Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja.
Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą”.
Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie.
Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego ojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”.
Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”
Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”.
Na to rzekła Maryja: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa”. Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1,26-38)

Pisałem niedawno, że w Łukaszowym opisie uderza mnie delikatność i szacunek Boga wobec człowieka i jego wolności. Gdy anioł Gabriel oznajmił Maryi dobrą nowinę, Bóg zamilkł oczekując w pokorze na odpowiedź…
Pamiętam, że scena ta przemówiła do mnie ze szczególnie wielką siłą, gdy miałem okazje być w Nazarecie i to w szczególnym czasie, bo już po wybudowaniu przez rząd izraelski muru na pograniczu z Palestyną, co zaowocowało tym, że przez długi czas granicy tej nie mogli przekraczać turyści, co wpłynęło na duże zubożenie ludności Nazaretu, która w przeważającej mierze żyła z turystów. Przyjechałem do Nazaretu w kilka dni po przywróceniu ruchu turystycznego. Dane było mi doświadczyć autentycznej radości i wielkiej otwartości mieszkańców miasta.
Miałem też okazję nieco czasu spędzić w bazylice Zwiastowania. I pomimo panującego tam zgiełku (myślę, że tak bardzo różniącym Nazaret współczesny od tego z czasów Maryi) a będącego skutkiem ubocznym obecności kilku głośnych grup turystów (zwłaszcza włoskich i angielskich) udało mi się pomedytować nad sceną zwiastowania.
Pamiętam jak wyraźnie dotarły do mnie wówczas słowa ks. Prof. Dajczera, który opisując doświadczenia Maryi pisze, że ta prosta i młoda dziewczyna z Nazaretu, godząc się na propozycję archanioła Gabriela, zgodziła się tak naprawdę wejść w ciemność. Przecież nikt przed nią nie otrzymał takiej propozycji. Owszem, zdarzały się w Starym Testamencie przypadki, gdy niepłodna kobieta stawała się matką za sprawą nadzwyczajnej interwencji Boga, jak Sara, żona Abrahama, czy Anna, matka proroka Samuela czy też nieznana nam z imienia matka Samsona albo bliższa nam św. Elżbieta, matka Jana Chrzciciela, ale żadna z nich nie poczęła dziecka za sprawą Ducha Świętego!
Tymczasem Maryja była zdrową dziewczyną mającą około 13-15 lat. Co więcej miała już męża – Józefa, więc wszystko układało się tak, jak powinno się układać w normalnej żydowskiej rodzinie na początku I wieku. Po roku od zawarcia kontraktu małżeńskiego miała zamieszkać w domu męża i tym samym dopełnić warunków owego kontraktu, ale stało się coś nieoczekiwanego: Bóg wybrał ją, aby stała się Matką Jego Syna.
Co oznaczało dla niej wyrażenie zgody na propozycję Anioła? Zgodę na niewiadomą. Wejście w ciemność! Ale ona nie wystraszyła się jej. Światło, które nosiła w sobie rozpraszało mroki tej ciemności. Każdy kolejny dzień miał być próbą zaufania do Tego, któremu powiedziała fiat, nawet jeśli nie do końca rozumiała, co się stało. Anioł nie dał Jej ani gotowej odpowiedzi, poza wskazaniem cudu poczęcia przez niepłodną Elżbietę; nie dał też gotowego scenariusza kolejnych dni Jej życia. Odpowiedziała na głos Boga, ale nie wiedziała w jaki sposób ta obietnica będzie się realizowała i jak teraz będzie wyglądała jej codzienność. Musiała zaufać!
My dzisiaj spoglądamy na tę scenę z zupełnie innej perspektywy (wiary i minionego czasu, który ukazuje nam tę historie do końca), ale Maryja po odejściu Anioła rozpoczęła piękny, ale i jednocześnie bardzo trudny czas, wymagający od niej wielkiego zawierzenia Bogu i Jego słowu.
