakim dla nich był Jezus. Od 2018 roku święto obchodzone jest wspólnie również przez chrześcijan i muzułmanów w Jordanii. Międzyreligijna formuła tego święta cieszy się poparciem Stolicy Apostolskiej od czasu pontyfikatu papieża Benedykta XVI, który w 2012 roku ją zaakceptował i pobłogosławił wspólnym obchodom tego święta.

Ikona zwiastowania ze wspólnymi wersetami z Biblii i Koranu

 

 

Jeśli się nie nawrócicie…

W tym czasie przyszli niektórzy i donieśli Jezusowi o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar.

Jezus im odpowiedział: ”Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloe i zabiła ich, było większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”.

I opowiedział im następującą przypowieść: ”Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika:

»Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia?«. Lecz on mu odpowiedział: »Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć«”. (Łk 13,1-9)

DLACZEGO? – to pytanie często rodzi się w umyśle człowieka ilekroć w jego życiu lub życiu bliskich mu osób pojawia się jakieś nieoczekiwane i zwykle trudne doświadczenie: choroba, nieszczęście, śmierć… Człowiek ze swej natury lubi wiedzieć, przekonany, że wiedza daje  mu tak konieczną, choć iluzoryczną zdolność panowania nad swoim życiem. Człowiekowi trudno zgodzić się na „nie wiem”, na to że obcuje z tajemnicą i jest to postawa, która dotyczy nie tylko czasów współczesnych.

W mentalności pokolenia Starego Testamentu (choć warto pytać czy i nie naszej) istnieje pokusa jednoznacznego wiązania nieszczęść, cierpienia, tragedii z grzechem. Jeśli komuś w życiu się nie wiedzie, spotyka go nieszczęście, tragedia, to często tak po cichu sobie myślimy: „widocznie zasłużył”. I zamiast żalu, współczucia pojawia się pycha, a może nawet cicha radość, zwłaszcza gdy tragedia dotyka ludzi, których z różnych racji nie darzymy sympatią.

Jezus odcina się od takiego punktu widzenia i chce nas także tego nauczyć. Daleki jest od jednoznacznego łączenia każdego wypadku i tragedii z winą, grzechem. Owszem, często cierpienie i tragedie ludzkie są wynikiem grzechu lub złego używania przez człowieka daru wolności. Niemniej są tragedie i cierpienia niezawinione, związane z egzystencją, życiem. Jest cierpienie, które pozostaje w największym stopniu tajemnicą. Stąd stawianie pytania: „Dlaczego” jest nie na miejscu. Jest próbą odarcia życia z tajemnicy, która jest jego naturalną składową. Człowiek nie musi znać odpowiedzi na każde pytanie i każdą wątpliwość, żeby móc dobrze przeżyć swoje życie.

Tym bardziej, że wiadomości o przemocy, zabójstwach, katastrofach naturalnych stanowią część życia człowieka na ziemi. Chcąc nie chcąc w jakiś sposób człowiek w nich uczestniczy, a słysząc o nich zadaje sobie pytania, które zamiast szukania odpowiedzi bywają nie rzadko nieświadomym oskarżaniem Boga. Jedno z nich, które się pojawia, to: gdzie w tym wszystkim był Bóg? Dlaczego dopuścił do śmierci? Dlaczego pozwala na cierpienie? Dlaczego pozwala na przemoc jednych ludzi wobec drugich?

Odpowiedzi na tak postawione pytania nie są łatwe. I znaczące, że sam Chrystus nie udziela na nie odpowiedzi a ta, której udziela też nie jest łatwa do … akceptacji (por. Łk 13,3.5). Ostatecznie pozostanie dla nas tajemnicą kwestia milczenia Boga wobec niesprawiedliwości, jakie często są udziałem człowieka.

