Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Jeśli się nie nawrócicie…

W tym czasie przyszli niektórzy i donieśli Jezusowi o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar.

Jezus im odpowiedział: ”Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloe i zabiła ich, było większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”.

I opowiedział im następującą przypowieść: ”Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika:

»Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia?«. Lecz on mu odpowiedział: »Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć«”. (Łk 13,1-9)

DLACZEGO? – to pytanie często rodzi się w umyśle człowieka ilekroć w jego życiu lub życiu bliskich mu osób pojawia się jakieś nieoczekiwane i zwykle trudne doświadczenie: choroba, nieszczęście, śmierć… Człowiek ze swej natury lubi wiedzieć, przekonany, że wiedza daje  mu tak konieczną, choć iluzoryczną zdolność panowania nad swoim życiem. Człowiekowi trudno zgodzić się na „nie wiem”, na to że obcuje z tajemnicą i jest to postawa, która dotyczy nie tylko czasów współczesnych.

W mentalności pokolenia Starego Testamentu (choć warto pytać czy i nie naszej) istnieje pokusa jednoznacznego wiązania nieszczęść, cierpienia, tragedii z grzechem. Jeśli komuś w życiu się nie wiedzie, spotyka go nieszczęście, tragedia, to często tak po cichu sobie myślimy: „widocznie zasłużył”. I zamiast żalu, współczucia pojawia się pycha, a może nawet cicha radość, zwłaszcza gdy tragedia dotyka ludzi, których z różnych racji nie darzymy sympatią.

Jezus odcina się od takiego punktu widzenia i chce nas także tego nauczyć. Daleki jest od jednoznacznego łączenia każdego wypadku i tragedii z winą, grzechem. Owszem, często cierpienie i tragedie ludzkie są wynikiem grzechu lub złego używania przez człowieka daru wolności. Niemniej są tragedie i cierpienia niezawinione, związane z egzystencją, życiem. Jest cierpienie, które pozostaje w największym stopniu tajemnicą. Stąd stawianie pytania: „Dlaczego” jest nie na miejscu. Jest próbą odarcia życia z tajemnicy, która jest jego naturalną składową. Człowiek nie musi znać odpowiedzi na każde pytanie i każdą wątpliwość, żeby móc dobrze przeżyć swoje życie.

Tym bardziej, że wiadomości o przemocy, zabójstwach, katastrofach naturalnych stanowią część życia człowieka na ziemi. Chcąc nie chcąc w jakiś sposób człowiek w nich uczestniczy, a słysząc o nich zadaje sobie pytania, które zamiast szukania odpowiedzi bywają nie rzadko nieświadomym oskarżaniem Boga. Jedno z nich, które się pojawia, to: gdzie w tym wszystkim był Bóg? Dlaczego dopuścił do śmierci? Dlaczego pozwala na cierpienie? Dlaczego pozwala na przemoc jednych ludzi wobec drugich?

Odpowiedzi na tak postawione pytania nie są łatwe. I znaczące, że sam Chrystus nie udziela na nie odpowiedzi a ta, której udziela też nie jest łatwa do … akceptacji (por. Łk 13,3.5). Ostatecznie pozostanie dla nas tajemnicą kwestia milczenia Boga wobec niesprawiedliwości, jakie często są udziałem człowieka.

Niezależnie czy pochodzą one od drugiego człowieka czy są efektem działań natury dotykają boleśnie i pozostawiają otwarte. A może jest tak, że pewne kwestie muszą ranić, aby zacząć się leczyć, żeby zmieniać myślenia człowieka, który jest przekonany, że wie najlepiej (w domyśle lepiej niż Bóg) jak powinny wyglądać świat i życie? Jeśli coś rani, to równocześnie daje sygnał. Nie istnieje życie bez ran! Istnieje jednakże również ich Lekarz! Ten Lekarz wypisał nam już receptę, ale trzeba ją zastosować, żeby lekarstwo zadziałało. Ta recepta zaprasza nas do nawrócenia.

