Jezus w czasie wieczerzy z uczniami swoimi doznał głębokiego wzruszenia i tak oświadczył: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeden z was Mnie zdradzi”. Spoglądali uczniowie jeden na drugiego niepewni, o kim mówi.
Jeden z uczniów Jego, ten, którego Jezus miłował, spoczywał na Jego piersi. Jemu to dał znak Szymon Piotr i rzekł do niego: „Kto to jest? O kim mówi?” Ten oparł się zaraz na piersi Jezusa i rzekł do Niego: „Panie, kto to jest?”
Jezus odpowiedział: „To ten, dla którego umaczam kawałek chleba i podam mu”. Umoczywszy więc kawałek chleba, wziął i podał Judaszowi, synowi Szymona Iskarioty. A po spożyciu kawałka chleba wszedł w niego szatan.
Jezus zaś rzekł do niego: „Co chcesz czynić, czyń prędzej”. Nikt jednak z biesiadników nie rozumiał, dlaczego mu to powiedział. Ponieważ Judasz miał pieczę nad trzosem, niektórzy sądzili, że Jezus powiedział do niego: „Zakup, czego nam potrzeba na święta”, albo żeby dał coś ubogim. On zaś po spożyciu kawałka chleba zaraz wyszedł. A była noc.
Po jego wyjściu rzekł Jezus: „Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony. Jeżeli Bóg został w Nim chwałą otoczony, to i Bóg Go otoczy chwałą w sobie samym, i to zaraz Go chwałą otoczy. L Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami. Będziecie Mnie szukać, ale jak to Żydom powiedziałem, tak i wam teraz mówię, dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie”.
Rzekł do Niego Szymon Piotr: „Panie, dokąd idziesz?”
Odpowiedział mu Jezus: „Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz”.
Powiedział Mu Piotr: „Panie, dlaczego teraz nie mogę pójść za Tobą? Życie moje oddam za Ciebie”.
Odpowiedział Jezus: „Życie swoje oddasz za Mnie? Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz”. (J 13,21-33.36-38)
Uczeń Jezusa, to ktoś, kto chce Mu towarzyszyć na całej Jego drodze. Może to uczynić, bo Jezus już tę drogę przeszedł i zaprasza na nią każdego z nas, udzielając nam swojej mocy. Wielki Tydzień, to dobry czas by zweryfikować moją gotowość do odpowiedzi na to Jezusowe zaproszenie. Ewangelia dzisiejsza rzuca światło zwłaszcza na dwóch uczniów Jezusa: Judasza i Piotra. Bez wątpienia obaj chcieli iść za Jezusem, przynajmniej na początku Jego działalności. Co zmieniło się w tym czasie w sercu Judasza Iskarioty? Ewangelia nam tego nie tłumaczy. Różne opracowania czy apokryfy próbują uzasadniać zmianę postawy Judasza jego fałszywymi ideałami, które nosił w sercu i wiązał ze swoim Mistrzem a które w konfrontacji z Jezusem, Jego stylem życia, nauczaniem a zwłaszcza Jego męką rozsypały się w pył.
Dzisiaj słyszymy dziwne słowa Jezusa skierowane do Judasza: „Co chcesz czynić, czyń prędzej”. Jezus mówi to doskonale wiedząc, że Judasz chce Go zdradzić. Czy to nie dziwne? – moglibyśmy zapytać. Czy Jezus nie powinien był odwodzić Judasza od jego zamiarów? Wszak zdrada Jezusa to grzech, o którym sam Chrystus powie straszne słowa: „Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi według tego, jak jest postanowione, lecz biada temu człowiekowi, przez którego będzie wydany”.
