Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Konieczność powrotu do kontemplacji

Apostoł Jan rzekł do Jezusa: „Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w imię Twoje wyrzucał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodził z nami”. Lecz Jezus odrzekł: „Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”. (Mk 9,38-40)

Bardzo brakuje dzisiaj w świecie postawy wyrażonej przez Pana Jezusa słowami: „Kto nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”. Ludzie bowiem są i zawsze będą różni, ale odmienność często jest traktowana jak zagrożenie. Rzadko mamy świadomość, że taka postawa świadczy o słabości człowieka.

Tylko ludzie słabi nie potrafią poruszać się w zróżnicowanym (pluralistycznym) świecie, dlatego robią wszystko, aby była jednolitość. Tymczasem Jezus przyszedł zjednoczyć świat, a nie ujednolicić. Zjednoczenie zakłada jedność w różnorodności. Jeśli więc zwalczamy odmienność, stajemy się wrogami jedności, do której dążył Jezus.

Każdy z nas ma swoją misję i potrzebne dary, by ją zrealizować. W każdym z nas działa Boży Duch i prowadzi każdego inaczej. Duch jest wolny. Chrystus i Jego Duch nie jest z jedną kategorią ludzi. Jezus przyszedł do wszystkich. Dlatego chce nam dzisiaj powiedzieć: „Nie bądźcie zazdrośni. Przeciwnie, radujcie się, że Boże dzieło może wzrastać w innych, w tym również w myślących i wierzących inaczej”.

Lata pracy w dialogu ekumenicznym i międzyreligijnym a zwłaszcza lata medytacji z przedstawicielami innych wyznań czy religii nauczyły mnie dostrzegać bogactwo działania Ducha Świętego i nie gorszyć się tym, że nie wszyscy należą do mojego Kościoła, nie wszyscy wierzą tak samo. Ważniejsze jest to, że idą Bożymi ścieżkami…

Te lata spędzone w dialogu z przedstawicielami innych wyznań czy religii uświadomiły mi, że  w sensie ścisłym różnorodność jako zagrożenie a w sensie szerszym brak jedności jest owocem oddzielenia człowieka od Boga.

Dlatego naglącą potrzebą dla człowieka obecnego czasu jest powrót do kontemplacji, która uczy nas przekraczać nasze stereotypy, nasz sposób myślenia. Kontemplacja kształtuje najpierw jedność w nas samych. „Bez praktyki kontemplacji – jak pisze o. Richard Rohr – nie da się przezwyciężyć wewnętrznych napięć, które walczą przeciwko jedności” (możemy te napięcia rozumieć jako obecne w człowieku lub także w różnego rodzaju wspólnotach czy społecznościach, lecz wszędzie są one wrogami jedności, którą nie bez powodu Chrystus uznał, za najważniejszy motyw swojej Modlitwy Arcykapłańskiej poprzedzającej Jego mękę i śmierć).

Może zapytać ktoś: „Dlaczego właśnie kontemplacja jest drogą do jedności (zarówno w wymiarze wewnętrznym jak i w wymiarze międzyludzkim)?” Dlatego, że zakłada ona nade wszystko prostotę serca i ubóstwo ducha. O tym kontemplatywnym wymiarze naszej wiary mówiło już wielu chrześcijańskich nauczycieli: w XX wieku niemiecki teolog Karl Rahner pisał: „Chrześcijanin XXI wieku albo będzie kontemplatykiem, albo go w ogóle nie będzie”, a kilka wieków wcześniej przedstawiciel mistyki nadreńskiej Mistrz Eckhart przestrzegał: „Tylko kontemplacja przez proces wewnętrznego ogołacania może nas ocalić od niebezpiecznego dyktatu naszego ego”.

Medytacja monologiczna jest praktyką, która ma nas prowadzić do kontemplacji. Słynni mistrzowie życia duchowego (św. Benedykt, św. Igancy Loyola) nauczali, że kontemplacja jest wyższym stopniem medytacji, która jest modlitwą z mniejszym lub większym zaangażowaniem naszego rozumu. Dar kontemplacji może (choć nie musi) być też szczególną łaską, daną bezpośrednio od Boga. Mówimy wtedy o kontemplacji wlanej. O ile w medytacji większą rolę pełni rozum, stosowanie pewnych metod modlitwy, to w kontemplacji wszystko zostaje uproszczone. Kontemplacja pozwala nam bardziej bezpośrednio przeżywać obecność, bliskość z Bogiem. Nie są dla niej istotne treści ani metody modlitwy, lecz miłość. „Kontemplacja – jak pisze autor Obłoku niewiedzy – jest to pełne miłości obcowanie człowieka z Bogiem w jego sercu”. Ostatecznie kontemplacja może przybierać postać mistyki, czyli najwyższego tu na ziemi stopnia zjednoczenia człowieka z Bogiem. Dla nas praktykujących medytację ważne jest to, abyśmy czynili wiele wysiłku, aby łatwo nie rezygnować z tej modlitwy, nawet jeśli wydaje się wymagająca i aby ostatecznie przyniosła ona owoc kontemplacji.