O wiele ważniejsze jest wyciąganie wniosków z trudnych życiowych sytuacji. Co poprzez taką sytuację Bóg chce mi dzisiaj powiedzieć? Co ja sam mogę powiedzieć o sobie w konfrontacji z trudnymi, czy wręcz „granicznymi sytuacjami”? Z punktu widzenia wiary te sytuacje są „znakami”, poprzez które Bóg przemawia do nas i wzywa nas do nawrócenia, do przemiany serca „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”.

Nawrócenie posiada wymiar negatywny. Jest bolesne, ponieważ wymaga oderwania się od pewnego rodzaju stabilizacji do której przywykliśmy, wymaga zerwania zwłaszcza ze złymi przyzwyczajeniami, niewłaściwym sposobem myślenia, wartościowania, czy działania. Ale posiada również wymiar pozytywny: zrywa się ze złem po to, by poprzez dobro, do którego wracamy uczynić nasze życie bardziej zjednoczonym z Bogiem i owocnym dla innych. Nawrócenie jest wyjściem z ciemności duchowej nocy i ponownym zmierzaniem w kierunku światła. Jest zgodą, by prawo Boga działało w nas mocniej niż prawo grzechu, który zawsze w taki czy inny sposób zatrzymuje nas w drodze do rozwoju a w konsekwencji do zbawienia.

Nawrócenie jest też nadzieją, jest nową szansą. W piękny sposób obrazuje to przypowieść Jezusa o uschłym drzewie figowym. Wartość drzewa figowego mierzy się owocowaniem. Bez owoców – drzewo figowe nie ma większej wartości. Każdy z nas jest takim drzewem. Ale Bóg jest nieskończenie cierpliwy wobec nas i daje nam nowe możliwości nawrócenia. Ciągle mamy jeszcze ten ewangeliczny „rok”, by wydać owoce. Ale musimy mieć również świadomość, że kiedyś przyjdzie ten ostatni rok. I gdy nie wykorzystamy „ostatniej szansy”, czeka nas los uschłego drzewa figowego.

Czas wielkiego Postu, to czas który szczególnie mocno stawia przed nami pytanie o to, co we mnie wymaga nawrócenia? Z czym powinnam/powinienem dziś zerwać? Czy nie nadużywam cierpliwości Boga? I wreszcie: Jakie owoce przynosi moje życie?

Milczenie przez które mówi Bóg

Albowiem tak mówi Pan Bóg, Święty Izraela: «W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła. Ale wyście tego nie chcieli! (Iz 30,15)

Może kogoś zdziwić, że wybrałem dziś na wprowadzenie do medytacji tak krótki tekst z Pisma Świętego. Ale ten krótki tekst niesie tak głęboką treść, że wystarczyłby na wiele czytań i medytacji i jest nazywany duchowym testamentem Izajasza. Jest mi też szczególnie bliski po pierwsze ze względu na Izajasza – tego wielkopostnego proroka a po drugie dlatego, że od ponad trzydziestu lat wita mnie za każdym razem gdy przyjeżdżam do opactwa benedyktynów w Tyńcu, bo wypisany jest przy wejściu, tuż nad schodami prowadzącymi do domu gości.

Podczas niedawnego spotkania międzyreligijnego chrześcijan i muzułmanów jeden ze znajomych ojców jezuitów dzielił się świadectwem z kongresu, jak odbył się ostatnio na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie a poświęconego milczeniu. Jak wspomniał – towarzyszenie duchowe różnym osobom a także inne spotkania uświadamiają mu, że coraz więcej osób na Zachodzie szuka w dzisiejszym, tak bardzo rozkrzyczanym świecie milczenia. Mówiąc o tym poszukiwaniu często podkreślają, że nie chodzi o szukanie milczenia dla samego milczenia, ale o przekonanie, że cisza może stać się droga do odkrycia obecności Boga. Jak to określił jest to polifoniczne milczenie, czyli takie, które zawiera w sobie wielość znaczeń, sensów, a także pragnień, uczuć, miłości czy wreszcie rzeczonej Obecności.