Jezus odwodził Judasza od popełniania grzechów przez trzy lata jego obecności przy boku Mistrza. Teraz wie, że jest już za późno. Skoro nie wystarczyło tak wiele nauk, tyle znaków i cudów, tyle miłości Nauczyciela. Czy to oznacza, że Jezus przekreślił Judasza? Nie! Przecież do końca, także w chwili pojmania, nazywał go przyjacielem. Czasem po prostu Bóg jest bezsilny wobec naszego uporu w czynieniu zła i w odrzucaniu Go i Jego planu na nasze życie i pozwala, byśmy dosięgli przysłowiowego „dna”, by nas z niego podźwignąć, o ile Mu na to pozwolimy. Judasz nie pozwolił!
Piotr – drugi bohater dzisiejszej Ewangelii także dotknął dna.
W tym wypadku z kolei Jezus niczego nie przyśpiesza. Widać jak indywidualnie traktuje On każdego z uczniów i towarzyszy jego dojrzewaniu. Nikt lepiej od Jezusa nie wie, że wszystko ma swój czas i pewnych rzeczy nie należy przyspieszać. Trzeba do nich dojrzeć. Relacja Piotra w stosunku do Jezusa długo była czysto emocjonalna, niedojrzała, co nie znaczy, że nieprawdziwa. Niesiony entuzjazmem gotów był przyrzec Mu wszystko. Piotr boleśnie przekonał się o własnej słabości. Lecz Bóg nie zniechęca się naszymi słabościami. On Je zna. Dla Niego to nie słabości stanowią problem, lecz to, że nie chcemy ich przeżyć z Nim i pozwolić się z nich uleczyć. „A jeśli nasze serce oskarża nas, to Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko” – powie św. Jan [1 J 3,20]
Uczeń Jezusa, to ten, kto chce współpracować z Jego łaską, bo wie, że bez niej niewiele może zrobić. Piotr to wiedział, choć często boleśnie się o tym przekonywał. Judasz nie potrafił przyjąć tej prawdy, dlatego przegrał. Współpraca z łaską to ciągłe odkrywanie i uczenie się dróg Jezusa i wierne kroczenie za Nim. Droga, którą On za Mnie przebył, jest teraz i dla mnie do pokonania pod warunkiem, że idę po Jego śladach, bo jedynie ta droga daje gwarancję bezpieczeństwa, nawet jeśli jest to droga krzyża. Judasz próbował iść na skróty, drogą którą sam sobie wymyślił a tak nie da się dojść do zbawienia.
Ale w tle dzisiejszej sceny opisanej przez św. Jana jest jeszcze jeden uczeń, o którym nie potrafię zapomnieć – właśnie autor tej Ewangelii. Dzisiejsza Ewangelia to zapis Ostatniej Wieczerzy. Na wielu obrazach ukazujących to wydarzenie można dostrzec, że Jezus siedzi przy stole pomiędzy Janem a Judaszem. Pierwszy z nich spoczywał na jego piersi, wsłuchując się w bicie serca swojego Nauczyciela, natomiast drugi z Apostołów postanowił ustawić się po drugiej stronie barykady i wsłuchiwać się w głos własnego serca. To dla mnie także ważna lekcja. Kiedy wsłuchuję się w głos i pragnienia mojego serca często błądzę. Kiedy wsłuchuję się w głos serca Jezusa – jestem zawsze na dobrej drodze.
Warto pytać siebie czy swoją postawą i wyborami bliższy jestem Jana, który wsłuchuje się w serce Mistrza, czy Judasza, który wsłuchuje się w siebie, woje wyobrażenia i pragnienia?
Przytulajmy się często do Chrystusa w medytacji, wsłuchując się w Jego bijące z miłości do nas Serce a wtedy łatwiej będzie nam towarzyszyć Mu na każdym etapie naszego życia.
Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta posługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku.
Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z uczniów Jego, ten, który Go miał wydać: „Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim?” Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano.
Na to Jezus powiedział: „Zostaw ją! Przechowała to, aby Mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze macie”. (J 12,1-11)
Rzadko zdarza się, że Jezus w Ewangelii chwali tę samą osobę dwukrotnie. Tak dzieje się w przypadku Marii, siostry Łazarza. Wsłuchując się w dzisiejszą scenę ewangeliczną można powiedzieć, że po raz kolejny Maria wybiera najlepszą cząstkę.
