Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Wszystko bez modlitwy jest niczym

Jezus powiedział do Żydów, którzy Mu uwierzyli: „Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. (J 8,31)

Kiedy wsłuchujemy się w początek dzisiejszej Ewangelii aż się chce dołączyć do niego inny fragment pochodzący również z Ewangelii św. Jana, z modlitwy Arcykapłańskiej Jezusa, gdzie padają znamienne słowa Mistrza: „Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą”. (J 17, 14-16)

Spisane przez Jana, jako jedynego z uczniów słowa są przywołaniem Modlitwy Jezusa. Droga, którą staramy się podążać w naszej medytacji jest często nazywana Modlitwą Jezusową. Zarówno w jednej jak i w drugiej na pierwszym planie jest słowo. Jezus nauczając czyni to za pomocą słów, ale kwintesencją Jego nauczania jest Słowo, którym jest On sam. Słowo wypowiedziane przez samego Boga. Słowo, które człowiek może przyjąć lub odrzucić. Słowo, które przyjęte przez człowieka oznacza, że człowiek ryzykuje nienawiść i odrzucenie ze strony świata. Ale jest to też Słowo, które jest prawdą mająca moc uczynić nas prawdziwie wolnymi. Trwanie w wierności temu Słowu oznacza bycie uczniem Chrystusa.

Medytacja monologiczna, czy jak kto woli Modlitwa Jezusowa uczy nas odnoszenia całego naszego życia właśnie do tego jednego Słowa jakim jest Jezus. Mówiliśmy ostatnio, że modlitwa monologiczna wyrosła z zachęty Chrystusa do modlitwy nieustannej. (por. Łk 18, 1).

Można powiedzieć, że jest ona szkołą prowadząca do tego by nauczyć się modlić całym swoim życiem…

Wdrożenie w pewien podstawowy rytm modlitwy jest zasadniczym elementem życia chrześcijańskiego czyli bycia uczniem Chrystusa. Modlitwa to nie tylko określona czynność religijna, wypowiadane słowa, medytacja, adoracja, ale przede wszystkim duchowa łączność z Bogiem, żywa więź stale z Nim utrzymywana. I ta stałość relacji jest niezmiernie ważnym elementem doświadczenia modlitwy. Tradycja monastyczna mówi o stałej pamięci o Bogu.

Praktyka Modlitwy Jezusowej, czy medytacji monologicznej opartej na jednym prostym wezwaniu powtarzanym wielokrotnie, staje się z czasem jakby duchowym, modlitewnym oddechem wierzącego. Jest to praktyka, która regularnie i codzienne powtarzana rodzi z czasem postawę życia w Bożej obecności i odnoszenia wszystkiego co czynię do Boga, tak jak zachęca do tego św. Paweł Apostoł: „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10, 31) lub w innym miejscu: „Cokolwiek czynicie, z serca wykonujcie jak dla Pana” (Kol 3, 23). Zasadniczą rolą i łaską tej modlitwy jest to, że pomaga nam ona przeżywać Bożą obecność w naszej zagonionej codzienności.

Jednak ogólna intencja przeżywania swego życia w ukierunkowaniu na Boga oraz deklarowanie, że modlę się całym swoim życiem, pracą i wszystkim, co robię, może łatwo doprowadzić do oszukiwania samego siebie i do faktycznego zaniku modlitwy. Modlitwa poprzez pracę i wszystkie czynności jest możliwa, ale zależy od stopnia naszego zjednoczenia z Bogiem. To nie Bóg lecz człowiek potrzebuje oddania Bogu pewnych przestrzeni czasu.

Jak pisze w swoich pamiętnikach Carlo Carretto (Mały Brat od Jezusa): „Modlitwa to nie wszystko, ale wszystko bez modlitwy jest niczym”.

Stąd tak ważna dla naszego życia duchowego potrzeba nie tyle czynienia ze wszystkich spraw modlitwy, co oderwania się od pochłaniających nas spraw, aby prawdziwie pobyć ze swoim Stwórcą. Przykład takiej postawy znajdujemy u Jezusa. Jako jednorodzony Syn Boży pozostawał On najdoskonalej zjednoczony z Ojcem i bez wątpienia żadne czynności nie mogły tego zjednoczenia zakłócać. A jednak, jak zaświadcza św. Łukasz, Jezus często usuwał się na miejsca pustynne i modlił się (Łk 5, 16). W swojej ludzkiej naturze potrzebował momentów bycia sam na sam z Ojcem.

