Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacje na koniec adwentu – Uwielbienie

W historii Maryi kryje się coś, co niektórzy określają mianem drugiego aktu stworzenia w Biblii. Jak w pierwszym przypadku jest to stworzenie ex nihilo, czyli z niczego (Rdz. 1,2), tak w tym drugim przypadku Maryja jest chętną do bycia owym niczym przez całkowitą dyspozycyjność wobec Boga, Jego woli i Jego planów. Przez całkowite poddanie się i zaufanie staje się kanałem największej łaski, jaką człowiek otrzyma w historii zbawienia. Można powiedzieć, że pokora Boga i Jego delikatność sprawia, że On nie wkracza do czyjegoś życia, jeśli nie jest tam chciany. Można powiedzieć, że Bóg nie zejdzie na świat, jeśli nie  miałby zostać zaproszony i przyjęty.

Obecność jest zawsze odwzajemnionym i obopólnym spotkaniem. Można ją ofiarować, ale musi tez zostać przyjęta, w przeciwnym razie trudno mówić o prawdziwej obecności. Maryja pozostanie dla nas do końca wzorem tego jak przyjąć Boga i jak sprawić, żeby Jego obecność rzeczywiście mogła w naszym życiu zaistnieć. Może się to dokonać wówczas, gdy bez zastrzeżeń człowiek otwiera swoje serce i duszę na Bożą łaskę i miłość. Doświadczenie tej przemieniającej obecności Boga staje się źródłem radości, która Maryja wyśpiewuje w swoim Magnificat:

W owym czasie Maryja rzekła:

„Wielbi dusza moja Pana,

i raduje się duch mój w Bogu, Zbawcy moim.

Bo wejrzał na uniżenie swojej służebnicy,

oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia.

Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny,

święte jest imię Jego.

A Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenia

nad tymi, co się Go boją.

Okazał moc swego ramienia,

rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich.

Strącił władców z tronu,

a wywyższył pokornych.

Głodnych nasycił dobrami,

a bogatych z niczym odprawił.

Ujął się za swoim sługą, Izraelem,

pomny na swe miłosierdzie.

Jak obiecał naszym ojcom, Abrahamowi

i jego potomstwa na wieki”. (Łk 1,46-56)

Ileż zmienności stanów w naszym życiu. Przechodzimy od smutku do radości i od radości do smutku. Czasem jest nam tak smutno, że nie chcemy nikogo widzieć. Innym razem nasza radość jest tak wielka, że nie umiemy jej trzymać w sobie i musimy ją wypowiedzieć, wyśpiewać, a nawet wytańczyć, jak to wyraził jeden z arcybiskupów nawiązując do radości z kanonizacji św. Jana Pawła II. Taki wyraz radości w naszym życiu ma miejsce jeśli uda nam się skończyć jakieś dzieło, zdobyć jakąś dobrą pracę, dostać długo oczekiwany awans, zawrzeć małżeństwo, czy też podjąć jakąś decyzję, która zmienia totalnie naszą sytuację życiową. W tym ostatnim wypadku, jest nam śpieszno by podzielić się tym z kimś bliskim i by „zakosztować tego nowego”, przejść do akcji. Tak jak Maryja po wyrażeniu swojego „tak” na udział w Bożym planie zbawczym jako matka Syna Bożego.

Papież Franciszek w jednej ze środowych medytacji na zakończenie maja – miesiąca maryjnego w 2013 roku podkreśla: „W końcu ma miejsce akcja. Maryja rusza w drogę e «czyni to w pośpiechu…». W ostatnią niedzielę zwróciłem uwagę na ten sposób ruszenia Maryi w drogę: wbrew trudnościom, wbrew krytyce w związku ze swoją decyzją ruszenia w drogę, ona nie zatrzymała się przed niczym. Ona ruszyła w drogę w pośpiechu. W czasie modlitwy przed Bogiem, który przemawia do Niej, Maryja rozważając i medytując odnośnie faktów dotyczących jej życia nie miała w sobie pośpiechu, nie pozwoliła się ponieść chwili, wciągnąć przez wydarzenia. Kiedy jednak jest dla niej jasnym czego Bóg od niej chce, co ma czynić, kiedy wypowiada już swoje „tak” nie czeka, nie zwleka, lecz idzie z pośpiechem. Ta reakcja Maryi wynikająca z posłuszeństwa słowom Anioła, zmusiła ją niejako do „wyjścia” ze swego domu, z samej siebie, zmusiła ją do niesienia innym tego, co miała najcenniejszego: Jezusa swego Syna. Maryja udała się w drogę, by dzielić się tym co przeżyła, by dzielić się wiarą”.