Trzysta denarów, o których wspomina ewangelista to był roczny zarobek robotnika w czasach Jezusa. To co zrobiła Maria, było więc faktycznie – po ludzku patrząc – szaleństwem. Co usprawiedliwia takie szaleństwo? Tylko miłość! Judasz nie kochał Jezusa, dlatego nie potrafił zrozumieć i usprawiedliwić szalonego zachowania Marii. Tylko w sercu tego, kto wybiera Jezusa za swego Pana i Oblubieńca obfitość jest normą.
Ale jest też inny wymiar tej dzisiejszej sceny ewangelicznej. Nie bez znaczenia jest fakt, który zaznacza sam Jezus, mówiąc, że Maria namaściła Go na dzień Jego pogrzebu. Miłość uczennicy podświadomie wyczuwa nadchodzącą śmierć Pana. Może wyczuwa też, że Jego życie nie tyle zostanie zabrane, lecz oddane z miłości do wszystkich ludzi. Dlatego namaszczenie stóp Jezusa trzeba odczytać jako znak miłości, która chce mieć udział – tak jak potrafi – w tej Miłości, która przynosi nam zbawienie wszystkim. Niestety, oczy egoistycznego świata ani człowieka tego nie potrafią dostrzec. W spojrzeniu egoistycznie nastawionego Judasza gest Marii wobec Jezusa wydaje się marnotrawstwem. Logika podpowiada mu, aby to bogactwo przeznaczyć dla ubogich, choć jak zaznacza ewangelista test to fałszywa troska. Jezus ukazuje najgłębszy sens tego, co uczyniła Maria, przez ten czyn uczestniczy ona w drodze Jezusa, która wiedzie przez śmierć, ale jest też wyzwoleniem z każdej niewoli a zwłaszcza niewoli grzechu.
Bóg zauważa każdy, nawet najmniejszy gest miłości. Dobrze, gdybyśmy wszystko, co dobrego możemy uczynić potrafili złożyć u stóp Jezusa w podziękowaniu za Jego życie wydane za nas na krzyżu. Uczmy się wybierać od Marii najlepszą cząstkę – czas, dużo czasu spędzonego u stóp Mistrza z miłości do Niego.
Jezus ruszył na przedzie zdążając do Jerozolimy.
Gdy przyszedł w pobliże Betfage i Betanii, do góry zwanej Oliwną, wysłał dwóch spośród uczniów, mówiąc: „Idźcie do wsi, która jest naprzeciwko, a wchodząc do niej, znajdziecie oślę uwiązane, którego nikt jeszcze nie dosiadł. Odwiążcie je i przyprowadźcie tutaj. A gdyby was kto pytał, dlaczego odwiązujecie, tak powiecie: «Pan go potrzebuje»”.
Wysłani poszli i znaleźli wszystko tak, jak im powiedział. A gdy odwiązywali oślę, zapytali ich jego właściciele: „Czemu odwiązujecie oślę?”
Odpowiedzieli: „Pan go potrzebuje”.
I przyprowadzili je do Jezusa, a zarzuciwszy na nie swe płaszcze, wsadzili na nie Jezusa. Gdy jechał, słali swe płaszcze na drodze. Zbliżał się już do zbocza Góry Oliwnej, kiedy całe mnóstwo uczniów poczęło wielbić radośnie Boga za wszystkie cuda, które widzieli. I wołali głośno:
„Błogosławiony Król,
który przychodzi w imię Pańskie.
Pokój w niebie
i chwała na wysokościach”.
Lecz niektórzy faryzeusze spośród tłumu rzekli do Niego: „Nauczycielu, zabroń tego swoim uczniom”.
Odrzekł: „Powiadam wam, jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą”. (Łk 19,28-40)
Wkraczamy w okres Wielkiego Tygodnia. To w tym czasie będziemy świadkami skrajnych zachowań ludzi otaczających Jezusa. Od „Hosanna!” do „Ukrzyżuj Go!”.
