Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Theotokos

Pasterze pospiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu.

A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali.

Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu.

A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane.

Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki. (Łk 2,16-21)

Nowy rok. Kolejny. Mamy nadzieję, że będzie szczęśliwy, dobry, że dzieci będą się dobrze uczyć, wszyscy będą zdrowi, będzie dobra praca…

Nie ma jednak wątpliwości, że to, jak przeżywamy życie i jak patrzymy na różne wydarzenia, w dużej mierze zależy od naszego spojrzenia na rzeczywistość. W świecie pełnym zabiegania, powszechnego braku czasu, wirtualnych relacji, łatwo zgubić to, co naprawdę najważniejsze. Może właśnie dlatego Kościół nowy rok kalendarzowy rozpoczyna z Maryją.

Jeśli u progu Nowego Roku patrzymy na Nią, to może dlatego, że jesteśmy zaproszeni do spoglądania na życie i na różne wydarzenia z takiej perspektywy jak Ona patrzyła. Kiedy Maryja staje przed wyzwaniem jakim bez wątpienia jest Boże Macierzyństwo, Ona  pyta się Pana Boga, jak to się stanie, a nie pyta o to, czy to jest możliwe, bo dla Niego nie ma nic niemożliwego.

Maryja uczy nas swoją postawą zawierzenia w to, że dla Boga naprawdę nie ma rzeczy niemożliwych, ale chce nas nauczyć też tego, byśmy w tym wszystkim, co nas spotka, potrafili rozpoznać i rozeznać znaki czasu, wezwania, rady, zachęty i przestrogi naszego Pana Jezusa Chrystusa. Abyśmy umieli usłyszeć to, czego On – nasz Zbawiciel i Mistrz życzy sobie od nas, a niekoniecznie – my do Niego.

Kiedy w czytaniu z Księgi Liczb jest mowa o „życzeniach”, jakie ma składać Izraelitom Aaron, czytamy tam: „Niech cię Pan błogosławi i strzeże, niech rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy łaską”. Warto jednak uświadomić sobie, że w tych życzeniach nie chodzi jedynie o powodzenie w ziemskich sprawach, ale przede wszystkim o zbawienie. Sensem błogosławieństwa w tekście hebrajskim jest stworzenie człowiekowi szansy na życie w jedności z Bogiem – bo tylko to może dać pełnię życia i szczęścia. Bóg chce powiedzieć swoim dzieciom, że wszystko, co je spotka i z czym będą się zmagać, jest dla nich szansą na umocnienie więzi z Nim. Błogosławieństwo, które daje Bóg, jest szansą, ale to od człowieka zależy, czy i jak z niej skorzysta czy też tę szansę przegapi.

I tutaj znowu przychodzi nam z pomocą Maryja. Święty Łukasz, opisując postawę Maryi podkreśli, że: „Zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu”.

Tylko zatrzymanie się nad życiem, próba spojrzenia na nie z innej perspektywy i przeżycie własnych problemów z Bogiem pozwala zobaczyć, że oprócz zmęczenia, bólu, nudy i rutyny jest też miłość, dobro, piękno. Zachowywanie wszystkich spraw i rozważanie ich z Bogiem jest szansą na prawdziwe życie, na rozwinięcie skrzydeł. Tak właśnie zrobili pasterze. Przyszli uwielbić Boga, i dzięki tej postawie dostrzegli w ubogim żłobie Jego autentyczną obecność.

Pozornie może nam się wydawać, że uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki nie ma nic wspólnego z praktyką naszego życia. Gdy jednak pomyślimy, że Maryja stała się Matką Boga za sprawą Jego wybrania a nie swoich zasług, to powiem Wam, że Bóg w Chrystusie wybrał także „nas przez założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem”.

