Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze. A wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: „Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?” I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. (Mk 6,1-5)
Kiedy spoglądamy na doświadczenie wiary lub niewiary człowieka można z łatwością zauważyć, że człowiek ma szczególną zdolność wyszukiwania dowolnych argumentów, usprawiedliwiających jego niewiarę w Boga. Takim argumentem może być zarówno niedostępność i „nadzwyczajność” Boga, jak i Jego wielka bliskość i „zwyczajność”… Jakąś tajemnicą pozostaje fakt, że te same argumenty, które służą jednym do umocnienia wiary w Boga innym służą do zaprzeczenia jej sensu.
Rzeczywiście, kiedy przyglądamy się sposobom objawiania się Boga może nas zdziwić, że objawia się On jednocześnie jako bliski i daleki, mocny i słaby, mały i wielki, groźny i łagodny, itd. Czy nie jest to jednak argument, który wzywa nas do wielkiej pokory wobec Boga. Tym bardziej, że On rzeczywiście jest nieskończenie bogaty w swych przymiotach.
Cechą człowieka jest wielka skłonność do „szukania dziury w całym” i dlatego nasza wiara rozwija się często z takimi oporami. Tymczasem prawdziwa wiara wymaga zawsze pokory, którą między innymi cechuje otwartość na absolutną „inność” i nowość sposobów objawiania się Boga. Jest to postawa, która uświadamia nam, że że gdy chodzi o poznanie Boga, to bardziej „wiemy, że nic nie wiemy”, póki On sam mi się nie objawi.
Niestety również w doświadczeniu wiary, która jest odkrywaniem prawdy o Bogu mamy wielką skłonność do przylepiania także samemu Bogu różnych „etykietek” – fałszywych obrazów, takich, które nam pasują do potwierdzenia naszego sposobu patrzenia na Boga i wiarę.
Medytacja monologiczna uczy nas wsłuchiwania się w słowo Boże bez osądzania go, bez prób fałszywej interpretacji, bez popełniania błędów przykrawania Boga do naszych wyobrażeń, które mogą nas wiele kosztować… Jest zgodą na podążanie za słowem Chrystusa tak długo aż On sam doprowadzi nas do całej prawdy. Medytacja uczy nas przede wszystkim prostego spojrzenia, które przypomina nam, że zwykli ludzie, którzy nas otaczają i zwykłe wydarzenia naszego codziennego życia, mogą być znakiem obecności i działania Boga w naszym życiu. Medytacja monologiczna, uczy też tak potrzebnej w doświadczeniu wiary postawy wolności serca, która pozwala nam przekraczać ramy, w które chętnie zamykamy sposób działania Boga i iść wciąż naprzód drogą wyznaczaną przez słowo Boże, mające moc przełamywać ciasnotę ludzkiego serc i rozszerzania go by było gotowe przyjąć sposób objawiania się wybrany przez Boga.
W Nazarecie w synagodze, po czytaniu z proroctwa Izajasza, Jezus powiedział: „Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli”. A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: „Czyż nie jest to syn Józefa?”.
Wtedy rzekł do nich „Z pewnością powiecie mi to przysłowie: „Lekarzu, ulecz samego siebie; dokonajże i tu, w swojej ojczyźnie, tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum«”.
I dodał: „Zaprawdę powiadam wam: Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. Naprawdę mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman”.
Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwali się z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. On jednak przeszedłszy pośród nich, oddalił się. (Łk 4,21-30)
Zastanawiam się czasem, czy nie nosimy w sobie trochę zafałszowanego obrazu chrześcijaństwa? Żyjemy bowiem często w przeświadczeniu, że jeśli będziemy starali się wypełniać przykazania, modlić się, chodzić do kościoła, starać się wprowadzać w życie zasady Ewangelii, to Pan Bóg powinien nam błogosławić a my powinniśmy wieść spokojne, dostatnie życie, bez większych zawirowań czy trudności, a jeśli one przyjdą, to Bóg je za nas rozwiąże, kiedy się o to pomodlimy.
Spróbujmy odwrócić nieco sytuację: Bo czy zgodzilibyśmy się na to, że żyjąc wedle zasad Ewangelii, nie odniesiemy żadnego sukcesu w życiu religijnym, osobistym czy zawodowym, a na dodatek będziemy opuszczeni i wyśmiewani? Czy zgodzilibyśmy się na to, że żyjąc zasadami Ewangelii po ludzku przegramy, ale dzięki temu ludzie, z którymi żyjemy, nawrócą się?