Napisałem niedawno też, że zwiastowanie Maryi jest również w jakimś sensie naszym zwiastowaniem. Bóg przekazuje Maryi wielką tajemnicę, największy Dar, jaki może dać – swojego Syna. Przekazuje Go też nam. Ciebie i mnie Bóg codziennie wzywa do konkretnej i pięknej misji bycia Jego świadkiem i jego narzędziem w świecie, ale nie według naszych planów i scenariuszy, lecz na Jego warunkach. Tak często wchodząc w jakąś sytuacje życiową chcielibyśmy, żeby wszystko było jasne od początku do końca. Chcielibyśmy mieć wszystko pod kontrolą, bo choć wszelkie przekonanie, że cokolwiek kontrolujemy jest utopią, to jednak daje nam jakieś (często wyimaginowane) poczucie bezpieczeństwa. Wydaje nam się, że jeśli znalibyśmy Boży scenariusz dla naszego życia i wiedzieli kiedy przyjdą trudności i czego będą dotyczyły, to byłoby bam je łatwiej pokonać. Ale przykład Maryi pokazuje mi, że taka postawa nie ma wiele wspólnego z doświadczeniem wiary. Wiara ma sens tylko wtedy, gdy jest oparta na całkowitym zaufaniu Bogu. Na zgodzie by On nas prowadził w ciemności, którą rozświetla jedynie światło Jego słowa. Maryja swoją postawą mówi nam dziś: Choćby wokół było ciemno i wszystko wydawało się bez sensu i wszystko wydawałoby się walić trzymaj się Boga, a zwyciężysz.
Historia życia Maryi pokazuje, że przeżywanie trudnych chwil nie zostało Jej oszczędzone, choć była z pewnością człowiekiem głębokiej wiary i zaufania do Boga. Pomimo tego, Bóg prowadził Ją przez szereg trudnych doświadczeń począwszy od konieczności urodzin Syna w szopie, przez emigrację z powodu niebezpieczeństwa zagrażającego małemu Jezusowi aż po widok umierającego Syna na krzyżu. A jednak w Biblii nie słychać narzekania i pomstowania. Maryja jest dla nas wzorem i potężną orędowniczką, bo zaufała do końca. Na tym polega Jej wielkość.
Dlatego warto przychodzić do Niej ze wszystkim, co przeżywamy, co nas cieszy, ale też co nas trapi, z czym sobie nie radzimy, lub co jest mrokiem w nas i wokół nas. Po prostu powiedzmy Jej to i zawierzmy, a Ona zaniesie to, co jest w naszych sercach, do swojego Syna.
To dobre zadanie na adwent: oddać Maryi wszystkie swoje niepewności, trudności, rozterki i pozwolić by Ona – Matka Rozwiązująca Węzły pomogła nam je rozwiązać. Ona nam przypomina, że wszyscy znaleźliśmy łaskę u Boga.
Bądź dla mnie skałą schronienia *
i zamkiem warownym, aby mnie ocalić.
Bo Ty jesteś moją opoką i twierdzą, *
Boże mój, wyrwij mnie z rąk niegodziwca.
Bo Ty, mój Boże, jesteś moją nadzieją, *
Panie, Tobie ufam od lat młodości.
Ty byłeś moją podporą od dnia narodzin, *
od łona matki moim opiekunem. (Ps 71,3-4a,5-6ab)
Czytania liturgiczne ostatnich dni adwentu wiele mówią o milczeniu. Milknie Zachariasz, któremu archanioł objawił że urodzi mu się Jan Chrzciciel. Milknie Maryja, po wypowiedzeniu swojego „TAK” Bogu i rozważa słowo Boże w ciszy swojego serca. Milczy też św. Józef będąc niemym świadkiem głębokiej wiary i zaufania Bogu wobec niezwykłego planu, jaki Bóg realizuje przy udziale Jego i Jego małżonki.
Czas adwentu jest nacechowany ciszą, bo cisza ma niezwykłą moc dydaktyczną. Uczy nas czekania i zaufania. Milczenie Zachariasza, Józefa i Maryi uczy nas, że nasze życie może się zawsze Bogu przydać. Niekoniecznie musimy być skuteczni w ludzkim rozumieniu tego słowa. By stać się kanałem Bożej łaski potrzeba nam raczej postawy przeźroczystości, dyspozycyjności i pewnego rodzaju bezbronności. Tylko wówczas możemy stać się narzędziami Bożego działania. Cisza jest konieczną przestrzenią w której może rozwijać się i kwitnąć nasze zaufanie do Boga i doświadczenie Jego mocy.
Oczywiście w tej bezsilności i dyspozycyjności Bóg staje się naszym jedynym i pewnym zabezpieczeniem, dlatego psalmista woła w przywołanym w dzisiejszej liturgii psalmie responsoryjnym: „Bądź dla mnie skałą schronienia i zamkiem warownym, aby mnie ocalić. Bo Ty jesteś moją opoką i twierdzą…”
Medytacja kontemplacyjna jest tym rodzajem modlitwy, która wykracza poza wyobrażenia i idee. Zaprasza nas ona do pewnego rodzaju odpuszczenia przywiązania do naszych wyobrażeń o modlitwie a nadto i do samych siebie. Tylko wówczas możliwe jest aby dosięgnęła nas rzeczywistość, którą franciszkanin ojciec Richard Rohr określa mianem Rzeczywistości Absolutnej, w którą zanurza nas modlitwa.