Jeśli zgodzimy się na Boże działanie w swoim sercu, będziemy coraz bardziej – jak Maryja – doświadczali, że On pierwszy nas umiłował i łatwiej będzie nam tę miłość zanieść innym, rodząc Chrystusa w swoich dzieciach, opowiadając im Ewangelię, ucząc modlitwy, wychowując, aby się stały Jego wiernymi uczniami. Kiedy żyjemy świadomością miłości Boga nie mamy już problemów, by zapomnieć o modlitwie,  bo to oznaczałoby, że zapominamy o rozmowie z kimś, kto nas kocha. A z kolei przez swoją pamięć o Bogu będziemy potrafili przypomnieć o Nim tym, którzy w zabieganiu się oddalili od Niego i zapomnieli o Nim i być może osunęli się w ciemność grzechu lub zwątpienia.

Bóg kształtował Maryję przez całe jej życie. Fakt, że porodziła Zbawiciela, stanowił zaledwie etap Jej ziemskiego pielgrzymowania. Powołanie do przyjaźni z Bogiem w naszej codzienności nie jest szczytem, ale częścią Twojej i mojej drogi, konsekwencją Twojego chrześcijaństwa. „Tak” powiedzianego na chrzcie.

Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki przypomina nam, że Bóg wchodzi w naszą ludzką rzeczywistość nie jako ktoś obcy, z zewnątrz, ale jako ktoś bliski. Na dowód tego przyjmuje ludzkie ciało i rodzi się jak każdy człowiek. Przypomina nam o sobie i pokazuje, że można na świat patrzeć inaczej, nie tylko po ludzku, ale Jego oczami. Z takim spojrzeniem nie tylko każdy rok, ale i każdy dzień będzie dla nas szczęśliwy. Bo będzie szansą na spotkanie i budowanie jeszcze głębszej więzi z Nim.

Święta Rodzina

Rodzice Jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie. Lecz On im odpowiedział: Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi. (Łk 2,41-52)

Dzisiaj często możemy usłyszeć stwierdzenia typu: „Już nic nie jest w stanie mnie zdziwić”, albo: „Wcale nie jestem zaskoczony, to było do przewidzenia”. Może dlatego nas, dorosłych tak wiele różni od dzieci w ich podejściu do świata. Mały człowiek stale odkrywa tajemnice świata i stale wydaje się być nim zadziwiony i zafascynowany, a nam starszym wydaje się, że już wszystko wiemy, wszystko widzieliśmy, wszystkiego doświadczyliśmy.  Przypatrując się dziecku najczęściej w jego twarzy można odkryć zaskoczenie, zdziwienie, fascynację. I nie potrzeba wielkich rzeczy by pojawiła się taka reakcja ze strony dziecka. „Życiowych doświadczeń może być wiele, ale jak smutne jest życie, gdy już nic nie jest w stanie zadziwić człowieka” – pisał ks. Jan Twardowski.

Ponad dwa tysiące lat temu, wielu było takich, którzy dziwili się patrząc na małe Dziecię w betlejemskim żłobie, słuchając tego, co o nim mówili pasterze i inni szczęśliwi goście Świętej Rodziny. Jak mieli się nie dziwić, skoro najpierw odwiedził ich anioł, a następnie na własnej skórze przekonali się, że wszystko, co opowiedział, było prawdą. Jednak zdaje się, że współcześnie anioł zostałby inaczej potraktowany – być może jako zbiorowa halucynacja, zaś ubogimi rodzicami z dzieckiem niewielu by się przejęło. A przecież wokół nas dzieje się tyle cudów codzienności zasługujących na zadziwienie. Tylko kto potrafi je dostrzec?

Święta Rodzina, która dziś staje przed nami w centrum liturgii jest dla nas wzorem zarówno zadziwienia jak i zatroskania, bycia rodziców dla dziecka.

To ciekawe, że Maryja i Józef – choć wiedzieli, że ich Syn jest spełnieniem Bożych obietnic składanych przez wieki przez proroków, to mimo wszystko nie dawali Mu forów. Nie ma ani cienia wywyższania się z tego powodu, że to w ich rodzinie przyszedł na świat oczekiwany Zbawiciel, czy też w drugą stronę: nie ma ani krzty zaniedbania, zostawienia Go samemu sobie wynikającego z przekonania, że skoro to Boży Syn, to Bóg się o Niego zatroszczy. Widać również w życiu Świętej Rodziny ogromną pokorę wobec Bożych tajemnic oraz wobec daru macierzyństwa i ojcostwa. Gdyby Jezus nie został w świątyni, dużo mniej wiedzielibyśmy o miłości Maryi i Józefa do Niego.