Warto skupić się na słowach Maryi zawartych w dziesięciowersowej pieśni Magnificat. Ta pieśń jest wyrazem chwały i dziękczynienia wyśpiewaną przez Maryję po stwierdzeniu prawdziwości znaku danego jej przez anioła: jej krewna Elżbieta będąc w podeszłym wieku rzeczywiście oczekuje narodzin syna (1, 36-37), oraz po usłyszeniu słów Elżbiety o jej Bożym macierzyństwie i pochwale wiary w wypełnienie Bożych obietnic. Taki stan rzeczy sugeruje, że w perykopie Nawiedzenia nie tyle chodzi o spotkanie dwóch kobiet brzemiennych, lub pomoc niesioną Elżbiecie przez Maryję, lecz przede wszystkim o spotkanie dwóch kobiet, które uwierzyły w wypełnienie Bożych obietnic i spotkały się by dzielić się wiarą i radością tej wiary.

W samej pieśni wyśpiewanej przez Maryję można dostrzec dwa aspekty: indywidualny – Maryja wyraża uwielbienie za wielkie rzeczy, które Bóg zdziałał w Jej życiu i dla Niej (1, 46-50) oraz aspekt wspólnotowy – jest wyrazem wdzięczności za wypełnienie obietnic zbawczych danych Izraelowi (1, 51-55).

Papież Benedykt XVI, komentując Magnificat powiedział: „Pierwszym ruchem tego kantyku maryjnego (1, 46-50), jest głos solisty, który wznosi się ku niebu, aby dojść do Pana. Zauważa się bowiem ciągłe brzmienie pierwszej osoby: ‘dusza moja’, ‘mój duch’, ‘mój Zbawiciel’, ‘odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia’, ‘wielkie rzeczy uczynił mi’… Esencją modlitwy jest tu zatem wielbienie Bożej łaski, która „włamała się” do serca i egzystencji Maryi, czyniąc z niej Matkę Pana. Najgłębszą strukturą jej pieśni jest więc dziękczynienie, wdzięczna radość. Lecz to jej osobiste doświadczenie a zarazem świadectwo, które nie jest jednak osamotnione, skupione jedynie na sobie, gdyż Matka – Dziewica, jest świadoma tego, że ma do spełnienia misję dla ludzkości i to co ją spotkało jest włączone w historię zbawienia: «swoje miłosierdzie [zachowuje] z pokolenia na pokolenie dla tych, którzy się Go boją (w. 50)».

Druga część Magnificat ma na względzie doświadczenie wiary wspólnoty. Stąd wspólnota jest zaproszona razem z Maryją do uwielbiania Boga za to, co On uczynił dla Niej, ale też przez Nią dla całej wspólnoty zbawionych: za Jego miłosierdzie, które rozciąga się z pokolenia na pokolenie, za przejawioną moc swego ramienia, która ocala maluczkich i pokornych, za pomoc okazaną Izraelowi, za wypełnienie obietnic danych ojcom.

Papież Benedykt XVI komplementując tę część Magnificat stwierdza: „W tym miejscu dołącza się drugi ruch poetycki i duchowy „Magnificat” (por. wersety 51-55). Daje się tu słyszeć głos chóru, tak jakby do głosu Maryi dołączył się głos całej wspólnoty wierzących, która wielbi Boga za zaskakujące dzieła przez Niego dokonywane”.

