Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Słowo, które się wypełnia

Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas, tak jak je przekazali ci, którzy od początku byli naocznymi świadkami i sługami słowa. Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil i opisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono.

W owym czasie Jezus powrócił w mocy Ducha do Galilei, a wieść o Nim rozeszła się po całej okolicy. On zaś nauczał w ich synagogach, wysławiany przez wszystkich.

Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę natrafił na miejsce, gdzie było napisane: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnych, abym obwoływał rok łaski od Pana”.

Zwinąwszy księgę oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione. Począł więc mówić do nich: „Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli”. Łk 1,1-4;4,14-21)

Piękny jest prolog dzisiejszej Ewangelii, w którym św. Łukasz dedykuje swój tekst „dostojnemu Teofilowi”. Imię Teofil oznacza odsłownie: „przyjaciel Boga”. Bardzo prawdopodobne, że Ewangeliście chodziło o konkretną osobę, niemniej metaforycznie możemy odnieść tę dedykację do nas samych jeśli rzeczywiście naszym pragnieniem jest bycie przyjaciółmi Boga.

Warto zatem na samym początku tych rozważań zadać sobie pytanie: „Czy czuję się adresatem Ewangelii” a Jeśli tak, co to dla mnie oznacza? Myśląc „adresat” mamy na myśli dwa podejścia: można przeczytać tekst, odłożyć go i zapomnieć o nim. Można jednak potraktować go bardzo serio i uznać jako motywację do zmiany, zwłaszcza, że Ewangelia jest tekstem pisanym miłością Boga do człowieka.

Pierwsze czytanie ze Starego Testamentu nie pozostawia wątpliwości, jak traktowano kiedyś bycie adresatem słów pochodzących od Boga. W Księdze Proroka Nehemiasza lud, słysząc, jak pisarz Ezdrasz czyta Prawo, reaguje okrzykiem: „Amen! Amen! Niech się tak stanie!” Zatem odpowiedzią na objawienie się Boga powinna być wiara człowieka.

W naszym codziennym życiu wiele razy mówimy „amen” – robiąc znak krzyża, podczas modlitwy, w czasie mszy świętej. Ale czy jesteśmy świadomi wypowiadanych słów? Czy one oznaczają dla nas to, że w sercu zgadzamy się na panowanie Boga i Jego prawa w życiu każdej i każdego z nas? Amen – to krótkie, powszechnie znane słowo może być naszą głęboką modlitwą do Boga, jeśli będziemy je wypowiadali świadomie i odpowiedzialnie.

Kiedy czytamy różne Ewangelie, nie mówiąc już o innych księgach Biblii może nas zadziwić ich różnorodność. Oczywiście przeciwnicy chrześcijaństwa (czy religii w ogóle) powiedzą, że ta różnorodność, to nic innego jak niespójność przekazu. Dla mnie natomiast całe Pismo święte jest znakiem, że Bóg posłużył się różnymi ludźmi i różnymi sposobami przekazu szanując odmienność wrażliwości różnych osób. Święty Łukasz, którego wersję Ewangelii dziś przywołujemy przychodzi do doświadczenia wiary spoza Izraela. Nie wyrósł on z tradycji żydowskiej, dlatego jak sam pisze postanowił wszystko zbadać dokładnie od pierwszych chwil, pragnął w ten sposób umocnić tych, do których adresuje swoją wersje Ewangelii w prawdziwości otrzymanych nauk. Nie przyjął bezkrytycznie tego, co usłyszał od innych, ale sam – będąc uczonym – wyruszył na poszukiwanie wieści o Jezusie.

Można powiedzieć, że poszukiwania św. Łukasza doprowadzają go do wiary w Jezusa a nawet do postawy bycia przyjacielem Boga.

Mówię o tym, bo postawa św. Łukasza przypomina nam, że taka jest droga wiary – wpierw sami musimy stać się poszukiwaczami i słuchaczami Słowa. Inaczej mówiąc: by móc mówić o byciu „przyjacielem Boga”, Ewangelia musi się stać częścią nas samych. W przeciwnym razie nasze mówienie o wartości wiary i Ewangelii będzie miało więcej z marketingu niż z przekazywania Dobrej Nowiny. Prawdziwe chrześcijaństwo to przede wszystkim Wcielenie Słowa w życie.

