Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja – odpocząć w Bogu

Kto bowiem wszedł do Jego odpoczynku, odpocznie po swych czynach, jak Bóg po swoich. Spieszmy się więc wejść do owego odpoczynku, aby nikt nie szedł za tym samym przykładem nieposłuszeństwa. Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek. [Hbr 4, 10-13]

Może tak eschatologicznie powiało z tego fragmentu, który mówi o wejściu do Bożego odpoczynku, ale póki co zachęcam, żeby to wejście do Bożego odpoczynku odkryć jeszcze tu, na tym świecie właśnie przez doświadczenie medytacji. Prawda jest bowiem taka, że modlitwa daje nam możliwość wejścia w tę rzeczywistość, do której jesteśmy przeznaczeni i do której ciągle wędrujemy. Jeśli nie odnajdziemy się w niej teraz, to nie odnajdziemy się w niej również kiedyś.

W poniedziałkowym wpisie do naszego bloga, w którym odniosłem się do kwestii wiary, która potrzebuje znaków napisałem, że: „Medytacja jest drogą wiary opartą na zasłuchaniu w Słowo, które samo w sobie jest nie tylko mocnym znakiem, ale i doświadczeniem”.

I rzeczywiście gdy autor Listu do Hebrajczyków pisze o skuteczności Bożego Słowa, przyrównując go do obosiecznego miecza mającego moc przenikać człowieka aż do głębi jego istoty, to wydawać się może, że pisze te słowa nawiązując do doświadczenia. Naturalnie mówiąc o doświadczeniu słowa i jego działania możemy mieć na myśli różne rodzaje doświadczenia. Pierwsze można określić jako doświadczenie o krótkim okresie działania, czyli to, które możemy zaobserwować jako dosyć szybki skutek medytacji opartej na Słowie. Tym doświadczeniem może być wewnętrzne wyciszenie, pokój, który staje się  naszym udziałem w trakcie modlitwy (specjalnie sięgnąłem do fragmentu, który jest przypomnieniem, że jesteśmy zaproszeni przez Boga do wejścia do Jego odpoczynku). Medytacja może stać się takim miejscem wytchnienia i odpoczynku w obecności Pana, w którym pozwalamy odetchnąć naszym władzom poznawczym i duchowym i po prostu być! Innym owocem, który możemy odnaleźć jest odczucie radości. Jedne z tych doświadczeń mogą być subiektywne inne nie.

Kiedy jednak mamy za sobą już nieco dłuższą i regularną praktykę możemy dostrzec inne, bardziej trwałe owoce tej modlitwy: znów zacznę od pokoju, ale tym razem chodzi już o pokój serca, który towarzyszy nam nie tylko podczas medytacji, ale także i po niej. Innym owocem będzie np. częstsza pamięć o Bogu, która towarzyszy nam w naszej codzienności i do której w efekcie ta modlitwa ma nas prowadzić. Zgodnie z wezwaniem jakie sam Jezus skierował do św. Katarzyny ze Sieny: „Ty myśl o Mnie, a Ja będę myślał o tobie”.  Kolejnym owocem medytacji monologicznej będzie to, że moc tego słowa, które powtarzamy w rytmie oddechu objawia się w tym, że staje się silniejsze niż inne myśli czy rozproszenia i po jakimś czasie praktyki zaczyna rozbrzmiewać w naszym wnętrzu niezależnie od tego czy o tym myślimy czy nie. Kolejnym długotrwałym owocem praktyki medytacji może być wzrost pobożności (i nie chodzi tu jedynie o więcej czasu poświęconego na modlitwę, ale o to, że jak podpowiada termin po-bożność wszystko staramy się w życiu robić po Bożemu a więc odnosząc się może częściej niż dotąd do wsłuchiwania się w wole Bożą. Medytacja z samej swej natury uczy nas słuchania!)