Medytacje na koniec adwentu – Nawiedzenie

W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana. (Łk 1,39-45)

Wiele już wiemy o Panu Bogu, Wiemy, że nas kocha, że pragnie naszego szczęścia. Rozumiemy, że Jego przykazania są drogą prowadzącą do szczęścia i pełni nie tylko kiedyś tam w niebie, ale już tu na ziemi. Jednak mimo tego, tak trudno jest nam uwierzyć w to wszystko, przyjąć całym sobą te prawdy, na 100% zaufać Panu Bogu. Dlaczego tak się dzieje?

Jestem przekonany, że odpowiedzią na to pytanie jest dzisiejsza Ewangelia.

W opisie podróży Maryi, który serwuje nam Łukasz ewangelista – jedyny z ewangelistów opisujący to wydarzenie – uderza pośpiech: „poszła z pośpiechem w góry”. Rodzi się pytanie: dlaczego Maryja wybrała się z takim pośpiechem w góry do swojej krewnej Elżbiety?

Pośpiech Maryi, Jej „niecierpliwe pragnienie” dzielenia się Darem otrzymanym od Boga, pragnienie dzielenia się Jezusem i służba Elżbiecie wyrażają dynamizm Jej wiary. „Od chwili Nawiedzenia Maryja zdradza oznaki niecierpliwości. Jest świadoma, że Syn nie należy do Niej. Jest przeznaczony dla innych. Jest darem dla wszystkich. Ona zaś jeszcze przed Jego urodzeniem, już niesie Go do tych, do których przyszedł. Niesie Go do ludzi” (A. Pronzato). To jedno z uzasadnień pośpiechu Maryi.

Jest również jak mniemam inne: Jestem przekonany, że Maryja nie wybrała się w tę drogę, aby przekonać się czy oby Archanioł Jej nie oszukał mówiąc że „również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną”.  Nie, przyczyna była jak sądzę zupełnie inna. Maryja ma świadomość ryzyka, niezrozumienia, czekających trudności, ale jednak idzie. Dla mnie oznacza to, że aby doświadczyć w swoim życiu wypełnienia się obietnic, jakie nam daje Pan Bóg, my też musimy mieć odwagę wyruszyć w drogę. I nie koniecznie chodzi tu o drogę w znaczeniu fizycznym, lecz o wyruszenie w drogę wiary. Żeby doświadczyć działania Boga nie możemy szukać świętego spokoju, siedząc na tapczanie w domowym ciepełku. Wiara to ryzyko!, O tym ryzyku bez owijania w bawełnę mówił częstokroć Jezus („z Mojego powodu będziecie w nienawiści u wszystkich” – Łk. 21,17 lub w innym miejscu: Jeżeli was świat nienawidzi, wiedzcie, że Mnie pierwej znienawidził – J. 15,18 i „Mnie prześladowali i was prześladować będą” – J. 21, 20) Czy mamy odwagę wyruszyć w drogę wiary mimo wszystko? Nie ukrywać się pod płaszczem deklaracji słownych, że Mu wierzymy, ale gdy przychodzi co do czego chować głowę w piasek…

Na frontonie bazyliki Nawiedzenia w Ein Karem znajduje się mozaika, która przedstawia Maryję w drodze. Droga wije się stromo pomiędzy górami, a na jej szczycie widoczna jest oczekująca Elżbieta. A przecież Elżbieta nie mogła wiedzieć o przybyciu Maryi. Nie było w tamtych czasach telefonów komórkowych czy e-maili, które mogłyby zaanonsować Jej odwiedziny. Tym bardziej, że z ewangelicznego opisu można wysnuć wniosek, że Elżbieta jest zaskoczona wizytą swojej młodej krewnej z Nazaretu.

W ikonach wschodnich przedstawia się Maryję, jako Monstrancję, która nosi w sobie Jezusa. Jednak Maryja nie zachowuje Jezusa dla siebie. Przeciwnie, już po Zwiastowaniu idzie, by podzielić się Nim z Elżbietą i od tej pory pragnie się Nim dzielić zawsze.

