“Dziś wiem, że powinienem być
nie lustrem, w którym inny dostrzega
swoją ułomność, lecz oknem,
przez które może dostrzec światło”
ojciec Jan M. Bereza OSB

Dziś także przypada kolejna – ósma rocznica – śmierci ojca Jana Berezy, mnicha benedyktyńskiego, nauczyciela medytacji, twórcy Lubińskiego Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej, bez którego nie byłoby ani takiego ks. Marka, jakim jest dzisiaj, ani takiego ojca Maksymiliana, jakim jest dzisiaj, ani setek innych osób, którym Bóg dal łaskę zetknięcia się z tym benedyktyńskim mnichem.
Do dziś mam przed oczami moment, w którym otrzymałem od jednego z benedyktyńskich oblatów sms-a z wiadomością o śmierci ojca Jana. Pomimo iż wiedziałem, że trafił do szpitala pierwszą reakcją był szok, niedowierzanie i wielki smutek. Przeżycie tamtej chwili – 20 lutego 2011 roku – a była to niedziela wciąż jest we mnie żywe, tak jakby to stało się wczoraj.
A można powiedzieć, że spotkałem ojca Jana przez „przypadek”. Pod koniec lat osiemdziesiątych zaniosło mnie do Krakowa, na studia, gdzie związałem się z benedyktynami tynieckimi. Przez kolejne lata miałem szczęście korzystać z duchowego towarzyszenia ojca Adama Kozłowskiego. Późniejszego opata tynieckiego. I to właśnie on opowiedział mi jako pierwszy o ojcu Janie znając moja drogę duchową, w tym doświadczenie medytacji, które od hinduskiego guru doprowadziło mnie do odkrycia chrześcijańskiej wersji tego doświadczenia w odsłonie o. Johannesa Lotza, jezuity, biblisty, nauczyciela medytacji chrześcijańskiej. Wspólnotę inspirowaną jego nauczaniem znalazłem właśnie w Krakowie w czasie studiów. Pomimo tego, że benedyktyni różnie zapatrywali się na „eksperymenty” ojca Jana z medytacją, to jednak wielka otwartość artystycznego serca ojca Adama Kozłowskiego skłoniły mnie, abym przekroczył progi benedyktyńskiego klasztoru w Lubiniu, o którym wcześniej nawet nie maiłem pojęcia. Nie stało się to jednak od razu.
Był początek lat dziewięćdziesiątych (dokładnie rok 1992), ja byłem już pilnym studentem seminarium warszawskiego, kiedy to w czasie wakacji postanowiłem się wybrać do Lubinia. I wówczas zaczęła się moja wielka życiowo – duchowo – przyjacielska przygoda, której na imię ojciec Jan! Pierwsze spotkanie i pierwszy szok – ojciec Jan jakby znał mnie od lat. Po drugiej rozmowie tego dnia, w którym przyjechałem do klasztoru dał mi z sześć książek i powiedział, żebym przeczytał, to pogadamy. Zapomniał tylko dodać, że mam to przeczytać przez noc. I to był nasz stały rytuał.
Potem, gdy przyjeżdżałem do Lubinia już jako kapłan rytuał się powtarzał. Wieczorem Jan dawał mi stos książek a rano pytał: „I jak, przeczytałeś?” Dlatego nie pamiętam, żebym kiedyś z Lubinia wrócił wypoczęty. Nie lubiłem tam jeździć w trakcie odbywających się sesji medytacyjnych, bo Jan zawsze był rozrywany. Kiedy jeździłem poza nimi było więcej okazji, żeby się spotkać i pogadać nieraz o sprawach banalnych, innym razem o bardzo poważnych i głębokich. W wielu kwestiach się nie zgadzaliśmy, choć Jan był przekonującym rozmówcą (w końcu filozof), w innych byliśmy jednomyślni. Jako praktyk nauczył mnie tez zupełnie inaczej patrzeć na medytację, bo dzieliliśmy w pewnym sensie wspólne doświadczenie dojścia do niej: On przez studiowanie filozofii indyjskiej i fascynację zen; ja przez pierwsze doświadczenie medytacji w indyjskim aśramie i poszukiwanie tego, co łączy różne doświadczenia medytacyjne, by w końcu jej bijące źródło odnaleźć w chrześcijaństwie.