W Nowym Testamencie mamy dwa fragmenty: Łk 18,1 („Zawsze należy modlić się i nie ustawać”) oraz 1 Tes 5,17 („Nieustannie się módlcie”). Mówią one o intrygującym poleceniu Jezusa, aby modlić się zawsze. Z tego właśnie polecenia wyrosła modlitwa monologiczna między innymi Modlitwa Jezusowa.

Modlitwa monologiczna czy inaczej modlitwa jednego słowa lub wezwania, powtarzanego w rytm oddechu, nawet jeśli sięga po różne wezwania, to zawsze odnosi się do Imienia Jezus. Nie przez przypadek Ojcowie Pustyni sięgnęli właśnie po to wezwanie. Byli przekonani, że to Imię ma szczególne znaczenie i moc. Tę moc nazywamy łaską, która kształtuje każdego człowieka, który się na nią otworzy. „Dla każdego punkt wyjścia znajduje się gdzie indziej, ale zawsze musi tkwić w samym sercu jego życia” [ks. Maurice Zundel]

Wiara, która potrzebuje znaków

Jezus wyszedł z Samarii i udał się do Galilei. Jezus wprawdzie sam stwierdził, że prorok nie doznaje czci we własnej ojczyźnie. Kiedy jednak przybył do Galilei, Galilejczycy przyjęli Go, ponieważ widzieli wszystko, co uczynił w Jerozolimie w czasie świąt. I oni bowiem przybyli na święto.

Następnie przybył powtórnie do Kany Galilejskiej, gdzie przedtem przemienił wodę w wino. A w Kafarnaum mieszkał pewien urzędnik królewski, którego syn chorował. Usłyszawszy, że Jezus przybył z Judei do Galilei, udał się do Niego z prośbą, aby przyszedł i uzdrowił jego syna: był on bowiem już umierający.

Jezus rzekł do niego: „Jeżeli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie”.

Powiedział do Niego urzędnik królewski: „Panie, przyjdź, zanim umrze moje dziecko”.

Rzekł do niego Jezus: „Idź, syn twój żyje”. Uwierzył człowiek słowu, które Jezus powiedział do niego, i szedł z powrotem.

A kiedy był jeszcze w drodze, słudzy wyszli mu naprzeciw, mówiąc, że syn jego żyje. Zapytał ich o godzinę, o której mu się polepszyło. Rzekli mu: „Wczoraj około godziny siódmej opuściła go gorączka”. Poznał więc ojciec, że było to o tej godzinie, o której Jezus rzekł do niego: „Syn twój żyje”. I uwierzył on sam i cała jego rodzina.

Ten już drugi znak uczynił Jezus od chwili przybycia z Judei do Galilei. (J 4,43-54)

„Wiara potrzebuje znaków, ale nie może być od nich zależna” – zwykł mawiać jeden z największych chrześcijańskich filozofów, św. Tomasz z Akwinu.

Sam Jezus zdaje się nieco ignorować wiarę w Niego, która jest efektem cudów przez Niego uczynionych. Moglibyśmy zapytać skąd bierze się ten sceptycyzm Jezusa, wobec oczekujących od niego znaków i cudów? Czy nie jest tak, że wiara to wiara, obojętnie jak się zrodziła? Po ludzku sądząc wiara, która zrodziła się wobec doświadczenia cudu jest owocem doświadczenia, któremu nie sposób zaprzeczyć. Już w czasach Jezusa było wielu ludzi, których wiara w Niego opierała się tylko na cudach, które On uczynił, a których byli świadkami.

Taka wiara z pewnością nie jest zła, ale może rodzić pewne duchowe niebezpieczeństwo. A to dlatego, że wiara oparta na cudach prawie na pewno będzie mocno zabarwiona interesownością, wręcz egoizmem. Jeśli uwierzyłem w Jezusa, bo jest cudotwórcą, wówczas będę (przynajmniej podświadomie) oczekiwał od Niego kolejnych cudów, nie rzadko takich które ułatwią mi życie, chociażby zwolnią od poszukiwań. Jeśli natomiast uwierzyłem w Niego ze względu na naukę, którą głosi, wówczas nie będę niczego oczekiwał od Niego, natomiast wiele od siebie.