Można powiedzieć, że modlitwa monologiczna i w konsekwencji kontemplacja, do której ona nas prowadzi są jedną z najbardziej radykalnych from wyrzeczenia się siebie. Domaga się ona od nas zaufania w to, że poza nami jest Ktoś, komu możemy powierzyć nas samych i akt naszej modlitwy i że składając w Jego ręce pełną odpowiedzialność doprowadzi nas On do doświadczenia zjednoczenia z Nim w miłości, tak aby naszym udziałem stało się doświadczenie o którym pisze św. Paweł w Liście do Rzymian: „Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim” [Rz 8.28]
Modlitwa monologiczna, to modlitwa w przeważającej mierze oparta na ciszy, ale nie na bierności. Wyciszenia naszej wyobraźni, naszych pragnień i naszego intelektu sprawia, że w tej modlitwie inicjatywę przejmuje Bóg. Słowo, które towarzyszy tej modlitwie, i w które się wsłuchujemy jest wypowiedzianym z naszej strony „TAK” na to, aby przenikała nas łaska, której to słowo jest znakiem i kształtowała nas Boża mądrość, której nie jesteśmy w stanie ogarnąć ani pojąć wysiłkiem naszego rozumu.
Bo prawdziwa modlitwa jest po to, aby pozwolić Bogu nas przemieniać. Prawdziwa modlitwa służy jedynie poznaniu woli Boga. Taką postawę na modlitwie reprezentują Zachariasz, Józef i Maryja. Taka postawa jak pisze o. Richard Rohr jest „przełączaniem swojego umysłu na umysł Chrystusa, dla którego pokarmem było wypełnić wole Ojca”. Zaś w innym miejscu dodaje: „ Prawdziwa modlitwa zawsze sprowadza się do pytania „KTO?” Kto w rzeczywistości się modli? Ty czy Chrystus w tobie? Twoje stare, małe „ja” czy odwieczne „JA” Chrystusa, do którego mamy dorastać i w którego mamy się przemieniać. Lecz nie możemy tego uczynić własnym wysiłkiem. Takie owoce modlitwy są jedynie owocami łaski, której Bóg udziela nam w Chrystusie; łaski, na którą my możemy się jedynie otworzyć. W zasadzie modlitwa jest ćwiczeniem uczestnictwa w boskim życiu. Ty decydujesz, czy chcesz uczestniczyć a Bóg jedynie czeka, aby ci udzielić tej łaski”. [Breathing under Water 96-97]
Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak.
Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienna za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem prawym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.
Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: ”Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”.
A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy ”Bóg z nami”.
Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie. (Mt 1,18-24)
„Z jego ust nie pada ani jedno słowo w Biblii, a jest czczony jako patron całego Kościoła.
Z Jego ust nie pada ani jedno słowo w Biblii, a miał kolosalny wpływ na to, jakim człowiekiem był Jezus.
Z Jego ust nie pada ani jedno słowo w Biblii, a uratował życie Maryi.
Z Jego ust nie pada ani jedno słowo w Biblii, a on mówi tak wiele swoimi czynami”.
O kogo chodzi? Oczywiście o św. Józefa. Nic nie powiedział, a tyle zrobił. I może nas wiele nauczyć.
Czytając dzisiejszą Ewangelię możemy odczuć, że życie dwojga młodych ludzi z Nazaretu – Maryi i Józefa – nacechowane jest milczeniem.
Maryja zachowuje w sercu swoje doświadczenie spotkania z Bogiem. Józef, mąż sprawiedliwy, przeżywa wewnętrzną walkę między miłością a prawem.
Po powrocie z Ain Karem od swojej krewnej Elżbiety Maryja była w trzecim miesiącu ciąży.
Wydaje się, że jedyną osobą, która miała pełną świadomość, że „coś jest nie tak” i że noszone pod sercem Maryi Dziecko nie jest synem Józefa był… on sam. Mimo tego, że ludzie nie mieli pojęcia, że nie jest on ojcem, to cieśla stanął wówczas przed wielkim dylematem. Zanim anioł przyszedł do niego we śnie mógł patrzeć na tę sytuację tylko po ludzku: „Zdradziła mnie i ktoś inny jest ojcem jej dziecka”. Jako człowiek prawy i sprawiedliwy Józef zgodnie z obowiązującym prawem nie powinien był ukrywać pod swoim imieniem dziecka innego mężczyzny. Co mógł zrobić w tej trudnej sytuacji?
Po pierwsze, poddać się Prawu i wydać Maryję na sąd. Przy takiej decyzji jego ukochana, z którą miał spędzić resztę życia (nie możemy o tym fakcie zapominać) zostałaby uznana za niewierną i najprawdopodobniej skazano by ją na ukamienowanie.
