Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Posłuszeństwo słowu Chrystusa

W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów.

A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: „Nie mają już wina”. Jezus Jej odpowiedział: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?”. Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.

Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: „Napełnijcie stągwie wodą”. I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu”. Oni zaś zanieśli.

A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”.

Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.  (J 2,1-12)

Wielu biblistów jest zgodnych co do tego, że dla lepszego zrozumienia dzisiejszego fragmentu Ewangelii należałoby zacząć jego rozważanie od końca, od ostatniego zdania: „Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie”. Sednem cudu, który miał miejsce w Kanie Galilejskiej, podobnie jak i wszystkich innych cudów, jakie miały miejsce w historii zbawienia jest rozbudzenie wiary tych, którzy są ich świadkami. Bóg dokonując cudów nie szuka taniej sensaci, której często szuka w nich człowiek. Jezusowi nie chodziło o to, żeby cudami zafascynować otaczających Go ludzi, ani o to, żeby „kupić” nimi swoich uczniów; jeśli dokonywał znaków to tylko z dwóch powodów: ze względu na dobro i na wiarę tych, którzy ich doświadczali i byli ich świadkami. I tak jest po dzień dzisiejszy. Często modlimy się o cud, ale jeśli nie maił by on przynieść dobra i pogłębienia wiary, to się nie dokona.

Cud w Kanie Galilejskiej jest pierwszym ze znaków dokonanych przez Jezusa. Wino jest w Biblii symbolem radości i święta, zapowiedzią wiecznej uczty w niebie. Przesłanie dokonanego prze Jezusa cudu jest proste: woda naszej codzienności może zostać zamieniona w wino wiecznego szczęścia pod jednym warunkiem, że zastosujemy receptę, którą podsuwa nam dzisiaj Maryja: „Zróbcie wszystko, cokolwiek Jezus wam powie.” Zauważmy, że to ostatnie zdanie wypowiedziane przez Maryję na kartach Ewangelii. Od tej chwili Maryja milknie, aby mógł mówić i działać Jej Syn. Ostatnie zdanie zwykliśmy kojarzyć z testamentem. Można zatem powiedzieć, że ta zachęta: „Zróbcie wszystko, cokolwiek mój Syn wam powie” są testamentem Maryi dla nas, są jej przesłaniem dla wszystkich uczniów Jezusa.

Na weselu w Kanie Galilejskiej widzimy istotę działania Maryi: dostrzeganie ludzkich potrzeb, zmartwień, kryzysów i braków oraz pokorne przedstawianie tych spraw Jezusowi. Do dzisiaj widzimy w Niej najlepszą i najskuteczniejszą orędowniczkę w naszych sprawach przed Bogiem, dlatego tak chętnie właśnie przez Jej ręce kierujemy nasze modlitwy, Jej zawierzamy nasze niepokoje i cierpienia.

Ale ta rola Maryi przejawia się także w tym, że zachęcając nas do posłuszeństwa słowu swojego Syna, pierwsza daje nam wzór tego posłuszeństwa.

I dzisiaj, gdy pojawia się tak często pokusa selektywnego przyjmowania słów Chrystusa trzeba nam ciągle na nowo wracać do tego nakazu Maryi. Maryja zachęcając do posłuszeństwa wobec Jezusa wskazuje, że w dziele zbawienia potrzebne jest z naszej strony zaufanie wobec Jezusa. My nie zbawiamy się sami, to On nas zbawia. Nasze palny na zbawienie, choćby najlepsze nie wiele się liczą. To Jezus ma plan i albo się mu podporządkujemy, albo możemy rozminąć się z tym, co dla nas najcenniejsze. Zobaczmy, że słudzy, którzy zostają poproszeni o napełnienie stągwi wodą robią to bez wahania, nawet jeśli nie do końca widzieli sens tej czynności, choć mogli uznać to polecenie za fanaberię jednego z biesiadników, bo przecież nikt nie dokonuje już ablucji w trakcie trwania uczty. Zaufali słowom Maryi i autorytetowi Jezusa, choć kosztowało ich to wiele trudu, te sześć stągwi bowiem mogły pomieścić kilkaset litrów wody.