Jedynie żyjąc Słowem Bożym na serio i na co dzień, tak jak Jezus, jesteśmy w stanie dostrzec, że „dziś spełniają się słowa Pisma”. Biblia nie jest zapisem działania Boga w przeszłości i w historii, ale zaproszeniem, by ucząc się patrzeć przez jego pryzmat na współczesną rzeczywistość umieć dostrzec, że Bóg działa także w czasie teraźniejszym.

Święty Łukasz rysując dziś w liturgii obraz Jezusa, który czyta w synagodze słowa Izajasza o uzdrowieniu niewidomych i czasie łaski, mówi też o spojrzeniu wiary. Jakby chciał powtarzać z Jezusem: jeżeli uważnie patrzysz, dostrzeż, że dziś spełniają się te słowa Pisma, bo dzisiaj także jest czas Jezusa.

Dlatego dzisiejszą Ewangelię trzeba byśmy odczytali jako zachętę do codziennego kontaktu ze słowem Bożym, co dla człowieka wiary jest nieodzowne nie tylko dlatego, że z zasłuchania w słowo Boże rodzi się wiara – o czym wielokrotnie przypomina nam Biblia, ale także dlatego, że potrzeba kontaktu ze Słowem Bożym, by w ten sposób stać się człowiekiem, który przez jej pryzmat potrafi patrzeć na otaczającą rzeczywistość i w tym kontekście widzieć ją głębiej, szerzej i bardziej optymistycznie.

Żyjemy w czasach, gdy dziesiątki ekranów przykuwają naszą uwagę poczynając od ekranów telefonów, tabletów, komputerów, reklam aż po ekrany telewizorów czy kin. Przykuwają naszą uwagę  także po to, abyśmy nie patrzyli na Jezusa i tylko na podstawie ich przekazu budowali w sobie obraz otaczającej nas rzeczywistości. Tymczasem  jakimś nieporozumieniem jest to, gdy uczeń Chrystusa znajduje czas by wpatrywać i wsłuchiwać się w rzeczone ekrany a nie ma czasu wpatrywać się w Jezusa i wsłuchiwać w Jego słowo.

„Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli” – mówi w Ewangelii Jezus. Słowo Boże ma spełniać się w moim życiu, ale tak się nie stanie, jeśli codziennie przed tym słowem nie otworzę uszu i serca!

Monologia

Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.

Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie. [Mt 6, 5-8]

Zapytano pewnego razu Abba Makarego: „Kiedy powinniśmy się modlić?” Starzec odpowiedział: „Zawsze, bo modlitwa nie polega na wypowiadaniu wielu słów, ale na życiu w zażyłej przyjaźni z Bogiem a to możemy robić zarówno wówczas gdy modlimy się, gdy pracujemy czy gdy odpoczywamy” [Apoftegmaty Ojców Pustyni] . Zaś Thomas Merton dopowie:  „Żyjmy z Bogiem, jak z przyjacielem. Miejmy żywą wiarę, by móc łączyć się z nim przez wszystko. To właśnie uświęca nasze życie. Niebo nosimy w sobie, ponieważ Ten, który w świetle wizji nasyca mistyków, oddaje się każdemu wierzącemu w tajemnicy wiary. To jest to samo. Wydaje mi się, że nalazłem niebo na ziemi, ponieważ niebo to Bóg a Bóg jest obecny w duszy człowieka. Trójca Święta w duszy człowieka – tu jest wszystko! Całe życie duchowe” [Nowy posiew kontemplacji]

I raz jeszcze wróćmy do zachęty Abba Makarego, który mówi: „Nie potrzeba na modlitwie dużo słów, lecz wyciągać ręce i prosić: <<Panie zgodnie z wolą Twoją, zmiłuj się nade mną>>”

Praktyka krótkich modlitw, często powtarzanych, rozwinęła się od III do VII wieku. Zazwyczaj stosowano jeden wiersz psalmu, werset Ewangelii lub innego tekstu biblijnego, który zawierał – skondensowaną w kilku słowach – prośbę o miłosierdzie, albo też wyrażał uwielbienie Boga.