Po drugie, mógł jej dać list rozwodowy. Wówczas obydwoje uzyskaliby wolność i mogli na nowo układać sobie życie z kimś innym. Taką opcję przewidywało prawo żydowskie. Jednak wtedy, w tak małej społeczności jak Nazaret sprowokowałoby to wiele pytań. Do dzisiaj wielu ludziom trudno uwierzyć w poczęcie za sprawą Ducha Świętego, a co dopiero w maleńkim Nazarecie? Józef nie mógłby niczego wyjaśnić, no bo niby jak? A Maryja znalazłaby się zapewne szybko w społecznej izolacji.
Wydawało się, że sytuacja jest bez wyjścia. Ale właśnie w tym momencie ujawniła się wielka świętość Józefa i miłość do żony. Św. Mateusz zanotował, że „Józef, który był człowiekiem prawym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.”
Kontemplując tę scenę, możemy stawiać liczne pytania: Dlaczego Maryja nie dzieli się od razu doświadczeniem zwiastowania z Józefem? Dlaczego zachowuje tajemnicę? Dlaczego idzie najpierw do Elżbiety, pozostawiając narzeczonego w niepewności?
Możemy również odczuć, że życie Maryi i Józefa nacechowane jest milczeniem. Maryja przechowuje w swoim sercu słowa Boże, rozważa je (Łk 2, 19). Józef natomiast jest człowiekiem dogłębnego milczenia. Z jego ust nie padło żadne, choćby najkrótsze zdanie, zapisane w historii. Jakby nie miał nam nic do powiedzenia. Jednak w tym milczeniu słucha, rozważa a później działa. Bez rozgłosu, bez słowa, ale i nie bez cierpienia, rozwiązuje w wierze problemy, które po ludzku wydają się nie do rozwiązania a czyni to tylko dlatego, że wiernie wsłuchuje się w głos Boga.
Cisza Józefa i Maryi nie jest jałowa. Nie jest również dzielącym ich murem. Oboje przeżywają ciszę jako przestrzeń, w której ich życie osobiste i małżeńskie jest związane z Bogiem i od Niego czerpie siłę. Dzięki milczeniu i ciszy mogą podołać codziennym trudnościom i przeciwnościom życia.
Józef jest prawdziwym człowiekiem „z krwi i kości”. Ale jest również człowiekiem wiary ukrytej w Bogu. Pozostaje tajemnicą, na ile był w pełni świadomy posłannictwa Jezusa. Na pewno wiele nie rozumiał. Jednak ufał. Jak napisze św. Paweł: „wbrew nadziei uwierzył nadziei” (Rz 4, 18). I nigdy nie cofnął pierwszego „tak” danego Bogu.
Dla mnie św. Józef jest ideałem chrześcijanina. Mimo iż sam przeżywa wewnętrzne rozterki potrafi je z ufnością zawierzyć Bogu, ufając, że tylko On może wskazać drogę do ich rozwikłania a jednocześnie jest delikatnym towarzyszem procesu, który dokonuje się w życiu Maryi i Jezusa. Pozwala, by Bóg do końca doprowadził w Nich obojgu swoje dzieło.
Jak wiele możemy się nauczyć od św. Józefa!
Jego historia uświadamia nam, że nawet najwięksi święci przeżywają trudności i muszą stawiać czoła wielkim wyzwaniom. Józef pomimo tego, że cierpiał (zanim przyszedł do niego anioł), nie szukał odwetu, ale kierował się dobrem Maryi. Takiej postawy nie można nauczyć się z książek. Takie serce daje tylko Bóg, kiedy otworzymy się na Jego łaskę i Jego słowo, pozwalając by je kształtowały.
To uświadamia nam jak wielką rolę może odgrywać słowo Boże w życiu człowieka wierzącego. To ono dało Józefowi siłę do przekraczania siebie i do odkrywania w Bożym słowie światła, które krok po kroku rozświetlało drogę jego życia. Życia, które było historią pisaną na dwie ręce: Boga i człowieka.
Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama. Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama; Aram ojcem Aminadaba; Aminadab ojcem Naassona; Naasson ojcem Salmona; Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut. Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida. Dawid był ojcem Salomona, a matką była /dawna/ żona Uriasza. Salomon był ojcem Roboama; Roboam ojcem Abiasza; Abiasz ojcem Asy; Asa ojcem Jozafata; Jozafat ojcem Jorama; Joram ojcem Ozjasza; Ozjasz ojcem Joatama; Joatam ojcem Achaza; Achaz ojcem Ezechiasza; Ezechiasz ojcem Manassesa; Manasses ojcem Amosa; Amos ojcem Jozjasza; Jozjasz ojcem Jechoniasza i jego braci w czasie przesiedlenia babilońskiego. Po przesiedleniu babilońskim Jechoniasz był ojcem Salatiela; Salatiel ojcem Zorobabela; Zorobabel ojcem Abiuda; Abiud ojcem Eliakima; Eliakim ojcem Azora; Azor ojcem Sadoka; Sadok ojcem Achima; Achim ojcem Eliuda; Eliud ojcem Eleazara; Eleazar ojcem Mattana; Mattan ojcem Jakuba; Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem. Tak więc w całości od Abrahama do Dawida jest czternaście pokoleń; od Dawida do przesiedlenia babilońskiego czternaście pokoleń; od przesiedlenia babilońskiego do Chrystusa czternaście pokoleń. (Mt 1,1-17)
Dzisiejsza Ewangelii przywołuje rodowód Jezusa Chrystusa. Gdyby spojrzeć na ten fragment powierzchownie, można dojść do wniosku, że to jedynie nudne wymienianie trudnych do wypowiedzenia dla nas imion.
Po co nam słuchać dziesiątek imion, których często niewiele nam mówią, których nie zapamiętamy…
Gdyby jednak spojrzeć na ten tekst z głębszej perspektywy, trzeba by uznać, że przez każde słowo wypowiedziane w Biblii – także to które wydaje się z pozoru nudne i nic nie wnoszące – Bóg, który jest jego autorem chce nam coś przekazać.
Wśród przodków Chrystusa spotykamy znanych i nieznanych bohaterów z kart Biblii. Są tam postacie bliskie naszemu sercu jak Abraham, Izaak, czy król Dawid. Są osoby za którymi kryją się chlubne i niechlubne życiorysy; są ci, którzy wpisali się w dzieje Izraela złotymi zgłoskami i ci, którzy przynosili wstyd Narodowi Wybranemu.
Bóg jednak nie wstydzi się tej historii. Wszak sam ją poniekąd pisał z pomocą ludzi. Można powiedzieć, że wcielenie Syna Bożego to nie tyle wejście Boga w tę historię, gdyż On wszedł w nią od samego początku dziejów człowieka. Bóg stając się człowiekiem po raz kolejny potwierdza, że nie stoi z boku historii ludzkości, że jest ona dla Niego ważna.
Można powiedzieć, że wymienieni przez Mateusza przodkowie Jezusa Chrystusa tworzą drzewo genealogiczne Syna Bożego.
Dzisiaj powróciła moda na tworzenie drzew genealogicznych naszych rodzin, na szukanie swoich korzeni, przodków. Słowem na poszukiwanie tożsamości.
Tożsamość to ważne słowo. To fundamentalna wartość pozwalająca nam utożsamić się z miejscem, kulturą, tradycją, ludźmi, którzy je pielęgnowali i przekazywali z pokolenia na pokolenie.
Odkrywając naszą tożsamość szukamy podobieństw, które nas określają, nie tylko w sensie genetycznym, ale również w wymiarze wartości, przekonań. Odkrywanie tożsamości, to sięganie do źródła, by z niego zaczerpnąć.
„Nikt z nas nie jest samotną wyspą” – pisał Thomas Merton, dlatego potrzebujemy wiedzieć kim jesteśmy, skąd pochodzimy, dokąd zmierzamy. To pytania określane często mianem fundamentalnych.
I dlatego z punktu widzenia wiary ten fragment z Ewangelii jest tak ważny.
Chrystus nie przyszedł na świat w oderwaniu od rzeczywistości. Rodowód Jezusa nadaje ramy tej rzeczywistości, w którą wszedł Bóg, jako żywy, także mający swój życiorys, swoje pochodzenie „od dni wieczności” i podejmujący swoje, często zaskakujące człowieka decyzje. Bóg nie stoi z boku historii. Przenika tę historię swoją miłującą obecnością. On jest obecny w dziejach świata i w historii życia każdego bez wyjątku człowieka. Choć to od człowieka zależy, czy z tej obecności Boga skorzysta czy też nie.
Ale rodowód Jezusa przypomina nam – urodzonym dwadzieścia wieków po Jego wcieleniu, że ta historia, to także nasze dziedzictwo. Chrystus sam mówi nam, że dzięki wierze w Niego i zasłuchaniu w słowo Boże stajemy się Jego braćmi. A to oznacza, że dzięki duchowemu pokrewieństwu z Jezusem my również możemy powiedzieć o sobie, że jesteśmy potomkami Abrahama, Jakuba, Izaaka… Tworzymy jedną rodzinę dzieci Bożych a nasze życiorysy tym samym również wpisują się historię zbawienia.