Ten trud podjęty przez weselnych służących przypomina trochę trud wiary. Poza tym, że jest ona darem, to wymaga ze strony człowieka odpowiedzi i wysiłku. Ten wysiłek wiary, to długi proces poznawania Boga, doświadczania Jego działania, poszukiwania Jego bliskości, ale nie zrodzi się bez otwartości na Boże słowo i posłuszeństwa mu, bo jak wielokrotnie przypomina Pismo Święte, to właśnie ze słuchania słowa rodzi się nasza wiara. (por. Rz 10,17)

Zarówno postawa służących z Kany, jak i postawa Matki Bożej uświadamiają  nam, że cuda mogą dziać się i dziś, pod warunkiem, że będziemy rzeczywiście posłuszni słowom Jezusa.

Jak wspomniano wino w Biblii jest symbolem radości. Kiedy tej radości brakuje zaczyna w ludzkim życiu dominować smutek, zwątpienie, pesymizm. Kiedy prześledzimy biblijną historię człowieka łatwo dostrzec, że dziej się tak za każdym razem, gdy człowiek przestaje słuchać Boga, gdy zaczyna buntować się przeciwko nakazom stwórcy. Wówczas tak łatwo zamienić to wino radości, jakie Bóg pragnie przez łaskę wlewać w nasze serca w wodę a nawet w ocet oskarżeń, zawiści i gniewu. Tak wiele tego octu dziś jest w przestrzeni publicznej, w naszych miejscach pracy, w rodzinach. To jeszcze jeden dowód a zarazem wezwanie do tego by uświadomić sobie, że każda ludzka miłość wymaga zbawienia, wymaga łaski; gdyż ludzka miłość bez zanurzenia jej w Bożej miłości prędzej czy później się wyczerpie, wypali i sięgnie pustego dna kamiennych serc.

Sposobem zanurzania naszej ludzkiej i słabej miłości w miłości Boga jest nasz udział w Eucharystii. Nie przez przypadek wejście w kontakt z Ciałem Chrystusa podczas Mszy świętej nazywamy komunią. Eucharystia jest bowiem sakramentem będącym owocem samej miłości Boga, która swoją pełnię objawiła na Krzyżu Jezusa.

Bez życia tą miłością, jaką możemy czerpać z Eucharystii człowiek nigdy nie będzie w stanie otworzyć się w pełni na plany Boga, przyjąć bez zastrzeżeń Jego słowa, po to by uczynić z siebie dar, tak jak sam Bóg staje się dla człowieka darem w Chrystusie.

Jeszcze o Modlitwie Jezusowej

Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pospieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: «Wszyscy Cię szukają». Lecz On rzekł do nich: «Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem*». I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy. (Mk 1,35-39)

Modlitwa, aby mogła przynosić w życiu człowieka owoce musi być stałą i regularną praktyką. Odnosi się to także do doświadczenia medytacji. Nauczyciele tej formy modlitwy odwołując się często do obrazu Jezusa, jaki ukazują nam Ewangelie, zachęcają by praktykować medytację dwa razy dziennie, najlepiej rano i wieczorem, w czasie gdy nikt i  nic nie będzie nam przeszkadzać w tej modlitwie, która potrzebuj przestrzeni ciszy. Sam Chrystus szukał tego czasu na modlitwę najczęściej „nad ranem, gdy jeszcze było ciemno” lub wieczorem, po zachodzie słońca.

Modlitwa, to nade wszystko poszukiwanie obecności Boga i budowanie relacji z Nim, która otwiera  nas na Jego wolę i Jego łaskę. Tak czynił Jezus, tak czynią też – jak słyszymy w Ewangelii – jego uczniowie: „Pospieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: «Wszyscy Cię szukają»”.