Mam tez świadomość, że nie byłoby wspólnoty medytacyjnej, której od lat towarzyszę w Warszawie, gdyby nie ojciec Jan i jego mocna namowa.
Dzieliliśmy także z ojcem Janem pasję fotografowania. Ja nieco mniej niż on, ale za to mogłem się od niego nauczyć. Pamiętam jego fascynację, ale też ogromną wiedzę, gdy przyjechałem do Lubinia z nową cyfrową lustrzanką. Jak się domyślacie mogłem jej poużywać jak… znowu opuściłem klasztor.
Udawało nam się też spotkać choćby na kilka chwil przy zielonej herbacie gdy Jan przyjeżdżał do Warszawy. Przez kilka lat pracowaliśmy razem w Komisji Episkopatu Polski d.s. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi, w której Jan był specjalista od buddyzmu. Najdziwniejsze jednak były zawsze spotkania z zaskoczenia. Gdy ojciec Jan przyjeżdżał do stolicy często na przykład lubił wpaść do Tygmontu – znanego klubu jazzowego, który prowadzi jego kolega z lat młodości (to znajomość jeszcze ze studenckiego klubu Riviera-Remont), gdzie razem grywali. Kiedyś wchodzimy do klubu, Jan w długim do kostek beżowym prochowcu a tu jeden ze znanych jazzowych muzyków przerywa grę, schodzi ze sceny, żeby uściskać Jana, którego dawno nie widział. Wszyscy siedzący w Tygmoncie pytali potem: „Co to za gwiazda?”
Wiele by można pisać o nieopisanych spotkaniach, rozmowach, wspólnych medytacjach. Kiedyś pewien mądry człowiek powiedział: „Gwiazda, która płonie podwójną jasnością, dwa razy szybciej się spala”. Przypomniał mi się ten cytat w dniu śmierci ojca Jana. Nie mam wątpliwości, że płonął Bożym światłem i zapalał nim innych a że płonął szczególnie mocnym światłem toteż po ludzku mówiąc, zbyt szybko się spalił.
Ojcze Janie dziękujemy za to, że stałeś się Bożym darem dla nas i pamiętamy! Ufamy, że i Ty pamiętasz o nas, gdy czasem odkładając mandolinę spoglądasz przez uchylone okno z domu Ojca na ziemię.
Jezus i uczniowie przyszli do Betsaidy. Tam przyprowadzili Mu niewidomego i prosili, żeby się go dotknął.
On ujął niewidomego za rękę i wyprowadził go poza wieś. Zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał: „Czy widzisz co?” A gdy przejrzał, powiedział: „Widzę ludzi, bo gdy chodzą, dostrzegam ich niby drzewa”. Potem znowu położył ręce na jego oczy. I przejrzał on zupełnie, i został uzdrowiony; wszystko widział teraz jasno i wyraźnie. (Mk 8,22-25)
Dzisiejsza Ewangelia uświadamia nam, że duchowe uzdrowienie człowieka wymaga niejednokrotnie czasu. Przyczyny są różne. Gdyby wziąć np. jako przykład uzdrowienie z egoizmu czy pychy – bodaj najczęstszych chorób duchowych człowieka, trzeba pamiętać, że są one chorobami naszej woli, a ją Bóg szanuje bezwzględnie.
