Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacyjne nicnierobienie

Jezus powiedział do Nikodema: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. (J 3,16-18)

„Istnieją wciąż mężczyźni i kobiety, którzy siadają regularnie, żeby nic nie robić. Po prostu nic. Siedzą cicho i bez ruchu. Oczy maja zamknięte. Milczą. Wydaje się to dziwne, wręcz irytujące w świecie pełnym nieustannej aktywności: jak ktoś może marnować czas na nicnierobienie, gdy do dobrego tonu należy być strasznie zajętym i mieć mało czasu. Siedzeniem cicho i bezczynnością nie zarabia się pieniędzy, nie buduje państwa. Nie ma nęcących zysków, żadnych premii, żadnych sukcesów. Patrząc z takiej perspektywy takie siedzenie, to dość nieprzydatna postawa.

Ale właśnie to stanowi o jej szczególnej wartości: nie daje się wciągnąć w żadne cele. Kto siedzi i milczy, przechodzi na drugą stronę spraw pozornie potrzebnych i przynoszących korzyść. W przestrzeń wolności tak potrzebną ciągłe nękanej duszy. Siedzenie to nazywamy medytacją. Ćwiczeniem stosowanym w tradycjach religijnych na Wschodzi i na Zachodzie. Medytujący niczym skały w kipieli oceanu, znajdują wśród całej krzątaniny otaczającego ich świata czas, żeby po prostu być. Czujni, uważni, otwarci na tajemnicę.” [T. Merton, fragment pochodzi konferencji wygłoszonej do sióstr zakonnych, Leclerq 14 stycznia 1968]

Nic nie robić!? Nic prostszego, chciałoby się powiedzieć. Każdy jednak, kto spróbuje, dowie się, że się mylił.

Nie małą trudność stanowi już samo siedzenie bez ruchu i czuwanie. Jeszcze trudniej zmusić nasz wiecznie aktywny umysł do nie-myślenia a niebezpieczeństwo, że znowu będziemy się wysilać, żeby nic nie robić jest duże. Jednak używając znowu słów Mertona: „Medytacja, którą trzeba „robić” nie jest medytacją. W prawdziwej medytacji nie ma nic do zrobienia – ale jest wiele więcej do porzucenia, co często przychodzi jeszcze trudniej. Jak pisze Mistrz Eckhatrt: „Duchowość nie jest dodawaniem, lecz odejmowaniem.”

Mistrz Eckhart zawsze nauczał, że medytacja polega na prostocie, dlatego pisał do jednaj z sióstr zakonnych: „Angażuje się siostra w zbyt dużo ćwiczeń religijnych a tymczasem potrzebuje siostra jedynie wewnętrznej prostoty”. Eckhart często zadawał osobom, którym duchowo towarzyszył by znajdowały czas na bezczynne przebywanie w chwili obecnej, bo to jest droga do „źródła wody żywej”, która tryska w nas, ale jedynie w teraźniejszości. Nawet jeśli nam to nie wychodzi od razu, to trzeba się w tym ćwiczyć. Kluczowym aspektem dobrej medytacji jest zawierzenie. Jest to zawierzenie Bogu, zawierzenie życiu, poprzez które On działa, zawierzenie tajemnicy, z którą często rozmijamy się przez nasz hiper-aktywizm. „Doświadczenie pokazało mi, że nawet dla ziemskich korzyści nie możemy uczynić nic lepszego, niż zostawić sprawy Opatrzności Bożej” – pisze Eckhart. Nie chodzi jednak o źle rozumianą bierność i lenistwo, lecz raczej o szukanie zdrowej równowagi między tak powszechną dziś aktywnością a brakiem działania. To jak złożenie naszych rąk w  ręce Boga, gdyż  żadne ręce nie poprowadzą nas i nie nauczą nas przeżywać życia lepiej i głębiej niż – używając słów proroka Izajasza – ręce Boga, w których ukryte jest nasze życie. (por. Iz 49, 15-16)

św. Józef – patron niezwykły

Choć ani jedno słowo św. Józefa nie zostało zapisane w Piśmie Świętym, to jego milczący przykład posłuszeństwa, wierności i troskliwej opieki nad Jezusem i Maryją sprawiły, że stał się jednym z ukochanych świętych wielu wierzących.

