Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Modlitwa odmierzana oddechem

Zmierzając do Jerozolimy Jezus przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodził do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami”. (Łk 17,11-12)

Dzisiaj modlitwa ubogiego „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami” staje się udziałem trędowatych. Do złudzenia przypomina ona modlitwę niewidomego z Jerycha, która stała się kanwą modlitwy Jezusowej.

Modlitwa Jezusowa jest praktyką, którą św. Paweł nazywał modlitwą „nieustanną”.

To modlitwa, która czerpiąc z biblijnych korzeni swoje początki wiąże z Ojcami Pustyni. Dalszy rozwój tej modlitwy związany jest z pojawieniem się w duchowości  kierunku zwanego hezychazmem. Ogniskiem hezychazmu był najpierw Półwysep Synaj, skąd przeniósł się on na górę Athos a następnie w XI wieku zawędrował na Ruś. Do późniejszego spopularyzowania się Modlitwy Jezusowej przyczyniła się XIX wieczna książka p.t. „Opowieści pielgrzyma”. Opowiada ona o wędrówce mnicha żebraka, który przemierzając Rosję próbuje się nieustannie modlić. Pielgrzym napotyka Starca (bizantyjski odpowiednik mistrza duchowego), który uczy go modlitwy Jezusowej i instruuje go, by poprzez powtarzające się ćwiczenia, cichego powtarzania wezwania „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”  w końcu doszedł do stanu, w którym sam stanie się modlitwą.

Chociaż niektóre komentarze porównują tę praktykę do hinduskiego czy buddyjskiego powtarzania mantry, istnieje jednak zasadnicza różnica. Celem medytacji niechrześcijańskiej jest oczyszczenie umysłu i zatarcie świadomości samego siebie. Natomiast celem modlitwy Jezusowej jest napełnienie umysłu, serca i duszy miłosierną obecnością Jezusa, w celu kontemplacji tej obecności z podziwem i miłością. Kontemplacja ma wnieść doświadczenie własnej, intymnej komunii z Jezusem w każdym oddechu tak, że nawet dla mnie (szczególnie dla mnie!) grzesznika, świat jest wypełniony miłosierdziem i łaską, a wszystko jest ciągłym wychwalaniem Boga. Innymi słowy celem tej modlitwy, której punktem wyjścia jest wiara jest pogłębienie wiary. Chrystus na końcu dzisiejszej Ewangelii wypowiada znamienne słowa do trędowatego: „twoja wiara cię uzdrowiła”.

Modlę się tą formą modlitwy od ponad trzech dekad i zapewniam, że przynosi ona w życiu duchowym niezwykłe owoce. Może nie koniecznie takie, jakich się na początku spodziewamy, ale z całą pewnością najlepsze dla naszej modlitwy w ogóle i dla naszego życia duchowego.

Fenomen tej modlitwy polega na tym, że można ją odmawiać dosłownie zawsze i wszędzie bez względu na to czy mamy akurat pięć minut czy trzydzieści.

Znam osoby, które dodają wezwanie Modlitwy Jezusowej po każdej dziesiątce różańca (razem z modlitwą Fatimską, która go uzupełnia). Ale są i tacy, którzy odmawiać ją zamiast różańca.

Praktyka bizantyjskich mnichów zachęca by odmierzać tę modlitwę oddechem. Odmawiając słowa: „Panie, Jezu Chryste, Synu Boży” powoli, przy wdechu, a następnie: „zmiłuj się nade mną grzesznikiem” powoli wydychając powietrze. Znam chrześcijańskich psychologów, którzy proponują tę praktykę modlitwy jak lekarstwo na zmaganie się z lękiem, niepokojem, żalem lub gdy nie możemy zasnąć. Dla mnie to prosty dowód na to, że nasza wiara nas uzdrawia.