W ten sposób Jezus uczy i nas zdrowego dystansu do pokusy aktywizmu, która cechuje nasze czasy. Przypomina nam, że nasze liczne i wielorakie zaangażowania muszą mieć swoje źródło w stale podtrzymywanej więzi z Ojcem, aby nie stały się przysłowiową „pogonią za wiatrem”. To właśnie momenty intensywnej modlitwy, podejmowanej w rożnych momentach dnia, porządkują naszą aktywność i nadają jej wartość. Dają nam możliwość zweryfikowania naszej duchowej pozycji, jak spojrzenie na GPS, aby się nie zagubić w podejmowanych decyzjach i na drogach naszego życia.

Ostatecznie pozostaje człowiekowi tylko Bóg

Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Wszystek lud schodził się do Niego, a On, usiadłszy, nauczał.

Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją na środku, powiedzieli do Niego: ”Nauczycielu, kobietę tę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?”. Mówili to, wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć.

Lecz Jezus, nachyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: ”Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”. I powtórnie nachyliwszy się, pisał na ziemi.

Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku.

Wówczas Jezus, podniósłszy się, rzekł do niej: ”Niewiasto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?”. A ona odrzekła: ”Nikt, Panie!”. Rzekł do niej Jezus: ”I Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz”. (J 8,1-11)

Zasadnicze i w zasadzie retoryczne pytanie, które trzeba by postawić na początku refleksji nad dzisiejszą Ewangelią brzmi: „Czy faryzeuszom i uczonym w Prawie zależało na wymierzeniu sprawiedliwości, gdy zgromadzili się, aby ukarać kobietę pochwyconą na grzechu cudzołóstwa?”

Oczywiście Nie. Kobieta została przez oskarżycieli potraktowana czysto instrumentalnie. Miała być dla nich narzędziem służącym tylko i wyłącznie do podważenia autorytetu Jezusa. Z pewnością zainteresowanie ludu, który licznie gromadził się by słuchać Jezusa i Jego nauczania musiało uwierać uczonych Izraela i faryzeuszy, których nauczaniu nie poświęcano tyle uwagi. To jeden z ważnych powodów, dla których postanowili zamknąć usta Jezusowi. Mówiąc prosto – zazdrość. Znaleźli doskonałą okazje i to w majestacie prawa, jakie zostawił im Mojżesz: Postawili przed Nim kobietę oskarżoną o cudzołóstwo. Jeśli Jezus okaże miłosierdzie, zlekceważy prawo. Jeśli nakaże ją ukamienować, wykaże się brakiem miłosierdzia. Po ludzku sytuacja bez wyjścia. Sama kobieta nie interesowała ich. Była tylko pionkiem na szachownicy gry przeciwko Jezusowi. Na szczęście człowiek, nawet taki, który w sowim mniemaniu posiadał by wielką inteligencję i przebiegłość ma zbyt krótkie ręce i zbyt ograniczony rozum by za jego pomocą pokonać jego Twórcę.

Niestety opowiedziana ustami św. Jana ewangelisty historia powtarza się dziś w odniesieniu do Kościoła – ciała Chrystusa. I zawsze chodzi o to samo: o rząd dusz!

Współczesne quasi-religijne elity zastawiają na niego pułapki, byle tylko odebrać mu autorytet. Pozornie będzie chodziło o większe miłosierdzie albo o sprawiedliwość. Nie dajmy się zwieść. W istocie chodzi o jedno – o skuteczną kompromitację. O to, by lud nie słuchał już głosu Pana w Jego Kościele.

Niezwykła wobec oskarżeń jest postawa Jezusa. Milczy i pisze palcem po ziemi. Co pisze? Powstało wiele teorii. Niektóre mówią, że wypisuje grzechy faryzeuszy. Ale jest w tym geście też inna symbolika – która mnie osobiście bardziej się podoba – a do której nawiązuje kaznodzieja papieski o. Raniero Cantalamessa OFMCap. Otóż jak pisze wspomniany autor „pochylenie się Jezusa wydaje się nawiązywać do umywania nóg. Palec Boży – to określenie Ducha Świętego. Może więc mamy raczej do czynienia z prorockim znakiem. Można go wyjaśnić tak: Duch Święty pisze prawo nowego przymierza, już nie na glinianych tablicach, ale na żywych – ludzkich sercach. Jego istotą jest przebaczenie. Potępienie grzechu i ocalenie grzesznika”[Moc Krzyża. Medytacje watykańskie].