Miłować nieprzyjaciół

Jezus powiedział do swoich uczniów „Powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. Jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty. Daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się od tego, który bierze twoje. Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie i wy im czyńcie.

Jeśli bowiem miłujecie tylko tych, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to dla was wdzięczność? I grzesznicy grzesznikom pożyczają, żeby tyleż samo otrzymać. Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny.

Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane: miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrze wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie”. (Łk 6,27-38)

„Miłujcie waszych nieprzyjaciół”. Zanim zastanowimy się nad tym bez wątpienia trudnym wymogiem, jakie stawia dziś przed  nami Jezus, warto zwrócić uwagę na rzecz bardziej podstawową:

Otóż Chrystus uświadamia nam, że idąc przez życie nie będziemy mieli samych tylko przyjaciół, choćbyśmy się nie wiem jak starali, będziemy mieli także wrogów. To wielki realizm Ewangelii. Prędzej czy później pojawią się ludzie, którzy nas przeklną, znienawidzą, będą z nami walczyć a może wręcz będą niszczyć nasze życie. Powodów nienawiści może być naprawdę wiele: może być nim zazdrość, hołdowanie różnym wartościom czy poglądom, albo też fakt, że jesteśmy ludźmi wiary. W świecie nie brak ludzi, którzy stawiają sobie jeden cel: zniszczyć chrześcijaństwo (również tu motywacje takiego działania mogą być różne). Zresztą sam Jezus przestrzegał od początku: „Z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich”. A zatem wizja chrześcijaństwa, które żyje bezkonfliktowo z wszystkimi i nie ma żadnych wrogów, jest naiwna i utopijna. A przede wszystkim sprzeczna z Ewangelią. Prawda, która płynie z Ewangelii zawsze będzie kuła w oczy tych, którzy nie chcą jej przyjąć.

Powodem oskarżenia chrześcijan bywa to, że przypominają światu o pewnych „niewygodnych” prawdach moralnych. Żyjemy dziś w „świecie na opak” – zwolennicy pisania moralności na nowo wedle upodobań człowieka i jego zachcianek będą oskarżali chrześcijan o „mowę nienawiści” z powodu głoszenia prawdy. W takich przypadkach miłość do nieprzyjaciół nie polega na tym, by te trudne prawdy moralne przemilczeć w imię zgody, miłosierdzia czy tolerancji względem postaw innych. Jednym z ewangelicznych przejawów miłowania nieprzyjaciół jest właśnie mówienie im prawdy. Także tej trudnej, której nie chcą przyjąć, która obala złe rozumienie wolności, w której można niemal wszytko. Oczywiście pozostaje jeden warunek miłości, który każe nam traktować drugiego człowieka z szacunkiem i współczuciem, ale bez zamazywania granic między dobrem a złem.

Ale bywa, że ktoś staje się czyimś nieprzyjacielem bynajmniej nie z powodów religijnych. Wrogiem może okazać się osoba bliska: przyjaciel, mąż, żona, dziecko, przełożony w pracy. Powodów jest wiele, raz są one złożone innym razem banalnie proste i naiwne. Zazdrość, karierowiczostwo, chore ambicje, władza uderzająca do głowy, głupota czy zwykła małość człowieka… Można by wymieniać niemal w nieskończoność. Jezus nie wzywa nas do analizy przyczyn zła, które nas dotyka. Nie wzywa też do tego, aby próbować zmieniać nieprzyjaciół na siłę. Mówi, jaką my sami powinniśmy zająć postawę w takiej sytuacji: „Dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają”. To jest to słynne nadstawianie drugiego policzka. Chodzi tu, podkreślmy, o postawę, nie o uczucia, które temu towarzyszą. Nie mamy przykazania by lubić wrogów. Mamy ich kochać! A miłość jest kwestą woli nie uczuć, postawy jaka możemy przyjąć wobec drugiego człowieka, czyli zrezygnować z odwetu, panować nad złością, starać się odpowiadać dobrem na zło, przebaczać. Zachować swoje serce wolne od nienawiści, pogardy czy chęci rewanżu.

„Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny”. Nie ma wątpliwości, że Jezus tym wezwaniem stawia nam wysoko poprzeczkę. Ale czyż cała Ewangelia nie jest takim wymagającym wezwaniem? Bóg jest dobry także dla złych, zwraca uwagę Jezus. Jesteśmy synami Najwyższego, gdy próbujemy iść tą samą drogą, którą wskazuje Jego miłość do człowieka. Jego dobroć wobec złych nie oznacza jednak lekceważenia zła i grzechu. Miłosierdzie nie unieważnia sprawiedliwości. Przebaczenie nie oznacza tolerancji dla zła, ale jest sposobem na jego pokonanie.

Aby odpowiedzieć dobrem na zło, trzeba mieć ogromną siłę. Człowiek nie ma w sobie takich duchowych zasobów. By kochać taką miłością musi czerpać siłę od samego Boga. Z Nim wszystko jest możliwe! 

Wspomnienie o ojcu Janie – w ósmą rocznicę śmierci

“Dziś wiem, że powinienem być
nie lustrem, w którym inny dostrzega
swoją ułomność, lecz oknem,
przez które może dostrzec światło”

ojciec Jan M. Bereza OSB

 

Dziś także przypada kolejna – ósma rocznica – śmierci ojca Jana Berezy, mnicha benedyktyńskiego, nauczyciela medytacji, twórcy Lubińskiego Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej, bez którego nie byłoby ani takiego ks. Marka, jakim jest dzisiaj, ani takiego ojca Maksymiliana, jakim jest dzisiaj, ani setek innych osób, którym Bóg dal łaskę zetknięcia się z tym benedyktyńskim mnichem.

Do dziś mam przed oczami moment, w którym otrzymałem od jednego z benedyktyńskich oblatów sms-a z wiadomością o śmierci ojca Jana. Pomimo iż wiedziałem, że trafił do szpitala pierwszą reakcją był szok, niedowierzanie i wielki smutek. Przeżycie tamtej chwili – 20 lutego 2011 roku – a była to niedziela wciąż jest we mnie żywe, tak jakby to stało się wczoraj.

A można powiedzieć, że spotkałem ojca Jana przez „przypadek”. Pod koniec lat osiemdziesiątych zaniosło mnie do Krakowa, na studia, gdzie związałem się z benedyktynami tynieckimi. Przez kolejne lata miałem szczęście korzystać z duchowego towarzyszenia ojca Adama Kozłowskiego. Późniejszego opata tynieckiego. I to właśnie on opowiedział mi jako pierwszy o ojcu Janie znając moja drogę duchową, w tym doświadczenie medytacji, które od hinduskiego guru doprowadziło mnie do odkrycia chrześcijańskiej wersji tego doświadczenia w odsłonie o. Johannesa Lotza, jezuity, biblisty, nauczyciela medytacji chrześcijańskiej. Wspólnotę inspirowaną jego nauczaniem znalazłem właśnie w Krakowie w czasie studiów. Pomimo tego, że benedyktyni różnie zapatrywali się na „eksperymenty” ojca Jana z medytacją, to jednak wielka otwartość artystycznego serca ojca Adama Kozłowskiego skłoniły mnie, abym przekroczył progi benedyktyńskiego klasztoru w Lubiniu, o którym wcześniej nawet nie maiłem pojęcia. Nie stało się to jednak od razu.

Był początek lat dziewięćdziesiątych (dokładnie rok 1992), ja byłem już pilnym studentem seminarium warszawskiego, kiedy to w czasie wakacji postanowiłem się wybrać do Lubinia. I wówczas zaczęła się moja wielka życiowo – duchowo – przyjacielska przygoda, której na imię ojciec Jan! Pierwsze spotkanie i pierwszy szok – ojciec Jan jakby znał mnie od lat. Po drugiej rozmowie tego dnia, w którym przyjechałem do klasztoru dał mi z sześć książek i powiedział, żebym przeczytał, to pogadamy. Zapomniał tylko dodać, że mam to przeczytać przez noc. I to był nasz stały rytuał.