Na koniec pozwólcie, że przywołam prosta naukę, jaką otrzymałem od jednego z mnichów, gdy gościłem na Górze Athos (dzięki życzliwości jednego z już nieżyjących arcybiskupów prawosławnych – Jeremiasza): „Odmawiając Modlitwę Jezusową skup się na słowach i kontempluj ich znaczenie. Słowo „Panie” jest przypomnieniem naszego oddania się Bogu i Jego woli oraz wyznaniem wiary w Jego Opatrzność. Wezwanie: „Jezu Chryste” – imienia, które jest ponad wszelkie imię – jest modlitwą zawierającą w sobie wszystkie inne modlitwy i słowa. To imię niesie łaskę i obecność Boga, który jest miłością. Określenie: „Synu Boży” jest wezwaniem, które wprowadza nas w tajemnicę miłości i komunii z Trójcą Świętą, w której możemy odnaleźć nasze bezpieczeństwo. Wezwanie: „Zmiłuj się” to prośba o Boże Miłosierdzie, o uzdrowienie, którego źródłem może być tylko Bóg, wreszcie o pociechę i nadzieję przychodzącą wraz z Jego przebaczeniem. Jest wołaniem o Jego miłość i łaskę. Wreszcie słowa: „nade mną” jest znakiem osobistego zaangażowania w tę modlitwę i w budowanie relacji z Jezusem, na której opiera się nasze chrześcijaństwo. Jest też modlitwą o przemianę „mojego” życia. Wreszcie ostatnie słowo tej modlitwy: „grzesznikiem” – oznacza, że mamy świadomość, że nie jesteśmy godni Jego łaski, miłości i przebaczenia i że wszystko to otrzymujemy darmo, po to, abyśmy i my potrafili ofiarować je za darmo”. W tych kilku słowach zawiera się całe przesłanie o zbawieniu przyniesionym przez Jezusa i jego istocie.

Zawierzyć wszystko

Jezus usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz.

Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: „Zaprawdę powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie”. (Mk 12,41-44)

Jezus zwołuje swoich uczniów, by wydobyć z cienia skromną kobietę, której normalnie pies z kulawą nogą by nie dostrzegł. To nie była tylko mimochodem rzucona uwaga: Spójrzcie, jaka niezwykle ofiarna wdowa!

Po cóż nam przykład wdowy, która pozbywa się wszystkich środków do życia? Przecież wysłuchawszy słów Ewangelii, nie oddamy wszystkiego, tak jak ona. Wydaje się więc, że opisane zdarzenie jest epizodem bez praktycznego znaczenia. Czy jednak jest tak rzeczywiście?

Wcześniej Pan Jezus przestrzega przed uczonymi w Piśmie, którzy znajdują upodobanie w powłóczystych szatach, w zaszczytnych miejscach, lubią robić wrażenie tym, że długo się modlą. Żyją w szczerym przekonaniu, że dokonują rzeczy wielkich. Podobnie bogacze z tłumu rzucający ofiary z tego, co im zbywa, są zapewne przekonani, że dają wiele.

Wdowa nie myślała, że daje dużo. Nie myślała, by ściągać na siebie uwagę innych. I rzeczywiście, poza Jezusem nikt na nią uwagi nie zwrócił.

W czym zatem tkwi praktyczny sens tego zdarzenia?

Perspektywa oddania wszystkiego stoi przed każdym z nas. Psalmista mówi: „Nikt siebie samego nie może wykupić ani nie uiści Bogu ceny swego wykupu/ jego życie jest zbyt kosztowne i nie zdarzy się to nigdy/ by móc żyć na wieki i nie doznać zagłady/ Każdy bowiem widzi: mędrcy umierają, jednakowo ginie głupi i prostak, zostawiając obcym swoje bogactwa”. Poetka ujmuje to w słowach: „Nic darowane, wszystko pożyczone./ Tonę w długach po uszy./ Będę zmuszona sobą/ zapłacić za siebie/ za życie oddać życie”. W tej perspektywie uczynek wdowy i sposób, w jaki postrzega go Jezus, zaczynają nabierać nowego sensu

Gdy stajemy przed Bogiem, zawsze stajemy jako dłużnicy wobec Jego miłości, łaski i darów, jakich nam nieustannie udziela. Bóg zna ograniczoność i niedoskonałość naszej natury. Jednocześnie stajemy przed Kimś, komu należy się wszystko. Tylko postawa wdowy, żadna inna, może się wówczas przydać jako wzór człowieka wiary. Bo wiara, to życie, które z jednej strony pragnie być oddane Bogu a z drugiej wie, że wszystko, co na to życie się składa otrzymujemy od Niego.