Często z doświadczenia milczenia rodzi się słowo, ale jest to zupełnie inne słowo niż to, którego źródłem jest dyskusja, przeintelektualizowane rozważania czy tak powszechny współcześnie hałas. Od razu pomyślałem sobie o kontekście Nazaretu i wczorajszej uroczystości św. Józefa. Cecha Nazaretu jest właśnie milczenie. W Ewangelii Józef nie wypowiada żadnego słowa, Maryja niewiele. Lecz milczenie, Nazaretu, to milczenie które pozwoliło narodzić się Słowu Boga, które stało się Ciałem.   

To ciekawe, że szukanie Boga, jeśli jest prawdziwe budzi w człowieku pragnienie milczenia.

Kardynał Robert Sarah, prefekt Kongregacji Kultu Bożego i autor wydanej niedawno w Polsce książki „Moc milczenia” pisze w rzeczonej pozycji, że pierwszym językiem Boga jest cisza. Dlatego tak ważne w rozwoju życia duchowego jest by szukać ciszy i by ciszy nasłuchiwać.

Przypomina mi się w tym miejscu jednio z moich ulubionych zdań,  zaczerpniętych ze św. Jana od Krzyża: „Jedno Słowo wypowiedział Ojciec, którym jest Jego Syn, i to Słowo wypowiada nieustannie w wieczystym milczeniu. W milczeniu też powinna słuchać Go dusza”.

Powiedziano wcześniej, że św. Józef nie wypowiada w Ewangelii żadnego słowa. Przynajmniej ewangeliści tego nie odnotowują, choć bez wątpienia potrafi słuchać a do tego potrzebne jest milczenie. Jednak w komentarzu, który przeczytałem wczoraj w Internecie znalazłem stwierdzenie jednego z benedyktyńskich mnichów i biblistów, że Józef z cała pewnością musiał wypowiedzieć jedno słowo. Kiedy do Józefa przychodzi anioł, aby oznajmić mu we śnie, że jego małżonka porodzi syna, to zaznacza jednocześnie, że nada mu imię Jezus. I rzeczywiście, w tradycji hebrajskiej, w dniu obrzezania, gdy nadawano nowonarodzonemu dziecku imię pytano właśnie ojca o to jakie imię wybiera dla swojego dziecka. A zatem z całą pewnością nawet, jeśli Józef  wypowiada niewiele słów, musiał wypowiedzieć to najważniejsze dla niego imię: Jezus. W tym sensie może on być doskonałym patronem naszej medytacji zorientowanej na milczenie, które nie ma nić wspólnego pustą i zimną ciszą, ale jest nasłuchiwaniem imienia Jezus , które wybrzmiewając w ciszy naszego serca i umysłu pragnie się stać najważniejszym imieniem, na którego mocy opieramy tę modlitwę.  Jest taka znana i piękna piosenka śpiewana przez Eleni, której tekst powstał ponoć w oparciu o modlitwę pewnego irlandzkiego misjonarza:

Nim świt obudzi noc

dotykiem ciepłych mgieł,

Nim dzień ożywi świat,

Panie, przyjdź.

Słucham ciszy…

Zapraszam zatem do wchodzenia w medytację, która jest szukaniem ciszy a w niej szukaniem Boga w modlitwie, w adoracji, która jest nam też tutaj podarowana. Medytacja podobnie jak czas Wielkiego Postu jest zaproszeniem do stanięcia w milczeniu przed Bogiem, który wypełnia ciszę swoją obecnością i tę obecność pragnie rodzić w ciszy w naszych sercach.

Milczenie św. Józefa

Jakub był ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem.
Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego.
Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem prawym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.
Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”.
Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański. (Mt 1,16.18-21.24a)

Bardzo niewiele wiemy z Biblii o św. Józefie. Poza tym, że był z rodu królewskiego. „(…)Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem” (Mt 1,16) Wiemy też, że był z zawodu cieślą i opiekunem Jezusa w czasach Jego dzieciństwa. Można zatem śmiało powiedzieć, że dużo więcej nie wiemy o św. Józefie niż wiemy. W Ewangelii są jego czyny, ale nie ma ani jednego słowa.