Doskonale zrozumieli to Apostołowie, bo kiedy wsłuchamy się w intencje wynikające z listów świętych Piotra, Pawła, Jakuba czy Jana zobaczymy, że wszyscy jednomyślnie stwierdzają, że prawdziwa wiara powinna opierać się na słuchaniu Ewangelii (która sama w sobie jest najmocniejszym znakiem, bo jest słowem samego Boga): wierzę, bo skłania mnie do tego to, co usłyszałem, a nie cuda, które widziałem. Aby jednak mogła się zrodzić w człowieku taka wiara, trzeba szczerze i nieustannie szukać prawdy, a z tym bywa problem. Cuda i znaki nie mogą nas z tego szukanie prawdy zwolnić.

Nie dziwmy się, jeśli Chrystus uczyni w naszym życiu jakich cud, który skłoni nas do wiary w Niego, ale nie dziwmy się też, jeśli tego odmówi, czyniąc naszą wiarę trudniejszą, ale może dzięki temu prawdziwszą i mocniejszą.

Medytacja jest drogą wiary opartą na zasłuchaniu w Słowo, które samo w sobie jest nie tylko znakiem, ale i doświadczeniem.

Opowieść o Ojcu

W owym czasie zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: „Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi”.
Opowiedział im wtedy następującą przypowieść:
„Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: »Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada«. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zebrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie.
A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, które jadały świnie, lecz nikt mu ich nie dawał.
Wtedy zastanowił się i rzekł: »Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników«. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca.
A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: »Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem«.
Lecz ojciec rzekł do swoich sług: »Przynieście szybko najlepszą suknię i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się«. I zaczęli się bawić.
Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to znaczy. Ten mu rzekł: »Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego«.
Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: »Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę«.
Lecz on mu odpowiedział: »Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się«”. (Łk 15,1-3.11-32)

Przypowieść o synu marnotrawnym to jeden z najbardziej znanych fragmentów Pisma Świętego. Nawet ci, którzy rzadko sięgają po Biblię lub od święta przekraczają próg kościoła, bez większych problemów potrafią ją streścić. W zasadzie sama przypowieść jest jednym wielkim kazaniem, do którego właściwie można nic nie dodawać. Rzeczywiście, opowieść Jezusa urzeka swoją prostotą – do tego stopnia, że wszystko wydaje się przewidywalne, jak w bajce. Brakuje tylko zakończenia: „I żyli długo i szczęśliwie…”. Jednak to, co opisuje Jezus swoją historią, to niestety nie bajka a odzwierciedlenie smutnej, duchowej rzeczywistości człowieka.

Jezus przemawia więc nie po to, by zabawić swoich słuchaczy, ale żeby ich zbawić. Zwraca się do szemrzących faryzeuszy i uczonych w Piśmie, licząc na to, że ich inteligencja pozwolą im dostrzec, że to nie barwna historyjka, lecz realny opis życia. Również ich życia!

Kiedy wsłuchamy się we wstęp dzisiejszej przypowieść to odkryjemy, że nie jest ona w pierwszym rzędzie opowieścią o synu marnotrawnym, który miał ojca i starszego brata, lecz o pewnym człowieku, który miał dwóch synów. Niby detal, lecz porządkuje wiele. Bo to właśnie synowie są pretekstem do powiedzenia czegoś więcej o dobroci Ojca, pod postacią którego kryje się prawda o ojcostwie samego Boga.