Miła jest wizja kroczenia przez życie w poczuciu szczęścia, z Bogiem u boku, który nam błogosławi i pomaga realizować nasze plany i marzenia. Ale nie jest to wizja, którą Chrystus rysuje przed nami w Ewangelii!
Oczywiście Chrystus zachęca nas do życia duchem Ewangelii, duchem miłości, do przestrzegania przykazań, do modlitwy; więcej – zapewnia nas, że będzie nam błogosławił, że pozostanie z nami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata. Nigdzie jednak nie obiecuje, że w zamian za wierność Ewangelii czeka nas łatwe dostatnie i przyjemnie życie. Wsłuchując się w głos Jezusa, możemy zobaczyć, że On rysuje zgoła inny obraz konsekwencji naszej wierności Ewangelii.
Nie rzadko bywa tak, że Pan Bóg zapraszając nas do współpracy ma dla nas zupełnie inny plan niż ten, który my sobie przygotowaliśmy. Niejednokrotnie będzie to droga, która wręcz idzie w poprzek naszym oczekiwaniom. Dlaczego tak jest? Truizmem jest stwierdzenie, że Bóg jest lepiej zorientowany w tym, co służy naszemu dobru a nade wszystko naszemu zbawieniu. Tylko czy potrafimy Mu w tym do końca zaufać?
Zobaczmy, że Boże spojrzenie i wezwanie bywa dla człowieka tak trudne, że większość proroków, mimo wyraźnego oświadczenia samego Boga, nie chce się na nie zgodzić. Jeremiasz doświadcza wielokrotnego odrzucenia i niezrozumienia, ma pretensję do Stwórcy nie tylko o to, że go powołał, ale i o to, że go stworzył. Bóg dodaje mu więc odwagi: „Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię zwyciężyć, gdyż Ja jestem z tobą”. Słowo zostało dotrzymane, ale inaczej niż mógłby to sobie wyobrażać starotestamentalny bohater. Jeremiasz umiera na wygnaniu, prawdopodobnie z poczuciem przegranego życia, osamotniony, traktowany przez swój naród jak zdrajca i kolaborant.
Większość apostołów, proroków Nowego Testamentu, poniosła śmierć męczeńską, ten dramat powtórzy się w życiu Jana Chrzciciela, a już najpełniej w życiu samego Jezusa!
Ten dramat powtórzy się też w wielu wiernych wyznawcach Jezusowej Ewangelii przez całą historię chrześcijaństwa. Bóg często prowadząc człowieka odziera go ze wszystkiego, tak aby nie mógł już liczyć na siebie i na żadnego człowieka, jedynie na Niego. Dopiero wówczas ukazuje swą moc.
Święty Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu pisze list o miłości, list który powinien być niczym lustro, w którym się nieustannie przeglądamy pytając siebie czy już dorastamy do takiej miłości, która ma cechować nas – chrześcijan. I będzie zachęcał, abyśmy tą miłością się kierowali wobec innych, abyśmy złu przeciwstawiali nasze dobro, ale nie obieca nam już, że sami w odpowiedzi na naszą miłość zostaniemy potraktowani z miłością i że na nasze dobro inni odpowiedzą dobrem. A jeśli nawet tak się nie stanie mamy nie rezygnować z tej drogi miłości i dobra.
Dzisiejsza Ewangelia przywołuje scenę z synagogi w Nazarecie, gdzie zgromadzeni ludzie są zachwyceni, przyklaskują temu, co mówi Jezusa. Ale bardzo szybko ten zachwyt przemienia się w gniew. Początek działalności Jezusa w Galilei przypomina to, co stanie się później w Jerozolimie: najpierw: „Hosanna!” – a zaraz potem: „Na krzyż z Nim!”. Dlaczego? Naród izraelski był gotowy na przyjście Mesjasza jako władcy, który uczyni go wielkim i sprawi, że inne narody go nie przemogą. Bóg jest wielki, a my będziemy wielcy z Nim – takie było oczekiwanie Izraelitów. Ale Jezus krzyżuje ich wyobrażenia mówiąc, że Mesjasz jest inny niż to sobie wyobrażają. Bóg jest inny. Tak inny, że umiera na krzyżu.
Zazdrość i egoizm sprawiły, że ludzie w synagodze w Nazarecie byli wściekli, ponieważ Jezus zburzył fałszywy obraz Boga i Mesjasza, do którego tak mocno byli przywiązani. Okazało się, że Dobra Nowina o zbawieniu nie jest tylko dla Izraela, ale dotyczy wszystkich ludzi a Bóg z taką samą Miłością odnosi się do wszystkich – dobrych i złych, świętych i grzeszników.