Kiedy odczytuję słowa dzisiejszej Ewangelii, przychodzi mi na myśl bardzo konkretne słowo: normalność. Mówimy dziś o Świętej Rodzinie, ale on uczy nas, że świętość kształtuje się w normalności, nie wśród fajerwerków i w tym, co nadzwyczajne. W normalnej, zdrowej rodzinie, wzajemna troska członków danej rodziny, odpowiedzialność rodziców za dzieci, pokora i cierpliwość wobec dzieła wychowania i daru rodzicielstwa, ale i szacunek do rodziców są po prostu tak normalne, jak to, że doba to dzień i noc. Nikt nie wynosi się ponad drugiego; wszystko, co istotne dokonuje się w spokoju, w atmosferze miłości i szacunku.

Św. Jan Bosko zwykł mawiać: ‘”Dom to nie jest miejsce gdzie mieszkasz, dom to miejsce, gdzie jesteś rozumiany i gdzie starasz się rozumieć innych”. Warto pytać siebie: czy nie brakuje nam dzisiaj w naszych domach tej umiejętności i chęci zrozumienia i otwartości na innych?

I jeszcze jednej umiejętności często nam dziś bardzo brakuje. Właściwie bez niej nie da się zrealizować pozostałych ważnych cech tworzących dobry klimat rodzinny. Dzisiaj bardzo łatwo przyjmujemy to, co oferuje krzykliwy świat, gorzej jest natomiast ze słuchaniem drugiego człowieka, nie mówiąc już o słuchaniu Boga, który w najbardziej delikatny sposób do nas przemawia. Jak więc się zadziwić, skoro nie mamy czasu słychać tego, co najważniejsze, co przede wszystkim zasługuje na zadziwienie?

Warto zrobić sobie szybki rachunek sumienia: Czy w tej materii zasłuchania w Boga i w drugiego człowieka nie mamy sobie nic do zarzucenia? Czy z własnej winy nie pozwalamy rosnąć w sobie trudnościom albo wątpliwościom w relacjach z ludźmi i z Bogiem? Może większość z nich w ogóle nie pojawiłaby się, gdybym otwartym sercem słuchał słowa Bożego? Może zawikłania w życiu rozwiązałyby się, gdybyśmy częściej otwierali dla Boga na swoje uszy, rozum, serce? Może sytuacje, w których trudno nam zrozumieć Boże działanie wynikają z tego, że zamiast słuchać Go, wolę przyłożyć ucha jedynie do tego, co o Nim szepcze świat? Jak często nawet my – chrześcijanie – wolimy słuchać stereotypów na temat Boga zamiast wsłuchiwać się w samego Boga mówiącego do nas przez swoje słowo?

Nikt nie potrafił słuchać Jezusowego słowa tak, jak Maryja – Matka Słowa, które stało się Ciałem. Warto zatem prosić Maryję, aby nauczyła i nas takiego słuchania, które wiernie zachowuje w sercu Boże słowo i pozwala by z niego wyrastała nasza życiowa mądrość.

Najmłodsi męczennicy

Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: „Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić”.

On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: „Z Egiptu wezwałem Syna mego”.

Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców.

Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: „Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma”. (Mt 2,13-18)

Herod Wielki, którego przywołuje dzisiejsza Ewangelia otrzymał ten przydomek ze względu na liczne budowle, które wzniósł za swego panowania. Znany był jednak również z chorobliwej obawy przed utratą władzy. Dążył do utrzymania panowania za wszelką cenę. Nie ufał absolutnie nikomu i w każdym widział potencjalnego wroga, który knuł przeciw niemu spisek. Dlatego przez historyków został także opisany, jako „Herod krwawy”, gdyż wielokrotnie posuwał się do uśmiercania tych, których uważał za niebezpiecznych dla realizacji jego planów. Zaraz po objęciu władzy kazał zabić członków Sanhedrynu, czyli jedne z najważniejszych osób w państwie. Następnie, wydał rozkaz zamordowania trzystu dworzan.  Jakby tego było mało, zabił także swoją żonę Mariamnę I i jej matkę Aleksandrę, a także trzech synów w tym najstarszego – Antypatera, bezpośredniego dziedzica tronu. Sam rzymski cesarz Oktawian August miał powiedzieć o Herodzie, że „przekleństwem jest być jego synem”. Widzimy zatem, że rozkaz zamordowania niewinnych betlejemskich dzieci wpisuje się w naznaczony krwią sposób panowania Heroda.

Trudno powiedzieć ilu malców mogło wówczas z rozkazu Heroda stracić życie. W tamtym czasie Betlejem nie było wielkim miastem, a rozkaz monarchy ograniczał się jedynie do chłopców, którzy nie przekroczyli dwóch lat, więc szacuje się, że życie mogło stracić kilkadziesiąt niemowląt.

Co jeszcze mówi nam o tej tragedii św. Mateusz? Przywołuje fragment z księgi Jeremiasza (Jr 31,15): „Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma”. Dopiero z czasem wspólnota Kościoła zaczęła widzieć w tych słowach prorocką zapowiedź rzezi niewiniątek.

Jeremiasz przywołując obraz wydarzeń opisanych w 1 Księdze Samuela chciał uzmysłowić swoim czytelnikom, że matka ich narodu płacze z grobu nad losem kolejnych pokoleń jej dzieci. Podobne przesłanie ma przywołanie tego fragmentu w dzisiejszej Ewangelii.

Czego uczy nas skierowane do nas dzisiaj słowo?

Przede wszystkim tego, że byli, są i zawsze będą na świecie ludzie, dla których Jezus jest zagrożeniem. On sam wielokrotnie potwierdza to w swojej Ewangelii: „Z powodu Mego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich” [Mt 10,22]

To ciekawe, że król Herod staje w szeregu tych, których Jezus przyprawia o tak wielkie przerażenie, ponieważ zagraża ich wizji świata i życia, do których się przyzwyczaili. Dotyczy to zawsze tych, którzy nie potrafią spojrzeć poza swoje ciasne horyzonty i Tego, który jako jedyny może uczynić ich wolnymi dołączają do grona swoich wrogów. To schemat, który powtarza się w historii bez względu do których wrogów i prześladowców Chrystusa i chrześcijaństwa go przyłożyć.  Bez wątpienia to biedni ludzie, o których Jezus z wysokości Krzyża, z którym często tak zaciekle walczą mówi: „Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.” [Łk 23,34]

Ale tak sobie myślę, że coś z Heroda może siedzieć w każdym z nas. Mam tu na  myśli kurczowe trzymanie się własnego stylu życia i własnej wizji świata, do której tak bardzo jesteśmy przywiązani.  I nierzadko się zdarza, że każda próba naruszenia status quo może nie kończy się zbrodnią – jak w przypadku Heroda – ale ile razy potrafimy w obronie swoich przekonań zranić kogoś słowem!?

„Lęk przed utratą posiadanej władzy, choćby małej i utopijnej, odbierze rozum każdemu, kto się mu podda”. (Thomas Merton)

Jak wielu z nas podobnie jak Herod jest więźniami swoich ambicji i planów… Jak często jesteśmy przekonani, że w pewnych kwestiach, co do których mamy pewność, wydaje się nam, że jesteśmy jedynymi depozytariuszami prawdy. Nie lubimy, gdy jesteśmy zmuszani do zmiany swoich schematów czy poglądów. A przecież właśnie do tego zaprasza nas Ewangelia. Bez zgody na taką zmianę nie dokona się prawdziwe nawrócenie!