Te krótkie wezwania już św. Augustyn określił mianem „aktów strzelistych” i tak się przyjęło określać je w Kościele zachodnim po dziś dzień, choć może się wydawać, że praktyka aktów strzelistych nieco została zatracona w dzisiejszych czasach. Ale to właśnie do takiej modlitwy wzywa nas poprzez pośrednictwo siostry Faustyny Jezus, gdy podarowuje nam wezwanie „Jezu, ufam Tobie”, które można odmawiać w każdym miejscu i każdym czasie.

Z kolei Kościół na Wschodzie mówił o modlitwie monologicznej, lub po prostu o monologii. Określenie to nabrało swoistego sensu. Oznacza bowiem nie tylko fakt powtarzania jednej krótkiej formuły, zwrotu czy zdania, ale też określa odpowiedni stan duchowy, wyrażający się w skupieniu umysłu jedynie na tym, co najważniejsze.

W kościele wschodnim pojęcie monologii łączy się z szerszym pojęciem nauki o tzw. „czystej modlitwie”, której podstawy opracował Ewagriusz z Pontu. By umysł mógł rozmawiać z Bogiem, winien być oczyszczony [Ewargiusz używa dosłownie określeń: „głuchy i niemy” na doznania zmysłowe]. Należy więc unikać nieświadomego i natrętnego napływu „myśli” oraz stać się wolnym od wszelkich pojęć, wyobrażeń i wspomnień. To z kolei prowadzi do duchowego wyciszenia i pomaga przeżywać obecność Boga.

Teologia czystej modlitwy wyjaśnia sens monologii w kontekście słów Chrystusa: „Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi, jak poganie; oni sądzą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani”. Warto jednak nadmienić w tym miejscu, że Jezusowy zarzut wielomóstwa nie odnosi się do praktykowania każdej dłuższej modlitwy, lecz do czczej „gadaniny” i pokładania nadziei w wielości wypowiadanych słów. Takie postępowanie rozprasza jedynie myśl i rodzi wewnętrzny zamęt. Dla Ojców Kościoła przeciwieństwem „wielomóstwa” jest właśnie modlitwa „monologiczna”, połączona z prostotą i pokojem serca. Polega ona na pokornym wzywaniu Boga i pomaga koncentrować się wyłącznie na Nim.

By osiągnąć taki stan modlitwy autorzy Filokalii zalecają powtarzanie krótkiego niezmiennego wezwania zawierającego Imię Jezus. Należy przyjąć postawę dziecka, który wciąż „szczebiocze” słowo „ojciec”, by z czasem formułować je coraz wyraźniej i wreszcie, potrafić je mówić nawet we śnie. Trud powtarzania krótkiej i prostej modlitwy zaspokaja potrzebę aktywności umysłu człowieka. Zabezpiecza też umysł przed rozproszeniem wielością pojęć i obrazów, pomaga uczynić go stałym i skupić się na jednym. W ten sposób autorzy Filokalii połączyli ewagriańskie pojmowanie modlitwy wolnej od wyobrażeń z powtarzaniem jednego, niezmiennego wezwania, zawierającego Imię Jezus.

Rozważanie jednej i tej samej formuły pozwala nieustannie odkrywać jej głębię, coraz bardziej przyswajać każde słowo i, co istotne w modlitwie, znacznie więcej słuchać, niż mówić. Pomaga też bardziej skupiać się na Tym, do kogo się zwraca, a nie na własnych marzeniach, pomysłach i koncepcjach. Zdaniem autorów Filokalii tylko taka modlitwa kształtuje ludzkie serca, jest twórcza i przynosi pożytek duchowy. Stanowi trwanie w obecności Boga i pomaga nawiązać z Nim silniejsze więzy, stąd prowadzi do trwałej wspólnoty człowieka ze Stwórcą, będącej próbą odpowiedzi na trwanie w nieustannej modlitwie.

Posłuszeństwo słowu Chrystusa

W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów.

A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: „Nie mają już wina”. Jezus Jej odpowiedział: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?”. Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.

Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: „Napełnijcie stągwie wodą”. I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu”. Oni zaś zanieśli.

A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”.

Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.  (J 2,1-12)

Wielu biblistów jest zgodnych co do tego, że dla lepszego zrozumienia dzisiejszego fragmentu Ewangelii należałoby zacząć jego rozważanie od końca, od ostatniego zdania: „Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie”. Sednem cudu, który miał miejsce w Kanie Galilejskiej, podobnie jak i wszystkich innych cudów, jakie miały miejsce w historii zbawienia jest rozbudzenie wiary tych, którzy są ich świadkami. Bóg dokonując cudów nie szuka taniej sensaci, której często szuka w nich człowiek. Jezusowi nie chodziło o to, żeby cudami zafascynować otaczających Go ludzi, ani o to, żeby „kupić” nimi swoich uczniów; jeśli dokonywał znaków to tylko z dwóch powodów: ze względu na dobro i na wiarę tych, którzy ich doświadczali i byli ich świadkami. I tak jest po dzień dzisiejszy. Często modlimy się o cud, ale jeśli nie maił by on przynieść dobra i pogłębienia wiary, to się nie dokona.

Cud w Kanie Galilejskiej jest pierwszym ze znaków dokonanych przez Jezusa. Wino jest w Biblii symbolem radości i święta, zapowiedzią wiecznej uczty w niebie. Przesłanie dokonanego prze Jezusa cudu jest proste: woda naszej codzienności może zostać zamieniona w wino wiecznego szczęścia pod jednym warunkiem, że zastosujemy receptę, którą podsuwa nam dzisiaj Maryja: „Zróbcie wszystko, cokolwiek Jezus wam powie.” Zauważmy, że to ostatnie zdanie wypowiedziane przez Maryję na kartach Ewangelii. Od tej chwili Maryja milknie, aby mógł mówić i działać Jej Syn. Ostatnie zdanie zwykliśmy kojarzyć z testamentem. Można zatem powiedzieć, że ta zachęta: „Zróbcie wszystko, cokolwiek mój Syn wam powie” są testamentem Maryi dla nas, są jej przesłaniem dla wszystkich uczniów Jezusa.

Na weselu w Kanie Galilejskiej widzimy istotę działania Maryi: dostrzeganie ludzkich potrzeb, zmartwień, kryzysów i braków oraz pokorne przedstawianie tych spraw Jezusowi. Do dzisiaj widzimy w Niej najlepszą i najskuteczniejszą orędowniczkę w naszych sprawach przed Bogiem, dlatego tak chętnie właśnie przez Jej ręce kierujemy nasze modlitwy, Jej zawierzamy nasze niepokoje i cierpienia.

Ale ta rola Maryi przejawia się także w tym, że zachęcając nas do posłuszeństwa słowu swojego Syna, pierwsza daje nam wzór tego posłuszeństwa.

I dzisiaj, gdy pojawia się tak często pokusa selektywnego przyjmowania słów Chrystusa trzeba nam ciągle na nowo wracać do tego nakazu Maryi. Maryja zachęcając do posłuszeństwa wobec Jezusa wskazuje, że w dziele zbawienia potrzebne jest z naszej strony zaufanie wobec Jezusa. My nie zbawiamy się sami, to On nas zbawia. Nasze palny na zbawienie, choćby najlepsze nie wiele się liczą. To Jezus ma plan i albo się mu podporządkujemy, albo możemy rozminąć się z tym, co dla nas najcenniejsze. Zobaczmy, że słudzy, którzy zostają poproszeni o napełnienie stągwi wodą robią to bez wahania, nawet jeśli nie do końca widzieli sens tej czynności, choć mogli uznać to polecenie za fanaberię jednego z biesiadników, bo przecież nikt nie dokonuje już ablucji w trakcie trwania uczty. Zaufali słowom Maryi i autorytetowi Jezusa, choć kosztowało ich to wiele trudu, te sześć stągwi bowiem mogły pomieścić kilkaset litrów wody.

Ten trud podjęty przez weselnych służących przypomina trochę trud wiary. Poza tym, że jest ona darem, to wymaga ze strony człowieka odpowiedzi i wysiłku. Ten wysiłek wiary, to długi proces poznawania Boga, doświadczania Jego działania, poszukiwania Jego bliskości, ale nie zrodzi się bez otwartości na Boże słowo i posłuszeństwa mu, bo jak wielokrotnie przypomina Pismo Święte, to właśnie ze słuchania słowa rodzi się nasza wiara. (por. Rz 10,17)

Zarówno postawa służących z Kany, jak i postawa Matki Bożej uświadamiają  nam, że cuda mogą dziać się i dziś, pod warunkiem, że będziemy rzeczywiście posłuszni słowom Jezusa.