Łukasz opisując nawiedzenie pisze, że: Maryja „weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę”. W tym krótkim zdaniu zawiera się głębia spotkania. Spotykają się dwie bliskie sobie kobiety; kobiety szczęśliwe, błogosławione. Każda z nich nosi w sobie dziecko: Maryja – Syna Bożego, Elżbieta – Jego poprzednika, prekursora. Obydwie zostały dotknięte szczególną łaską Boga; obydwie darzą siebie szacunkiem, dzielą się wiarą, miłością i radością płynącą z największego daru Boga – obecności pośród nich Zbawiciela.

W te ostatnie dni adwentowe, pośpiech jest także nierzadko naszym udziałem. Jesteśmy zabiegani, nie mamy czasu i poddajemy się gorączce przedświątecznej, Maryja przypomina nam o innym zabieganiu, pospiechu, o czymś co moglibyśmy określić „gorączką duchową”. Nie zagubmy duchowego wymiaru Adwentu, przynajmniej tych jego ostatnich dni. Niech nam towarzyszy pewnego rodzaju pozytywne napięcie niosące radość i zapał w oczekiwaniu na spotkanie przychodzącego Pana. Nie zatraćmy również wagi i głębi spotkań z innymi ludźmi. „Nawiedzając innych” uczmy się naśladować Maryję. Prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem jest możliwe dzięki szacunkowi i dostrzeganiu wzajemnej wartości i godności. Nie ma w nim miejsca na deprecjację, zazdrość, wywyższanie się czy porównywanie z innymi. Jest za to życzliwa akceptacja i szacunek wobec inności i tajemnicy, jaką niesie w sobie i w swojej duchowej wędrówce drugi człowiek.

Medytacje na koniec adwentu – Maryja

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja.
Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą”.
Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie.
Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego ojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”.
Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”
Anioł Jej odpowiedział: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”.
Na to rzekła Maryja: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa”. Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1,26-38)