Nie mniej możemy być pewni naszego uzdrowienia duchowego, jeśli tylko pozwolimy Jezusowi, by On działał po swojemu. Bez wątpienia przestrzenią, w której Chrystus nas uzdrawia jest modlitwa. A najbardziej skuteczną modlitwą jest ta, w której dajemy pierwszeństwo działania Jezusowi. I w ten sposób dochodzimy znów do modlitwy monologicznej – do tej praktyki medytacji, która jest naszym udziałem w czasie tych spotkań. Przykład niewidomego z dzisiejszej Ewangelii jest dobrym tego obrazem. Ewangelista opisuje, że Jezus „ujął go za rękę i wyprowadził” na miejsce osobne, w ciszę. Uzdrowienie dokonuje się gdy Bohater Ewangelii jest sam na sam z Jezusem. Bóg potrzebuje naszego czasu, naszego zaangażowania i nawiązania osobistej relacji z Nim, by nas uzdrowić. Dlatego droga do uzdrowienia każdego człowieka będzie inna, tak jak każdy z nas jest inny. Podobnie jak modlitwa – będzie autentyczna tylko wówczas, gdy będzie bardzo osobista: czyli taka, w którą włożę moje serce.
Może się pozornie wydawać, że medytacja monologiczna przebiega według takiego samego schematu: cisza – spokojny oddech – powtarzane w sercu (niczym mantra) modlitewne wezwanie: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” lub „Jezu, Ufam Tobie”… Ale za każdym razem jest to inne modlitwa, nacechowana naszą indywidualnością, głębią naszej wiary, jakością zaufania do Jezusa, przed którym w tej modlitwie otwieram swoje serce po to, aby On je wypełnił łaską, która dostosowuje do mojej własnej osoby i sytuacji.
Medytacja monologiczna to właśnie modlitwa, w której pozwalamy się Jezusowi ująć za rękę i poprowadzić w doświadczenie kontemplacyjnej ciszy, gdyż cisza ma tę niezwykłą moc, że otwiera wnętrze człowieka nie tylko na głębsze wymiary rzeczywistości, ale i pozwalającej dzięki uzyskanej w ten sposób perspektywie inaczej i mądrzej spojrzeć na otaczający nas świat, uporządkować nasze wartości i postawy (co zawsze możemy uczynić jedynie od wewnątrz). Tak rozumiana cisza – jak pisze franciszkanin ojciec Richard Rohr – staje się wręcz podstawą całej rzeczywistości, pozwala objąć i przezwyciężyć istniejące w świecie i w człowieku podziały, dychotomie i dualizmy, poprowadzić do harmonii. Cisza jest nieodzownym składnikiem życia duchowego, prowadzącym do głębszego kontaktu z tym, co istnieje, do pełnego przezywania każdej chwili, do przemiany naszej świadomości, do sedna modlitwy, do doświadczenia obecności Boga”.
Jezus zeszedł z dwunastoma Apostołami na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i z Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu.
A On podniósł oczy na swoich uczniów i mówił:
„Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże.
Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni.
Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie.
Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom.
Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą.
Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie.
Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie.
Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem ojcowie ich czynili fałszywym prorokom”. (Łk 6,17.20-26)
Sądzę, że większość ludzi, zapytana o to: Czy chcą być szczęśliwi, odpowiedziałaby na to pytanie twierdząco, choć każdy drogę do realizacji szczęścia widziałby inaczej. Dla jednych szczęście kojarzyłoby się ze zdrowiem i dostatnim życiem, dla innych oznaczałoby ono rodzinę i jej dobro, jeszcze dla innych karierę, dobre zarobki, które pozwalają realizować swoje pasje…
W dzisiejszej Ewangelii Jezus także pragnie wskazać drogę do szczęścia, choć wczytując się w Jego propozycję niewielu gotowych byłoby zapewne podzielić Jego wizję szczęścia. Jezus zestawiając bowiem swoje błogosławieństwa, z odpowiadającymi im biada wywraca do góry nogami naszą wizję tego czym jest szczęście. Oczywiście propozycja Jezusa jest dla ludzi wiary, bo tylko w jej świetle można zrozumieć paradoks Chrystusowych zestawień.