Nie da się zaprzeczyć, że Modlitwa Jezusowa, polegająca na stałym powtarzaniu krótkiego wezwania, skupionego na imieniu Jezus i skierowana do Niego jest poszukiwaniem Jego samego. Najbardziej rozpowszechnioną formułą tej modlitwy są słowa: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Nie w samej formule jednak tkwi tajemnica skuteczności tej modlitwy jako wprowadzenia w medytację i kontemplację Osoby Jezusa . Chodzi o to, aby faktycznie całą swą uwagę skupiać wokół Imienia Jezus, aby przenikało ono całe nasze „ja”. Zatem nie słowa są najistotniejsze, ale nasza relacja z Jezusem, która jest celem tej modlitwy i w którą słowa mają nas wprowadzić.

Nauczyciele tej formy modlitwy monologicznej są zgodni w swoim nauczaniu co do tego, że możemy rozróżnić różne stopnie modlitwy Jezusowej. Zostaje ona pogłębiona w miarę odkrywania przez nas w Imieniu Jezus kolejnych płaszczyzn tajemnicy, którą objawia Syn Boży.

Dobrze byłoby rozpoczynać tę modlitwę jako adorację i poczucie obecności, która jest po prostu obecnością Zbawiciela (to w istocie oznacza Imię Jezus powtarzane w praktyce tej modlitwy). Imię w Biblii zawsze bowiem oznacza obecność, kogoś, kto je nosi. Przyzywanie tego szczególnego Imienia jest nadto tajemnicą zbawienia a zatem prowadzi człowieka modlącego się do wyzwolenia. Wymawiając Imię Jezus mamy świadomość, że w raz z Nim otwieramy się na łaskę, którą ze sobą niesie. Wszystko, co jest nam potrzebne do zbawienia otrzymujemy w Jezusie i przez Niego. „On jest nie tylko Darem Boga, ale i Tym, który obdarowuje; nie tylko Tym, który oczyszcza, ale Źródłem oczyszczenia; nie tylko Tym, który karmi głodnych i poi spragnionych, ale Pokarmem i Napojem”. [Jan Kasjan]

„On jest substancją wszelkich dobrych rzeczy (nie możemy jednak tego stwierdzenia rozumieć w sensie metafizycznym). Jego Imię udziela pokoju kuszonym — zamiast toczyć dyskusje z pokusą, przyglądać się szalejącej wokół burzy (na czym polegał błąd św. Piotra idącego po wodzie) lepiej utkwić wzrok w Jezusie i iść do Niego po rozszalałych falach chroniąc się w Jego Imieniu. Niech zatem kuszony skupi się ze spokojem, niech wolny od lęku powtarza Imię, bez rozgorączkowania, niech napełni Nim swe serce stawiając zaporę przeciw wichrom złych myśli. A jeśli został popełniony grzech, niech to Imię służy natychmiastowemu pojednaniu. Bez wahania i bez zwłoki, należy je przywoływać w skrusze doskonałej miłości i tak stanie się ono znakiem przebaczenia. Jezus niejako naturalnie zajmie swoje miejsce w życiu takiego grzesznika podobnie jak po swym zmartwychwstaniu zasiadł z uczniami do stołu, z tymi, którzy wcześniej Go opuścili. (Niech ta zachęta nie prowadzi jednak do odrzucania obiektywnych środków, które Kościół ofiaruje grzesznikom — sakramentowi pokuty i rozgrzeszenia). [Filokalia, teksty o modlitwie Serca]

„Imię Jezusa jest czymś więcej niż tylko tajemnicą zbawienia, więcej niż pomocą w potrzebie czy przebaczeniem po upadku. Imię Jezusa jest środkiem, dzięki któremu możemy niezwykle osobiście przeżyć tajemnicę Wcielenia. Imię to oznacza nie tylko obecność — Ono przynosi z sobą zjednoczenie. Przyzywając Je intronizujemy Jezusa w naszym sercu, przyodziewamy się w Niego. Ofiarowujemy nasze ciało i serce w darze Słowu wypowiadanemu w sercu, aby włączyło je w swe Ciało Mistyczne. W ten sposób w nasze ciało podległe prawu grzechu wlewa się moc Imienia Jezus. W ten sposób zostajemy oczyszczeni i uświęceni, jak opisuje ten stan Księga Pieśni nad Pieśniami: «Połóż mnie jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu»” (Pnp 8,6). [Szymon Hiżycki OSB]

Chrzest Jezusa

Gdy lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest on Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: „Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem”.

Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. (Łk 3,15-16.21-22)

W narracji przedstawiającej scenę chrztu Pańskiego wszystko wydaje się jasne i oczywiste. Gdy czytamy Ewangelię opisującą to wydarzenie, przed oczami stają nam zwykle obrazy mistrzów malarstwa przedstawiające wszystkie kluczowe postaci tej sceny. Widzimy Jezusa, Jana Chrzciciela oraz gołębicę zstępującą w promieniach rozświetlających niebo. Widzimy także mieszkańców Judei – naocznych świadków dokonujących się właśnie spraw Bożych.

Niestety, piękne i niezwykle sugestywne przedstawienia scen z życia Jezusa mogą być czasem mylące. Z Ewangelii Marka bowiem dowiadujemy się, że tylko sam Jezus ujrzał otwarte niebiosa i Ducha zstępującego na Jego osobę. Nie ma też ostatecznego dowodu na to, że świadkowie wydarzenia słyszeli głos z nieba. Zastanawiające, że ewangeliści, którzy tak często opisują reakcje ludzi na cuda zdziałane przez Jezusa i związane z Jego osobą, tym razem nie mówią nic o zachowaniu i reakcjach Judejczyków – rzekomych świadków chrztu Jezusa. Być może więc to, co najważniejsze, dokonało się nie tylko w widzialnych gestach, lecz przede wszystkim w sercu Jezusa?

Takie jest działanie wszystkich sakramentów Kościoła. Teologia uczy, że są one widzialnymi znakami niewidzialnej łaski. Wyrażane w konkretnych znakach mają charakter obiektywny. Trzeba jednak pamiętać, że to, co dostrzegalne dla oka, nie oddaje w pełni istoty sakramentu. Nie działa on automatycznie. Ważna jest także wewnętrzna postawa tego, kto sakrament przyjmuje, osobista wiara i otwartość człowieka. Tylko w ciszy i pokorze wiary można usłyszeć głos Boga oraz przyjąć i zrozumieć prawdę, że jest się umiłowanym dzieckiem Boga.

Oczywiście doskonale zdajemy sobie sprawę, że chrzest Jezusa był zupełnie inny niż ten nasz. Nie był i nie mógł być sakramentem, bo prawdziwym sakramentem Boga był Ten, który go przyjmował, Ten, który, będąc widzialnym człowiekiem, był jednocześnie niewidzialnym Bogiem. Woda nie mogła uświęcić Tego, który jest święty ze swej natury i jest źródłem świętości.

Chrzest w Jordanie był jednak czymś szczególnym w historii zbawienia.

W chwili chrztu Jezusa w Jordanie, Bóg, który dotąd był ukryty, odsłania swoją szczególną, do tej pory niespotykaną obecność w ludzkim słowie głoszącym wolność jeńcom i światło ociemniałym, a przede wszystkim przebaczenie grzesznikom.

W osobie Jezusa, Bóg  sam postanowił zatroszczyć się o ten nikły płomyk i cieniuteńką, chwiejną trzcinę, którą jest człowiek, aby mógł na nowo rozbłysnąć potężnym światłem Jego łaski. Ten wyjątkowy moment wejścia Jezusa w wody Jordanu doskonale rozumieli apostołowie i widzieli jego ważność. Jezus wchodząc w wody Jordanu, modli się a Jego modlitwa otwiera nad Nim i nad całym światem niebo. Po raz drugi taka sytuacja ma miejsce, gdy Jezus jest przybity do krzyża na chwilę przed Jego śmiercią. Tam także modli się wiedząc, że jest to godzina zbawienia. Dzięki temu każdy, kto odtąd zostanie zanurzony przez chrzest w tajemnicę Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa staje się przybranym dzieckiem Boga.