Pisałem niedawno, że w Łukaszowym opisie uderza mnie delikatność i szacunek Boga wobec człowieka i jego wolności. Gdy anioł Gabriel oznajmił Maryi dobrą nowinę, Bóg zamilkł oczekując w pokorze na odpowiedź…
Pamiętam, że scena ta przemówiła do mnie ze szczególnie wielką siłą, gdy miałem okazje być w Nazarecie i to w szczególnym czasie, bo już po wybudowaniu przez rząd izraelski muru na pograniczu z Palestyną, co zaowocowało tym, że przez długi czas granicy tej nie mogli przekraczać turyści, co wpłynęło na duże zubożenie ludności Nazaretu, która w przeważającej mierze żyła z turystów. Przyjechałem do Nazaretu w kilka dni po przywróceniu ruchu turystycznego. Dane było mi doświadczyć autentycznej radości i wielkiej otwartości mieszkańców miasta.
Miałem też okazję nieco czasu spędzić w bazylice Zwiastowania.  I pomimo panującego tam zgiełku (myślę, że tak bardzo różniącym Nazaret współczesny od tego z czasów Maryi) a będącego skutkiem ubocznym obecności kilku głośnych grup turystów (zwłaszcza włoskich i angielskich) udało mi się pomedytować nad sceną zwiastowania.
Pamiętam jak wyraźnie dotarły do mnie wówczas słowa ks. Prof. Dajczera, który opisując doświadczenia Maryi pisze, że ta prosta i młoda dziewczyna z Nazaretu, godząc się na propozycję archanioła Gabriela, zgodziła się tak naprawdę wejść w ciemność. Przecież nikt przed nią nie otrzymał takiej propozycji. Owszem, zdarzały się w Starym Testamencie przypadki, gdy niepłodna kobieta stawała się matką za sprawą nadzwyczajnej interwencji Boga, jak Sara, żona Abrahama, czy Anna, matka proroka Samuela czy też nieznana nam z imienia matka Samsona albo bliższa nam św. Elżbieta, matka Jana Chrzciciela, ale żadna z nich nie poczęła dziecka za sprawą Ducha Świętego!
Tymczasem Maryja była zdrową dziewczyną mającą około 13-15 lat. Co więcej miała już męża – Józefa, więc wszystko układało się tak, jak powinno się układać w normalnej żydowskiej rodzinie na początku I wieku. Po roku od zawarcia kontraktu małżeńskiego miała zamieszkać w domu męża i tym samym dopełnić warunków owego kontraktu, ale stało się coś nieoczekiwanego: Bóg wybrał ją, aby stała się Matką Jego Syna.
Co oznaczało dla niej wyrażenie zgody na propozycję Anioła? Zgodę na niewiadomą. Wejście w ciemność! Ale ona nie wystraszyła się jej. Światło, które nosiła w sobie rozpraszało mroki tej ciemności. Każdy kolejny dzień miał być próbą zaufania do Tego, któremu powiedziała fiat, nawet jeśli nie do końca rozumiała, co się stało. Anioł nie dał Jej ani gotowej odpowiedzi, poza wskazaniem cudu poczęcia przez niepłodną Elżbietę; nie dał też gotowego scenariusza kolejnych dni  Jej życia. Odpowiedziała na głos Boga, ale nie wiedziała w jaki sposób ta obietnica będzie się realizowała i jak teraz będzie wyglądała jej codzienność. Musiała zaufać!
My dzisiaj spoglądamy na tę scenę z zupełnie innej perspektywy (wiary i minionego czasu, który ukazuje nam tę historie do końca), ale Maryja po odejściu Anioła rozpoczęła piękny, ale i jednocześnie bardzo trudny czas, wymagający od niej wielkiego zawierzenia Bogu i Jego słowu.
Napisałem niedawno też, że zwiastowanie Maryi jest również w jakimś sensie naszym zwiastowaniem. Bóg przekazuje Maryi wielką tajemnicę, największy Dar, jaki może dać – swojego Syna. Przekazuje Go też nam. Ciebie i mnie Bóg codziennie wzywa do konkretnej i pięknej misji bycia Jego świadkiem i jego narzędziem w świecie, ale nie według naszych planów i scenariuszy, lecz na Jego warunkach. Tak często wchodząc w jakąś sytuacje życiową chcielibyśmy, żeby wszystko było jasne od początku do końca. Chcielibyśmy mieć wszystko pod kontrolą, bo choć wszelkie przekonanie, że cokolwiek kontrolujemy jest utopią, to jednak daje nam jakieś (często wyimaginowane) poczucie bezpieczeństwa. Wydaje nam się, że jeśli znalibyśmy Boży scenariusz dla naszego życia i wiedzieli kiedy przyjdą trudności i czego będą dotyczyły, to byłoby bam je łatwiej pokonać. Ale przykład Maryi pokazuje mi, że taka postawa nie ma wiele wspólnego z doświadczeniem wiary. Wiara ma sens tylko wtedy, gdy jest oparta na całkowitym zaufaniu Bogu. Na zgodzie by On nas prowadził w ciemności, którą rozświetla jedynie światło Jego słowa.  Maryja swoją postawą mówi nam dziś: Choćby wokół było ciemno i wszystko wydawało się bez sensu i wszystko wydawałoby się walić trzymaj się Boga, a zwyciężysz.
Historia życia Maryi pokazuje, że przeżywanie trudnych chwil nie zostało Jej oszczędzone, choć była z pewnością człowiekiem głębokiej wiary i zaufania do Boga. Pomimo tego, Bóg prowadził Ją przez szereg trudnych doświadczeń począwszy od konieczności urodzin Syna w szopie, przez emigrację z powodu niebezpieczeństwa zagrażającego małemu Jezusowi aż po widok umierającego Syna na krzyżu. A jednak w Biblii nie słychać narzekania i pomstowania. Maryja jest dla nas wzorem i potężną orędowniczką, bo zaufała do końca. Na tym polega Jej wielkość.
Dlatego warto przychodzić do Niej ze wszystkim, co przeżywamy, co nas cieszy, ale też co nas trapi, z czym sobie nie radzimy,  lub co jest mrokiem w nas i wokół nas. Po prostu powiedzmy Jej to i zawierzmy, a Ona zaniesie to, co jest w naszych sercach, do swojego Syna.
To dobre zadanie na adwent: oddać Maryi wszystkie swoje niepewności, trudności, rozterki i pozwolić by Ona – Matka Rozwiązująca Węzły pomogła nam je rozwiązać. Ona nam przypomina, że wszyscy znaleźliśmy łaskę u Boga.