Potem, gdy przyjeżdżałem do Lubinia już jako kapłan rytuał się powtarzał. Wieczorem Jan dawał mi stos książek a rano pytał: „I jak, przeczytałeś?” Dlatego nie pamiętam, żebym kiedyś z Lubinia wrócił wypoczęty. Nie lubiłem tam jeździć w trakcie odbywających się sesji medytacyjnych, bo Jan zawsze był rozrywany. Kiedy jeździłem poza nimi było więcej okazji, żeby się spotkać i pogadać nieraz o sprawach banalnych, innym razem o bardzo poważnych i głębokich. W wielu kwestiach się nie zgadzaliśmy, choć Jan był przekonującym rozmówcą (w końcu filozof), w innych byliśmy jednomyślni. Jako praktyk nauczył mnie tez zupełnie inaczej patrzeć na medytację, bo dzieliliśmy w pewnym sensie wspólne doświadczenie dojścia do niej: On przez studiowanie filozofii indyjskiej i fascynację zen; ja przez pierwsze doświadczenie medytacji w indyjskim aśramie i poszukiwanie tego, co łączy różne doświadczenia medytacyjne, by w końcu jej bijące źródło odnaleźć w chrześcijaństwie.

Mam tez świadomość, że nie byłoby wspólnoty medytacyjnej, której od lat towarzyszę w Warszawie, gdyby nie ojciec Jan i jego mocna namowa.

Dzieliliśmy także z ojcem Janem pasję fotografowania. Ja nieco mniej niż on, ale za to mogłem się od niego nauczyć. Pamiętam jego fascynację, ale też ogromną wiedzę, gdy przyjechałem do Lubinia z nową cyfrową lustrzanką. Jak się domyślacie mogłem jej poużywać jak… znowu opuściłem klasztor.

Udawało nam się też spotkać choćby na kilka chwil przy zielonej herbacie gdy Jan przyjeżdżał do Warszawy. Przez kilka lat pracowaliśmy razem w Komisji Episkopatu Polski d.s. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi, w której Jan był specjalista od buddyzmu. Najdziwniejsze jednak były zawsze spotkania z zaskoczenia. Gdy ojciec Jan przyjeżdżał do stolicy często na przykład lubił wpaść do Tygmontu – znanego klubu jazzowego, który prowadzi jego kolega z lat młodości (to znajomość jeszcze ze studenckiego klubu Riviera-Remont), gdzie razem grywali. Kiedyś wchodzimy do klubu, Jan w długim do kostek beżowym prochowcu a tu jeden ze znanych jazzowych muzyków przerywa grę, schodzi ze sceny, żeby uściskać Jana, którego dawno nie widział. Wszyscy siedzący w Tygmoncie pytali potem: „Co to za gwiazda?”

Wiele by można pisać o nieopisanych spotkaniach, rozmowach, wspólnych medytacjach. Kiedyś pewien mądry człowiek powiedział: „Gwiazda, która płonie podwójną jasnością, dwa razy szybciej się spala”. Przypomniał mi się ten cytat w dniu śmierci ojca Jana. Nie mam wątpliwości, że płonął Bożym światłem i zapalał nim innych a że płonął szczególnie mocnym światłem toteż po ludzku mówiąc, zbyt szybko się spalił.

Ojcze Janie dziękujemy za to, że stałeś się Bożym darem dla nas i pamiętamy! Ufamy, że i Ty pamiętasz o nas, gdy czasem odkładając mandolinę spoglądasz przez uchylone okno z domu Ojca na ziemię.

Pozwolić się poprowadzić Jezusowi w doświadczenie ciszy

Jezus i uczniowie przyszli do Betsaidy. Tam przyprowadzili Mu niewidomego i prosili, żeby się go dotknął.

On ujął niewidomego za rękę i wyprowadził go poza wieś. Zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał: „Czy widzisz co?” A gdy przejrzał, powiedział: „Widzę ludzi, bo gdy chodzą, dostrzegam ich niby drzewa”. Potem znowu położył ręce na jego oczy. I przejrzał on zupełnie, i został uzdrowiony; wszystko widział teraz jasno i wyraźnie. (Mk 8,22-25)

Dzisiejsza Ewangelia uświadamia nam, że duchowe uzdrowienie człowieka wymaga niejednokrotnie czasu. Przyczyny są różne. Gdyby wziąć np. jako przykład uzdrowienie z egoizmu czy pychy – bodaj najczęstszych chorób duchowych człowieka, trzeba pamiętać, że są one chorobami naszej woli, a ją Bóg szanuje bezwzględnie.