Dzisiaj w 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości pragniemy tak patrzeć na naszą wolność. Jako na dar od Boga. Ojciec św. Jan Paweł II wielokrotnie przypominał, że wolność została nam podarowana przez Boga. Przywołajmy tutaj Jego słowa wypowiedziane podczas apelu młodych w Częstochowie: „Czuwam – to znaczy także: czuję się odpowiedzialny za to wielkie, wspólne dziedzictwo, któremu na imię Polska. To imię nas wszystkich określa. To imię nas wszystkich zobowiązuje. To imię nas wszystkich kosztuje. Nie pragnijmy takiej Polski, która by nas nic nie kosztowała”.

Można śmiało powiedzieć, że odzyskanie niepodległości, po rozszarpaniu Polski przez trzech zaborców, było cudem. Cud nie zawsze polega na zawieszeniu praw natury, ale na tym, że Bóg układa losy świata i człowieka w niezwykły sposób.        I tak było przed stu laty. Okrutna wojna, która pociągnęła za sobą 14 milionów ofiar zmieniała na tyle układ politycznych sił, że wiele krajów, w tym Polska mogły znów liczyć na odzyskanie utraconej wolności.

Na odradzająca się polską niepodległość wpływ miało wiele przyczyn, których nie sposób tu wymienić, ale bez wątpienia wśród nich były wiara narodu i wielka miłość do Ojczyzny, której zaborcom pomimo wielu stań nie udało się stłumić. Nie przez przypadek oficerowie i żołnierze, którzy w 1918, w 1920 roku wyrąbywali niepodległość, na swoich sztandarach na nowo umieścili trzy słowa, dumny polski trój-ideał: „Bóg – honor – Ojczyzna”. Ci, którzy walczyli o wolność Ojczyzny, pokładali nadzieję w Bogu wbrew niemocy Europy i zwykłej, ludzkiej beznadziei. Ci, co walczyli o wolność Ojczyzny „kochali ją Chrystusową miłością do końca i wbrew wszystkim ludzkim rachubom sił”. A mimo to,  że miłość ta wymagała tyle ofiar, przodkowie umieli być zawsze wdzięczni Bogu i Matce Bożej. Potrafili jak ta uboga wdowa z dzisiejszej Ewangelii zawierzyć Bogu swój los.

Liturgia słowa zachęca nas, abyśmy ofiarowali dziś Bogu wszystko: nasze życie, naszą wolność i wolność naszej Ojczyzny (która przypomnijmy raz jeszcze słowa św. Jana Pawła II: „jest nam dana, ale też i zadana”). Ale też słowo Boże zachęca nas, abyśmy potrafili ofiarować Mu nasze biedy: słabości, nałogi (również te narodowe – wystarczy przypomnieć, że podczas ostatniego weekendu z racji uroczystości Wszystkich Świętych znów zatrzymano 1041 pijanych kierowców), narodowe podziały, których jest tak wiele.

Bo myślę, że nie ma lepszego dnia, aby wraz  Chrystusem i za Chrystusem powtórzyć słowa modlitwy tym razem w intencji naszej Ojczyzny: „Spraw Ojcze, aby byli jedno!” Amen.

Trzymać się mocno Słowa Życia

Umiłowani moi, skoro zawsze byliście posłuszni, zabiegajcie o własne zbawienie z bojaźnią i drżeniem nie tylko w mojej obecności, lecz jeszcze bardziej teraz, gdy mnie nie ma. Albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z Jego wolą.

Czyńcie wszystko bez szemrań i powątpiewań, abyście się stali bez zarzutu i bez winy jako nienaganne dzieci Boże pośród narodu zepsutego i przewrotnego. Między nimi jawicie się jako źródła światła w świecie. Trzymajcie się mocno Słowa Życia, abym mógł być dumny w dniu Chrystusa, że nie na próżno biegłem i nie na próżno się trudziłem. (Flp 2,12-18)

List do Filipian, to jeden z więziennych listów św. Pawła. Wyobrażam sobie św. Pawła, który z perspektywy bliskiej już śmierci spogląda na swoje życie i działalność apostolską. Piękne jest to zdanie, które św. Paweł pisze z perspektywy swojego doświadczenia: „To Bóg jest w nas sprawca chcenia i działania”. On sam widział wielokrotnie i doświadczył działania tej łaski w swoim życiu począwszy od swego nawrócenia pod Damaszkiem a także jako źródło swojej działalności i jej owoców. Znany filozof duński filozof Søren Kierkegaard powie: „Życie i działanie Boga w życiu można zrozumieć, patrząc nań tylko wstecz”. I św. Paweł właśnie pisze z tej perspektywy.