Kluczem do zrozumienia Jezusowej wizji szczęścia jest uznanie, że poza Bogiem nic tego szczęścia nam nie da. Dlatego Jezus mówiąc o człowieku ubogim jako szczęśliwym ma na myśli nie tylko ubóstwo w znaczeniu materialnym, jak zwykliśmy najczęściej to interpretować. Człowiek ubogi to człowiek, który zgodnie ze starą, polską etymologią tego słowa – to człowiek, który ma wszystko u Boga, czyli to człowiek wolny od przywiązania do czegokolwiek na tym świecie, człowiek upatrujący swoje szczęście w Bogu i posłuszeństwie Jego woli. Nie pragnący niczego bardziej niż samego Boga. Święty Ignacy uczył o tzw. indyferencji, czyli świętej obojętności wobec wszystkiego, co nie jest Bogiem i co nie jest zgodne z Jego wolą: „Tak więc chodzi o to, byśmy ze swojej strony nie pragnęli bardziej zdrowia niż choroby, bogactwa niż ubóstwa, szacunku niż pogardy, życia długiego niż krótkiego; i – co za tym idzie – byśmy spośród wszystkich pozostałych rzeczy pragnęli tylko tego i to tylko wybierali, co nas bardziej prowadzi do celu, dla którego zostaliśmy stworzeni”. A tym celem jest oddawanie chwały Bogu, miłowanie wszystkiego w Bogu i ze względu na Boga a w konsekwencji życie wieczne dzielone z Bogiem.
Jezus mówiąc „Błogosławieni jesteście, ubodzy”, zestawia z nim przestrogę „biada wam, bogaczom, jako dopełnienie obrazu szczęścia, który rysuje. Czy zatem posiadanie rzeczy jest czymś złym? Nie o to chodzi Jezusowi. Problem polega na tym, że dobrobyt, bogactwo dla wielu ludzi stają się celem samym w sobie, który przesłania wszystko inne, a zwłaszcza Boga, ale bywa też i nie rzadko że człowieka. Wielu gotowych jest powiększać swoje bogactwo kosztem innych. A taka wizja nie może mieć już nic wspólnego z Ewangelią. Gonitwa za pieniędzmi nie daje szczęścia. Zawsze będzie ich mało. Dlatego Jezus proponuje drogę ubóstwa jako drogę wolności od żądzy posiadania, od niezdrowego przywiązania do dóbr materialnych. Ubodzy potrafią błogosławić Boga i dziękować Mu w każdym, nawet najtrudniejszym położeniu. Najlepszym przykładem jest tu biblijny Hiob z jego ciągle powtarzającym się życiowym mottem: Bóg dał, Bóg zabrał, niech imię Pańskie będzie błogosławione” oraz „Nago wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę”.
„Błogosławieni, którzy teraz głodujecie” Jezus zestawia z: „biada wam, którzy teraz jesteście syci”. Jest w tym coś paradoksalnego, bo przecież szczęście kojarzy się często z zaspokojeniem głodu ciała i duszy. Jedzenie i picie – to wartości, które pochodzą od Boga. Chodzi jednak o to, aby nie uczynić z nich bożka. By nie uwięzić swojej pasji szczęścia w pogoni za zmysłowymi doznaniami. By nie wpaść w samonakręcający się schemat uzależnienia, które domaga się coraz większej dawki doznań. By nie szukać zaspokojenia głodu nieskończoności w rzeczach skończonych.