Kobieta zgrzeszyła, ale grzesznikami byli również jej oskarżyciele. Oni jednak w przeciwieństwie do niej uznawali się za doskonałych i dlatego tak łatwo wydawali wyroki. Odeszli zawstydzeni. Dużo ważniejszym jednak pytaniem w kontekście zbawienie byłoby: czy jednak odeszli nawróceni? Niekoniecznie. Jezus pomógł im zobaczyć ich grzech, ale oni woleli uciec od Niego. Człowiek może nie chcieć przebaczenia. Może czuć się pewny swego, nawet wtedy, gdy chwilowo przegrywa upokorzony. A jednak nadal nie chce zgiąć karku przed Bogiem. Oni wkrótce wrócą wprawdzie nie do Jezusa, ale po Niego, aby za wszelką cenę dowieść swego. Historia odejścia od Jezusa a w konsekwencji odrzucenia Go – jak często się dzieje w przypadku grzechu – będzie miała swój dalszy ciąg.

Na koniec oko ewangelisty skupia się na kobiecie, która cudem uniknęła śmierci. Stała tam ze swoim wstydem, hańbą, samotnością. Upokorzona i bezradna. To jest obraz człowieka po grzechu. Oddajmy raz jeszcze głos ojcu Cantalemessie, który pisze, że „w Biblii cudzołóstwo jest symbolem każdego grzechu. Bóg bowiem jest oblubieńcem, a Jego lud – oblubienicą. Bóg stworzył nas dla siebie, aby nas kochać. Dlatego każdy grzech jest zdradą, oddaniem się w ręce innego kochanka niż Bóg”.

W tym kontekście słowa „pozostał tylko Jezus i ta kobieta” nabierają mocniejszego znaczenia. To nie tylko opis tamtej sytuacji. Człowiekowi ostatecznie zostaje tylko Jezus, tylko Bóg. Człowiek nigdzie indziej nie znajdzie przebaczenia, prawdziwej nadziei i pokoju serca. Ostatecznie człowiekowi pozostaje tylko Bóg, gdy go nie ma jest bezsens.

Ale życie duchowe nie zna pustki. Puste miejscu po grzechu musi być czymś zapełnione. Dlatego potrzebny jest Bóg ze swoja łaską, która wypełniając ludzkie serce jako jedyna ma moc je także uzdrowić.  Jezus, najczystsza Miłość, mówi do kobiety: „Nie potępiam cię”. Chciałoby się uzupełnić te słowa Jezusa stwierdzeniem, które On ostatecznie kieruje do każdej i każdego z nas: „ Ja nigdy cię nie potępiam. Wiem, że pragniesz miłości, ale szukasz jej w złym miejscu, w zły sposób. Dlatego jestem z Tobą. Nie musisz już więcej grzeszyć i szukać po omacku, bo masz Mnie”. Warto się nad tą prawdą zastanowić przeżywając końcówkę Wielkiego Postu…

Medytacja – odpocząć w Bogu

Kto bowiem wszedł do Jego odpoczynku, odpocznie po swych czynach, jak Bóg po swoich. Spieszmy się więc wejść do owego odpoczynku, aby nikt nie szedł za tym samym przykładem nieposłuszeństwa. Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek. [Hbr 4, 10-13]

Może tak eschatologicznie powiało z tego fragmentu, który mówi o wejściu do Bożego odpoczynku, ale póki co zachęcam, żeby to wejście do Bożego odpoczynku odkryć jeszcze tu, na tym świecie właśnie przez doświadczenie medytacji. Prawda jest bowiem taka, że modlitwa daje nam możliwość wejścia w tę rzeczywistość, do której jesteśmy przeznaczeni i do której ciągle wędrujemy. Jeśli nie odnajdziemy się w niej teraz, to nie odnajdziemy się w niej również kiedyś.

W poniedziałkowym wpisie do naszego bloga, w którym odniosłem się do kwestii wiary, która potrzebuje znaków napisałem, że: „Medytacja jest drogą wiary opartą na zasłuchaniu w Słowo, które samo w sobie jest nie tylko mocnym znakiem, ale i doświadczeniem”.