Młodszy syn chce być samodzielny. Ojciec bez słowa przystaje na jego propozycję – nie strofuje go, nie udziela mu tysiąca rad. Ta postawa Ojca pokazuje wielki szacunek Boga wobec wolności człowieka. Nawet jeśli człowiek pragnie odejść od Ojca  – w domyśle Boga i żyć na własny rachunek, bez odniesienia do Stwórcy, to Pan Bóg nie zmusi go do pozostania, lecz tylko On wie jak bardzo jest to dla Niego bolesne. Ta przypowieść uzmysławia nam, że Bóg tęskni za każdym człowiekiem, który się od Niego oddala, który gardzi Jego nauką i Jego miłością i wygląda z tęsknota jego powrotu. Ewangelista ani słowem nie wspomina też o tym, w jaki sposób syn trwoni przekazaną mu część majątku, choć wydawać by się mogło, że w całej historii to wątek najbardziej atrakcyjny.

Powód, dla którego człowiek popada w duchową nędzę, jest sprawą drugorzędną. Owszem, grzech daje przyjemność, lecz tylko na chwilę, w rzeczywistości jest jednak śmiertelnie nudny a w konsekwencji i tragiczny. I zawsze przynoszą rozczarowanie! Jak mówi przysłowie: „Grzechy są jak karta kredytowa – cieszysz się teraz, zapłacisz później!”

Niezwykła jest scena powrotu: Ojciec wypatruje syna, wybiega mu na spotkanie, rzuca mu się na szyję. Wysłuchuje wyuczonych na pamięć zdań, ale nie zwraca na nie większej uwagi. Wydaje polecenie, by przygotować ucztę i mówi do sług, by przynieśli dla syna odświętną szatę.

Każdy powrót w ramiona Ojca jest radością, nawet jeśli – tak jak starszemu synowi – nie kojarzy się to ze sprawiedliwością. Gdyby starszy brat zrozumiał ojcowskie intencje, z łatwością dostrzegłby, że jest przez niego nie tylko tak samo kochany, ale nawet wyróżniony. „Wszystko, co moje, do ciebie należy” – powie mu ojciec.

W połowie Wielkiego Postu warto usłyszeć tę przypowieść na nowo, by nie wpaść w koleiny płytkiej, sloganowej interpretacji.

W każdym z nas drzemie przecież zarówno młodszy jak i starszy syn. Grzesznik, który często rani Boga swoimi niewiernościami i grzechami, ale i buntownik, który potrafi mieć do Boga żal i pretensję, czasami właściwie o wszystko…

Wielki Post jest po to, by na nowo zachwycić się Ojcem, Jego dobrocią i cierpliwością wobec każdej i każdego z nas. Bo tak naprawdę ta przypowieść nie jest opowieścią o synu marnotrawnym, ale o każdej i każdym z nas, o tym, że mamy cudownego Ojca w niebie i o tym, co dzieje się między nami a Nim.

Medytacja jako sztuka odpuszczania i zaufania

Słowo to jest blisko ciebie, na twoich ustach i w sercu twoim. Ale jest to słowo wiary, którą głosimy.

Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że JEZUS JEST PANEM, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia. (…) Albowiem każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony. [Rz 10,5-13]

Medytacja niedyskursywna, której uczymy się w trakcie naszej praktyki jest w dużej mierze sztuką odpuszczania. Ostatnio spotkałem się z określeniem: medytacja zaangażowana i niezaangażowana, które miało zaznaczyć różnicę między medytacją dyskursywną a niedyskursywną, ale takie spojrzenie moim zdaniem jest z gruntu błędne. Każda medytacja bowiem wymaga zaangażowania. Tyle tylko, że o ile w praktykę medytacji dyskursywnej (ignacjańskiej, suplicjańskiej) angażujemy prócz czasu, serca, uwagi również intelekt i wyobraźnię, które odgrywają w niej istotną rolę, o tyle w doświadczeniu medytacji niedyskursywnej zaangażowanie tych ostatnich władz próbujemy zmniejszyć.  Oczywiście nie da się całkowicie wyłączyć aktywności naszego umysłu, dlatego w praktyce medytacji musimy go (przynajmniej w początkowej fazie) czymś zająć. Z pomocą przychodzi nam tutaj słowo – wezwanie. Tym wezwaniem, którym posługujemy się w naszej medytacji jest szczególne słowo – jest nim bowiem Imię JEZUS. Medytacja oparta na powtarzaniu tego Imienia w ciszy naszego serca i w rytmie oddechu sprawia, że nie tyle sami przez naszą praktykę dążymy do wyciszenia naszego umysłu i wyobraźni, co raczej pozwalamy na to, abyśmy niesieni mocą tego Imienia doświadczyli, że to Ono zwycięża ich aktywność pozwalając by zostały wchłonięte przez pokój, jaki jest bardziej owocem działania łaski niż naszego wysiłku. To jest jeden z aspektów sztuki odpuszczania: medytacja uczy nas zgody na zaniechanie naszego działania na rzecz działania w nas mocy Bożego słowa.