Jak wspomniano wino w Biblii jest symbolem radości. Kiedy tej radości brakuje zaczyna w ludzkim życiu dominować smutek, zwątpienie, pesymizm. Kiedy prześledzimy biblijną historię człowieka łatwo dostrzec, że dziej się tak za każdym razem, gdy człowiek przestaje słuchać Boga, gdy zaczyna buntować się przeciwko nakazom stwórcy. Wówczas tak łatwo zamienić to wino radości, jakie Bóg pragnie przez łaskę wlewać w nasze serca w wodę a nawet w ocet oskarżeń, zawiści i gniewu. Tak wiele tego octu dziś jest w przestrzeni publicznej, w naszych miejscach pracy, w rodzinach. To jeszcze jeden dowód a zarazem wezwanie do tego by uświadomić sobie, że każda ludzka miłość wymaga zbawienia, wymaga łaski; gdyż ludzka miłość bez zanurzenia jej w Bożej miłości prędzej czy później się wyczerpie, wypali i sięgnie pustego dna kamiennych serc.

Sposobem zanurzania naszej ludzkiej i słabej miłości w miłości Boga jest nasz udział w Eucharystii. Nie przez przypadek wejście w kontakt z Ciałem Chrystusa podczas Mszy świętej nazywamy komunią. Eucharystia jest bowiem sakramentem będącym owocem samej miłości Boga, która swoją pełnię objawiła na Krzyżu Jezusa.

Bez życia tą miłością, jaką możemy czerpać z Eucharystii człowiek nigdy nie będzie w stanie otworzyć się w pełni na plany Boga, przyjąć bez zastrzeżeń Jego słowa, po to by uczynić z siebie dar, tak jak sam Bóg staje się dla człowieka darem w Chrystusie.

Jeszcze o Modlitwie Jezusowej

Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pospieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: «Wszyscy Cię szukają». Lecz On rzekł do nich: «Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem*». I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy. (Mk 1,35-39)

Modlitwa, aby mogła przynosić w życiu człowieka owoce musi być stałą i regularną praktyką. Odnosi się to także do doświadczenia medytacji. Nauczyciele tej formy modlitwy odwołując się często do obrazu Jezusa, jaki ukazują nam Ewangelie, zachęcają by praktykować medytację dwa razy dziennie, najlepiej rano i wieczorem, w czasie gdy nikt i  nic nie będzie nam przeszkadzać w tej modlitwie, która potrzebuj przestrzeni ciszy. Sam Chrystus szukał tego czasu na modlitwę najczęściej „nad ranem, gdy jeszcze było ciemno” lub wieczorem, po zachodzie słońca.

Modlitwa, to nade wszystko poszukiwanie obecności Boga i budowanie relacji z Nim, która otwiera  nas na Jego wolę i Jego łaskę. Tak czynił Jezus, tak czynią też – jak słyszymy w Ewangelii – jego uczniowie: „Pospieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: «Wszyscy Cię szukają»”.

Nie da się zaprzeczyć, że Modlitwa Jezusowa, polegająca na stałym powtarzaniu krótkiego wezwania, skupionego na imieniu Jezus i skierowana do Niego jest poszukiwaniem Jego samego. Najbardziej rozpowszechnioną formułą tej modlitwy są słowa: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Nie w samej formule jednak tkwi tajemnica skuteczności tej modlitwy jako wprowadzenia w medytację i kontemplację Osoby Jezusa . Chodzi o to, aby faktycznie całą swą uwagę skupiać wokół Imienia Jezus, aby przenikało ono całe nasze „ja”. Zatem nie słowa są najistotniejsze, ale nasza relacja z Jezusem, która jest celem tej modlitwy i w którą słowa mają nas wprowadzić.

Nauczyciele tej formy modlitwy monologicznej są zgodni w swoim nauczaniu co do tego, że możemy rozróżnić różne stopnie modlitwy Jezusowej. Zostaje ona pogłębiona w miarę odkrywania przez nas w Imieniu Jezus kolejnych płaszczyzn tajemnicy, którą objawia Syn Boży.