I rzeczywiście gdy autor Listu do Hebrajczyków pisze o skuteczności Bożego Słowa, przyrównując go do obosiecznego miecza mającego moc przenikać człowieka aż do głębi jego istoty, to wydawać się może, że pisze te słowa nawiązując do doświadczenia. Naturalnie mówiąc o doświadczeniu słowa i jego działania możemy mieć na myśli różne rodzaje doświadczenia. Pierwsze można określić jako doświadczenie o krótkim okresie działania, czyli to, które możemy zaobserwować jako dosyć szybki skutek medytacji opartej na Słowie. Tym doświadczeniem może być wewnętrzne wyciszenie, pokój, który staje się  naszym udziałem w trakcie modlitwy (specjalnie sięgnąłem do fragmentu, który jest przypomnieniem, że jesteśmy zaproszeni przez Boga do wejścia do Jego odpoczynku). Medytacja może stać się takim miejscem wytchnienia i odpoczynku w obecności Pana, w którym pozwalamy odetchnąć naszym władzom poznawczym i duchowym i po prostu być! Innym owocem, który możemy odnaleźć jest odczucie radości. Jedne z tych doświadczeń mogą być subiektywne inne nie.

Kiedy jednak mamy za sobą już nieco dłuższą i regularną praktykę możemy dostrzec inne, bardziej trwałe owoce tej modlitwy: znów zacznę od pokoju, ale tym razem chodzi już o pokój serca, który towarzyszy nam nie tylko podczas medytacji, ale także i po niej. Innym owocem będzie np. częstsza pamięć o Bogu, która towarzyszy nam w naszej codzienności i do której w efekcie ta modlitwa ma nas prowadzić. Zgodnie z wezwaniem jakie sam Jezus skierował do św. Katarzyny ze Sieny: „Ty myśl o Mnie, a Ja będę myślał o tobie”.  Kolejnym owocem medytacji monologicznej będzie to, że moc tego słowa, które powtarzamy w rytmie oddechu objawia się w tym, że staje się silniejsze niż inne myśli czy rozproszenia i po jakimś czasie praktyki zaczyna rozbrzmiewać w naszym wnętrzu niezależnie od tego czy o tym myślimy czy nie. Kolejnym długotrwałym owocem praktyki medytacji może być wzrost pobożności (i nie chodzi tu jedynie o więcej czasu poświęconego na modlitwę, ale o to, że jak podpowiada termin po-bożność wszystko staramy się w życiu robić po Bożemu a więc odnosząc się może częściej niż dotąd do wsłuchiwania się w wole Bożą. Medytacja z samej swej natury uczy nas słuchania!)

W Nowym Testamencie mamy dwa fragmenty: Łk 18,1 („Zawsze należy modlić się i nie ustawać”) oraz 1 Tes 5,17 („Nieustannie się módlcie”). Mówią one o intrygującym poleceniu Jezusa, aby modlić się zawsze. Z tego właśnie polecenia wyrosła modlitwa monologiczna między innymi Modlitwa Jezusowa.

Modlitwa monologiczna czy inaczej modlitwa jednego słowa lub wezwania, powtarzanego w rytm oddechu, nawet jeśli sięga po różne wezwania, to zawsze odnosi się do Imienia Jezus. Nie przez przypadek Ojcowie Pustyni sięgnęli właśnie po to wezwanie. Byli przekonani, że to Imię ma szczególne znaczenie i moc. Tę moc nazywamy łaską, która kształtuje każdego człowieka, który się na nią otworzy. „Dla każdego punkt wyjścia znajduje się gdzie indziej, ale zawsze musi tkwić w samym sercu jego życia” [ks. Maurice Zundel]

Wiara, która potrzebuje znaków

Jezus wyszedł z Samarii i udał się do Galilei. Jezus wprawdzie sam stwierdził, że prorok nie doznaje czci we własnej ojczyźnie. Kiedy jednak przybył do Galilei, Galilejczycy przyjęli Go, ponieważ widzieli wszystko, co uczynił w Jerozolimie w czasie świąt. I oni bowiem przybyli na święto.

Następnie przybył powtórnie do Kany Galilejskiej, gdzie przedtem przemienił wodę w wino. A w Kafarnaum mieszkał pewien urzędnik królewski, którego syn chorował. Usłyszawszy, że Jezus przybył z Judei do Galilei, udał się do Niego z prośbą, aby przyszedł i uzdrowił jego syna: był on bowiem już umierający.