Jak pisze Pablo d’Ors w książce p. t. „Biografia milczenia”: „Prawdziwa medytacja rodzi się z oddania i zawierzenia, nigdy z wysiłku”. Oczywiście pewien wysiłek zawsze jest obecny, ale w praktyce medytacji jest to raczej wysiłek skłaniający się ku nie-działaniu niż działaniu, do którego zwykle przywykliśmy. Aby móc doświadczyć prawdziwych owoców medytacji niedyskursywnej musimy „działać” dokładnie odwrotnie niż robimy to zazwyczaj: „nie biec a zatrzymać się; nie wysilać się, ale się zawierzyć; nie wyznaczać sobie celów a po prostu być tam gdzie się jest”.

Musimy przyjąć – co jest szczególnie trudne dla nas, ludzi kultury zachodniej – że to nie my piszemy scenariusz tej modlitwy. Tym który pisze scenariusz i jest reżyserem tej modlitwy jest Jezus, którego prowadzeniu się powierzamy przywołując Jego imię.

Przy okazji uroczystości Zwiastowania Pańskiego napisałem na naszym blogu, że „Maryja wypowiadając swoje „fiat” całkowicie zawierza swoje życie w Bogu, choć nie może wiedzieć, jakie konsekwencji przyniesie Jej ta zgoda wypowiedziana wobec Boga. Ale wie jednio, że na Bogu zawieść się nie można, więc nie ma obiekcji co do zaufania. Maryja godzi się swoim „tak” na wejście w tajemnicę”. I podobnie jest z doświadczeniem medytacji Bóg zaprasza nas do zgody na tajemnicę, do zgody na pewnego rodzaju wejście w ciemność, gdzie jedynym światłem będzie to, które płynie z obecności Bożego Ducha i podążania za imieniem Jezus.

Używając języka św. Pawła apostoła, aby móc doświadczyć owoców medytacji potrzebne jest serce, które uwierzy i wyzna wiarę w JEZUSA. Wypowiadanie imienia jest wyznaniem wiary.

„Medytacja – jak pisze Pablo d’Ors we wspomnianej już książce – jest dyscypliną mającą wzmocnić nasze zaufanie. Człowiek siada i cóż takiego właściwie robi? Ufa. Medytacja jest praktyką czekania. A na cóż się tak usilnie czeka? Na nic i na wszystko. Jeśli oczekujesz czegoś konkretnego, takie czekanie nie będzie miało żadnej wartości, ponieważ napędza je pożądanie naszego fałszywego „ja”, które zawsze jest niezaspokojone. Ponieważ czekanie i zaufanie jest w swej naturze darmowe i bezinteresowne, staje się w konsekwencji istotową i duchową rzeczywistością”. Współcześnie żyjemy w bardzo dużym rozproszeniu, co w konsekwencji oznacza, że żyjemy poza sobą, poza tu i teraz, gdzie faktycznie realizuje się nasze życie. Medytacja jest praktyką scalania. Kształtując naszą uważność sprawia, że wracamy do siebie, do tu i teraz, uczy nas żyć naszym własnym życiem a nie iluzjami, które często wytwarzamy w naszym umyśle. Dlatego medytacja jest sztuką otwierania się na rzeczywistość taką jaka ona jest, bez osądzania jej, bez dzielenia na lepszą i gorszą nawet na sacrum i profanum, który to podział dla osoby medytującej jest sztuczny, jest właśnie jedną z projekcji wytworzonych przez nasz umysł. Medytacja uczy nas, że nie musimy niczego wymyślać a raczej uczyć się przyjmować z wdzięcznością to, co życie i Bóg, który jest dawcą życia wymyśliły dla nas.