Święto Chrztu Pańskiego jest doskonałą okazją, by powrócić do tajemnicy naszego własnego chrztu. Powracać do chwili cudu, podczas którego również do nas, jak niegdyś nad niewielką palestyńską rzeką, Bóg powiedział: „jesteś moim umiłowanym dzieckiem”. W tym pierwszym sakramencie, zamknięte przez grzech drzwi do nieba otwierają się na oścież a Bóg zaprasza nas do wejścia na drogę odkrywania Jego obecności i działania w naszym życiu. Nie lękajmy się ciągle na nowo odkrywać tej prawdy. Jeśli Bóg wyznacza komuś zadanie, pewne jest też to, że będzie go zawsze wspierał, jak powie dziś Izajasza „Oto mój sługa, którego podtrzymuję” (Iz 42, 1)

Nasze zadanie polega nam tym, aby żyć życiem dziecka Bożego, wolnego od brudu egoizmu, pychy, podłości, niewiary czy nieczystości. Bowiem życie dziecka Bożego jest znakiem dawania pierwszeństwa woli Boga przed ludzka wolą.

Dzisiaj, także w Kościele dużo mówi się o ekologii, o konieczności dbania o czyste powietrze, czystą wodę, czystą ziemię. I to dobrze, bo człowiek winien być odpowiedzialny za świat, który został mu podarowany przez Boga, ale ta troska na nic się nie zda, jeśli człowiek przestanie dbać nade wszystko o czystość swojej duszy. Bowiem bez uzdrowienia ludzkiego wnętrza, bez dbania o środowisko ludzkiego ducha nie dokona się prawdziwa odnowa świata.

Sposoby miłości Boga

Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować. Nikt nigdy Boga nie oglądał. Jeżeli miłujemy się wzajemnie, Bóg trwa w nas i miłość ku Niemu jest w nas doskonała. Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam. Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim. (1 J 4,11-12. 16)

Bóg na wiele sposobów pokazuje człowiekowi, że go kocha. Jednak dla wielu osób wierzących miłość Boża jest pojęciem abstrakcyjnym a przecież to jeden z fundamentów życia duchowego i jego jakości. Wiele osób szczerze wyznaje, że nie noszą w sobie pewności Bożej miłości, a zatem nie potrafią opierać na niej swojego życia począwszy od życia modlitwy a skończywszy na budowanych w oparciu o tę miłość relacjach – domagającą się widzenia w drugim człowieku obecności Chrystusa.

Problem leży w tym, że powód takiego braku leży zawsze po stronie człowieka, który nie chce albo nie potrafi zauważyć przejawów Bożej miłości, albo też istotną trudność stanowi dla niego otwarcie i przyjęcie nie tylko prawdy, że Bóg kocha go bezgranicznie, ale i samej miłości jako doświadczenia. A przecież jak napisze już we wstępie autor listu do Hebrajczyków: Bóg w historii na różne sposoby przekonywał człowieka o swojej miłości, po to by w ostatnim akcie tej historii powiedzieć o niej przez swojego Syna. [por. Hbr 1, 1-2].

A św. Jan doda: „W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On pierwszy nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy” (1 J 4,10). Bóg mógł nas odkupić na wiele sposobów, ale wybiera drogę, którą jest ziemskie życie Jego Syna, przepełnione miłością aż do oddania za nas swojego życia. A to wszystko uczynił dlatego, aby przyciągnąć do siebie nasze ludzkie serca, czułe z natury na najmniejsze dobro, na najmniejszy dowód przyjaźni. Bóg ukochał nas miłością odwieczną, a szczyt tej miłości wyraża się w Jego ofierze złożonej za nas na krzyżu. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13).