Być może ktoś z was sam tego doświadczył. Wiesz co to popularność i odrzucenie. Ile potrzeba pokory i cierpliwości, by w takiej próbie pozostać sobą. Jest to trudne i dlatego tej sztuki możemy się uczyć od Jezusa.
Dobrze, jeśli nie przegapimy okazji dobrego i głębokiego przeżycia tych najważniejszych dla nas, chrześcijan dni. Dobrze, jeśli znajdziemy czas by w tym dniach Triduum Paschalnego być z Jezusem, by zanurzyć się w medytację Jego Męki, której opis w tym tygodniu słyszymy aż dwukrotnie. Pomo¿e Ktoś mnie zapytał: Co daje rozważnie męki Jezusa? Przecież nie da się już cofnąć tego bolesnego wydarzenia. Pan Jezus przebywa w Chwale Ojca w niebie, nie cierpi…
Jest kilka powodów, by rozważać Mękę Pańską. Pierwszy to ten, by w świetle męki naszego Pana zobaczyć, czym jest grzech, jaka jest jego natura i jak jest śmiercionośny. Jeżeli dla „zneutralizowania” skutków grzechu Jezus musiał wydać się na Mękę i okrutną śmierć, to pokazuje, że świadomy i dobrowolny grzech jest rzeczą straszną. Dzięki Męce i Krzyżowi naszego Zbawiciela mamy mocny dowód, że istnieje piekło. Pan Jezus dla ratowania grzeszników dał się ukrzyżować. Dlaczego miałby to uczynić, skoro grzesznikom z powodu popełnionego grzechu nic nie grozi?
Najważniejszym powodem rozważania Męki Pańskiej jest jednak uwielbienie i dziękczynienie za zbawienie, za przebaczenie grzechów, za dar życia wiecznego ofiarowane nam dzięki tajemnicy Krzyża. Wielu pyta: Czy Bóg mi przebaczy grzechy? Od czasu Jego Męki, Śmierci i Zmartwychwstania nasze winy są spłacone. Pod jednym warunkiem, że przyjmiesz przebaczenie w sakramencie pokuty; że wraz z Jezusem pozwolisz by twoje grzechy zostały przybite do Krzyża i w nim uśmiercone. Lekarstwa niezażywane nie pomogą, stosowane inaczej niż wskaże lekarz mogą zaszkodzić. Dzisiaj jest bowiem wielu „poprawiaczy” chrześcijaństwa.
Tak więc rozważanie Męki Chrystusa jest kluczem do zrozumienia chrześcijaństwa, samego siebie i pokazuje sposób na zachowanie godności w sytuacjach ekstremalnych.
Męka naszego Pana jest dowodem niepojętej miłości Boga do nas, grzeszników. Tak kocha Bóg! Krzyż Chrystusa jest tego dowodem. „Towar jest tyle wart, ile się za niego zapłaci”. Krew Zbawiciela wylana za nas uświadamia nam, jak wielka jest nasza wartość w oczach Boga, który nie waha się oddać za nas swojego życia, by nas ratować.
Ewangelia o Męce, śmierci i zmartwychwstaniu to wskazanie, że nasza droga wiedzie przez krzyż. Jezus idzie pierwszy, dokonuje dla nas Paschy – przejścia przez śmierć do życia wiecznego. Z wysokości krzyża daje nam Matkę, która odtąd będzie już zawsze obecna przy krzyżach naszego życia.
Wreszcie Ewangelia może nadać sens naszemu cierpieniu, przez świadomość, że jesteśmy Jego ciałem; w nas spełnia się misja zbawienia w tym pokoleniu, w którym żyjemy. Ona pozwala czerpać wewnętrzną moc do podejmowania trudu codzienności, który nazywamy czasem krzyżem dnia codziennego, i dźwigania go z godnością i w posłuszeństwie woli Bożej.