I drugie zdanie: „Trzymajcie się mocno Słowa Życia”. Mocy tego słowa także doświadczył św. Paweł, więc to o czym pisze, to nie teoria, ale konkretne doświadczenia, które było jego udziałem.  

Zarówno jedno jak i drugie zdanie pięknie wpisują się w doświadczenie modlitwy monologicznej. To modlitwa, której źródłem jest tylko łaska. Z niej wynika to, że chcemy się modlić i z niej wynika nasze działanie a może lepiej byłoby powiedzieć nasze zaniechanie działania aby pierwszeństwo w działaniu dać w tej modlitwie Bogu i Jego łasce. To co jest sednem tej modlitwy, to trzymanie się mocno Słowa Życia – Imienia Jezus. To z niego rodzą się owoce tej modlitwy. Ale podobnie jak w przypadku św. Pawła trzeba praktyki, regularności i wytrwałości w tej modlitwie, aby jej owoce stały się nie tylko piękną teoria, o której się czyta czy słyszy lecz osobistym doświadczeniem, którego nikt i nic nie może zakwestionować. Z kolei to z osobistego doświadczenia rodzi się świadectwo naszej wiary – bycie światłem, o którym również pisze św. Paweł.

Św. Paweł mówi tez o bojaźni i drżeniu, które winny nam towarzyszyć na drodze wiary. Wspomniany już Søren Kierkegaard zatytułował tak jedną ze swoich książek: „Bojaźń i drżenie” (ciekawa lektura). Pisze on, że bojaźń i drżenie to reakcje, które towarzyszą człowiekowi, gdy otwiera się na prawdę. Tą prawdą było dla Kierkegarda chrześcijaństwo.  Prawda, która uczy nas zrozumienia czym jest ofiarowana nam przez Boga miłość i łaska. Bojaźń i drżenie nie mają oczywiście nic wspólnego z lękiem, ale są bardziej doświadczeniem, które można zrozumieć w kategoriach zachwytu i świadomości jak bardzo ubodzy jesteśmy wobec wielkości daru pochodzącego od Boga a udzielanego nam w każdej chwili. Niestety jak sugeruje filozof współczesny człowiek tym bardziej zatraca swoją wrażliwość na te Boże dary im bardziej próbuje być samowystarczalny im więcej wie i im bardziej ufa swojemu rozumowi. Dlatego tak bardzo trzeba nam powrotu do uczenia się wrażliwości i zdolności zachwytu tym co nas otacza i co otrzymujemy do Boga. I choć Kierkegaard opisywał doświadczenie wiary w kategoriach paradoksu (bo z jednej strony pragnął, żeby prawda odnaleziona w chrześcijaństwie stawała się źródłem jego pokoju, to z drugiej była z istoty swojej niewyczerpanym, nieskończonym źródłem najintensywniejszego „lękliwego drżenia” filozofa).  Nie mniej nie pozostawiał wątpliwości, że im bardziej intensywnie przeżywamy naszą wiarę tym więcej rodzi w nas ona zdolności do wrażliwości, empatii, zachwytu i wdzięczności. To wewnętrzne rozedrganie, o którym pisze filozof wynika z tego, że człowiek jest syntezą ciała i duszy, skończoności i nieskończoności, doczesności i wieczności, wolności i konieczności, etc. Jest bowiem za słaby, aby dokonać tego, do czego został powołany – za słaby, aby scalić wszystko. Dlatego może się to dokonać w człowieku jedynie mocą łaski.  

Ukuł też piękne powiedzenie, że: „Najsilniejszy jest zawsze ten, kto umie złożyć dłonie do modlitwy”. Każdy jednak, kto się modli i ma za sobą pewne doświadczenie modlitwy wie, że siła ta nie pochodzi z nas, lecz jest darem i owocem działającej w nas łaski.

Pierwsze i najważniejsze

Jeden z uczonych w Piśmie zbliżył się do Jezusa i zapytał Go: „Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?”

Jezus odpowiedział: „Pierwsze jest: «Słuchaj, Izraelu, Pan, Bóg nasz, Pan jest jedyny. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą». Drugie jest to: «Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego». Nie ma innego przykazania większego od tych”.

Rzekł Mu uczony w Piśmie: „Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznieś powiedział, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary”.