Przecież był, opiekował się, więc moglibyśmy pokusić się o pytanie: to dlaczego milczał? Czy to milczenie św. Józefa samo w sobie coś nam „mówi”?  Może będąc powołanym na opiekuna Syna Bożego, całe jego życie było życiem „na fali zdumienia”? (por. „Tryptyk Rzymski”)

Życie św. Józefa jest wierną służbą Bogu i Jego Synowi. Jest to jedyna w swoim rodzaju sytuacja, kiedy ludzie (Józef i Maryja) służą Bogu w ten sposób, że się Nim opiekują… Sprawują rodzicielską władzę nad Jezusem jako Dzieckiem i jakby w nowym świetle ukazują się w tej sytuacji słowa Ewangelii, że nie władza jest najistotniejsza, lecz służba (por. Mt 20,25-28). W pewnym sensie można także powiedzieć, że każda rodzicielska władza jest służbą, zarówno służbą Bogu, jak i własnemu dziecku o tyle, o ile działanie rodziców płynie z miłości i ukierunkowane jest na dobro dziecka, które stopniowo osiąga samodzielność.

Jak pisze papież Benedykt XVI: „Obecność tych dwojga świętych (Maryi i Józefa) objęta jest tajemnicą communio sanctorum. Ich postawa opierając się przede wszystkim na wierności Bogu i Jego słowu, kieruje nasz wzrok na Jezusa – Tego, który był centrum ich życia i powinien stać także w centrum naszego życia.

Warto zatrzymać się dzisiaj przy postaci św. Józefa, który uczy nas w niezwykły sposób przeżywania tajemnicy swojej wiary jako relacji z Bogiem, która dla Józefa wcale nie jest łatwa. Bóg powierzył mu Maryję za małżonkę, która w tajemniczych dla Józefa okolicznościach za sprawą Ducha Świętego stała się brzemienną. Jakże trudno mu było to wszystko zrozumieć! Dal św. Józefa była to prawdziwa próba wiary i zaufania. Św. Józef wśród ciężkiej próby nie upadł na duchu, choć cierpiał, nie poddawał się rozpaczy, ani nie rozwodził żalów przed ludźmi. „W czasie smutku zły duch ma wielki wpływ na człowieka – pisze św. Ignacy – pod jego wpływem nic się nigdy dobrego nie zrobi. Gdy cię więc smutek napada, szukaj pociechy w modlitwie i w zasłuchaniu w słowo Boże”. Tak właśnie czyni św. Józef. Pozostało ufne powierzenie się Słowu Boga: „Józefie, nie bój się!”  Był mężem sprawiedliwym, który nosił w sobie całe dziedzictwo Starego Przymierza, dlatego zapewne modlił się często psalmami. Być może znajdował siłę w słowie, które mówi: „Powierz Panu swą drogę i zaufaj mu, a reszty On sam dokona, On sam będzie działał!” [Ps 37] Z pokorą poddał się więc rytmowi Bożych Obietnic.

Św. Józef uczy nas także milczenia. Ewangeliści nie odnotowali żadnego zdania wypowiedzianego przez św. Józefa. Być może chcieli nam powiedzieć o milczeniu Nazaretu o którym tak pięknie mówił papież Paweł VI: „Niech się odrodzi w nas szacunek dla milczenia, tej pięknej i niezastąpionej postawy ducha. Jakże jest nam ona konieczna w naszym współczesnym życiu, pełnym niepokoju i napięcia, wśród jego zamętu, zgiełku i wrzawy. O, milczenie Nazaretu, naucz nas skupienia i wejścia w siebie, otwarcia się na Boże natchnienia i słowa nauczycieli prawdy; naucz nas potrzeby i wartości przygotowania, studium, rozważania, osobistego życia wewnętrznego i modlitwy, której Bóg wysłuchuje w skrytości. Jest jeszcze i lekcja życia rodzinnego. Niech Nazaret nauczy nas, czym jest rodzina, jej wspólnota miłości, jej surowe i proste piękno, jej święty i nierozerwalny charakter. Uczmy się od Nazaretu, że wychowanie rodzinne jest drogie i niezastąpione i że w sferze społecznej ma ono pierwszorzędne i niezrównane znaczenie”.