Jest jednak jeden warunek: musimy nieść nas krzyż z Jezusem, nigdy samotnie, gdyż inaczej przegramy.
Jezus powiedział do Żydów, którzy Mu uwierzyli: „Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. (J 8,31)
Kiedy wsłuchujemy się w początek dzisiejszej Ewangelii aż się chce dołączyć do niego inny fragment pochodzący również z Ewangelii św. Jana, z modlitwy Arcykapłańskiej Jezusa, gdzie padają znamienne słowa Mistrza: „Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą”. (J 17, 14-16)
Spisane przez Jana, jako jedynego z uczniów słowa są przywołaniem Modlitwy Jezusa. Droga, którą staramy się podążać w naszej medytacji jest często nazywana Modlitwą Jezusową. Zarówno w jednej jak i w drugiej na pierwszym planie jest słowo. Jezus nauczając czyni to za pomocą słów, ale kwintesencją Jego nauczania jest Słowo, którym jest On sam. Słowo wypowiedziane przez samego Boga. Słowo, które człowiek może przyjąć lub odrzucić. Słowo, które przyjęte przez człowieka oznacza, że człowiek ryzykuje nienawiść i odrzucenie ze strony świata. Ale jest to też Słowo, które jest prawdą mająca moc uczynić nas prawdziwie wolnymi. Trwanie w wierności temu Słowu oznacza bycie uczniem Chrystusa.
Medytacja monologiczna, czy jak kto woli Modlitwa Jezusowa uczy nas odnoszenia całego naszego życia właśnie do tego jednego Słowa jakim jest Jezus. Mówiliśmy ostatnio, że modlitwa monologiczna wyrosła z zachęty Chrystusa do modlitwy nieustannej. (por. Łk 18, 1).
Można powiedzieć, że jest ona szkołą prowadząca do tego by nauczyć się modlić całym swoim życiem…
Wdrożenie w pewien podstawowy rytm modlitwy jest zasadniczym elementem życia chrześcijańskiego czyli bycia uczniem Chrystusa. Modlitwa to nie tylko określona czynność religijna, wypowiadane słowa, medytacja, adoracja, ale przede wszystkim duchowa łączność z Bogiem, żywa więź stale z Nim utrzymywana. I ta stałość relacji jest niezmiernie ważnym elementem doświadczenia modlitwy. Tradycja monastyczna mówi o stałej pamięci o Bogu.
Praktyka Modlitwy Jezusowej, czy medytacji monologicznej opartej na jednym prostym wezwaniu powtarzanym wielokrotnie, staje się z czasem jakby duchowym, modlitewnym oddechem wierzącego. Jest to praktyka, która regularnie i codzienne powtarzana rodzi z czasem postawę życia w Bożej obecności i odnoszenia wszystkiego co czynię do Boga, tak jak zachęca do tego św. Paweł Apostoł: „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10, 31) lub w innym miejscu: „Cokolwiek czynicie, z serca wykonujcie jak dla Pana” (Kol 3, 23). Zasadniczą rolą i łaską tej modlitwy jest to, że pomaga nam ona przeżywać Bożą obecność w naszej zagonionej codzienności.
Jednak ogólna intencja przeżywania swego życia w ukierunkowaniu na Boga oraz deklarowanie, że modlę się całym swoim życiem, pracą i wszystkim, co robię, może łatwo doprowadzić do oszukiwania samego siebie i do faktycznego zaniku modlitwy. Modlitwa poprzez pracę i wszystkie czynności jest możliwa, ale zależy od stopnia naszego zjednoczenia z Bogiem. To nie Bóg lecz człowiek potrzebuje oddania Bogu pewnych przestrzeni czasu.
Jak pisze w swoich pamiętnikach Carlo Carretto (Mały Brat od Jezusa): „Modlitwa to nie wszystko, ale wszystko bez modlitwy jest niczym”.