My również, którzy przez śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa staliśmy się dziećmi Boga wpisujemy się w to dziedzictwo… Czy doceniamy to?
Można bez przesady powiedzieć, że rodowód Jezusa Chrystusa ciągle jest pisany. I będzie pisany aż do końca czasów przez kolejne pokolenia Jego wyznawców. Tam również będą różne życiorysy. Te bardziej i mniej chwalebne; te przynoszące chlubę i wstyd wielkiej rodzinie chrześcijańskiej. Bez w względu na to jednak kiedy i gdzie żyjemy chrzest czyni z nas jedną rodzinę, mającą wspólny rodowód, wspólnych przodków, wspólne korzenie i wspólną historię określające naszą chrześcijańska tożsamość. Wszyscy też mamy jeden cel: dojście do Niebieskiej Ojczyzny, w której wszyscy stanowić będziemy jedną rodzinę, gdzie nie będzie już podziałów, waśni, sporów (jak to bywa w każdej rodzinie), ponieważ tam będziemy stanowili jedno w pełnym znaczeniu tego o co modlił się Jezus, gdy prosił Ojca: „Aby byli jedno jak Ty Ojcze we Mnie a Ja w Tobie.”
Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam, że Bóg już dokonał swojego wyboru w historii. Opowiedział się po stronie człowieka i nigdy nie cofnie swojej decyzji. Reszta należy do nas. I od tego czy uczynimy swoje życie miejscem odkrywania Bożej obecności i współpracy z nią w historii naszego życia, czy też spróbujemy przeżyć życie bez odniesienia do Boga zależy nasz życiorys a ten z kolei ma wpływ na doczesną historię świata jak i na to, jaka będzie nasza wieczność.
Gdy Jan nauczał nad Jordanem, pytały go tłumy: „Cóż mamy czynić?”. On im odpowiadał: „Kto ma dwie suknie, niech jedną da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni”. Przychodzili także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i pytali Go: „Nauczycielu, co mamy czynić?”. On im odpowiadał: „Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono”. Pytali go też i żołnierze: „A my, co mamy czynić?”. On im odpowiadał: „Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie”. Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest on Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: „Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichrza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym”. Wiele też innych napomnień dawał ludowi i głosił dobrą nowinę. (Łk 3,10–18)
Jedni ludzie, patrząc na Kościół (zwłaszcza w Polsce), mówią o kryzysie. Inni nie mogąc ochłonąć z zachwytu, uważając nasz Kościół za potężną siłę.
A co Ty o tym myślisz?
Chciałbym przytoczyć pewną opinię na temat Kościoła, kogoś, kto przez wiele lat był i jest uznawany za autorytet i jak sądzę miał dużo lepszy ogląd sytuacji w Kościele niż inny przeciętny chrześcijanin.
Ten ktoś powiedział tak: „Z dzisiejszego kryzysu wyłoni się Kościół, który straci wiele. Stanie się nieliczny i będzie musiał rozpocząć na nowo, mniej więcej od początków. Nie będzie już więcej w stanie mieszkać w budynkach, które zbudował w czasach dostatku. Wraz ze zmniejszeniem się liczby swoich wiernych, utraci także większą część przywilejów społecznych. Rozpocznie na nowo od małych grup, od ruchów i od mniejszości, która na nowo postawi wiarę w centrum doświadczenia. Będzie Kościołem bardziej duchowym, który nie przypisze sobie mandatu politycznego, flirtując raz z lewicą, a raz z prawicą. Będzie ubogi i stanie się Kościołem ubogich. Wtedy ludzie zobaczą tę małą trzódkę wierzących jako coś kompletnie nowego: odkryją ją jako nadzieję dla nich, odpowiedź, której zawsze w tajemnicy szukali”.
Co myślicie o tej diagnozie i prognozie?
Jak myślicie, czyje to mogą być słowa?
Otóż słowa te wypowiedział przed pół wieku ks. Joseph Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI.
Bez względu czy uznamy te słowa za prorocze i czy się z nimi zgadzamy czy też nie, przyzwoitość każe zbyt łatwo tej myśli nie lekceważyć.
Spróbujmy tę miarę przyłożyć do znanego nam z doświadczenia życia Kościoła (parafii, diecezji, Polski).
Czy wierzący w rzeczonej Winnicy stanowią mniejszość czy większość?
Zależy jaką miarę się przyłoży. Jeśli miarą będzie wizyta kolędowa, która w wielu parafiach już się zaczęła, to wyglądałoby, że wierzący stanowią mniejszość (przynajmniej w stolicy), bo coraz więcej jest drzwi, które się przed kapłanem nie otwierają.