Dalej słyszymy, że „Błogosławieni są ci, którzy teraz płaczą”. Czyżby Bóg zabraniał nam śmiechu, żartu, zwykłych codziennych radości? Absolutnie nie. To normalne, że nie chcemy być smutni i poszukujemy pozytywnych emocji. Rzecz w tym, że i w tej dziedzinie trzeba zachować wolność. Emocjonalny komfort, na który dziś tak bardzo kładzie się akcent, nie jest tym samym co szczęście. Człowiek łatwo uzależnia się od emocjonalnej satysfakcji i wciąż oczekuje jej więcej. Życie nie polega jednak na tym, aby zawsze czuć się komfortowo i kolekcjonować doznania. Czy łzy, czyli zdolność do przyjęcia cierpienia, nie są znakiem tego, że naprawdę kochamy?
Ostatecznie, jak pisze jeden z wielkich współczesnych teologów, jeśli wsłuchamy się w Jezusowe Błogosławieństwa z wiarą dostrzeżemy, że są one nade wszystko portretem życia samego Jezusa i to ukrzyżowanego. Na krzyżu sam Jezus był ubogi, głodny, smutny, odrzucony przez swoich. I właśnie wtedy stał się największym błogosławieństwem dla człowieka i świata.
Odpowiedział mu Jezus: «Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście». Rzekł do Niego Filip: «Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy». Odpowiedział mu Jezus: «Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. [J 14,6 -9]
Wszyscy posiadamy doświadczenie drogi. Od wczesnego dzieciństwa korzystamy z różnych dróg. Droga jest łącznikiem pomiędzy polami, lasami, jeziorami, wioskami, miastami, państwami. Każda droga dokądś prowadzi, nie jest drogą donikąd. Człowiek obierający jakąś drogę, obiera zarazem jakiś cel. Chce osiągnąć jakiś cel swej wędrówki czy podróży.
Jezus w swojej Ewangelii mówi do nas również o tym, że jest naszą Drogą.
W jakim sensie Chrystus jest naszą drogą? Jaka jest to droga i dokąd ta droga nas prowadzi? Chrystus jest najpierw drogą do nas samych, do mnie samego. Nikt nie może odkryć, „osiągnąć” siebie samego bez Chrystusa. O tym mówił św. Jan Paweł II mówił do nas w Warszawie w czasie swojej pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny: „Chrystus – to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie”.
W świetle tych słów można powiedzieć, iż Chrystus jest dla człowieka „drogą” do odkrycia prawdy o sobie samym.
Chrystus jest także drogą do drugiego człowieka. Tylko poprzez Chrystusa, w Jego stylu, w Jego prawdzie i miłości można odkryć, spotkać, doświadczyć i zawiązać najsilniejszą więź z drugim człowiekiem.
Wreszcie Chrystus jest naszą drogą do Boga: „Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie” (J 14,6b). Zatem dojście do Ojca jest możliwe jedynie przez Chrystusa. Chodzi tu zarówno o dojście do poznania Boga, jak i do zbawienia, do którego przychodzi się jedynie przez Chrystusa i którego tylko On jest gwarantem.
Podążanie tą drogą, jaką jest Chrystus łączy się niechybnie z prawdą. Dlatego też Chrystus nie waha się powiedzieć o sobie, że jest także Prawdą.
Oczywiście jest tak, ponieważ jest Bogiem a On jest źródłem wszelkiej prawdy. Ale też od Niego czerpiemy prawdę o Bogu i o nas samych. Bez Chrystusa nie można poznać pełnej prawdy o samym sobie. To Ewangelia Chrystusa przynosi nam ważną prawdę o tym, że jestem dzieckiem Boga, że od Boga wyszedłem i do Niego ostatecznie zdążam. Chrystus przynosi nam prawdę o naszej wielkości i zarazem o naszej małości. To On objawia nam prawdę o grzechu i potrzebie przebaczenia – usprawiedliwienia. Wreszcie to On odsłania przed nami rzeczywistą perspektywę życia w wieczności z Bogiem, którą tak często gubimy przez naszą krótkowzroczność i utkwienie naszego spojrzenia w tym, co doczesne.