Niezależnie czy pochodzą one od drugiego człowieka czy są efektem działań natury dotykają boleśnie i pozostawiają otwarte. A może jest tak, że pewne kwestie muszą ranić, aby zacząć się leczyć, żeby zmieniać myślenia człowieka, który jest przekonany, że wie najlepiej (w domyśle lepiej niż Bóg) jak powinny wyglądać świat i życie? Jeśli coś rani, to równocześnie daje sygnał. Nie istnieje życie bez ran! Istnieje jednakże również ich Lekarz! Ten Lekarz wypisał nam już receptę, ale trzeba ją zastosować, żeby lekarstwo zadziałało. Ta recepta zaprasza nas do nawrócenia.

O wiele ważniejsze jest wyciąganie wniosków z trudnych życiowych sytuacji. Co poprzez taką sytuację Bóg chce mi dzisiaj powiedzieć? Co ja sam mogę powiedzieć o sobie w konfrontacji z trudnymi, czy wręcz „granicznymi sytuacjami”? Z punktu widzenia wiary te sytuacje są „znakami”, poprzez które Bóg przemawia do nas i wzywa nas do nawrócenia, do przemiany serca „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”.

Nawrócenie posiada wymiar negatywny. Jest bolesne, ponieważ wymaga oderwania się od pewnego rodzaju stabilizacji do której przywykliśmy, wymaga zerwania zwłaszcza ze złymi przyzwyczajeniami, niewłaściwym sposobem myślenia, wartościowania, czy działania. Ale posiada również wymiar pozytywny: zrywa się ze złem po to, by poprzez dobro, do którego wracamy uczynić nasze życie bardziej zjednoczonym z Bogiem i owocnym dla innych. Nawrócenie jest wyjściem z ciemności duchowej nocy i ponownym zmierzaniem w kierunku światła. Jest zgodą, by prawo Boga działało w nas mocniej niż prawo grzechu, który zawsze w taki czy inny sposób zatrzymuje nas w drodze do rozwoju a w konsekwencji do zbawienia.

Nawrócenie jest też nadzieją, jest nową szansą. W piękny sposób obrazuje to przypowieść Jezusa o uschłym drzewie figowym. Wartość drzewa figowego mierzy się owocowaniem. Bez owoców – drzewo figowe nie ma większej wartości. Każdy z nas jest takim drzewem. Ale Bóg jest nieskończenie cierpliwy wobec nas i daje nam nowe możliwości nawrócenia. Ciągle mamy jeszcze ten ewangeliczny „rok”, by wydać owoce. Ale musimy mieć również świadomość, że kiedyś przyjdzie ten ostatni rok. I gdy nie wykorzystamy „ostatniej szansy”, czeka nas los uschłego drzewa figowego.

Czas wielkiego Postu, to czas który szczególnie mocno stawia przed nami pytanie o to, co we mnie wymaga nawrócenia? Z czym powinnam/powinienem dziś zerwać? Czy nie nadużywam cierpliwości Boga? I wreszcie: Jakie owoce przynosi moje życie?

Milczenie przez które mówi Bóg

Albowiem tak mówi Pan Bóg, Święty Izraela: «W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła. Ale wyście tego nie chcieli! (Iz 30,15)

Może kogoś zdziwić, że wybrałem dziś na wprowadzenie do medytacji tak krótki tekst z Pisma Świętego. Ale ten krótki tekst niesie tak głęboką treść, że wystarczyłby na wiele czytań i medytacji i jest nazywany duchowym testamentem Izajasza. Jest mi też szczególnie bliski po pierwsze ze względu na Izajasza – tego wielkopostnego proroka a po drugie dlatego, że od ponad trzydziestu lat wita mnie za każdym razem gdy przyjeżdżam do opactwa benedyktynów w Tyńcu, bo wypisany jest przy wejściu, tuż nad schodami prowadzącymi do domu gości.