Podejmując praktykę medytacji pamiętajmy, że jest ona nade wszystko trwaniem w zaufaniu. Ważne jest, aby trać w bezruchu, który przyczynia się do większego skupienia, można przymknąć delikatnie oczy i wsłuchać się w wypowiadane w ciszy naszego serca i w rytmie oddechu wezwanie, pozwalając by to Imię porwało nas z prądem łaski, jaką niesie. Pozwólmy sobie, aby medytacja była nie tyle wysiłkiem i zmaganiem, co odpoczynkiem w obecności Boga, w objęciach Jego miłości. Ona zaś zrobi resztę – poprowadzi nas do doświadczenia ciszy, Obecności i wewnętrznej wolności.

Święto Zwiastowania

W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, [błogosławiona jesteś między niewiastami]. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam pożycia z mężem? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa. Wtedy odszedł od Niej anioł. [Łk 1, 26-38]

Ilekroć miałem okazje być w Nazarecie, tylekroć zazdrościłem Maryi tej ciszy Nazaretu zanurzonego w południowym słońcu, bo mnie niegdyś nie dane było zaznać ciszy ani w samym mieście, pełnym sprzedających i pragnących zarobić na turystach mieszkańców Nazaretu ani w samej bazylice, gdzie wciąż przewijają się tłumy turystów od których próżno szukać zrozumienia dla uszanowania ciszy. Raz nawet miałem szczęście być w jednej z nielicznych grup wpuszczanych przez władze Izraela za świeżo postawiony mur na granicy Izraelsko – Palestyńskiej, ale i wówczas natrafiliśmy na trzy wyjątkowo głośne grupy Włochów zwiedzających bazylikę. Tak więc „milczenie Nazaretu” pozostaje dla mnie jedynie dalekim wyobrażeniem.

Ta ewangeliczna scena opisująca odwiedziny archanioła Gabriela u Maryi odsłania przed nami coś z prawdy o Bogu i prawdy o człowieku.

Nieustannie zachwyca mnie delikatność Boga, który w osobie swojego anielskiego wysłannika zaprasza Maryję do współpracy w dziele zbawienia świata po czym milknie oczekując na odpowiedź ze strony człowieka. Bóg szanujący wolność człowieka, którą sam zresztą go obdarzył, dając mu do ręki potężna władzę.

Pisałem już o tym, że teologowie przez wieki głowili się, co by było gdyby Maryja nie odpowiedziała jednak na zaproszenie Boga przyniesione przez archanioła twierdząco? Z pewnością Bóg znalazłby inny sposób, inna osobę by wprowadzić na świat swojego Syna, ale oczywiście nie musiał. Kto jak kto, ale Bóg w przeciwieństwie do niedowierzających teologów był pewien odpowiedzi Maryi. W końcu to On ja ukształtował, to On osłonił Ją przed skażeniem grzechu, to wreszcie On znał Jej serce i wiedział, że na tej młodej Dziewczynie z Nazaretu z pewnością się nie zawiedzie.