Czy nie jest tak, że często my sami nosimy w sobie fałszywy obraz Boga, Chrystusa i chrześcijaństwa (które daje nam nie tylko pierwszeństwo, ale i gwarancję zbawienia przez sam fakt, że do niego należymy)? Jezus i dzisiaj musi często odzierać nasze fałszywe wyobrażenia o tym jaki jest Bóg i jaka jest religia, która wyznajemy, bo nosząc w sobie fałszywy obraz Boga i swojej religijności można łatwo pobłądzić.
Niezwykły święty XX wieku Karol de Foucauld tak pisał o swojej misyjnej pracy na Saharze: „Nie dokonałem ani jednego poważnego nawrócenia od siedmiu lat, odkąd tu jestem; dwa chrzty, ale tylko Bóg wie, jakie są i będą te dusze ochrzczone. Jedno małe dziecko (…) oraz niewidoma staruszka. Jeśli chodzi o poważne nawrócenia, jest to zero”. Wkrótce potem sam zginął zabity przez człowieka, któremu niegdyś pomógł. Umierał jak Jeremiasz, z przeświadczeniem, że życie mu nie wyszło. Dopiero po jego śmierci pojawiły się wspólnoty żyjące w oparciu o jego duchowość.
Nasz Bóg jest wierny, dużo wierniejszy, niż możemy to sobie wyobrazić. Skoro z takich sytuacji umiał wyprowadzić błogosławieństwo, dlaczego więc nie miałby wyprowadzić go z mojej i Twojej? Tylko czy w każdej sytuacji, nawet tej która wydaje się po ludzku najtragiczniejsza potrafię Mu zaufać?
Czy potrafimy uznać, że Bóg ma większe prawo do naszego życia niż my sami?
Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedno padło na drogę; i przyleciały ptaki, i wydziobały je. Inne padło na miejsce skaliste, gdzie nie miało wiele ziemi, i wnet wzeszło, bo gleba nie była głęboka. Lecz po wschodzie słońca przypaliło się i nie mając korzenia, uschło. Inne znów padło między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je, tak że nie wydało owocu. Inne w końcu padły na ziemię żyzną, wzeszły, wyrosły i wydały plon: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny”. I dodał: „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”. (Mk 4,3-9)
Przywołany obraz Siewcy jest dobrym symbolem medytacji. Bóg kieruje do nas swoje Słowo. Powtarzane po wielokroć w rytmie oddechu przypomina wytrwałą czynność siania. Jednocześnie wsłuchując się w Słowo Boże uświadamiamy sobie, że Bóg jest hojnym siewcą nie tylko Słowa, ale i łaski. Każde bowiem Słowo pochodzące od Boga jest nośnikiem laski – ukrytej w nim mocy, która potrafi wydać plon jeśli tylko padnie na żyzną glebę ludzkiego serca.
Nie bez znaczenia zatem w doświadczeniu medytacji jest dyspozycja naszego serca, do którego Słowo jest skierowane. Ważne zatem, aby na początku każdej medytacji prosić Ducha Świętego, aby dał nam właściwą dyspozycję serca, tak aby Słowo, które doń dociera mogło znaleźć w nim żyzną glebę wiary i otwartości i w konsekwencji zapuścić w nim korzenie.
Jezus podaje wiele powodów, dla których Słowo Boże nie owocuje w życiu człowieka. Z dzisiejszej przypowieści płynie pouczenie, że skuteczne przeciwstawienie się tym różnorodnym zagrożeniom dla owocności Słowa Bożego wymaga po prostu stworzenia temu Słowu odpowiednich warunków w naszym życiu. Innymi słowy, aby Słowo Boże przyniosło owoc w naszym życiu, trzeba wprowadzić do niego więcej ciszy, równowagi, jak również pewnego rodzaju ascezę, która w przypadku relacji do słowa Bożego polega przede wszystkim na tym, że winniśmy uczyć się bardziej posłuszeństwa Bożemu Słowu niż chęci na to, aby to Słowo było na naszych usługach. I wydawać się może, że medytacja – zwłaszcza monologiczna – która z definicji ogranicza spekulatywną działalność naszego umysłu spełnia te warunki.