Podczas niedawnego spotkania międzyreligijnego chrześcijan i muzułmanów jeden ze znajomych ojców jezuitów dzielił się świadectwem z kongresu, jak odbył się ostatnio na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie a poświęconego milczeniu. Jak wspomniał – towarzyszenie duchowe różnym osobom a także inne spotkania uświadamiają mu, że coraz więcej osób na Zachodzie szuka w dzisiejszym, tak bardzo rozkrzyczanym świecie milczenia. Mówiąc o tym poszukiwaniu często podkreślają, że nie chodzi o szukanie milczenia dla samego milczenia, ale o przekonanie, że cisza może stać się droga do odkrycia obecności Boga. Jak to określił jest to polifoniczne milczenie, czyli takie, które zawiera w sobie wielość znaczeń, sensów, a także pragnień, uczuć, miłości czy wreszcie rzeczonej Obecności.

Często z doświadczenia milczenia rodzi się słowo, ale jest to zupełnie inne słowo niż to, którego źródłem jest dyskusja, przeintelektualizowane rozważania czy tak powszechny współcześnie hałas. Od razu pomyślałem sobie o kontekście Nazaretu i wczorajszej uroczystości św. Józefa. Cecha Nazaretu jest właśnie milczenie. W Ewangelii Józef nie wypowiada żadnego słowa, Maryja niewiele. Lecz milczenie, Nazaretu, to milczenie które pozwoliło narodzić się Słowu Boga, które stało się Ciałem.   

To ciekawe, że szukanie Boga, jeśli jest prawdziwe budzi w człowieku pragnienie milczenia.

Kardynał Robert Sarah, prefekt Kongregacji Kultu Bożego i autor wydanej niedawno w Polsce książki „Moc milczenia” pisze w rzeczonej pozycji, że pierwszym językiem Boga jest cisza. Dlatego tak ważne w rozwoju życia duchowego jest by szukać ciszy i by ciszy nasłuchiwać.

Przypomina mi się w tym miejscu jednio z moich ulubionych zdań,  zaczerpniętych ze św. Jana od Krzyża: „Jedno Słowo wypowiedział Ojciec, którym jest Jego Syn, i to Słowo wypowiada nieustannie w wieczystym milczeniu. W milczeniu też powinna słuchać Go dusza”.

Powiedziano wcześniej, że św. Józef nie wypowiada w Ewangelii żadnego słowa. Przynajmniej ewangeliści tego nie odnotowują, choć bez wątpienia potrafi słuchać a do tego potrzebne jest milczenie. Jednak w komentarzu, który przeczytałem wczoraj w Internecie znalazłem stwierdzenie jednego z benedyktyńskich mnichów i biblistów, że Józef z cała pewnością musiał wypowiedzieć jedno słowo. Kiedy do Józefa przychodzi anioł, aby oznajmić mu we śnie, że jego małżonka porodzi syna, to zaznacza jednocześnie, że nada mu imię Jezus. I rzeczywiście, w tradycji hebrajskiej, w dniu obrzezania, gdy nadawano nowonarodzonemu dziecku imię pytano właśnie ojca o to jakie imię wybiera dla swojego dziecka. A zatem z całą pewnością nawet, jeśli Józef  wypowiada niewiele słów, musiał wypowiedzieć to najważniejsze dla niego imię: Jezus. W tym sensie może on być doskonałym patronem naszej medytacji zorientowanej na milczenie, które nie ma nić wspólnego pustą i zimną ciszą, ale jest nasłuchiwaniem imienia Jezus , które wybrzmiewając w ciszy naszego serca i umysłu pragnie się stać najważniejszym imieniem, na którego mocy opieramy tę modlitwę.  Jest taka znana i piękna piosenka śpiewana przez Eleni, której tekst powstał ponoć w oparciu o modlitwę pewnego irlandzkiego misjonarza:

Nim świt obudzi noc

dotykiem ciepłych mgieł,

Nim dzień ożywi świat,

Panie, przyjdź.

Słucham ciszy…

Zapraszam zatem do wchodzenia w medytację, która jest szukaniem ciszy a w niej szukaniem Boga w modlitwie, w adoracji, która jest nam też tutaj podarowana. Medytacja podobnie jak czas Wielkiego Postu jest zaproszeniem do stanięcia w milczeniu przed Bogiem, który wypełnia ciszę swoją obecnością i tę obecność pragnie rodzić w ciszy w naszych sercach.