Starożytna modlitwa do św. Józefa z IV wieku przypisywana św. Efremowi Syryjczykowi:

Święty Józefie, którego opieka przed tronem Boga jest tak wspaniała, mocna i natychmiastowa, powierzam Ci wszystkie moje sprawy i pragnienia. Pomóż mi przez Twoje potężne wstawiennictwo i wyproś mi u Twojego Boskiego Syna wszelkie duchowe błogosławieństwa, żebym – poddany Jego niebiańskiej mocy – mógł złożyć moje dziękczynienie i hołd najbardziej kochającemu ze wszystkich Ojców.

O, święty Józefie, który nigdy nie zmęczyłeś się kontemplowaniem oblicza Jezusa, który jako Dziecko zasypiał w Twoich ramionach. Nie ośmielę się zbliżyć do Ciebie, kiedy On spoczywa na Twoim sercu. Uściskaj Go mocno w moim imieniu, ucałuj Jego Boską Twarz i poproś Go, by odwzajemnił ten pocałunek, kiedy będę wydawał moje ostatnie tchnienie. Święty Józefie, patronie odchodzących dusz, módl się za mnie. Amen.

Św. Katarzyna ze Sieny

Czuję się niejako wewnętrznie przymuszony do skreślenia kilku słów o niezwykłej świętej, która została mi kiedyś podarowana w duchowy sposób, jako przyjaciółka i patronka.

Jej rodowe nazwisko brzmi Katarzyna Benincasa. Przyszła na świat w Sienie 25 marca 1347 roku jako najmłodsze, 24. dziecko w bardzo pobożnej, średnio zamożnej rodzinie farbiarza. Była ulubienicą rodziny, a równocześnie od najmłodszych lat prowadziła bardzo świątobliwe życie, pełne umartwień i wyrzeczeń. Jej biografia mówi, że mając siedem lat doznała pierwszej mistycznej łaski ofiarując się całkowicie Bogu. Od wczesnej młodości doznawała objawień i ekstaz. Gdy miała lat 12 doszło do ostrego konfliktu między Katarzyną a jej matką. Matka chciała ją dobrze wydać za mąż, podczas gdy Katarzyna marzyła o życiu zakonnym. Obcięła nawet włosy i próbowała założyć pustelnię we własnym domu. W efekcie popadła w niełaskę rodziny i odtąd była traktowana jak służąca. Do zakonu nie udało jej się nigdy wstąpić, ale mając 16 lat została tercjarką dominikańską przyjmując regułę tzw. Zakonu Pokutniczego. Dzięki temu zetknęła się z najwybitniejszymi kierownikami duchowymi XIV wieku. Katarzyna z wielkim zaangażowaniem poznawała tajniki życia duchowego, by zrozumieć swoje doznania mistyczne. Zasłynęła ze szczególnych umartwień, a zarazem radosnego usługiwania najuboższym i chorym.  W 1367 r. w czasie nocnej modlitwy doznała mistycznych zaślubin z Chrystusem, a na jej palcu w niewyjaśniony sposób pojawiła się obrączka. Od tego czasu święta stała się wysłanniczką Chrystusa, w którego imieniu przemawiała i korespondowała z najwybitniejszymi osobistościami ówczesnej Europy, łącznie z najwyższymi przedstawicielami Kościoła – papieżami i biskupami.

W samej Sienie skupiła wokół siebie elitę miasta, dla wielu osób stała się mistrzynią życia duchowego. Niestety przysporzyło jej to niemało problemów a nawet prześladowań ze strony mieszkańców rodzinnego miasta. Wielu patrzyło na nią podejrzliwie a nawet podejrzewano ją o czary i konszachty z szatanem. Na podstawie tych oskarżeń w 1374 r. wytoczono jej proces. Po starannym zbadaniu sprawy sąd inkwizycyjny uwolnił Katarzynę od wszelkich podejrzeń.

Św. Katarzyna odznaczała się szczególnym nabożeństwem do Bożej Opatrzności i do Męki Chrystusa. 1 kwietnia 1375 r. podczas pobytu w Pizzie otrzymała stygmaty – na jej ciele pojawiły się rany w tych miejscach, gdzie miał je ukrzyżowany Jezus, które jednak ukrywała przed innymi do końca życia. Podobnie jak Maryja, która bezgranicznie zaufała Bożemu działaniu.