Tak często nosimy w sobie tendencje do zmiany świata czy drugiego człowieka na lepsze. I nie ma nic złego w tym, że szukamy dobra i pragniemy by świat był lepszy. Jednak Ewangelia nie pozostawia złudzeń, że walka o przemianę świata na lepszy będzie tylko wówczas skuteczna, gdy będziemy zawsze zaczynać ją od siebie.

Stawiając się w pozycji najmądrzejszych, nieomylnych czy osądzających sprawiamy, że nasza postawa przynosi zwykle odwrotne skutki, niż te, które zamierzaliśmy osiągnąć. Każdą krucjatę o nawrócenie innych musimy zacząć od siebie. Najpierw ja muszę się zgodzić na to, że Jezus przychodzi, aby przemienić moje serce i myślenie, a w konsekwencji życie, a dopiero potem, gdy pozwolę Mu to zrobić (nie wcześniej!) mam prawo oczekiwać tego od innych.

Cała Biblia podobnie jak i historia chrześcijaństwa przesiąknięta jest przykładami osób, którzy nieustannie mówili innym, co i jak powinni robić, aby podobać się Bogu, ale sami nie stosowali się do tych reguł. Dlatego pozostali fałszywymi świadkami Boga. Ważne , abyśmy nie powielali ich błędów!

Jan – uczeń, którego Jezus kochał

Pierwszego dnia po szabacie Maria Magdalena pobiegła i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: „Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono”.

Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu.

Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył. (J 20,2-8)

Za sprawą przeżywanego dzisiaj święta świętego Jana Apostoła i Ewangelisty mamy okazję w czasie oktawy Bożego Narodzenia przenieść się do Pustego Grobu, tak ważnego zarówno w doświadczeniu wiary i przeżywania Wielkanocy. Ktoś mógłby pomyśleć: ale co wspólnego mają ze sobą Boże Narodzenie i Wielkanoc? Wydają się to tak odległe od siebie święta nie tylko czasem, który je dzieli, ale i sposobem ich przeżywania. Tymczasem myślę, że to nie przypadek, że liturgia Kościoła od groty Narodzenia prowadzi nas do groty Zmartwychwstania. Te dwa wydarzenie są ze sobą bardzo ściśle powiązane. Tu i tu mamy do czynienia z Nowym Życiem. W grocie Narodzenia kontemplujemy życie Boga, który „zniża się” do człowieka, a w grocie Zmartwychwstania z kolei chodzi o nasze życie, które zostaje „wyniesione” do Boskiej nieśmiertelności dzięki Ofierze Chrystusa i Jego zwycięstwie nad grzechem i śmiercią. „Bez Narodzenia Zmartwychwstanie byłoby niemożliwe, a bez Zmartwychwstania Narodzenie nie miałoby głębszego sensu”.

Ponadto można dojrzeć w postawie Jana obecnego przy pustym grobie w wielkanocny poranek pewne podobieństwo do postawy pasterzy, którzy w Bożonarodzeniową Noc przychodzą do Żłóbka. Zarówno Jan jak i pasterze „ujrzeli i uwierzyli”. Warto kształtować w sobie taką postawę wiary rodzącej się z tego, co się widzi.

Bez wątpienia w tym spojrzeniu wiary pomaga nam świadomość miłości Boga do nas.

I tutaj znowu kłania się Jan ze swoją Ewangelią.

Jan w spisanej przez siebie Ewangelii mówi o sobie, jako o „uczniu, którego Jezus kochał”. Czy to miałoby oznaczać, że Jezus nie kochał innych swoich uczniów lub, że kochał ich mniej niż Jana? Z pewnością nie.

To określenie odkrywa przed nami wrażliwość serca św. Jana i tego, że był on bardzo świadomy miłości Jezusa do niego. Być może mocniej odczuwał miłość Jezusa ze względu na swój młody wiek (gdy przez trzy lata towarzyszył Jezusowi miał zaledwie ok. 12 lat) a być może, że był po prostu bardziej na tę miłość otwarty. Tej kwestii pewnie nie rozstrzygniemy, za to można być pewnym, że życie świadomością tej miłości mogła wpłynąć na sposób w jaki Jan postrzegał rzeczywistość i wydarzenia, które były jego udziałem a które potem opisywał w swojej wersji Ewangelii.