Warto jednak pamiętać, że Słowo Boże nie będzie też owocować tam, gdzie nie ma otwartości na zmianę w życiu człowieka i gdzie człowiek nosi w sobie przekonanie, że „wszystko wie” a już szczególnie wie lepiej niż Bóg, co jest dla niego dobre.
Jak nauczał św. Bazyli wspomniane postawy, to nic innego jak „odpowiednie przygotowanie i użyźnienie gleby naszego serca”, aby Słowo Boże mogło w nim zapuścić korzenie i wydać plon. I co nie mniej istotne – przypomina św. Bazyli – „trzeba aby dążenie do tych postaw było konsekwentne i stałe. Życie według zasad wiary nie jest łatwe ani proste, dlatego, że codzienność zagłusza w nas to co dobre. Jezus ukazuje jak wyjść z gąszczu naszych przyzwyczajeń i grzechów. To one przeszkadzają, aby to co siejemy przynosiło w nas dobre owoce. Prostota nauki Jezusa ukazuje, że nasze życie nie musi być skomplikowane, jeśli podejdziemy do niego w prosty sposób. Potrzebna jest nam jest nade wszystko wiara i ufność w niezwykłą moc działania Bożej łaski w nas, bo to ona daje wzrost bardziej niż nasze wysiłki”. [por. św. Bazyli Wielki, Reguły dłuższe]
Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas, tak jak je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono.
W owym czasie Jezus powrócił w mocy Ducha do Galilei, a wieść o Nim rozeszła się po całej okolicy. On zaś nauczał w ich synagogach, wysławiany przez wszystkich.
Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę natrafił na miejsce, gdzie było napisane: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnych, abym obwoływał rok łaski od Pana”.
Zwinąwszy księgę oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione. Począł więc mówić do nich: „Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli”. Łk 1,1-4;4,14-21)
Piękny jest prolog dzisiejszej Ewangelii, w którym św. Łukasz dedykuje swój tekst „dostojnemu Teofilowi”. Imię Teofil oznacza odsłownie: „przyjaciel Boga”. Bardzo prawdopodobne, że Ewangeliście chodziło o konkretną osobę, niemniej metaforycznie możemy odnieść tę dedykację do nas samych jeśli rzeczywiście naszym pragnieniem jest bycie przyjaciółmi Boga.
Warto zatem na samym początku tych rozważań zadać sobie pytanie: „Czy czuję się adresatem Ewangelii” a Jeśli tak, co to dla mnie oznacza? Myśląc „adresat” mamy na myśli dwa podejścia: można przeczytać tekst, odłożyć go i zapomnieć o nim. Można jednak potraktować go bardzo serio i uznać jako motywację do zmiany, zwłaszcza, że Ewangelia jest tekstem pisanym miłością Boga do człowieka.
Pierwsze czytanie ze Starego Testamentu nie pozostawia wątpliwości, jak traktowano kiedyś bycie adresatem słów pochodzących od Boga. W Księdze Proroka Nehemiasza lud, słysząc, jak pisarz Ezdrasz czyta Prawo, reaguje okrzykiem: „Amen! Amen! Niech się tak stanie!” Zatem odpowiedzią na objawienie się Boga powinna być wiara człowieka.
W naszym codziennym życiu wiele razy mówimy „amen” – robiąc znak krzyża, podczas modlitwy, w czasie mszy świętej. Ale czy jesteśmy świadomi wypowiadanych słów? Czy one oznaczają dla nas to, że w sercu zgadzamy się na panowanie Boga i Jego prawa w życiu każdej i każdego z nas? Amen – to krótkie, powszechnie znane słowo może być naszą głęboką modlitwą do Boga, jeśli będziemy je wypowiadali świadomie i odpowiedzialnie.
Kiedy czytamy różne Ewangelie, nie mówiąc już o innych księgach Biblii może nas zadziwić ich różnorodność. Oczywiście przeciwnicy chrześcijaństwa (czy religii w ogóle) powiedzą, że ta różnorodność, to nic innego jak niespójność przekazu. Dla mnie natomiast całe Pismo święte jest znakiem, że Bóg posłużył się różnymi ludźmi i różnymi sposobami przekazu szanując odmienność wrażliwości różnych osób. Święty Łukasz, którego wersję Ewangelii dziś przywołujemy przychodzi do doświadczenia wiary spoza Izraela. Nie wyrósł on z tradycji żydowskiej, dlatego jak sam pisze postanowił wszystko zbadać dokładnie od pierwszych chwil, pragnął w ten sposób umocnić tych, do których adresuje swoją wersje Ewangelii w prawdziwości otrzymanych nauk. Nie przyjął bezkrytycznie tego, co usłyszał od innych, ale sam – będąc uczonym – wyruszył na poszukiwanie wieści o Jezusie.