Milczenie św. Józefa może prowadzić nas jeszcze dalej i widzieć w nim mistrza kontemplacji.  Św. Józef miał ten szczególny przywilej, że jako człowiek mógł codziennie patrzeć na bawiącego się lub śpiącego w ramionach Maryi małego Jezusa. Mógł z nim rozmawiać. Mógł przekazywać Mu tajniki swojego zawodu. Jezus był sensem życia Józefa, dlatego bez wątpienia myśl o Dziecięciu i Jego Matce pomnażała zapał w jego codzienności. Św. Józef może być dla nas wzorem „szukania Boga we wszystkich rzeczach”.

Z milczeniem  św. Józefa łączy się też jeszcze jedna jego cecha, którą odsłaniają przed nami Ewangelie: Józef uczy nas też owocnego słuchania Bożego Słowa. Tak bardzo był nasycony Słowem, że umiał je rozpoznać także we śnie. To Słowo wypełniało całe jego serce! Zanurzony był w tradycji Izraela, w jego uszach nieustannie brzmiało wezwanie: „Szema Izrael”, słuchaj Izraelu! Dlatego uczy nas jak mamy być posłuszni Bożym natchnieniom.

Najbardziej jednak w kontemplowaniu postawy św. Józefa uderza mnie to, że on na co dzień doświadczał bliskości z Jezusem. W jednym ze swoich kazań znany niemiecki teolog, jezuita, Karl Rahner mówił: „Józef przyjął do swej rodziny Tego, który przyszedł lud swój odkupić z grzechów, to Święte, któremu wolno mu było nadać imię Jezus – <Bóg jest zbawieniem>. W milczeniu i wiernie służył odwiecznemu Słowu Ojca, które stało się dzieckiem tego ubogiego świata. I ludzie nazywali swego Odkupiciela Synem cieśli. A kiedy odwieczne Słowo dało o Sobie w świecie słyszeć poprzez orędzie Ewangelii, Józef odszedł z tego świata niepostrzeżenie jak ktoś, kto spełnił swój cichy obowiązek. Ale życie tego szarego człowieka miało treść – tę jedyną treść, o którą w każdym życiu ostatecznie chodzi: Boga i Jego wcieloną Łaskę. Można było do niego powiedzieć: Sługo dobry i wierny! Wejdź do radości Pana twego”.

W jakim sensie to także rola dla każdej i każdego z nam, kto uwierzył Jezusowi, postawił Go w centrum swojego życia i każdego dnia zasłuchany jest w Jego słowo. Każdy z nas ma bowiem do spełnienia określone powołanie czy w wymiarze powszednim – zadanie. Patrzmy na przykład świętego Józefa, byśmy jak on byli wierni danemu powołaniu do końca naszych dni, w radości i w smutku, pośród trudności i gdy się wszystko dobrze układa. Będzie to możliwe, gdy będziemy starali się kochać Jezusa żarliwą miłością gotowi, by zapominać o sobie.

Na koniec warto podkreślić też, że św. Józef jest patronem także tych, którzy zagubili drogę do domu Ojca. On im przypomina, że jedyną Drogą powrotu jest Jezus.

Św. Józefa wymienia się jako patrona ubogich, robotników, uchodźców, konających, jako wzór człowieka modlitwy, czystości serca, jako wzór ojcostwa. Duchowego przewodnika i towarzysza może zatem w św. Józefie znaleźć niemal każdy po to by czerpać z duchowego bogactwa życia tego świętego człowieka św. Józefa. Mówiąc o Matce Bożej zwykliśmy myśleć o niej jako o Tej, która wskazuje nam drogę do Jezusa i oręduje za nami przed Nim. Św. Józef natomiast może nam wskazywać drogę do Jezusa i do Maryi. Może warto korzystać z dobrodziejstwa jego  duchowej opieki, jeśli jeszcze dotąd tego nie zrobiliśmy.