Dobrze byłoby rozpoczynać tę modlitwę jako adorację i poczucie obecności, która jest po prostu obecnością Zbawiciela (to w istocie oznacza Imię Jezus powtarzane w praktyce tej modlitwy). Imię w Biblii zawsze bowiem oznacza obecność, kogoś, kto je nosi. Przyzywanie tego szczególnego Imienia jest nadto tajemnicą zbawienia a zatem prowadzi człowieka modlącego się do wyzwolenia. Wymawiając Imię Jezus mamy świadomość, że w raz z Nim otwieramy się na łaskę, którą ze sobą niesie. Wszystko, co jest nam potrzebne do zbawienia otrzymujemy w Jezusie i przez Niego. „On jest nie tylko Darem Boga, ale i Tym, który obdarowuje; nie tylko Tym, który oczyszcza, ale Źródłem oczyszczenia; nie tylko Tym, który karmi głodnych i poi spragnionych, ale Pokarmem i Napojem”. [Jan Kasjan]

„On jest substancją wszelkich dobrych rzeczy (nie możemy jednak tego stwierdzenia rozumieć w sensie metafizycznym). Jego Imię udziela pokoju kuszonym — zamiast toczyć dyskusje z pokusą, przyglądać się szalejącej wokół burzy (na czym polegał błąd św. Piotra idącego po wodzie) lepiej utkwić wzrok w Jezusie i iść do Niego po rozszalałych falach chroniąc się w Jego Imieniu. Niech zatem kuszony skupi się ze spokojem, niech wolny od lęku powtarza Imię, bez rozgorączkowania, niech napełni Nim swe serce stawiając zaporę przeciw wichrom złych myśli. A jeśli został popełniony grzech, niech to Imię służy natychmiastowemu pojednaniu. Bez wahania i bez zwłoki, należy je przywoływać w skrusze doskonałej miłości i tak stanie się ono znakiem przebaczenia. Jezus niejako naturalnie zajmie swoje miejsce w życiu takiego grzesznika podobnie jak po swym zmartwychwstaniu zasiadł z uczniami do stołu, z tymi, którzy wcześniej Go opuścili. (Niech ta zachęta nie prowadzi jednak do odrzucania obiektywnych środków, które Kościół ofiaruje grzesznikom — sakramentowi pokuty i rozgrzeszenia). [Filokalia, teksty o modlitwie Serca]

„Imię Jezusa jest czymś więcej niż tylko tajemnicą zbawienia, więcej niż pomocą w potrzebie czy przebaczeniem po upadku. Imię Jezusa jest środkiem, dzięki któremu możemy niezwykle osobiście przeżyć tajemnicę Wcielenia. Imię to oznacza nie tylko obecność — Ono przynosi z sobą zjednoczenie. Przyzywając Je intronizujemy Jezusa w naszym sercu, przyodziewamy się w Niego. Ofiarowujemy nasze ciało i serce w darze Słowu wypowiadanemu w sercu, aby włączyło je w swe Ciało Mistyczne. W ten sposób w nasze ciało podległe prawu grzechu wlewa się moc Imienia Jezus. W ten sposób zostajemy oczyszczeni i uświęceni, jak opisuje ten stan Księga Pieśni nad Pieśniami: «Połóż mnie jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu»” (Pnp 8,6). [Szymon Hiżycki OSB]

Chrzest Jezusa

Gdy lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest on Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: „Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem”.

Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. (Łk 3,15-16.21-22)

W narracji przedstawiającej scenę chrztu Pańskiego wszystko wydaje się jasne i oczywiste. Gdy czytamy Ewangelię opisującą to wydarzenie, przed oczami stają nam zwykle obrazy mistrzów malarstwa przedstawiające wszystkie kluczowe postaci tej sceny. Widzimy Jezusa, Jana Chrzciciela oraz gołębicę zstępującą w promieniach rozświetlających niebo. Widzimy także mieszkańców Judei – naocznych świadków dokonujących się właśnie spraw Bożych.

Niestety, piękne i niezwykle sugestywne przedstawienia scen z życia Jezusa mogą być czasem mylące. Z Ewangelii Marka bowiem dowiadujemy się, że tylko sam Jezus ujrzał otwarte niebiosa i Ducha zstępującego na Jego osobę. Nie ma też ostatecznego dowodu na to, że świadkowie wydarzenia słyszeli głos z nieba. Zastanawiające, że ewangeliści, którzy tak często opisują reakcje ludzi na cuda zdziałane przez Jezusa i związane z Jego osobą, tym razem nie mówią nic o zachowaniu i reakcjach Judejczyków – rzekomych świadków chrztu Jezusa. Być może więc to, co najważniejsze, dokonało się nie tylko w widzialnych gestach, lecz przede wszystkim w sercu Jezusa?