Myślę, że płynie z tego ważna nauka dla nas: im bardziej będziemy otwarci na miłość Boga i im bardziej będzie my żyli na co dzień świadomością tej miłości nam również łatwiej będzie odnajdywać znaki Bożej obecności i Bożego działania w naszym życiu i w rzeczywistości, która nas otacza.  Bez wątpienia świadomie przeżywana miłość Boga do nas, to jedna z dróg prowadzących do tego by naszą wiarę przeżywać głębiej i by z większym zaufaniem składać nasze życie w rękach kochającego Ojca.

Piękno tajemnicy Bożego Narodzenia

W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz. Wybierali się więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie. W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą. Naraz stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. Lecz anioł rzekł do nich: Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie. I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania. Gdy aniołowie odeszli od nich do nieba, pasterze mówili nawzajem do siebie: Pójdźmy do Betlejem i zobaczmy, co się tam zdarzyło i o czym nam Pan oznajmił. Udali się też z pośpiechem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. (Łk 2, 1-20)

Tajemnica narodzenia Syna Bożego należy niewątpliwie do jednego z piękniejszych przeżyć w życiu Maryi. Chociaż radość miesza się z cierpieniem. Miejsce narodzin wiąże się z wyborem Boga, a pośrednio z rozkazem rzymskiego imperatora. Powszechny spis w czasie pokojowym związany był z kwestiami podatkowymi; miał ponadto zwiększyć prestiż cesarza. Izraelici odbierali go jako znieważenie Boga, jedynego Władcy i Pana. Maryja i Józef podporządkowali się edyktowi rzymskiemu. Podjęli podróż z Nazaretu do Betlejem. Tę 150-cio kilometrową drogę ówczesne karawany przemierzały w ciągu trzech do pięciu dni.

W Betlejem Święta Rodzina nie znajduje ludzkich warunków, aby godnie przyjąć na świat mającego się wkrótce narodzić Jezusa. To ciekawe, bo mieszkańcy Wschodu byli (i są nadal) niezwykle gościnni. Jednak z powodu natłoku ludzi „nie było dla nich miejsca w gospodzie”. Ewangelista podkreśla jednak, że nie było miejsca „dla nich”. Powodem było prawdopodobnie ubóstwo św. Rodziny. Wiara jednak uczy nas pozytywnego myślenia. Patrząc na całą tę sytuację z perspektywy wiary zamiast powiedzieć: „nie było dla nich miejsca”, należałoby powiedzieć: „To nie było ich miejsce”. „Upodobania Boga nie zawsze pokrywają się z naszymi upodobaniami” (św. Matka Teresa z Kalkuty).

Wobec braku miejsca „w gospodzie” Rodzice Jezusa decydują się na desperacki czyn, chronią się w pasterskiej grocie, która staje się miejscem narodzin Syna Bożego. Św. Łukasz opisuje tę najważniejszą noc w sposób prosty i lapidarny; bez jakiejkolwiek cudowności: „Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie”. „W stajni, bez światła, bez śpiewających aniołów, wszystko jest ciszą i skupieniem. Nic nie powiedziano o radości Maryi i Józefa z powodu szczęśliwych narodzin w tak nieszczęśliwych okolicznościach. Ta noc pierwszych Świąt Bożego Narodzenia pełna była intymności i wiary. Była przepełniona miłością i wdzięcznością milczenia Maryi i Józefa”.

Św. Łukasz mówiąc o żłobie, używa greckiego słowa „fatne”. To rodzaj przenośnego kosza, albo podwójnej torby, którą zakładano na grzbiet osła czy wielbłąda, w której przewożono żywność np. chleb. Jezus rodzi się (używając tej interpretacji) w koszyku, torbie przeznaczonej na chleb. Rodzi się w Betlejem, w „Domu Chleba”. Jest to piękny symbol. Zbawiciel przychodzi jak chleb, którym stanie się potem w Eucharystii w sposób dosłowny. Przychodzi, aby stać się pokarmem życia dla ludzi. Później sam o sobie powie: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki” (J 6, 51).