Jednym z najboleśniejszych doświadczeń dla Katarzyny była awiniońska niewola papieży, dlatego też usilnie zabiegała o ich ostateczny powrót do Rzymu. W tej sprawie osobiście udała się do Awinionu. W znacznym stopniu to właśnie dzięki jej staraniom i determinacji ale też modlitwie papież Grzegorz IX mógł wrócić do Rzymu.

Spoglądając na dokonania św. Katarzyny, na wiele duchowych pism i listów, które po sobie pozostawiła a które tchną niezwykłą duchową i teologiczna głębią trudno uwierzyć, że Katarzyna nie umiała dobrze czytać ani pisać. Swoje przeżycia duchowe i mistyczne oraz listy dyktowała bł. Rajmundowi z Kapui, który był jej kierownikiem duchowym i spowiednikiem.

Jej geniusz przejawiał się również w życiu politycznym, na które, jako duchowy autorytet ówczesnych elit miała niemały wpływ. Odwiedzała różne miasta włoskie, głosząc potrzebę nowej krucjaty, by mógł na nowo zapanować pokój.

Przez całe życie zabiegała, aby skłócone ze sobą włoskie księstwa mogły odzyskać pokój. To ona przyczyniła się do złagodzenia sporów pomiędzy papiestwem i Florencją.

Z wielką troską dostrzegała także choroby ówczesnego Kościoła: pogoń za zaszczytami i bogactwem, szukanie ziemskich przyjemności zamiast jak sama to określała „słodyczy Jezusowego krzyża”. Nic nie mogło jej powstrzymać od napominania kapłanów, hierarchów, a nawet papieży, by przestrzegali Bożych przykazań i byli wiarygodnymi pasterzami dla ludu powierzonego ich duchowej opiece. W jej Dialogu o Bożej Opatrzności, który podyktowała pod koniec życia, można znaleźć wiele przejmujących napomnień skierowanych do duchownych. Mimo to święta ze Sieny uczyła też okazywania szacunku kapłanom, choćby ich życie było mało przykładne, bo to oni przekazują nam łaskę w sakramentach świętych, których nikt poza nimi nie może nam udzielić. W imieniu Chrystusa mówiła:

„Winniście szanować moich kapłanów, jakiekolwiek były ich błędy, przez miłość do Mnie, Boga wiecznego, który wam je zsyłam i przez miłość życia łaski, którą znajdujecie w tym skarbie [w Eucharystii], zawiera on bowiem całego Boga-człowieka, Ciało i Krew Syna mojego, zjednoczonego z moja naturą boską. Winniście ubolewać nad ich grzechami, darząc je nienawiścią i starać się, przez miłość i świętą modlitwę, przyodziać ich często i zmyć łzami waszymi ich brud; i ofiarować w moim obliczu za nich wasze łzy i wielkie pragnienie, abym ich przyodział, przez dobroć moją, szatą miłości”.

Czytając jej Dialog o Bożej Opatrzności, wchodzimy niejako w Boży świat, otwarty dla każdego człowieka, który potrzebuje nawrócenia. Dramat człowieka, zagubionego na skutek grzechów i niepohamowanej zmysłowości, został z wielkim realizmem opisany przez św. Katarzynę, która ukazała przy tym bezmiar Bożego Miłosierdzia.

Katarzyna przypomniała też całej ludzkości, że Jezus Chrystus jest jedynym naszym Zbawicielem. On jest jedynym MOSTEM, przez który trzeba przejść by dotrzeć do Ojca. Pan Jezus jest naszym Mostem wówczas, gdy z wielką prostotą naśladujemy pokorę Pana, który stał się Sługą nas wszystkich. Dlatego pisała: „Służba nie jest wstydem, ponieważ służyć Bogu nie oznacza być poddanym, lecz panować. Im doskonalsza jest ta służba, im bardziej stajemy się Mu poddani, tym bardziej jesteśmy wolni i tym bardziej panujemy nad sobą. Wówczas nie panuje nad nami żadna rzecz, a zwłaszcza grzech”.

Katarzyna, rozwijając treści z XII rozdziału Pierwszego Listu do Koryntian, pogłębiła nauczanie św. Pawła o Kościele, Mistycznym Ciele Jezusa Chrystusa. Całym swoim życiem umiłowała Kościół, który  obdarza nas Bożym życiem. 

Zmarła 29 kwietnia 1380 r. wyczerpana bardzo aktywnym życiem i umartwieniami mając zaledwie 33 lata. Została kanonizowana przez papieża Piusa II w 1461 r., zaś papież Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła w 1970 r.