Takie jest działanie wszystkich sakramentów Kościoła. Teologia uczy, że są one widzialnymi znakami niewidzialnej łaski. Wyrażane w konkretnych znakach mają charakter obiektywny. Trzeba jednak pamiętać, że to, co dostrzegalne dla oka, nie oddaje w pełni istoty sakramentu. Nie działa on automatycznie. Ważna jest także wewnętrzna postawa tego, kto sakrament przyjmuje, osobista wiara i otwartość człowieka. Tylko w ciszy i pokorze wiary można usłyszeć głos Boga oraz przyjąć i zrozumieć prawdę, że jest się umiłowanym dzieckiem Boga.

Oczywiście doskonale zdajemy sobie sprawę, że chrzest Jezusa był zupełnie inny niż ten nasz. Nie był i nie mógł być sakramentem, bo prawdziwym sakramentem Boga był Ten, który go przyjmował, Ten, który, będąc widzialnym człowiekiem, był jednocześnie niewidzialnym Bogiem. Woda nie mogła uświęcić Tego, który jest święty ze swej natury i jest źródłem świętości.

Chrzest w Jordanie był jednak czymś szczególnym w historii zbawienia.

W chwili chrztu Jezusa w Jordanie, Bóg, który dotąd był ukryty, odsłania swoją szczególną, do tej pory niespotykaną obecność w ludzkim słowie głoszącym wolność jeńcom i światło ociemniałym, a przede wszystkim przebaczenie grzesznikom.

W osobie Jezusa, Bóg  sam postanowił zatroszczyć się o ten nikły płomyk i cieniuteńką, chwiejną trzcinę, którą jest człowiek, aby mógł na nowo rozbłysnąć potężnym światłem Jego łaski. Ten wyjątkowy moment wejścia Jezusa w wody Jordanu doskonale rozumieli apostołowie i widzieli jego ważność. Jezus wchodząc w wody Jordanu, modli się a Jego modlitwa otwiera nad Nim i nad całym światem niebo. Po raz drugi taka sytuacja ma miejsce, gdy Jezus jest przybity do krzyża na chwilę przed Jego śmiercią. Tam także modli się wiedząc, że jest to godzina zbawienia. Dzięki temu każdy, kto odtąd zostanie zanurzony przez chrzest w tajemnicę Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa staje się przybranym dzieckiem Boga.

Święto Chrztu Pańskiego jest doskonałą okazją, by powrócić do tajemnicy naszego własnego chrztu. Powracać do chwili cudu, podczas którego również do nas, jak niegdyś nad niewielką palestyńską rzeką, Bóg powiedział: „jesteś moim umiłowanym dzieckiem”. W tym pierwszym sakramencie, zamknięte przez grzech drzwi do nieba otwierają się na oścież a Bóg zaprasza nas do wejścia na drogę odkrywania Jego obecności i działania w naszym życiu. Nie lękajmy się ciągle na nowo odkrywać tej prawdy. Jeśli Bóg wyznacza komuś zadanie, pewne jest też to, że będzie go zawsze wspierał, jak powie dziś Izajasza „Oto mój sługa, którego podtrzymuję” (Iz 42, 1)

Nasze zadanie polega nam tym, aby żyć życiem dziecka Bożego, wolnego od brudu egoizmu, pychy, podłości, niewiary czy nieczystości. Bowiem życie dziecka Bożego jest znakiem dawania pierwszeństwa woli Boga przed ludzka wolą.

Dzisiaj, także w Kościele dużo mówi się o ekologii, o konieczności dbania o czyste powietrze, czystą wodę, czystą ziemię. I to dobrze, bo człowiek winien być odpowiedzialny za świat, który został mu podarowany przez Boga, ale ta troska na nic się nie zda, jeśli człowiek przestanie dbać nade wszystko o czystość swojej duszy. Bowiem bez uzdrowienia ludzkiego wnętrza, bez dbania o środowisko ludzkiego ducha nie dokona się prawdziwa odnowa świata.