Można powiedzieć, że poszukiwania św. Łukasza doprowadzają go do wiary w Jezusa a nawet do postawy bycia przyjacielem Boga.
Mówię o tym, bo postawa św. Łukasza przypomina nam, że taka jest droga wiary – wpierw sami musimy stać się poszukiwaczami i słuchaczami Słowa. Inaczej mówiąc: by móc mówić o byciu „przyjacielem Boga”, Ewangelia musi się stać częścią nas samych. W przeciwnym razie nasze mówienie o wartości wiary i Ewangelii będzie miało więcej z marketingu niż z przekazywania Dobrej Nowiny. Prawdziwe chrześcijaństwo to przede wszystkim Wcielenie Słowa w życie.
Jedynie żyjąc Słowem Bożym na serio i na co dzień, tak jak Jezus, jesteśmy w stanie dostrzec, że „dziś spełniają się słowa Pisma”. Biblia nie jest zapisem działania Boga w przeszłości i w historii, ale zaproszeniem, by ucząc się patrzeć przez jego pryzmat na współczesną rzeczywistość umieć dostrzec, że Bóg działa także w czasie teraźniejszym.
Święty Łukasz rysując dziś w liturgii obraz Jezusa, który czyta w synagodze słowa Izajasza o uzdrowieniu niewidomych i czasie łaski, mówi też o spojrzeniu wiary. Jakby chciał powtarzać z Jezusem: jeżeli uważnie patrzysz, dostrzeż, że dziś spełniają się te słowa Pisma, bo dzisiaj także jest czas Jezusa.
Dlatego dzisiejszą Ewangelię trzeba byśmy odczytali jako zachętę do codziennego kontaktu ze słowem Bożym, co dla człowieka wiary jest nieodzowne nie tylko dlatego, że z zasłuchania w słowo Boże rodzi się wiara – o czym wielokrotnie przypomina nam Biblia, ale także dlatego, że potrzeba kontaktu ze Słowem Bożym, by w ten sposób stać się człowiekiem, który przez jej pryzmat potrafi patrzeć na otaczającą rzeczywistość i w tym kontekście widzieć ją głębiej, szerzej i bardziej optymistycznie.
Żyjemy w czasach, gdy dziesiątki ekranów przykuwają naszą uwagę poczynając od ekranów telefonów, tabletów, komputerów, reklam aż po ekrany telewizorów czy kin. Przykuwają naszą uwagę także po to, abyśmy nie patrzyli na Jezusa i tylko na podstawie ich przekazu budowali w sobie obraz otaczającej nas rzeczywistości. Tymczasem jakimś nieporozumieniem jest to, gdy uczeń Chrystusa znajduje czas by wpatrywać i wsłuchiwać się w rzeczone ekrany a nie ma czasu wpatrywać się w Jezusa i wsłuchiwać w Jego słowo.
„Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli” – mówi w Ewangelii Jezus. Słowo Boże ma spełniać się w moim życiu, ale tak się nie stanie, jeśli codziennie przed tym słowem nie otworzę uszu i serca!
Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie. [Mt 6, 5-8]
Zapytano pewnego razu Abba Makarego: „Kiedy powinniśmy się modlić?” Starzec odpowiedział: „Zawsze, bo modlitwa nie polega na wypowiadaniu wielu słów, ale na życiu w zażyłej przyjaźni z Bogiem a to możemy robić zarówno wówczas gdy modlimy się, gdy pracujemy czy gdy odpoczywamy” [Apoftegmaty Ojców Pustyni] . Zaś Thomas Merton dopowie: „Żyjmy z Bogiem, jak z przyjacielem. Miejmy żywą wiarę, by móc łączyć się z nim przez wszystko. To właśnie uświęca nasze życie. Niebo nosimy w sobie, ponieważ Ten, który w świetle wizji nasyca mistyków, oddaje się każdemu wierzącemu w tajemnicy wiary. To jest to samo. Wydaje mi się, że nalazłem niebo na ziemi, ponieważ niebo to Bóg a Bóg jest obecny w duszy człowieka. Trójca Święta w duszy człowieka – tu jest wszystko! Całe życie duchowe” [Nowy posiew kontemplacji]
I raz jeszcze wróćmy do zachęty Abba Makarego, który mówi: „Nie potrzeba na modlitwie dużo słów, lecz wyciągać ręce i prosić: <<Panie zgodnie z wolą Twoją, zmiłuj się nade mną>>”
Praktyka krótkich modlitw, często powtarzanych, rozwinęła się od III do VII wieku. Zazwyczaj stosowano jeden wiersz psalmu, werset Ewangelii lub innego tekstu biblijnego, który zawierał – skondensowaną w kilku słowach – prośbę o miłosierdzie, albo też wyrażał uwielbienie Boga.