Medytacje na koniec adwentu – Milczenie

Bądź dla mnie skałą schronienia *

i zamkiem warownym, aby mnie ocalić.

Bo Ty jesteś moją opoką i twierdzą, *

Boże mój, wyrwij mnie z rąk niegodziwca.

 

Bo Ty, mój Boże, jesteś moją nadzieją, *

Panie, Tobie ufam od lat młodości.

Ty byłeś moją podporą od dnia narodzin, *

od łona matki moim opiekunem. (Ps 71,3-4a,5-6ab)

Czytania liturgiczne ostatnich dni adwentu wiele mówią o milczeniu. Milknie Zachariasz, któremu archanioł objawił że urodzi mu się Jan Chrzciciel. Milknie Maryja, po wypowiedzeniu swojego „TAK” Bogu i rozważa słowo Boże w ciszy swojego serca. Milczy też św. Józef będąc niemym świadkiem głębokiej wiary i zaufania Bogu wobec niezwykłego planu, jaki Bóg realizuje przy udziale Jego i Jego małżonki.

Czas adwentu jest nacechowany ciszą, bo cisza ma niezwykłą moc dydaktyczną. Uczy nas czekania i zaufania. Milczenie Zachariasza, Józefa i Maryi uczy nas, że nasze życie może się zawsze Bogu przydać. Niekoniecznie musimy być skuteczni w ludzkim rozumieniu tego słowa. By stać się kanałem Bożej łaski potrzeba nam raczej postawy przeźroczystości, dyspozycyjności i pewnego rodzaju bezbronności. Tylko wówczas możemy stać się narzędziami Bożego działania. Cisza jest konieczną przestrzenią w której może rozwijać się i kwitnąć nasze zaufanie do Boga i doświadczenie Jego mocy.

Oczywiście w tej bezsilności i dyspozycyjności Bóg staje się naszym jedynym i pewnym zabezpieczeniem, dlatego psalmista woła w przywołanym w dzisiejszej liturgii psalmie responsoryjnym: „Bądź dla mnie skałą schronienia i zamkiem warownym, aby mnie ocalić. Bo Ty jesteś moją opoką i twierdzą…”

Medytacja kontemplacyjna jest tym rodzajem modlitwy, która wykracza poza wyobrażenia i idee. Zaprasza nas ona do pewnego rodzaju odpuszczenia przywiązania do naszych wyobrażeń o modlitwie a nadto i do samych siebie. Tylko wówczas możliwe jest aby dosięgnęła nas rzeczywistość, którą franciszkanin ojciec Richard Rohr określa mianem Rzeczywistości Absolutnej, w którą zanurza nas modlitwa.

Można powiedzieć, że modlitwa monologiczna i w konsekwencji kontemplacja, do której ona nas prowadzi są jedną z najbardziej radykalnych from wyrzeczenia się siebie. Domaga się ona od nas zaufania w to, że poza nami jest Ktoś, komu możemy powierzyć nas samych i akt naszej modlitwy i że składając w Jego ręce pełną odpowiedzialność doprowadzi nas On do doświadczenia zjednoczenia z Nim w miłości, tak aby naszym udziałem stało się doświadczenie o którym pisze św. Paweł w Liście do Rzymian: „Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim” [Rz 8.28]

Modlitwa monologiczna, to modlitwa w przeważającej mierze oparta na ciszy, ale nie na bierności. Wyciszenia naszej wyobraźni, naszych pragnień i naszego intelektu sprawia, że w tej modlitwie inicjatywę przejmuje Bóg. Słowo, które towarzyszy tej modlitwie, i w które się wsłuchujemy jest wypowiedzianym z naszej strony „TAK” na to, aby przenikała nas łaska, której to słowo jest znakiem i kształtowała nas Boża mądrość, której nie jesteśmy w stanie ogarnąć ani pojąć wysiłkiem naszego rozumu.