Ktoś zapyta: Jak to się ma do doświadczenia medytacji? Medytacja, to codzienne wytrwałe wchodzenie na drogę, której na imię Chrystus. Poprzez nieustanne odwołanie się w tym doświadczeniu do Jego Imienia nie tylko potwierdzamy nasz wybór Chrystusa i Jego drogi, ale i to, że pragniemy idąc przez życie mocno się Go trzymać. Wsłuchując się w Jego słowo przyjmujmy Go ciągle na nowo jako naszą drogę, prawdę i życie, bo jak powiedział to już św. Augustyn „raz wybrawszy, codziennie wybierać muszę”. Medytacja, jak każda modlitwa to nic innego jak czerpanie sił od Chrystusa, z którym tworzymy relację miłości. Jak powiedział to kiedyś jeden z Małych Braci od Jezusa – Carlo Carretto: „Mając Jezusa jako Drogę, nie muszę już szukać innych dróg; uznając Go jako Prawdę, nie muszę oglądać się za inną nauką czy wiedzą, mając Jezusa jako Życie wiem, że nie znajdę lepszego życia poza Nim” [Zakochany w Bogu – autobiografia, Kraków 2003]. Niech ta świadomość odnalezienia naszej Drogi, Prawdy i Życia towarzyszy nam za każdym razem gdy w rytmie oddechu powtarzamy imię Jezus.
I na koniec jeszcze jedno świadectwo, które usłyszałem od osoby praktykującej od lat medytacje monologiczną: „Medytacja daje mi wolność od samego siebie. Przestaję wtedy widzieć Boga, innych i świat według utartej logiki. Medytować to dla mnie podążać drogą w imię Jezusa, to pozwolić, aby sam Duch Święty prowadził mnie, tak jak On chce”.
Zdarzyło się raz, gdy tłum cisnął się do Jezusa, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret, że zobaczył dwie łodzie, stojące przy brzegu, rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy.
Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: „Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów”. A Szymon odpowiedział: „Mistrzu, przez całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci”. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na wspólników w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały.
Widząc to, Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”. I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił”. I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim. (Łk 5,1-11)
Myślę, że tylko ktoś, kto zajmuje się zawodowo łowieniem ryb może zrozumieć zdziwienie Piotra, gdy Jezus, kończąc nauczanie, zwrócił się bezpośrednio do niego tymi słowami: „Wypłyń na głębię i zarzuć sieci na połów!” (Łk 5, 4). Piotr – zawodowy i doświadczony rybak wiedział, że połów o tej porze dnia nie miał sensu. Nie miał prawa się powieść! Całe życie Piotra to jego łódź, jego praca. To, co najbardziej niezwykłe w tej całej ewangelicznej opowieści, to fakt, że Piotr pozwolił, aby Jezus wkroczył w to życie, nawet jeśli w tamtej chwili wydawało mu się, że to, czego chce od niego Jezus nie ma żadnego sensu. Bez zgody na wkroczenie w jego życie Jezusa, życie Piotra nie zostałoby przemienione!
A teraz spróbujmy przełożyć tę Ewangelię na nasze życie. Gdyż Jezus patrzy na każdego z nas, tak jak wtedy patrzył na Piotra i zaprasza, abyśmy zaryzykowali i spotkali Jego samego. Jezusowi zależy na tym, abyśmy spotkali Go budując z nim osobistą więź. Bo na tym polega prawdziwe doświadczenie wiary: ona nie jest zbiorem różnych przekonań i prawd o Bogu, które nosimy w naszej głowie. Wiara jest dużo bardziej sprawą serca (nie umniejszając roli rozumu) a więc budowania relacji z Bogiem. I tylko wtedy ma sens, jeśli na tej relacji się opiera. Kiedy Jezus mówi, że chce byśmy byli Jego przyjaciółmi, to nie rzuca tych słów ot tak, ale wskazuje właśnie na budowanie relacji, jako fundamentu wiary.