Innym dowodem miłości Boga ku nam jest także to, że Pan Jezus, jako dowód swojej miłości ustanowił Eucharystię, w której wypełnia swoją obietnicę: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Św. Bernard kontemplując obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, zastanawiał się, jak Bóg, będący Panem nieba i ziemi, mógł zostawić nam siebie w cząstce chleba, oddając się człowiekowi do całkowitej dyspozycji? Jak Bóg mógł zgodzić się na tak dalece posuniętą bezbronność, narażać się na profanację, wzgardę, zbezczeszczenie? Dla wielu osób kłóci się to z pojęciem majestatu Boga. Tymczasem św. Bernard słyszy od Chrystusa, że jedynym powodem jest Miłość.

Arcybiskup Nowego Jorku Fulton Sheen napisał kiedyś, że podobnie jak nie możemy prowadzić ziemskiego życia, o ile się nie odżywiamy, tak również nie możemy prowadzić życia duchowego, o ile nie będziemy przyjmować pożywienia które je umacnia. Tym pokarmem jest modlitwa i Eucharystia – która stanowi szczyt modlitwy. Zarówno jedna jak i druga wiążą nas z Chrystusem więzią łaski i choć pozornie jest ona niewidoczna, to możemy odczuć skutki jej działania w swoim życiu.

Medytacja monologiczna to jedna z form modlitwy, których jest wiele, tak jak wiele jest dróg którymi człowiek podąża do zjednoczenia z Bogiem. Bóg bowiem lubi różnorodność. I choć jest pomimo swej pozornej prostoty wymagającą formą modlitwy, to wydaje się najbardziej zbliżać nas do postawy proroków, Maryi a wreszcie samego Jezusa, dla których tym, co karmiło i umacniało ich głęboką relację z Bogiem było wsłuchiwanie się w Jego słowo. W tym słowie bowiem najmocniej – poza wcieleniem – możemy odkryć prawdę o Bożej miłości do nas i co więcej pozwolić by słowo, które ma moc przemawiania wprost do ludzkiego serca przekraczało granice naszego racjonalnego i często osądzającego umysłu po to, by zanurzyć nas w samo doświadczenie Bożej miłości. Taka jest też rola medytacji monologicznej, tym bardziej, że mamy tę szczególna łaskę, że możemy trwać na tej modlitwie w obecności Chrystusa obecnego w Najświętszym Sakramencie a wiec nie tylko słuchać Jego słowa, które przemawia do naszego serca, przez powtarzane z wiarą i miłością wezwanie, ale i patrzeć na Tego, który nieustannie i z miłością na nas spogląda.

Odpowiedź na wezwanie

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: „Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon”.

Skoro usłyszał to król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz.

Ci mu odpowiedzieli: „W Betlejem judzkim, bo tak napisał prorok:

A ty, Betlejem, ziemio Judy,

nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy,

albowiem z ciebie wyjdzie władca,

który będzie pasterzem ludu mego, Izraela”.

Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: „Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon”. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę.

A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę.

A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do ojczyzny. (Mt 2,1-12)

Czego dowiadujemy się w Święto Objawienia Pańskiego z Ewangelii? Najpierw słyszymy o Herodzie, królu Judei. Przeraziła go wiadomość o nowym królu żydowskim. W dążeniu do utrzymania władzy chwyta się spisków i podstępów, chociaż nie pomaga mu to w przypilnowaniu wędrowców z obcego kraju.

O mędrcach też się nieco dowiadujemy. Przyszli we trzech, podążając za gwiazdą. Tajemniczy Mędrcy (czy jak inni chcą: Magowie), ludzie niewątpliwie światli i uczeni, odkrywają silne wezwanie, by pójść odszukać Tajemniczą Postać: Króla? Zbawiciela? Mędrca? Sami jeszcze dokładnie nie wiedzą.  Wiemy, że znali przepowiednię, której zaufali, dlatego wyruszyli do zupełnie nieznanej ziemi.

W Ewangelii pojawiają się także Dziecię i Jego Matka Maryja. W Święto Objawienia Jezus nie jest nawet wymieniony z imienia. Ale to właśnie On jest centralną postacią.