Betlejemska „szopka” jest uniwersalna w przeciwieństwie do królewskich pałaców, które wydawały by się po ludzku bardziej godnym miejscem urodzenia Syna Bożego. Bije z niej prostota, otwartość, niewinność, a nade wszystko miłość…

Jest w niej miejsce dla każdego, nawet (jak chce starożytna tradycja) dla osła i wołu! Każdy może bez skrępowania przyjść i przynieść swoje dary (jak pasterze czy mędrcy) ale też może przynieść wszystkie swoje bóle, cierpienia i nędze. Bóg, który stał się człowiekiem, darował siebie jako miłość i nie pragnie niczego poza miłością.

Prostota i zwyczajność narodzin Jezusa są rozpoznawalne dla ludzi prostych. Narodzenie Boga jest poza zasięgiem bogatych mieszkańców Betlejem, czy wielkich tego świata. Jest natomiast dostępne pasterzom, biedakom bez stałego miejsca zamieszkania, uważanym przez uczonych w Piśmie za nieczystych i pozbawionych udziału w życiu religijnym. „Chwała Pańska zewsząd ich oświeciła”. Wyrażenie „chwała Pańska”  oznacza opiekę Boga nad ludźmi, którzy są wierni swojemu powołaniu, swojej misji. To właśnie pasterze, wierni swojej „misji pasterskiej” są pierwszymi, którzy doświadczyli bliskości Zbawiciela świata. „Fakt, że radosną nowinę usłyszeli pierwsi pasterze, nie powinien dziwić: to po prostu wyraźna zapowiedź przyszłej postawy Jezusa, który nawiedzając ubogich, celników i grzeszników miał niesłychanie irytować i oburzać konformistów swojej epoki”. Zdziwienie, radość, dziękczynienie, uwielbienie pasterzy wobec tajemnicy narodzin Boga będą rozprzestrzeniać się i „wciągać innych”, zgodnie z maksymą: „Właściwością dobra jest to, że się samo rozprzestrzenia”.

Zdumienie pasterzy wobec narodzin Mesjasza wyrażało się w uwielbieniu i wychwalaniu Boga; natomiast Maryi w ciszy, skupieniu i kontemplacji, słowem na modlitwie. Maryja „zachowywała wszystkie sprawy, których była świadkiem i rozważała je w swoim sercu”.

Maryja nie tylko strzegła, ale również rozważała, łącząc w sercu paradoks tajemnicy: z jednej strony wielkość i chwałę Boga (por. J 1, 14), a z drugiej prostotę, ubóstwo Jego narodzin na ziemi.

Warto zapytać siebie w tę Bożonarodzeniową noc: Ile mam w sobie z postawy Maryi? Na ile zachwyca mnie ta niezwykła tajemnica przyjścia Boga na świat, która do dzisiaj nie może pomieścić się w głowach wielkim tego świata a dla innych jest zgorszeniem? Na ile, jak Maryja noszę w sercu słowo Boże, które Chrystus nieustannie do mnie kieruje? Czy potrafię w tym słowie, jak Maryja zobaczyć coś drogocennego, skarb z którego mogę czerpać życiową mądrość pod warunkiem, że zaufam temu słowu i pozostanę mu wierny?

Obecność Boga w ludzkim sercu, to, że możemy nosić w sobie Jego życie, Jego miłość, Jego prawdę, jest cudem, który ukrywa się pod osłoną codzienności. Cudem, z którym się zżyliśmy, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Czasem tylko, w takie dni jak dzisiaj, przypominamy sobie, że jest to tajemnica, która przyprawia o zawrót głowy.

Oby nam wielkość i piękno tej tajemnicy nigdy nie spowszedniały!