Stąd tak ważna dla naszego życia duchowego potrzeba nie tyle czynienia ze wszystkich spraw modlitwy, co oderwania się od pochłaniających nas spraw, aby prawdziwie pobyć ze swoim Stwórcą. Przykład takiej postawy znajdujemy u Jezusa. Jako jednorodzony Syn Boży pozostawał On najdoskonalej zjednoczony z Ojcem i bez wątpienia żadne czynności nie mogły tego zjednoczenia zakłócać. A jednak, jak zaświadcza św. Łukasz, Jezus często usuwał się na miejsca pustynne i modlił się (Łk 5, 16). W swojej ludzkiej naturze potrzebował momentów bycia sam na sam z Ojcem.
W ten sposób Jezus uczy i nas zdrowego dystansu do pokusy aktywizmu, która cechuje nasze czasy. Przypomina nam, że nasze liczne i wielorakie zaangażowania muszą mieć swoje źródło w stale podtrzymywanej więzi z Ojcem, aby nie stały się przysłowiową „pogonią za wiatrem”. To właśnie momenty intensywnej modlitwy, podejmowanej w rożnych momentach dnia, porządkują naszą aktywność i nadają jej wartość. Dają nam możliwość zweryfikowania naszej duchowej pozycji, jak spojrzenie na GPS, aby się nie zagubić w podejmowanych decyzjach i na drogach naszego życia.
Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Wszystek lud schodził się do Niego, a On, usiadłszy, nauczał.
Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją na środku, powiedzieli do Niego: ”Nauczycielu, kobietę tę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?”. Mówili to, wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć.
Lecz Jezus, nachyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: ”Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”. I powtórnie nachyliwszy się, pisał na ziemi.
Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku.
Wówczas Jezus, podniósłszy się, rzekł do niej: ”Niewiasto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?”. A ona odrzekła: ”Nikt, Panie!”. Rzekł do niej Jezus: ”I Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz”. (J 8,1-11)
Zasadnicze i w zasadzie retoryczne pytanie, które trzeba by postawić na początku refleksji nad dzisiejszą Ewangelią brzmi: „Czy faryzeuszom i uczonym w Prawie zależało na wymierzeniu sprawiedliwości, gdy zgromadzili się, aby ukarać kobietę pochwyconą na grzechu cudzołóstwa?”
Oczywiście Nie. Kobieta została przez oskarżycieli potraktowana czysto instrumentalnie. Miała być dla nich narzędziem służącym tylko i wyłącznie do podważenia autorytetu Jezusa. Z pewnością zainteresowanie ludu, który licznie gromadził się by słuchać Jezusa i Jego nauczania musiało uwierać uczonych Izraela i faryzeuszy, których nauczaniu nie poświęcano tyle uwagi. To jeden z ważnych powodów, dla których postanowili zamknąć usta Jezusowi. Mówiąc prosto – zazdrość. Znaleźli doskonałą okazje i to w majestacie prawa, jakie zostawił im Mojżesz: Postawili przed Nim kobietę oskarżoną o cudzołóstwo. Jeśli Jezus okaże miłosierdzie, zlekceważy prawo. Jeśli nakaże ją ukamienować, wykaże się brakiem miłosierdzia. Po ludzku sytuacja bez wyjścia. Sama kobieta nie interesowała ich. Była tylko pionkiem na szachownicy gry przeciwko Jezusowi. Na szczęście człowiek, nawet taki, który w sowim mniemaniu posiadał by wielką inteligencję i przebiegłość ma zbyt krótkie ręce i zbyt ograniczony rozum by za jego pomocą pokonać jego Twórcę.
Niestety opowiedziana ustami św. Jana ewangelisty historia powtarza się dziś w odniesieniu do Kościoła – ciała Chrystusa. I zawsze chodzi o to samo: o rząd dusz!
Współczesne quasi-religijne elity zastawiają na niego pułapki, byle tylko odebrać mu autorytet. Pozornie będzie chodziło o większe miłosierdzie albo o sprawiedliwość. Nie dajmy się zwieść. W istocie chodzi o jedno – o skuteczną kompromitację. O to, by lud nie słuchał już głosu Pana w Jego Kościele.