Drugą prawdą, którą odsłania przed nami scena z dzisiejszej Ewangelii jest prawda o człowieku. Maryja wypowiadając swoje „fiat” całkowicie zawierza swoje życie w Bogu, choć nie może wiedzieć, jakie konsekwencji przyniesie Jej zgoda wypowiedziana wobec Bożego posłańca. Ale wie jednio, że na Bogu zawieść się nie można, więc nie ma obiekcji co do zaufania. Maryja godzi się swoim „tak” na wejście w tajemnicę. My często obawiamy się tajemnic. Nie lubimy, gdy coś nas zaskakuje. Wolimy gdy wszystko w naszym życiu jest przewidywalne, poukładane… Tymczasem Bóg zaprasza nas do zgody na tajemnicę, bo pragnie nas nieustannie zaskakiwać. I chce, aby z tego zaskakiwania rodził się nasz zachwyt wobec działania Boga w naszym życiu. Maryja, godząc się na propozycję archanioła Gabriela, idzie w ciemność. Wiara bowiem, jak pisał ks. Dajczer zakłada, że musimy zgodzić się na kroczenie w ciemności, gdzie jedynym światłem będzie to, które płynie z obecności i działania w nas Bożego Ducha.

Bez wątpienia dla Maryi zaskoczeniem była wizyta anioła w Jej domu. Później przyszły kolejne zaskoczenia, ale gdyby Maryja nie wyraziła na nie zgody nie miałaby okazji doświadczyć zadziwiającego działania Boga w Jej życiu. Tak jak drogę poznajemy idąc nią, tak Boga poznajemy przez zaufanie Mu. To ważna lekcja wiary, jakiej pragnie nas nauczyć Maryja. Bez zawierzenia Bogu, bez całkowitego złożenia w Jego ręce naszego życia nie będziemy mieli szansy doświadczyć mocy Jego działania. Moc najwyższego pragnie także nas osłaniać, ale żeby móc doświadczyć tej mocy trzeba zaufać i zrezygnować z tworzenia własnych scenariuszy radzenia sobie z różnymi trudnymi sytuacjami. My niestety wolimy sami niepokoić się i zamartwiać naszymi problemami i dlatego „ograniczamy” możliwości całkowitego powierzenia się Bogu a co za tym idzie doświadczenia prawdziwości Jego obietnic, że On sam będzie się o nas troszczył, jeśli Mu tylko bezgranicznie zaufamy.

„Niech mi się stanie według Twego słowa”. Jak często te słowa – oznaczające doskonałe posłuszeństwo  i całkowite powierzenie życia woli Bożej – potrafimy wypowiadać bez zastrzeżeń i stawiania warunków, jako naszą osobistą modlitwę. A śmiem twierdzić, że bez tego warunku nie ma prawdziwie i głęboko przeżywanej wiary i chrześcijaństwa.

Raz jeszcze powtórzę, że dla Maryi wyrażenie zgody na propozycję Boga przyniesioną przez anioła oznaczało wejście w ciemność. Ale ona nie wystraszyła się tej ciemności. Światło, które nosiła w sobie rozpraszało mroki. Każdy kolejny dzień miał być rozważaniem i próbą zrozumienia tego, co się stało. Bo zaufanie do Boga sprawdza się i umacnia podczas prób i doświadczeń. Anioł nie dał przecież Maryi gotowego scenariusza kolejnych dni ani miesięcy życia. Właściwie powiedział Jej bardzo niewiele. Maryja odpowiedziała na głos Boga, ale nie wiedziała w jaki sposób ta obietnica będzie się realizowała i jak teraz będzie wyglądała jej codzienność. Wiemy, że po odejściu archanioła rozpoczął się w życiu Maryi piękny, ale i jednocześnie bardzo trudny czas, wymagający od niej wielkiego zaufania Bogu i Jego słowu. Zresztą Bóg nigdzie w Biblii nie obiecał, że temu, kto chce iść drogą wiary będzie łatwo.