Bo prawdziwa modlitwa jest po to, aby pozwolić Bogu nas przemieniać. Prawdziwa modlitwa służy jedynie poznaniu woli Boga. Taką postawę na modlitwie reprezentują Zachariasz, Józef i Maryja. Taka postawa jak pisze o. Richard Rohr jest „przełączaniem swojego umysłu na umysł Chrystusa, dla którego pokarmem było wypełnić wole Ojca”. Zaś w innym miejscu dodaje: „ Prawdziwa modlitwa zawsze sprowadza się do pytania „KTO?” Kto w rzeczywistości się modli? Ty czy Chrystus w tobie? Twoje stare, małe „ja” czy odwieczne „JA” Chrystusa, do którego mamy dorastać i w którego mamy się przemieniać. Lecz nie możemy tego uczynić własnym wysiłkiem. Takie owoce modlitwy  są jedynie owocami łaski, której Bóg udziela nam w Chrystusie; łaski, na którą my możemy się jedynie otworzyć. W zasadzie modlitwa jest ćwiczeniem uczestnictwa w boskim życiu. Ty decydujesz, czy chcesz uczestniczyć a Bóg jedynie czeka, aby ci udzielić tej łaski”. [Breathing under Water 96-97]

Medytacje na koniec adwentu – Józef

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak.
Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienna za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem prawym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.
Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: ”Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”.
A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy ”Bóg z nami”.
Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie. (Mt 1,18-24)
„Z jego ust nie pada ani jedno słowo w Biblii, a jest czczony jako patron całego Kościoła.
Z Jego ust nie pada ani jedno słowo w Biblii, a miał kolosalny wpływ na to, jakim człowiekiem był Jezus.
Z Jego ust nie pada ani jedno słowo w Biblii, a uratował życie Maryi.
Z Jego ust nie pada ani jedno słowo w Biblii, a on mówi tak wiele swoimi czynami”.
O kogo chodzi? Oczywiście o św. Józefa. Nic nie powiedział, a tyle zrobił. I może nas wiele nauczyć.
Czytając dzisiejszą Ewangelię możemy odczuć, że życie dwojga młodych ludzi z Nazaretu – Maryi i Józefa – nacechowane jest milczeniem.
Maryja zachowuje w sercu swoje doświadczenie spotkania z Bogiem. Józef, mąż sprawiedliwy, przeżywa wewnętrzną walkę między miłością a prawem.
Po powrocie z Ain Karem od swojej krewnej Elżbiety Maryja była w trzecim miesiącu ciąży.
Wydaje się, że jedyną osobą, która miała pełną świadomość, że „coś jest nie tak” i że noszone pod sercem Maryi Dziecko nie jest synem Józefa był… on sam. Mimo tego, że ludzie nie mieli pojęcia, że nie jest on ojcem, to cieśla stanął wówczas przed wielkim dylematem. Zanim anioł przyszedł do niego we śnie mógł patrzeć na tę sytuację tylko po ludzku: „Zdradziła mnie i ktoś inny jest ojcem jej dziecka”. Jako człowiek prawy i sprawiedliwy Józef zgodnie z obowiązującym prawem nie powinien był ukrywać pod swoim imieniem dziecka innego mężczyzny. Co mógł zrobić w tej trudnej sytuacji?
Po pierwsze, poddać się Prawu i wydać Maryję na sąd. Przy takiej decyzji jego ukochana, z którą miał spędzić resztę życia (nie możemy o tym fakcie zapominać) zostałaby uznana za niewierną i najprawdopodobniej skazano by ją na ukamienowanie.