Święty Józefie,

Ty, który dobrze znasz potrzeby naszego serca,

Ojcze milczenia,

do Syna Bożego nas prowadź

każdego dnia. Amen

Góra

Jezus wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe. A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie. Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwóch mężów, stojących przy Nim.

Gdy oni odchodzili od Niego, Piotr rzekł do Jezusa: Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co mówi. Gdy jeszcze to mówił, zjawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy [tamci] weszli w obłok.

A z obłoku odezwał się głos: To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie! W chwili, gdy odezwał się ten głos, Jezus znalazł się sam.

A oni zachowali milczenie i w owym czasie nikomu nic nie oznajmili o tym, co widzieli. (Łk 9,28b-36)

Każdy, kto choć raz przeczytał Pismo Święte z łatwością dostrzeże, że często zabiera nas ono w góry. Góry bowiem w każdej bez wyjątku religii są miejscem szczególnym, uprzywilejowanym, miejscem z którego bliżej do nieba…  Gdy prześledzimy Stary Testament góry są miejscem, gdzie Bóg spotyka się z człowiekiem, aby go uświęcić, przemienić, pouczyć, poddać próbie, lub zawrzeć z nim przymierze: Abrahamowa Góra Moria, na której miał złożyć w ofierze Izaaka, góra Horeb, gdzie Mojżesz po raz pierwszy spotyka Boga a potem góra Synaj, gdzie otrzymuje tablice przymierza.  I ponownie góra Horeb, gdzie tym razem prorok Eliasz wchodzi w sferę sacrum i wreszcie góra Karmel, gdzie pokonuje fałszywych proroków, dowodząc prawdziwości istnienia Boga Jahwe.

Góry także w życiu Jezusa mają szczególne znaczenie. Pan wygłosił Kazanie na Górze przynoszący nowe prawo. Często udawał się na górę, aby się modlić,  wreszcie z Góry Oliwnej wstępuje do nieba.

Dzisiaj także Ewangelia zabiera nas na górę. Góra Tabor, to góra przemienienia. Widzimy Jezusa otoczonego blaskiem i obłok. Słyszymy głos, który mówi: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie”. Ten sam głos, który kiedyś obiecywał Abrahamowi błogosławione potomstwo, teraz objawia Potomka, w którym wypełni się całe błogosławieństwo. Ale to, co widzimy i słyszymy na górze Przemienienia, jest nadal tylko zapowiedzią.

Wypełnienie obietnicy dokona się dopiero na kolejnej górze – Golgocie – górze Ukrzyżowania. Bóg zatrzymał rękę Abrahama, gdy ten sięgnął po nóż, aby zabić swego syna. Śmierć Izaaka byłaby bezsensowna. To dopiero ofiara Syna Bożego, przynosi usprawiedliwienie. Bóg, który mówił do Abrahama, nie jest Bogiem okrutnym, nieludzkim. On staje się jednym z nas, żeby za nas siebie samego ofiarować.

W Ewangelii św. Jana Jezus mówi o sobie: „Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia” (8,12). Czas Wielkiego Postu jeszcze mocniej uświadamia nam, że wszyscy potrzebujemy tego światła. Tym bardziej, im bardziej żyjemy w ciemnościach grzechów, błędnych opinii, chorych namiętności. Wielki Post jest po to, aby zajaśniał nam Bóg, Jego chwała, piękno, majestat. Widzimy Go niewyraźnie, rozpoznajemy w znakach: sakramentach, w Słowie Bożym, w wydarzeniach życia. Potrzebujemy oświecenia, które będzie zarazem przebudzeniem do prawdziwego życia dzieci Bożych. Światło z nieba jest darem, ale my musimy wspiąć się na górę, aby zostać nim przenikniętym.