Ta dzisiejsza Ewangelia przypomina, że każda i każdy z nas jest zaproszony do konkretnej i pięknej misji bycia narzędziem Boga w świecie, ale na Jego warunkach. My tak bardzo byśmy chcieli, żeby wszystko było jasne od początku do końca. Chcielibyśmy mieć wszystko pod kontrolą, bo wtedy czujemy się pewnie. Chcielibyśmy mieć gotowy plan i wiedzieć, kiedy przyjdą trudności i czego będą dotyczyły. Chcielibyśmy chętnie pójść za zaproszeniem Boga, ale na naszych warunkach. Ale takie postawienie sprawy ma niewiele wspólnego z prawdziwą wiara i chrześcijaństwem. Jeśli zatem ktoś nie jest gotów zaufać Bogu, to może lepiej, żeby na drogę wiary nie wchodził. Przykład Maryi pokazuje mi, że przygoda wiary rzadko układa się tak jakbyśmy my tego chcieli. A jeśli pokrywa się z naszymi planami i oczekiwaniami, to warto zapytać czy nie jest to karykatura wiary? Przypominają mi się tu mocne słowa Jezusa z Ewangelii: „Nie każdy, który Mi mówi: ‹‹Panie, Panie!››, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: ‹‹Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia, i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?›› Wtedy oświadczę im: ‹‹Nigdy was nie znałem.››” [Mt 7, 21-23] Wiara ma sens tylko wtedy, gdy jest oparta na zaufaniu Bogu. „Choćby wokół było ciemno i wszystko wydawało się bez sensu, trzymaj się Boga, a zwyciężysz” – zwykł mawiać ojciec Dolindo do swych duchowych córek.

Logo chrześcijańsko-muzułmańskich obchodów Święta Zwiastowania

Na koniec dam jeszcze świadectwo, że dziś jest też szczególne i jedyne wspólnie obchodzone święto przez chrześcijan i przez naszych braci muzułmanów. Z tej okazji w Collegium Bobolanum odbyło się dziś modlitewne spotkanie chrześcijańsko–muzułmańskie pod hasłem „Maryja wzorem zawierzenia i poddania Bogu” z racji przezywanej dziś uroczystości Zwiastowania  Pańskiego. Idea chrześcijańsko-muzułmańskiego świętowania Uroczystości Zwiastowania bezpośrednio nawiązuje do corocznych obchodów tego święta w Libanie, które pod hasłem „Razem wokół Maryi, naszej Pani” gromadzi na modlitwie przedstawicieli kościołów katolickiego, prawosławnego oraz muzułmańskich sunnitów i szyitów. Jest to tzw. Libański Dzień Zwiastowania. U źródeł święta leży sen jednego człowieka, który nazywa się Nagy el-Khoury i jest maronitą. Przez siedem lat powracał do niego sen, w którym w jednym miejscu, jakby w wielkim namiocie, otwartym ku niebu, modlą się chrześcijanie i muzułmanie, każdy na swój sposób, patrząc w niebo. Pierwsze z takich wspólnych modlitewnych spotkań miało miejsce 25 marca 2007 roku. Od tamtego wydarzenia odbywają się one co roku. Obejmują one świadectwa, modlitwy, śpiewy. Nadal są transmitowane przez telewizję. Ogląda je setki tysięcy widzów w Libanie i na całym świecie. Wokół inicjatywy wytworzyła się nowa islamsko-chrześcijańska „kultura maryjna”. Powstała ikona Zwiastowania, na której widnieje opis tego wydarzenia z Ewangelii i z Koranu (po raz pierwszy tekst ze świętej księgi islamu został zaakceptowany na chrześcijańskim obrazie!). Napisano międzyreligijne „Ave Maria”, co roku powstają nowe piosenki na cześć Maryi i modlitwy sufickie. Od 2010 roku uroczystość Zwiastowania Pańskiego jest w Libanie dniem wolnym od pracy, dniem refleksji nad osobą Maryi w duchu jedności narodowej. Muzułmanie bowiem żywią cześć dla Maryi, jako dla Matki wielkiego Proroka, jakim dla nich był Jezus. Od 2018 roku święto obchodzone jest wspólnie również przez chrześcijan i muzułmanów w Jordanii. Międzyreligijna formuła tego święta cieszy się poparciem Stolicy Apostolskiej od czasu pontyfikatu papieża Benedykta XVI, który w 2012 roku ją zaakceptował i pobłogosławił wspólnym obchodom tego święta.

Ikona zwiastowania ze wspólnymi wersetami z Biblii i Koranu