Nie mniej możemy być pewni naszego uzdrowienia duchowego, jeśli tylko pozwolimy Jezusowi, by On działał po swojemu. Bez wątpienia przestrzenią, w której Chrystus nas uzdrawia jest modlitwa. A najbardziej skuteczną modlitwą jest ta, w której dajemy pierwszeństwo działania Jezusowi. I w ten sposób dochodzimy znów do modlitwy monologicznej – do tej praktyki medytacji, która jest naszym udziałem w czasie tych spotkań. Przykład niewidomego z dzisiejszej Ewangelii jest dobrym tego obrazem. Ewangelista opisuje, że Jezus „ujął go za rękę i wyprowadził” na miejsce osobne, w ciszę. Uzdrowienie dokonuje się gdy Bohater Ewangelii jest sam na sam z Jezusem. Bóg potrzebuje naszego czasu, naszego zaangażowania i nawiązania osobistej relacji z Nim, by nas uzdrowić. Dlatego droga do uzdrowienia każdego człowieka będzie inna, tak jak każdy z nas jest inny. Podobnie jak modlitwa – będzie autentyczna tylko wówczas, gdy będzie bardzo osobista: czyli taka, w którą włożę moje serce.

Może się pozornie wydawać, że medytacja monologiczna przebiega według takiego samego schematu: cisza – spokojny oddech – powtarzane w sercu (niczym mantra) modlitewne wezwanie: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem” lub „Jezu, Ufam Tobie”… Ale za każdym razem jest to inne modlitwa, nacechowana naszą indywidualnością,  głębią naszej wiary, jakością zaufania do Jezusa, przed którym w tej modlitwie otwieram swoje serce po to, aby On je wypełnił łaską, która dostosowuje do mojej własnej osoby i sytuacji.

Medytacja monologiczna to właśnie modlitwa, w której pozwalamy się Jezusowi ująć za rękę i poprowadzić w doświadczenie kontemplacyjnej ciszy, gdyż cisza ma tę niezwykłą moc, że otwiera wnętrze człowieka nie tylko na głębsze wymiary rzeczywistości, ale i pozwalającej dzięki uzyskanej w ten sposób perspektywie inaczej i mądrzej spojrzeć na otaczający nas świat, uporządkować nasze wartości i postawy (co zawsze możemy uczynić jedynie od wewnątrz). Tak rozumiana cisza – jak pisze franciszkanin ojciec Richard Rohr – staje się wręcz podstawą całej rzeczywistości, pozwala objąć i przezwyciężyć istniejące w świecie i w człowieku podziały, dychotomie i dualizmy, poprowadzić do harmonii. Cisza jest nieodzownym składnikiem życia duchowego, prowadzącym  do głębszego kontaktu z tym, co istnieje, do pełnego przezywania każdej chwili, do przemiany naszej świadomości, do sedna modlitwy, do doświadczenia obecności Boga”.

Czym jest szczęście?

Jezus zeszedł z dwunastoma Apostołami na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i z Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu.

A On podniósł oczy na swoich uczniów i mówił:

„Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże.

Błogosławieni wy, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni.

Błogosławieni wy, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie.

Błogosławieni będziecie, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego podadzą w pogardę wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom.

Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą.

Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie.

Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie.

Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem ojcowie ich czynili fałszywym prorokom”. (Łk 6,17.20-26)

Sądzę, że większość ludzi, zapytana o to: Czy chcą być szczęśliwi, odpowiedziałaby na to pytanie twierdząco, choć każdy drogę do realizacji szczęścia widziałby inaczej. Dla jednych szczęście kojarzyłoby się ze zdrowiem i dostatnim życiem, dla innych oznaczałoby ono rodzinę i jej dobro, jeszcze dla innych karierę, dobre zarobki, które pozwalają realizować swoje pasje…

W dzisiejszej Ewangelii Jezus także pragnie wskazać drogę do szczęścia, choć wczytując się w Jego propozycję niewielu gotowych byłoby zapewne podzielić Jego wizję szczęścia. Jezus zestawiając bowiem swoje błogosławieństwa, z odpowiadającymi im biada wywraca do góry nogami naszą wizję tego czym jest szczęście. Oczywiście propozycja Jezusa jest dla ludzi wiary, bo tylko w jej świetle można zrozumieć paradoks Chrystusowych zestawień.