Jezus rzekł do niego: „Jeżeli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie”.

Powiedział do Niego urzędnik królewski: „Panie, przyjdź, zanim umrze moje dziecko”.

Rzekł do niego Jezus: „Idź, syn twój żyje”. Uwierzył człowiek słowu, które Jezus powiedział do niego, i szedł z powrotem.

A kiedy był jeszcze w drodze, słudzy wyszli mu naprzeciw, mówiąc, że syn jego żyje. Zapytał ich o godzinę, o której mu się polepszyło. Rzekli mu: „Wczoraj około godziny siódmej opuściła go gorączka”. Poznał więc ojciec, że było to o tej godzinie, o której Jezus rzekł do niego: „Syn twój żyje”. I uwierzył on sam i cała jego rodzina.

Ten już drugi znak uczynił Jezus od chwili przybycia z Judei do Galilei. (J 4,43-54)

„Wiara potrzebuje znaków, ale nie może być od nich zależna” – zwykł mawiać jeden z największych chrześcijańskich filozofów, św. Tomasz z Akwinu.

Sam Jezus zdaje się nieco ignorować wiarę w Niego, która jest efektem cudów przez Niego uczynionych. Moglibyśmy zapytać skąd bierze się ten sceptycyzm Jezusa, wobec oczekujących od niego znaków i cudów? Czy nie jest tak, że wiara to wiara, obojętnie jak się zrodziła? Po ludzku sądząc wiara, która zrodziła się wobec doświadczenia cudu jest owocem doświadczenia, któremu nie sposób zaprzeczyć. Już w czasach Jezusa było wielu ludzi, których wiara w Niego opierała się tylko na cudach, które On uczynił, a których byli świadkami.

Taka wiara z pewnością nie jest zła, ale może rodzić pewne duchowe niebezpieczeństwo. A to dlatego, że wiara oparta na cudach prawie na pewno będzie mocno zabarwiona interesownością, wręcz egoizmem. Jeśli uwierzyłem w Jezusa, bo jest cudotwórcą, wówczas będę (przynajmniej podświadomie) oczekiwał od Niego kolejnych cudów, nie rzadko takich które ułatwią mi życie, chociażby zwolnią od poszukiwań. Jeśli natomiast uwierzyłem w Niego ze względu na naukę, którą głosi, wówczas nie będę niczego oczekiwał od Niego, natomiast wiele od siebie.

Doskonale zrozumieli to Apostołowie, bo kiedy wsłuchamy się w intencje wynikające z listów świętych Piotra, Pawła, Jakuba czy Jana zobaczymy, że wszyscy jednomyślnie stwierdzają, że prawdziwa wiara powinna opierać się na słuchaniu Ewangelii (która sama w sobie jest najmocniejszym znakiem, bo jest słowem samego Boga): wierzę, bo skłania mnie do tego to, co usłyszałem, a nie cuda, które widziałem. Aby jednak mogła się zrodzić w człowieku taka wiara, trzeba szczerze i nieustannie szukać prawdy, a z tym bywa problem. Cuda i znaki nie mogą nas z tego szukanie prawdy zwolnić.

Nie dziwmy się, jeśli Chrystus uczyni w naszym życiu jakich cud, który skłoni nas do wiary w Niego, ale nie dziwmy się też, jeśli tego odmówi, czyniąc naszą wiarę trudniejszą, ale może dzięki temu prawdziwszą i mocniejszą.

Medytacja jest drogą wiary opartą na zasłuchaniu w Słowo, które samo w sobie jest nie tylko znakiem, ale i doświadczeniem.

Opowieść o Ojcu

W owym czasie zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: „Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi”.
Opowiedział im wtedy następującą przypowieść:
„Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: »Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada«. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zebrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie.
A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, które jadały świnie, lecz nikt mu ich nie dawał.
Wtedy zastanowił się i rzekł: »Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników«. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca.
A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: »Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem«.
Lecz ojciec rzekł do swoich sług: »Przynieście szybko najlepszą suknię i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się«. I zaczęli się bawić.
Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to znaczy. Ten mu rzekł: »Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego«.
Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: »Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę«.
Lecz on mu odpowiedział: »Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się«”. (Łk 15,1-3.11-32)

Przypowieść o synu marnotrawnym to jeden z najbardziej znanych fragmentów Pisma Świętego. Nawet ci, którzy rzadko sięgają po Biblię lub od święta przekraczają próg kościoła, bez większych problemów potrafią ją streścić. W zasadzie sama przypowieść jest jednym wielkim kazaniem, do którego właściwie można nic nie dodawać. Rzeczywiście, opowieść Jezusa urzeka swoją prostotą – do tego stopnia, że wszystko wydaje się przewidywalne, jak w bajce. Brakuje tylko zakończenia: „I żyli długo i szczęśliwie…”. Jednak to, co opisuje Jezus swoją historią, to niestety nie bajka a odzwierciedlenie smutnej, duchowej rzeczywistości człowieka.