Dzisiaj, gdy mass-media zalewane są tak wielkim brudem i nienawiścią, nauczanie Patronki Europy brzmi proroczo i jest bardzo aktualne. Jej obserwacje, demaskujące choroby społeczeństwa XIV wieku, nic nie straciły ze swej aktualności. „Obyśmy mieli dość odwagi i zdecydowania, by zobaczyć ogrom niesprawiedliwości i niewdzięczności ludzi wobec Zbawiciela, który przecież już zniszczył grzech i zwyciężył największego nieprzyjaciela człowieka. Walka duchowa wciąż trwa – przestrzegała św. Katarzyna  – dlatego nie wolno odkładać nam broni, wśród których sakramenty, modlitwa, asceza i pokora są najważniejsze. Państwo Boże doznaje wielu cierpień z powodu działania także Księcia tego świata, który niestety zwodzi pozornym szczęściem tak wielu z nas”.

Papież Benedykt XVI w 2010 roku poświęcił św. Katarzynie specjalną katechezę w ramach cyklu o wielkich kobietach w Kościele średniowiecznym. Podkreślił w niej m.in. iż św. Katarzyna ze Sieny, „w miarę jak rozpowszechniała się sława jej świętości, stała się główną postacią intensywnej działalności poradnictwa duchowego w odniesieniu do każdej kategorii osób: arystokracji i polityków, artystów i prostych ludzi, osób konsekrowanych, duchownych, łącznie z papieżem Grzegorzem IX, który w owym czasie rezydował w Awinionie i którego Katarzyna namawiała energicznie i skutecznie by powrócił do Rzymu. Dużo podróżowała – mówił papież – aby zachęcać do wewnętrznej reformy Kościoła i by krzewić pokój między państwami, dlatego nasz umiłowany poprzednik Jan Paweł II ogłosił ją współpatronką Europy”.

Warto na koniec przywołać piękną i bardzo aktualną modlitwę przez wstawiennictwo tej niezwykłej świętej:

Święta Katarzyno, mężna kobieto, wyproś nam łaskę odnalezienia drogi, która prowadzi nas ponad wody grzechu, rozpaczy, zniechęcenia i beznadziei, do Mostu, którym jest Pan Jezus, Odkupiciel człowieka. Mężna św. Katarzyno, wypraszaj nam łaskę duchowego rozeznawania dróg życia i dróg śmierci. Obyśmy podjęli codzienny trud nawrócenia. Ty jesteś przykładem umiłowania Jezusa Chrystusa w Kościele Katolickim, który zachowuje cały depozyt wiary przekazany nam przez Apostołów. Prośmy Boga, byśmy z pokorą, jak św. Katarzyna, dostrzegając grzechy ludzi Kościoła, duchownych i świeckich, z tym większą gorliwością modlili się o ich świętość.

Nie bądź niedowiarkiem…

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam, gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami. Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: ”Pokój wam!”. A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.

A Jezus znowu rzekł do nich: ”Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: ”Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”.

Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: ”Widzieliśmy Pana!”.

Ale on rzekł do nich: ”Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”.

A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: ”Pokój wam!”. Następnie rzekł do Tomasza: ”Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”.

Tomasz Mu odpowiedział: ”Pan mój i Bóg mój!”.

Powiedział mu Jezus: ”Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.

I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc, mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)

Próbuję sobie wyobrazić scenę z dzisiejszej Ewangelii. Stoję za plecami Tomasza zwanego niewiernym, patrzę w oczy Jezusa i słyszę Jego łagodny głos: Podnieś tutaj swój palec… Nie ma w tym głosie żadnego oskarżenia, żadnego wypominania. Tylko pytanie i prośbę kogoś, kto zna mnie lepiej niż ja sam siebie…

Włożyć rękę w bok Jezusa to znaczy dotknąć Jego serca. Z sercem natomiast związane jest, nawet w sensie etymologicznym, słowo „miłosierdzie”. W piękny sposób przedstawia to obraz, który Pan Jezus kazał namalować św. siostrze Faustynie. Boże miłosierdzie symbolizują na nim – jak wszyscy wiemy – dwa promienie wypływające z serca Pana Jezusa.