Kluczem do zrozumienia Jezusowej wizji szczęścia jest uznanie, że poza Bogiem nic tego szczęścia nam nie da. Dlatego Jezus mówiąc o człowieku ubogim jako szczęśliwym ma na myśli nie tylko ubóstwo w znaczeniu materialnym, jak zwykliśmy najczęściej to interpretować. Człowiek ubogi to człowiek, który zgodnie ze starą, polską etymologią tego słowa – to człowiek, który ma wszystko u Boga, czyli to człowiek wolny od przywiązania do czegokolwiek na tym świecie, człowiek upatrujący swoje szczęście w Bogu i posłuszeństwie Jego woli. Nie pragnący niczego bardziej niż samego Boga. Święty Ignacy uczył o tzw. indyferencji, czyli świętej obojętności wobec wszystkiego, co nie jest Bogiem i co nie jest zgodne z Jego wolą: „Tak więc chodzi o to, byśmy ze swojej strony nie pragnęli bardziej zdrowia niż choroby, bogactwa niż ubóstwa, szacunku niż pogardy, życia długiego niż krótkiego; i – co za tym idzie – byśmy spośród wszystkich pozostałych rzeczy pragnęli tylko tego i to tylko wybierali, co nas bardziej prowadzi do celu, dla którego zostaliśmy stworzeni”. A tym celem jest oddawanie chwały Bogu, miłowanie wszystkiego w Bogu i ze względu na Boga a w konsekwencji życie wieczne dzielone z Bogiem.

Jezus mówiąc „Błogosławieni jesteście, ubodzy”, zestawia z nim przestrogę „biada wam, bogaczom, jako dopełnienie obrazu szczęścia, który rysuje. Czy zatem posiadanie rzeczy jest czymś złym? Nie o to chodzi Jezusowi. Problem polega na tym, że dobrobyt, bogactwo dla wielu ludzi stają się celem samym w sobie, który przesłania wszystko inne, a zwłaszcza Boga, ale bywa też i nie rzadko że człowieka. Wielu gotowych jest powiększać swoje bogactwo kosztem innych. A taka wizja nie może mieć już nic wspólnego z Ewangelią. Gonitwa za pieniędzmi nie daje szczęścia. Zawsze będzie ich mało. Dlatego Jezus proponuje drogę ubóstwa jako drogę wolności od żądzy posiadania, od niezdrowego przywiązania do dóbr materialnych. Ubodzy potrafią błogosławić Boga i dziękować Mu w każdym, nawet najtrudniejszym położeniu. Najlepszym przykładem jest tu biblijny Hiob z jego ciągle powtarzającym się życiowym mottem: Bóg dał, Bóg zabrał, niech imię Pańskie będzie błogosławione” oraz „Nago wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę”.

„Błogosławieni, którzy teraz głodujecie” Jezus zestawia z: „biada wam, którzy teraz jesteście syci”. Jest w tym coś paradoksalnego, bo przecież szczęście kojarzy się często z zaspokojeniem głodu ciała i duszy. Jedzenie i picie – to wartości, które pochodzą od Boga. Chodzi jednak o to, aby nie uczynić z nich bożka. By nie uwięzić swojej pasji szczęścia w pogoni za zmysłowymi doznaniami. By nie wpaść w samonakręcający się schemat uzależnienia, które domaga się coraz większej dawki doznań. By nie szukać zaspokojenia głodu nieskończoności w rzeczach skończonych.

Dalej słyszymy, że „Błogosławieni są ci,  którzy teraz płaczą”. Czyżby Bóg zabraniał nam śmiechu, żartu, zwykłych codziennych radości? Absolutnie nie. To normalne, że nie chcemy być smutni i poszukujemy pozytywnych emocji. Rzecz w tym, że i w tej dziedzinie trzeba zachować wolność. Emocjonalny komfort, na który dziś tak bardzo kładzie się akcent, nie jest tym samym co szczęście. Człowiek łatwo uzależnia się od emocjonalnej satysfakcji i wciąż oczekuje jej więcej. Życie nie polega jednak na tym, aby zawsze czuć się komfortowo i kolekcjonować doznania. Czy łzy, czyli zdolność do przyjęcia cierpienia, nie są znakiem tego, że naprawdę kochamy?

Ostatecznie, jak pisze jeden z wielkich współczesnych teologów, jeśli wsłuchamy się w Jezusowe Błogosławieństwa z wiarą dostrzeżemy, że są one nade wszystko portretem życia samego Jezusa i to ukrzyżowanego. Na krzyżu sam Jezus był ubogi, głodny, smutny, odrzucony przez swoich. I właśnie wtedy stał się największym błogosławieństwem dla człowieka i świata.