Jednak aby zdobyć szczyt  trzeba niemało wysiłku. Przyzna to pewnie każdy, kto po górach chodził i zdobywał ich szczyty.

Pokazuje nam zatem Chrystus Pan w swej Ewangelii, że doświadczenie świętości, doświadczenie bliskości i mocy Pana Jezusa, musi kosztować wiele trudu, pracy, determinacji. Myślę, że nie trzeba w jakiś szczególny sposób bronić tezy, że to, co lekkie, łatwe i przyjemne i przychodzące bez szczególnego wysiłku, zwykle jest podszyte złudnym dobrem, najczęściej kruchym i szybko się rozpadającym.

No i na koniec warto wrócić do zdania, które tylko dwa razy pojawia się w Ewangeliach: „To jest mój Syn wybrany, Jego słuchajcie”. Otóż wspomniany trud wędrowania apostołów na szczyt Taboru został nagrodzony w sposób niecodzienny. Raz, że zobaczyli dwóch wielkich świętych Starego Przymierza: Abrahama i Eliasza. Pierwszy, to patron nadziei; drugi – odwagi i wytrwałości. Bez tych dwóch cnót ciężko mogłoby być z realizacją woli Bożej w naszym życiu i w misji, jaką nam – swoim uczniom, podobnie jak apostołom zleca Chrystus.

Po drugie – i znacznie ważniejsze: Głos Boga utwierdził ich w pewności, że czas spędzony z tym Rabbim z Nazaretu nie jest czasem zmarnowanym. Potwierdził to sam Bóg, którego oni usłyszeli. Nic bardziej już nie mogło, po ludzku mówiąc, umocnić ich wiary. Na górze Tabor spotkał się Stary i Nowy Testament. Głos Boga był potwierdzeniem, że Jezus jest wypełnieniem Prawa i Proroków. Innymi słowy Stary Testament bez Jezusa pozostaje dziełem nieskończonym.

Co to oznacza dla nas? Nie zbawią nas same przykazania ani wsłuchiwanie się w proroctwa dawne i nowe. Zbawia tylko Jezus Chrystus. W Nim jest pełnia. On jest centrum całej historii świata. W Nim mam odnajdywać nadzieję. Wybierać tylko te drogi w życiu, które prowadzą ostatecznie do Niego.

Na mocy tego doświadczenia z Góry Tabor, Jan Apostoł i Ewangelista mógł później napisać: „Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam. Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim” (1 J 4, 16)

Święty Jan wiedział, co jest celem jego ziemskiej i duchowej wędrówki. My też musimy to wiedzieć, aby nie zagubić się w drodze. Znajomość celu życia motywuje do dalszej wędrówki, zwłaszcza w chwilach trudnych. Mrok, który nas otacza, gęstnieje nieraz tak bardzo, że tracimy wiarę w moc światła. Bóg podarowuje nam jednak wyjątkowe chwile łaski, tak jak podarował apostołom na Górze Tabor. Ta dzisiejsza Ewangelia, to ważna podpowiedź także dla nas. Celem życia ludzkiego jest ostatecznie przemienienie („przebóstwienie”). Jesteśmy zaproszeni do wejścia w światło, którym jest Bóg. Nie kiedyś, ale już teraz przez wiarę i świętość naszego życia.

Pomyśl dziś nad tym, gdzie jest twoja góra Tabor. Czy już ją zdobyłeś, czy nadal jeszcze się wspinasz…?

Słowo, które jest w sercu

Mówi Pismo: „Słowo jest blisko ciebie, na twoich ustach i w sercu twoim”. A jest to słowo wiary, którą głosimy. Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych, osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej do zbawienia. (Rz 10,8-10)

Pozwoliłem sobie wrócić w dzisiejszym wprowadzeniu do tekstu z listu św. Pawła Apostoła do Rzymian zaczerpniętego z liturgii pierwszej niedzieli Wielkiego Postu, który wraz z towarzysząca mu Ewangelią o wyprowadzeniu Jezusa na pustynię ukazuje sedno Wielkiego Postu, ale też sedno doświadczenia medytacji.