Każdy z nas jest w jakiś sposób zraniony. Od czasu grzechu pierworodnego jesteśmy jednocześnie ofiarami i sprawcami cierpienia. Dzisiaj w Ewangelii widzimy zamkniętych w wieczerniku poranionych apostołów, którzy się chronią przed równie poranionym tłumem. W taką sytuację wkracza Pan Jezus. Przychodzi do swoich uczniów i mówi: Pokój wam. Dopiero potem pokazuje im swoje rany. Ta scena jest zupełnie inna niż to, co znamy ze zwykłych stosunków międzyludzkich. Rany się pokazuje najczęściej po to, żeby kogoś oskarżyć, mówiąc: Zobacz, co mi zrobiłeś, lub zobacz, jak cierpię!

Pan Jezus pokazuje ręce i bok i mówi: Pokój wam. Jednak te rany nie są powodem oskarżenia, nie są już także źródłem śmierci, ponieważ przez nie śmierć została pokonana. Historia nie została jednak anulowana. Krzyż nie zniknął, ale z narzędzia śmierci stał się źródłem życia. Chrystus nie uniknął śmierci, tylko zmartwychwstał.

Jesteśmy dzisiaj, wraz ze św. Tomaszem Apostołem, zaproszeni, aby dotknąć serca Jezusowego, czyli dotknąć tajemnicy Bożego miłosierdzia.

Aby jednak to uczynić trzeba odwagi, gdyż dotknąć Jezusowego serca oznacza powierzyć się całkowicie Jego miłosierdziu, zanurzyć w tym miłosierdziu wszystkiego, co w nas jest, także nasze słabości. Doświadczyć wtedy możemy bezgranicznej miłości Pana Boga, miłości niczym niezasłużonej, ale też miłości, która kocha nas takich, jacy jesteśmy, miłości, której na przeszkodzie nie mogą stanąć nasze słabości i grzechy, a nawet śmierć, gdyż jest to miłość, która ma swe źródło w przebitym boku Chrystusa – zwycięzcy grzechu i śmierci.

Dotykając serca Pana Jezusa, dotykamy istoty samego Boga, a jest nią Miłość miłosierna. Niedziela Miłosierdzia Bożego zaprasza nas do tego, abyśmy w tę Miłość uwierzyli, abyśmy tej Miłości się powierzyli.

W Pierwszym Liście apostoł Jan pisze, że wiara jest tym, co zwycięża świat. „Świat” oznacza tu tę rzeczywistość, która jest wroga Bogu, a więc szatana i grzech. Apostołowie w dniu zmartwychwstania w sobie samych doświadczyli zwycięstwa nad swym grzesznym „światem”.

Fragmenty z Dziejów Apostolskich oraz Apokalipsy pokazują, że człowiek, który uwierzy w Jezusa, nie tylko może zostać wyzwolony z grzechu, lecz wkracza także w inny wymiar rzeczywistości.

Jezus przychodzi, aby nas obdarzyć swoim zmartwychwstaniem. Oznacza to, że po śmierci zwycięża w nas życie. Ale ta łaska działa już teraz. Ma ona moc przemienić nasze zranienia. Nasze duchowe rany nie muszą już ropieć zgorzknieniem, nienawiścią i zamknięciem w sobie. Przemienione przez Chrystusa mogą być źródłem pokoju i radości. Czterdzieści dni postu może niekoniecznie zmieniło nasze życie. Dlatego jedyne, co nam pozostaje, to pokornie spojrzeć w Jego miłosierne oczy, wsłuchać się w Jego łagodny głos. I jak tylu przed nami zapłakać – nad swoim ubóstwem i Jezusową hojnością. Bo to On w swoim wielkim miłosierdziu na nowo zrodził nas do żywej nadziei.

Modlitwa potrzebuje ciszy

Słowo jest blisko ciebie, na twoich ustach i w sercu twoim. A jest to słowo wiary, którą głosimy. Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg wskrzesił Go z martwych, osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia. (Rz 10, 8b-10)

„Modlitwa podobnie jak muzyka potrzebuje ciszy. Prawdziwie owocne działania rodzą się z kontemplacji, dlatego trzeba abyśmy potrafili zawalczyć o ciszę w naszej modlitwie, tak by móc wsłuchiwać się w Tego, który przemawia do nas w ciszy naszego serca”. [św. Matka Teresa z Kalkuty]

W ostatnim wprowadzeniu mówiliśmy o sensie i potrzebie ciszy. Żyjemy w czasach, w których przez wszechobecne środki przekazu i łączności mamy niemal nieustanny kontakt z całym światem. Jeśli jednak nie będziemy potrafili być uważni i nie będziemy umieli zrezygnować z tych niezliczonych sposobności, które płyną do nas z zewnątrz, jeśli nie zwolnimy i nie znajdziemy czasu na to by kultywować ciszę w naszych sercach, nigdy nie będziemy mieli sposobności by poznać siebie od wewnątrz, czyli naszych dusz stworzonych przez Boga. A to właśnie tam kryje się nasza najgłębsza tożsamość.