Te krótkie wezwania już św. Augustyn określił mianem „aktów strzelistych” i tak się przyjęło określać je w Kościele zachodnim po dziś dzień, choć może się wydawać, że praktyka aktów strzelistych nieco została zatracona w dzisiejszych czasach. Ale to właśnie do takiej modlitwy wzywa nas poprzez pośrednictwo siostry Faustyny Jezus, gdy podarowuje nam wezwanie „Jezu, ufam Tobie”, które można odmawiać w każdym miejscu i każdym czasie.
Z kolei Kościół na Wschodzie mówił o modlitwie monologicznej, lub po prostu o monologii. Określenie to nabrało swoistego sensu. Oznacza bowiem nie tylko fakt powtarzania jednej krótkiej formuły, zwrotu czy zdania, ale też określa odpowiedni stan duchowy, wyrażający się w skupieniu umysłu jedynie na tym, co najważniejsze.
W kościele wschodnim pojęcie monologii łączy się z szerszym pojęciem nauki o tzw. „czystej modlitwie”, której podstawy opracował Ewagriusz z Pontu. By umysł mógł rozmawiać z Bogiem, winien być oczyszczony [Ewargiusz używa dosłownie określeń: „głuchy i niemy” na doznania zmysłowe]. Należy więc unikać nieświadomego i natrętnego napływu „myśli” oraz stać się wolnym od wszelkich pojęć, wyobrażeń i wspomnień. To z kolei prowadzi do duchowego wyciszenia i pomaga przeżywać obecność Boga.
Teologia czystej modlitwy wyjaśnia sens monologii w kontekście słów Chrystusa: „Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi, jak poganie; oni sądzą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani”. Warto jednak nadmienić w tym miejscu, że Jezusowy zarzut wielomóstwa nie odnosi się do praktykowania każdej dłuższej modlitwy, lecz do czczej „gadaniny” i pokładania nadziei w wielości wypowiadanych słów. Takie postępowanie rozprasza jedynie myśl i rodzi wewnętrzny zamęt. Dla Ojców Kościoła przeciwieństwem „wielomóstwa” jest właśnie modlitwa „monologiczna”, połączona z prostotą i pokojem serca. Polega ona na pokornym wzywaniu Boga i pomaga koncentrować się wyłącznie na Nim.
By osiągnąć taki stan modlitwy autorzy Filokalii zalecają powtarzanie krótkiego niezmiennego wezwania zawierającego Imię Jezus. Należy przyjąć postawę dziecka, który wciąż „szczebiocze” słowo „ojciec”, by z czasem formułować je coraz wyraźniej i wreszcie, potrafić je mówić nawet we śnie. Trud powtarzania krótkiej i prostej modlitwy zaspokaja potrzebę aktywności umysłu człowieka. Zabezpiecza też umysł przed rozproszeniem wielością pojęć i obrazów, pomaga uczynić go stałym i skupić się na jednym. W ten sposób autorzy Filokalii połączyli ewagriańskie pojmowanie modlitwy wolnej od wyobrażeń z powtarzaniem jednego, niezmiennego wezwania, zawierającego Imię Jezus.
Rozważanie jednej i tej samej formuły pozwala nieustannie odkrywać jej głębię, coraz bardziej przyswajać każde słowo i, co istotne w modlitwie, znacznie więcej słuchać, niż mówić. Pomaga też bardziej skupiać się na Tym, do kogo się zwraca, a nie na własnych marzeniach, pomysłach i koncepcjach. Zdaniem autorów Filokalii tylko taka modlitwa kształtuje ludzkie serca, jest twórcza i przynosi pożytek duchowy. Stanowi trwanie w obecności Boga i pomaga nawiązać z Nim silniejsze więzy, stąd prowadzi do trwałej wspólnoty człowieka ze Stwórcą, będącej próbą odpowiedzi na trwanie w nieustannej modlitwie.