Niezwykła wobec oskarżeń jest postawa Jezusa. Milczy i pisze palcem po ziemi. Co pisze? Powstało wiele teorii. Niektóre mówią, że wypisuje grzechy faryzeuszy. Ale jest w tym geście też inna symbolika – która mnie osobiście bardziej się podoba – a do której nawiązuje kaznodzieja papieski o. Raniero Cantalamessa OFMCap. Otóż jak pisze wspomniany autor „pochylenie się Jezusa wydaje się nawiązywać do umywania nóg. Palec Boży – to określenie Ducha Świętego. Może więc mamy raczej do czynienia z prorockim znakiem. Można go wyjaśnić tak: Duch Święty pisze prawo nowego przymierza, już nie na glinianych tablicach, ale na żywych – ludzkich sercach. Jego istotą jest przebaczenie. Potępienie grzechu i ocalenie grzesznika”[Moc Krzyża. Medytacje watykańskie].
Kobieta zgrzeszyła, ale grzesznikami byli również jej oskarżyciele. Oni jednak w przeciwieństwie do niej uznawali się za doskonałych i dlatego tak łatwo wydawali wyroki. Odeszli zawstydzeni. Dużo ważniejszym jednak pytaniem w kontekście zbawienie byłoby: czy jednak odeszli nawróceni? Niekoniecznie. Jezus pomógł im zobaczyć ich grzech, ale oni woleli uciec od Niego. Człowiek może nie chcieć przebaczenia. Może czuć się pewny swego, nawet wtedy, gdy chwilowo przegrywa upokorzony. A jednak nadal nie chce zgiąć karku przed Bogiem. Oni wkrótce wrócą wprawdzie nie do Jezusa, ale po Niego, aby za wszelką cenę dowieść swego. Historia odejścia od Jezusa a w konsekwencji odrzucenia Go – jak często się dzieje w przypadku grzechu – będzie miała swój dalszy ciąg.
Na koniec oko ewangelisty skupia się na kobiecie, która cudem uniknęła śmierci. Stała tam ze swoim wstydem, hańbą, samotnością. Upokorzona i bezradna. To jest obraz człowieka po grzechu. Oddajmy raz jeszcze głos ojcu Cantalemessie, który pisze, że „w Biblii cudzołóstwo jest symbolem każdego grzechu. Bóg bowiem jest oblubieńcem, a Jego lud – oblubienicą. Bóg stworzył nas dla siebie, aby nas kochać. Dlatego każdy grzech jest zdradą, oddaniem się w ręce innego kochanka niż Bóg”.
W tym kontekście słowa „pozostał tylko Jezus i ta kobieta” nabierają mocniejszego znaczenia. To nie tylko opis tamtej sytuacji. Człowiekowi ostatecznie zostaje tylko Jezus, tylko Bóg. Człowiek nigdzie indziej nie znajdzie przebaczenia, prawdziwej nadziei i pokoju serca. Ostatecznie człowiekowi pozostaje tylko Bóg, gdy go nie ma jest bezsens.
Ale życie duchowe nie zna pustki. Puste miejscu po grzechu musi być czymś zapełnione. Dlatego potrzebny jest Bóg ze swoja łaską, która wypełniając ludzkie serce jako jedyna ma moc je także uzdrowić. Jezus, najczystsza Miłość, mówi do kobiety: „Nie potępiam cię”. Chciałoby się uzupełnić te słowa Jezusa stwierdzeniem, które On ostatecznie kieruje do każdej i każdego z nas: „ Ja nigdy cię nie potępiam. Wiem, że pragniesz miłości, ale szukasz jej w złym miejscu, w zły sposób. Dlatego jestem z Tobą. Nie musisz już więcej grzeszyć i szukać po omacku, bo masz Mnie”. Warto się nad tą prawdą zastanowić przeżywając końcówkę Wielkiego Postu…