Bez tego poznania będziemy zagubieni sami w sobie. Merton pisze, że jedną ze współczesnych i bardzo niebezpiecznych pokus świata jest pozbawić nas milczenia. „Tymczasem milczenie jest wewnętrzną potrzebą człowieka, ale jest także koniecznością, gdyż jest doskonałym sposobem na zbliżenie się do Boga i poznanie Go a także do nas samych. Ta potrzeba milczenia okazuje się paradoksalnie bardzo współczesna, jako że wychodzi naprzeciw potrzebom wielu ludzi, noszących w sobie doświadczenie zagubienia i osamotnienia pośród zgiełku tego świata”. [Merton o milczeniu]

Jak mocno to współgra ze słowami kard. Saraha, które przywoływaliśmy w ostatnim naszym wprowadzeniu do medytacji. Dla wielu współczesnych ludzi cisza stała się czymś nieznanym a nawet bolesnym. Gdy uczestniczymy w różnych spotkaniach możemy dostrzec jak cisza, która zapada często dla wielu jest niezręczna, więc trzeba ją czymś zagłuszyć, choćby zerknięciem na ekran nieodłącznego dziś telefonu czy smatfona. A przecież jeszcze nie tak dawno chwile ciszy były uznawane za tak bardzo cenne.

To były momenty, żeby się zrelaksować, by dać odpocząć sercu i umysłowi, także w cichej obecności drugiego. Jakby na potwierdzenie tego we wspomnianej książce Merton przekonuje, że wewnętrzne milczenie człowieka objawia się naprawdę w relacji do drugiego. Tym drugim może być człowiek i może być Bóg. Milczenie ludzkiego serca nastraja bowiem do ciszy drugą osobę i wtedy może narodzić się przyjaźń.

Nasze serca tak naprawdę odpoczywają w ciszy. Jeśli nie znamy ciszy, jeśli nie odpoczywamy w ciszy, wcale nie odpoczywamy…

Niemniej dzisiaj osiągnięcie ciszy wymaga często walki i to nie tylko na zewnątrz ale i wewnątrz naszego serca. Ta walka o ciszę wymaga stałości i dyscypliny a nawet pewnego stopnia cierpienia, by oddzielić się od źródeł naszych rozproszeń. Poza oderwaniem się od zewnętrznych bodźców musimy też być gotowi stawić czoła konfliktom, które rodzą się w naszych sercach. Nasze życie wewnętrzne jest tajemnicze i pełne burz a przez to często też ignorowane.     

I tutaj także trzeba pewnej stałości i dyscypliny a nawet cierpienia, aby nie uciekać od naszych wewnętrznych konfliktów, lecz aby pozwolić by zostały wyciszone przez konfrontację z nimi, akceptację i moc Słowa, które wybrzmiewając w naszym sercu pragnie je wyciszać, scalać i uzdrawiać.

Cisza przeniknięta Bożym Słowem uspokaja serce, formuje je. „Cisza to zgoda na wejście w tajemnicę naszej duszy” – pisze kard. Robert Sarah. Słowo Boże obecne w medytacji odsłania przed nami tę tajemnicę.

Gdy decydujemy się, że będziemy towarzyszyli ciszy Boga obecnego w naszych sercach, w tej ciszy znajdujemy prawdziwy odpoczynek i prawdę.

Z tej ciszy – która raz jeszcze odwołując się do słów Mertona – jest relacją, czerpiemy siłę potrzebną do przeżywania naszego życia. Dlatego tak ważne, abyśmy uciekali się do tej ciszy w chwilach naszego wyczerpania, zmęczenia i od przygniatającego nas często hałasu świata. Można powiedzieć, że życie z ciszą w sercu jest wielką łaską dla współczesnego człowieka a zwłaszcza dla chrześcijanina. Każdy z nas jest wezwany, by się na te łaskę otwierać.