Jeśli kryterium będzie dzisiejsza niedziela, która w parafii, gdzie posługuję jest początkiem rekolekcji adwentowych, to okaże się, mimo że sporo wiernych było dziś w kościele, zapewne więcej niż zazwyczaj (jak to bywa przy okazji rekolekcji), to jednak grupa tych, którzy byli w kościele była mniejsza od tych, którzy w kościele nie byli.
A gdyby kryteria trochę zaostrzyć? Nie jakoś bardzo, ale tak zwyczajnie i nawet czysto zewnętrznie – coniedzielna Msza Święta, codzienna modlitwa, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych w piątek, spowiedź częstsza niż tylko raz do roku, na Wielkanoc, jak zalecają przykazania kościelne, to nie mam wątpliwości, że grupa ta okazałaby się jeszcze mniejsza.
A przecież to czysto zewnętrzne kryteria. Nie zaglądamy jeszcze do głowy, do serca, do prawdziwych przekonań, do wiary.
Józef Ratzinger mówił o wyprowadzce Kościoła z budynków zbudowanych w czasach dostatku.
Jeszcze się nie wyprowadzamy, robimy co się da, naprawiamy co możemy, ale bądźmy szczerzy, mamy coraz mniej możliwości utrzymania tych wszystkich budynków. Coraz więcej moich kolegów – proboszczów mówi mi, że po zapłaceniu wszystkich powinności (media, podatki, pensje dla pracowników etc.) zabrakłoby im zwyczajnie na doraźne prace remontowe, gdyby nie poprosili o kolejny, celowy datek swoich wiernych. Przyznać trzeba, że gdyby często nie było możliwości skorzystania z różnych funduszy i dotacji wiele z kościelnych budynków byłoby w ruinie.
Dzisiejsza Ewangelia opowiada nam o proroku – św. Janie Chrzcicielu. Osobiście jestem przekonany, że głos Józefa Ratzingera sprzed pól wieku, to także głos współczesnego proroka. Nie jest to jednak głos pesymistyczny, tragiczny, mówiący o upadku – jak niektórzy próbują go interpretować. Jak w przypadku każdego proroka, którego Bóg czyni swym świadkiem, to bardziej głos przestrogi!
Zresztą słuchając papieża Franciszka również często odnajdujemy w jego słowach jakąś tęsknotę za takim Kościołem: który może i „utraci wiele” ze swoich ziemskich dóbr, może pozostanie niewielki, ubogi, ale będzie to Kościół silny mocą wiary i Ducha Bożego, w którym ludzie odkrywać będą nadzieję, Kościół świadczący o Jezusie, do czego nade wszystko został powołany!
Możemy śnić o potędze, biurach i funduszach, ale tak naprawdę powinniśmy pragnąć właśnie tego – ubóstwa (nie mylić z dziadostwem!), bo właśnie ubóstwo czyniąc nas naprawdę wolnymi otwiera nas w pełni na moc Ducha Świętego i czyni nas dyspozycyjnymi wobec Jego prowadzenia.
Dlaczego dzisiaj gdy wielu ludzi myśli o Kościele to albo się śmieje, albo cisną im się na myśl niewybredne myśli, albo odwracają się plecami do tych, którzy go reprezentują? Jak często powodem tego jest jedno wielkie udawanie, które widzą albo nieporadność, albo brak serca jego przedstawicieli lub – co zarzucał św. Jan Chrzciciel a potem Jezus faryzeuszom – rozdźwięk między tym co mówią a jak żyją chrześcijanie.
Gdy nad brzegami Jordanu pojawił się prorok – Jan Chrzciciel, ludzie pytali go: „Co mamy czynić?” (Łk 3,12b) Wielu z nas z pewnością odnalazłoby się wśród tych, którzy przyszli do Jana z jednym z najważniejszych egzystencjalnych pytań.
Dzisiaj Bóg mówi do nas głosem innych proroków. Pytanie tylko czy ich słuchamy? Czy pytamy szczerze: „Co mamy czynić?”
To jest na wskroś adwentowe pytanie! Jeśli nic nie zrobimy, jeśli nie postawimy sobie tego pytania, jeśli nie będziemy szukać odpowiedzi, to nigdy nie wejdziemy na drogę nawrócenia, do której wzywa nas Ewangelia. A bez niego nasze chrześcijańskie świadectwo nigdy nie będzie autentyczne.