Po drugie, mógł jej dać list rozwodowy. Wówczas obydwoje uzyskaliby wolność i mogli na nowo układać sobie życie z kimś innym. Taką opcję przewidywało prawo żydowskie. Jednak wtedy, w tak małej społeczności jak Nazaret sprowokowałoby to wiele pytań. Do dzisiaj wielu ludziom trudno uwierzyć w poczęcie za sprawą Ducha Świętego, a co dopiero w maleńkim Nazarecie? Józef nie mógłby niczego wyjaśnić, no bo niby jak? A Maryja znalazłaby się zapewne szybko w społecznej izolacji.
Wydawało się, że sytuacja jest bez wyjścia. Ale właśnie w tym momencie ujawniła się wielka świętość Józefa i miłość do żony. Św. Mateusz zanotował, że „Józef, który był człowiekiem prawym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie.”
Kontemplując tę scenę, możemy stawiać liczne pytania: Dlaczego Maryja nie dzieli się od razu doświadczeniem zwiastowania z Józefem? Dlaczego zachowuje tajemnicę? Dlaczego idzie najpierw do Elżbiety, pozostawiając narzeczonego w niepewności?
Możemy również odczuć, że życie Maryi i Józefa nacechowane jest milczeniem. Maryja przechowuje w swoim sercu słowa Boże, rozważa je (Łk 2, 19). Józef natomiast jest człowiekiem dogłębnego milczenia. Z jego ust nie padło żadne, choćby najkrótsze zdanie, zapisane w historii. Jakby nie miał nam nic do powiedzenia. Jednak w tym milczeniu słucha, rozważa a później działa. Bez rozgłosu, bez słowa, ale i nie bez cierpienia, rozwiązuje w wierze problemy, które po ludzku wydają się nie do rozwiązania a czyni to tylko dlatego, że wiernie wsłuchuje się w głos Boga.
Cisza Józefa i Maryi nie jest jałowa. Nie jest również dzielącym ich murem. Oboje przeżywają ciszę jako przestrzeń, w której ich życie osobiste i małżeńskie jest związane z Bogiem i od Niego czerpie siłę. Dzięki milczeniu i ciszy mogą podołać codziennym trudnościom i przeciwnościom życia.
Józef jest prawdziwym człowiekiem „z krwi i kości”. Ale jest również człowiekiem wiary ukrytej w Bogu. Pozostaje tajemnicą, na ile był w pełni świadomy posłannictwa Jezusa. Na pewno wiele nie rozumiał. Jednak ufał. Jak napisze św. Paweł: „wbrew nadziei uwierzył nadziei” (Rz 4, 18). I nigdy nie cofnął pierwszego „tak” danego Bogu.
Dla mnie św. Józef jest ideałem chrześcijanina. Mimo iż sam przeżywa wewnętrzne rozterki potrafi je z ufnością zawierzyć Bogu, ufając, że tylko On może wskazać drogę do ich rozwikłania a jednocześnie jest delikatnym towarzyszem procesu, który dokonuje się w życiu Maryi i Jezusa. Pozwala, by Bóg do końca doprowadził w Nich obojgu swoje dzieło.
Jak wiele możemy się nauczyć od św. Józefa!
Jego historia uświadamia nam, że nawet najwięksi święci przeżywają trudności i muszą stawiać czoła wielkim wyzwaniom. Józef pomimo tego, że cierpiał (zanim przyszedł do niego anioł), nie szukał odwetu, ale kierował się dobrem Maryi. Takiej postawy nie można nauczyć się z książek. Takie serce daje tylko Bóg, kiedy otworzymy się na Jego łaskę i Jego słowo, pozwalając by je kształtowały.
To uświadamia nam jak wielką rolę może odgrywać słowo Boże w życiu człowieka wierzącego. To ono dało Józefowi siłę do przekraczania siebie i do odkrywania w Bożym słowie światła, które krok po kroku rozświetlało drogę jego życia.  Życia, które było historią pisaną na dwie ręce: Boga i człowieka.