Medytacja a zwłaszcza medytacja monologiczna jest zaproszeniem do wyjścia na pustynię, która jest miejscem ogołocenia, ale też miejscem działania Boga, zasłuchania się w Jego słowo i wreszcie miejscem zmagania.

Gdy mowa o ogołoceniu, to w medytacji jest ono wyrażone przede wszystkim  odejściem od naszej wyobraźni, mnóstwa pragnień obecnych w naszym sercu na rzecz jednego pragnienia, jakim jest spotkanie z Bogiem; wielomówstwa, tak często obecnego w modlitwie, czy ograniczenia aktywności intelektualnej na rzecz ubóstwa i prostoty jednego wezwania, które powtarzane jest w nieskończoność w rytmie oddechu.

Gdy mowa o działaniu Boga, to medytacja jest przestrzenią, w której godzimy się na pewnego rodzaju bierność ze strony człowieka na rzecz działania Bożej łaski. To, co jest istotą tej modlitwy, to zasłuchanie w Słowo, o którym napisze św. Paweł, że „jest blisko ciebie, na twoich ustach i w twoim sercu”. To stwierdzenie apostoła przypomina mi też słowa św. Matki Teresy z Kalkuty, która zwykła mawiać, że jakość modlitwy nie zależy od ilości wypowiadanych słów, lecz od tego, co dzieje się w trakcje jej trwania w naszym sercu. Dlatego tak ważne jest, abyśmy przyglądali się naszemu sercu i tego, co dzieje się w nim w trakcie medytacji. To ono jest miejscem spotkania. Chrystus mówi do Alicji Lenczewskiej: „Nie róbcie żadnych wysiłków, nie napinajcie władz duszy jak cięciwy łuku, dajcie duchowi waszemu w spokoju i ciszy odprężyć się i otworzyć na działanie Moje. W sercu waszym mam celę, gdzie stale przebywam…” (Słowo Pouczenia)

Stare hebrajskie przysłowie mówi, że „gdy nauczyciel mówi, uczeń słucha słów mistrza i dzięki temu rozwija się”. Tak właśnie dzieje się w medytacji: człowiek wierzący, gdy jest zasłuchany w słowo Mistrza i Nauczyciela  – Jezusa, gdy regularnie spotyka się z Nim, gdy umie zamilknąć i wsłuchać się w Jego głos, wzrasta duchowo. Wzrasta wyłącznie dzięki Jego łasce.

W medytacji monologicznej powtarzanie wciąż jednego wezwania, odwołującego się do imienia Jezus sprawia, że przywracamy temu Imieniu pierwszeństwo w naszym życiu, a kiedy tak się dzieje zgodnie z sugestią św. Augustyna wszystko inne w naszym życiu wraca na właściwe miejsce.

I wreszcie medytacja – jak powiedziano – jest miejscem zmagania. Będzie to zmaganie z monotonią tej modlitwy, z niewygodą postawy, z rozproszeniami, które nas atakują, z buntem naszego ego, które jest w tej modlitwie odsunięte na dalszy plan na rzecz Jezusa i czuje się niedocenione… Wreszcie będzie to zmaganie z prawdą o sobie i naszymi ukrytymi w podświadomości demonami, które w doświadczeniu ciszy wychodzą, nie będąc kontrolowanymi przez nasz umysł. Kiedy jednak wzniesiemy się ponad to i mimo trudów i wewnętrznego zmagania wytrwamy, z obecnym w sercu pragnieniem Boga, z czasem doświadczymy przemożnego działania Bożej łaski, tego, że to ona niesie nas w tej modlitwie o ile poddamy się jej nurtowi a jednocześnie napełnia pokojem – tym obiecanym przez Jezusa – którego świat dać nie może, bo to Bóg jest jego źródłem.

Jezus chce zejść na dno naszego serca i tam do nas mówić, dotykać nas i przemieniać swoją miłująca obecnością. Trwanie na medytacji jest zgodą na to.