Tydzień przed Bożym Narodzeniem to chyba dobry moment, by się zastanowić nad tym, w jaki sposób przygotować się na przyjście Jezusa, bo bez spotkania z Nim trudno mówić w ogóle o nawróceniu czy świadectwie chrześcijańskiego życia. Dlatego może ważniejszym pytaniem jest, czy w ogóle kiedykolwiek w swoim życiu tak prawdziwie spotkaliśmy Pana Boga.
Wielu zapyta z pewnością: Jak to zrobić? Dla Jana Chrzciciela drogą do spotkania Pana Boga jest proste, porządne i dobre życie otwarte na Bożą obecność przychodzącą w słowie Bożym i w wydarzeniach odczytywanych w duchu wiary. Nic więcej.
Inny współczesny prorok, także Niemiec z pochodzenia pisał: „Chrześcijanin XXI wieku albo będzie mistykiem, albo go w ogóle nie będzie”. To słowa Karla Rahnera, jednego ze współczesnych pisarzy katolickich. Dla jednych to opinia dość bulwersująca, dla innych utopijna (ale czyż wszystkich proroków nie posądzano o to!?). Idąc torem myślenia tego niemieckiego teologa trzeba by powiedzieć, że skoro chrześcijanin, to i Kościół! Kościół bardziej mistyczny! Czy nie marzy się on wielu z nas!?
Innymi słowy idąc za przestrogą św. Jana Chrzciciela z dzisiejszej Ewangelii a potem za myślą Ratzingera czy Rahnera można powiedzieć, że ocaleją ci, którzy naprawdę spotkali Chrystusa, więcej którzy potrafią postawić Go naprawdę w centrum swojego życia. Nie na chwilę, nie na godzinę w tygodniu spędzoną na Mszy świętej, ale jak to mówią moi uczniowie na forever! Ocaleją ci, którzy postawią na wiarę, na duchowość, na łaskę i prawdę.
Ocaleją ci, którzy zrezygnują z przywilejów i nie będą flirtować ze światem.
Ocaleją ci, którzy będą potrafili prawdziwie spotkać się z innymi wierzącymi szukając tego co wspólne w Piśmie Świętym i w odkrywaniu Bożej woli.
Ocaleją ci – Ratzinger nie mówi o tym wprost, ale wiąże się to z jego opisem – którzy będą potrafili swoją wiarę uczynić znakiem i drogowskazem dla innych.
To nie jedna z opcji, jaką daje nam Ewangelia, to absolutna konieczność, na miarę być albo nie być.
Pisząc to nie mam na myśli jakichś specjalnych okazji czy sytuacji. Mam na myśli normalności szarego dnia. Historię dnia powszedniego pisaną wiarą, postawieniem Chrystusa na pierwszym miejscu i posłuszeństwem Jego woli we wszystkim. Bez tego nie można być świadkiem! Bez tego w zasadzie nie można być prawdziwym chrześcijaninem!
W przeciwnym razie nasze chrześcijaństwo będzie bezowocne. I nic nie pomoże, że będziesz mówił codziennie do Jezusa: „Panie, Panie…” (por. Mt. 7,21)
Naszym programem na życie ma być wola Ojca, który jest w niebie. (o tym też mówi Jezus w powyższym wersecie) A wolą Boga jest to byśmy żyli wiarą tak intensywnie i tak prawdziwie, że nasze życie będzie świadectwem tej wiary i nie będzie trzeba tego udowadniać, będzie to po prostu widać!
„Gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami…” (por. Dz 1,8) To jest wezwanie i obietnica Jezusa. Duch Święty zstąpił i nieustannie zstępuje. I jak jest?
Przeczytałem ostatnio napis, który ktoś umieścił na plakacie zapowiadającym temat obecnego roku liturgicznego w Kościele, który brzmi: „W mocy Bożego ducha”. Zaś napisany czerwonym markerem komentarz brzmiał: „W Kościele już dawno nie ma ani Ducha, ani mocy, ani świadectwa!” Pomyślałem sobie wtedy, że zamiast wkurzać się na tego „antyklerykała” warto zatrzymać się i zapytać, czy w tym, co pisze nie ma choć trochę racji? Nie mam wątpliwości, że Duch Boży w kościele jest i działa, bo w przeciwnym razie już by tego Kościoła nie było. Może jednak warto pytać: dlaczego nie potrafimy innym pokazać tego Ducha, tej mocy i świadectwa!? Co mamy czynić, żeby to się zmieniło? Żeby nasze chrześcijaństwo miało znowu moc przekonywania…
Co mamy czynić? Co mam czynić ja?
Niech ostatni tydzień adwentu i zabiegania wokół przygotowań do świąt nie zwolnią nas przypadkiem z poszukiwania odpowiedzi na to pytanie i czynienia tego, do czego Bóg nas zaprasza swoim słowem i swoimi natchnieniami.