Jezus przemawia więc nie po to, by zabawić swoich słuchaczy, ale żeby ich zbawić. Zwraca się do szemrzących faryzeuszy i uczonych w Piśmie, licząc na to, że ich inteligencja pozwolą im dostrzec, że to nie barwna historyjka, lecz realny opis życia. Również ich życia!

Kiedy wsłuchamy się we wstęp dzisiejszej przypowieść to odkryjemy, że nie jest ona w pierwszym rzędzie opowieścią o synu marnotrawnym, który miał ojca i starszego brata, lecz o pewnym człowieku, który miał dwóch synów. Niby detal, lecz porządkuje wiele. Bo to właśnie synowie są pretekstem do powiedzenia czegoś więcej o dobroci Ojca, pod postacią którego kryje się prawda o ojcostwie samego Boga.

Młodszy syn chce być samodzielny. Ojciec bez słowa przystaje na jego propozycję – nie strofuje go, nie udziela mu tysiąca rad. Ta postawa Ojca pokazuje wielki szacunek Boga wobec wolności człowieka. Nawet jeśli człowiek pragnie odejść od Ojca  – w domyśle Boga i żyć na własny rachunek, bez odniesienia do Stwórcy, to Pan Bóg nie zmusi go do pozostania, lecz tylko On wie jak bardzo jest to dla Niego bolesne. Ta przypowieść uzmysławia nam, że Bóg tęskni za każdym człowiekiem, który się od Niego oddala, który gardzi Jego nauką i Jego miłością i wygląda z tęsknota jego powrotu. Ewangelista ani słowem nie wspomina też o tym, w jaki sposób syn trwoni przekazaną mu część majątku, choć wydawać by się mogło, że w całej historii to wątek najbardziej atrakcyjny.

Powód, dla którego człowiek popada w duchową nędzę, jest sprawą drugorzędną. Owszem, grzech daje przyjemność, lecz tylko na chwilę, w rzeczywistości jest jednak śmiertelnie nudny a w konsekwencji i tragiczny. I zawsze przynoszą rozczarowanie! Jak mówi przysłowie: „Grzechy są jak karta kredytowa – cieszysz się teraz, zapłacisz później!”

Niezwykła jest scena powrotu: Ojciec wypatruje syna, wybiega mu na spotkanie, rzuca mu się na szyję. Wysłuchuje wyuczonych na pamięć zdań, ale nie zwraca na nie większej uwagi. Wydaje polecenie, by przygotować ucztę i mówi do sług, by przynieśli dla syna odświętną szatę.

Każdy powrót w ramiona Ojca jest radością, nawet jeśli – tak jak starszemu synowi – nie kojarzy się to ze sprawiedliwością. Gdyby starszy brat zrozumiał ojcowskie intencje, z łatwością dostrzegłby, że jest przez niego nie tylko tak samo kochany, ale nawet wyróżniony. „Wszystko, co moje, do ciebie należy” – powie mu ojciec.

W połowie Wielkiego Postu warto usłyszeć tę przypowieść na nowo, by nie wpaść w koleiny płytkiej, sloganowej interpretacji.

W każdym z nas drzemie przecież zarówno młodszy jak i starszy syn. Grzesznik, który często rani Boga swoimi niewiernościami i grzechami, ale i buntownik, który potrafi mieć do Boga żal i pretensję, czasami właściwie o wszystko…

Wielki Post jest po to, by na nowo zachwycić się Ojcem, Jego dobrocią i cierpliwością wobec każdej i każdego z nas. Bo tak naprawdę ta przypowieść nie jest opowieścią o synu marnotrawnym, ale o każdej i każdym z nas, o tym, że mamy cudownego Ojca w niebie i o tym, co dzieje się między nami a Nim.