O Herodzie pewnie nikt by nie wiedział, gdyby nie przypadek, że akurat rządził jakąś mało znaczącą rzymską prowincją, gdy Jezus przyszedł w niej na świat.     O mędrcach nawet dziś niewiele wiemy. Skąd przyszli? W jaki sposób poznali przepowiednię o królu żydowskim? Dlaczego zamiast się zdziwić widokiem dziecka narodzonego w nędznych warunkach, rozpoznali w nim w króla?

Wszystko, co zostało opisane w dzisiejszej Ewangelii, dzieje się tylko i wyłącznie dlatego, że jest tam Dziecię. I na tym polega istota Jego Objawienia.

Przeżywamy tajemnicę wcielenia. Cieszymy się przyjściem Zbawiciela na świat. Czy jednak wystarczy fakt, że Bóg przyjął ludzkie ciało? Czy wystarczy Jego narodzenie?

Potrzebna jest jeszcze odpowiedź człowieka. Każdy dar, każda łaska a szczególnie ta, która chce przynieść człowiekowi zbawienie domaga się przyjęcia i odpowiedzi na nią. Nie jakiejkolwiek odpowiedzi, ale odpowiedzi właściwej. Odpowiedzi bowiem mogą być różne.

Pamiętamy o odpowiedzi jakiej udzielili pasterze. Dzisiaj słyszeliśmy o odpowiedzi mędrców ze Wschodu – przyszli do Betlejem, oddali pokłon i ofiarowali swoje dary. To są właściwe odpowiedzi.

Mamy także zapowiedź innej odpowiedzi. Oto Herod przerażony jest wieścią o narodzonym Królu. Wiemy czym się to skończy – bezsensowną rzezią betlejemskich dzieci.

Mamy zatem z jednej strony miłość i oddanie a z drugiej nienawiść i chęć mordu.

Jest jednak trzecia odpowiedź. Myślę, że najbardziej pospolita. Ta odpowiedź to… obojętność.

Urodził się Zbawca świata. Bóg przyszedł do człowieka. Ale są tacy, których to „ani ziębi, ani grzeje”, choć św. Jan ujmie to trochę delikatniej: „nie przyjęli Go”.

W podobny sposób można przeżywać całe doświadczenie wiary i religijności.

Ewangelia dzisiejsza ukazuje nam zatem trzy postawy wobec prawdy: postawę Mędrców, którzy w rzeczywistości ziemskiej odnajdują ślady Boga i podążają za nimi, poszukując sensu; postawę Heroda, który boi się prawdy, gdyż Bóg stanowi zagrożenie dla jego władzy i wolności; i trzecią postawę – biernego obserwatora, któremu się wydaje, że wiele wie, ale który za tą prawdą nie podąża. Taki bezruch może być przyczyną duchowej śmierci człowieka, choć on sam może sobie z tego nie zdawać sprawy. Zanim jednak potępimy Heroda czy tych, którzy obojętnie reagują na przyjście na świat Zbawiciela, pomyślmy także, czy i w naszych poszukiwaniach prawdy, w naszym przezywaniu wiary nie ma czasem lęku, że Bóg zabierze nam wolność, albo że coś stracimy, godząc się na to, aby to On i jego wola były reżyserami naszego życia?

Uroczystość Objawienia Pańskiego powinna być dla nas dniem, w którym zadajemy sobie pytanie, czy nie przestaliśmy poszukiwać prawdy? Czy nie zgodziliśmy się na rutynę i nie zadowoliliśmy się otrzymanymi już kiedyś odpowiedziami w sprawach najważniejszych? Czy pozwalamy, by nasza wiara była dla nas światłem w codziennym poszukiwaniu? Może ten dzień będzie okazją do odnalezienia tego światła wiary na nowo!? Do odkrycia, że Bóg objawia się w świecie i w naszym życiu nie według naszych scenariuszy, ale według swojego scenariusza i woli. Nie przez to, że coś dla nas robi, albo czegoś nie robi, ale przez to, że z nami jest. Jego obecność jest największym darem, jaki możemy od Niego otrzymać. Tylko czy potrafimy ten dar przyjąć i nań właściwie odpowiedzieć?