Każdy z nas w głębi duszy pragnie spotkać się z Bogiem. W swoim życiu duchowym stale oczekujemy czegoś, co nas przemieni, czekamy, że się wydarzy coś tak wielkiego, tak niesamowitego, że się nawrócimy. Patrzymy w przyszłość, niewiele przy tym robiąc z naszą teraźniejszością. Z jednej strony bardzo chcemy zmiany w naszym życiu na lepsze, z drugiej zaś strony wolimy, aby pozostało takie, jakie jest. I tak żyjemy z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, trwając jakby w letargu, patrząc do przodu i nie będąc naprawdę w tym, co jest tu i teraz. A przecież nasze życie przeżywamy tu i teraz. Im głębiej i lepiej przeżyję chwilę obecną, tym lepiej i głębiej przeżyję całe moje życie.
„Wypłyń na głębię” – to jest również zaproszenie Jezusa dla nas w codzienności. Jeżeli chcemy w naszym życiu wydać owoce, musimy przekraczać siebie, swoje przyzwyczajenia, schematy. Inaczej wcześniej czy później przyzwyczaimy się do przeciętności. Przystosujemy do rutyny, reklamy, poddamy manipulacji tych, którzy najgłośniej krzyczą.
Pójście za tym, co mówi Jezus jest ryzykiem. Piotr podejmując to ryzyko przekracza poniekąd siebie, swoje zmęczenie, niebezpieczeństwo ośmieszenia. Ma odwagę, by wyjść poza granice kalkulacji, jaką daje mu doświadczenie i zaufać słowu Jezusa, dlatego może On przemienić serce Piotra.
W naszym codziennym życiu sukces niewątpliwie jest ważnym „motorem”. Ale w życiu duchowym nie jest to tak oczywiste. Ludzka mądrość, kalkulacje, inteligencja i triki nie wystarczą, by osiągnąć duchowe owoce. Ważna jest nasza praca, modlitwa, Eucharystia. Ale to wszystko bez zdania się przede wszystkim na łaskę, bez zaufania w Boże działanie stanie się co najwyżej dążeniem do perfekcjonizmu, a nie świętości. Świętość wymaga pokory, stanięcie w prawdzie i odwagi porzucenia własnych scenariuszy, by zaufać Jezusowi i Jego słowu.
Bóg kocha nas takich, jacy jesteśmy. Przyjęcie przez nas prawdy o nas samych, o naszej grzeszności pozwoli nam otworzyć się na działanie Bożej łaski, bo przecież „moc w słabości się doskonali”, a „gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska”. Zobaczmy, że Bóg na proroków czy apostołów wybiera grzeszników. Zarówno Izajaszowi, jak i św. Pawłowi, który nazywa siebie „poronionym płodem”, a także św. Piotrowi, który pada na kolana i woła do Jezusa: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny”, objawia się Bóg w ich codzienności. Wkracza w ich rzeczywistość nie na siłę, lecz dlatego, że Mu na to pozwalają. Największą przeszkodą w działaniu Pana Boga w naszym życiu nie jest grzech, ale pycha i brak zaufania. Pycha, która powoduje, iż tak uporczywie dążymy do tego, by być kimś, kim nie jesteśmy, że uciekamy tym samym od prawdy o nas samych a przy okazji od spotkania z Bogiem, które może dokonać się tylko w prawdzie.
„Wypłyń na głębię!” – mówi też Jezus do nas. Jednak gwarancją odnalezienia głębi życia jest otwarcie na słowo Boga i Jego łaskę.
Ale są też inne słowa, które Jezus chce nam dziś zostawić: „Nie bój się”. Gdy Mu zaufamy, zawierzymy, pozwolimy zapanować nad naszymi lękami, obawami, wtedy On poprowadzi nas na prawdziwą głębię. Uczmy się od Piotra nie ufać jedynie swojej logice i kalkulacjom, lecz słowu Jezusa, bo może nas ominąć coś zdumiewającego, co Bóg dla nas przygotował.