Jezus widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: „Niedaleko jesteś od królestwa Bożego”. I już nikt więcej nie odważył się Go pytać. (Mk 12,28b-34)

Żydowscy egzegeci naliczyli w Torze, czyli prawie spisanym przez Mojżesza ok. 613 szczegółowych przykazań. Nie zawsze rozróżniali ich wagę i hierarchię. Stąd pytanie, które nurtowało wielu ówczesnych uczonych w prawie: Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?

Jezus odpowiadając na nie, powołuje się na Księgę Powtórzonego Prawa: Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem – Panem jedynym. Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił (Pwt 6, 4-5). Pierwsze i najważniejsze przykazanie dotyczy miłości Jedynego Boga. W tekście hebrajskim jest powiedziane: Jahwe, nasz Bóg, Jahwe jedyny. To stwierdzenie stanowi wyraźne rozróżnienie między wielością bóstw (fałszywych, nieistniejących) a Bogiem Jahwe, Bogiem o imieniu osobowym, jedynym, który istnieje i jest Bogiem żywym.

Człowiek jest zawsze kuszony bałwochwalstwem, a szczególnie twierdzeniem, że Bóg nie wystarczy, aby dać mu życie i szczęście. Dlatego poszukuje czegoś innego prócz Boga, czegoś, co gwarantuje zaspokojenie jego pragnień. To może być jakaś filozofia, jakieś elementy zaczerpnięte z innych religii a ostatecznie i rzeczy materialne. Bóg staje się wówczas jedną z wartości pośród innych wartości, równie ważnych.        I nawet, gdy początkowo Bóg wydaje się być najważniejszy (przynajmniej w teorii), jeśli nie zaspokaja naszych ludzkich pragnień z czasem w ludzkim sercu zrodzi się pewien dysonans wynikający z tego, że ludzkie serce zaczyna być podzielone między przynależność do Boga a pragnienie służenia innym wartościom.

Jeśli człowiek nie uzna Boga za naczelny cel, naczelną wartość swego życia, wówczas wcześniej czy później ubóstwi względną wartość ludzką. Detronizując Boga jednocześnie zaczyna powoli, początkowo niepostrzeżenie kreować w swym życiu jakiegoś nowego bożka ( to może być praca, kariera, pieniądze, zdrowie, inna osoba). Ale ubóstwiona ludzka rzeczywistość obraca się zawsze przeciwko niemu człowiekowi. Niszczy go i zabija.

Dlatego Biblia w tak wielu miejscach przypomina: Pierwszą totalną miłością człowieka musi być Pan Bóg! Będziesz miłował Pana, Boga nie częściowo, ale całym sercem, z całym umysłem, całą duszą – znaczy: otworzysz się całkowicie na Boga dającego życie, na dobro i szczęście płynące od Niego, powierzysz Mu swój los bez żadnych zastrzeżeń, bez stawiania Mu jakichkolwiek warunków. Bóg jest  miłością i chce, abym w miłości miłość realizował moją relację z Nim.

Czasownik miłować ma podwójne znaczenie. Z jednej strony odnosi się do sfery uczuć. Nasza duchowość, umysł, uczucia, zmysłowość, całe ciało i wszystkie siły psychiczne i duchowe mają stawać się miejscem przyjmowania i dawania miłości. Z drugiej strony termin ten odnosi się do języka prawnego, języka przymierza i wyraża się w konkretnych czynach (np. szacunek, wierność, służba). Kto kocha, przestrzega przykazania (J 14, 23).

Przykazanie miłości zakłada całkowitość: całym sercem, całą duszą, całym umysłem i całą mocą. W miłości nie można niczego zatrzymać dla siebie. Miłość oddaje wszystko: Wszystko Moje jest Twoje, a Twoje jest Moje (J 17,10) powie Jezus o swojej więzi z Ojcem. Miłość zakłada również wierność. Kto nie angażuje się na zawsze, nie daje naprawdę samego siebie, ale tylko „wypożycza się” na określony czas. Miłość wymaga wierności na wzór Jezusa, który do końca nas umiłował (J 13, 1).

Warto pytać: Czy Bóg jest rzeczywiście pierwszą wartością i pierwszą miłością w moim życiu? Czy nie zdradzam tej miłości detronizując Boga dla jakiejś innej wartości?

Pozostaje jeszcze pytanie, które wydaje się nie mniej zasadne: Jeśli całe serce, dusz i umysł mają być dla Boga, to gdzie jest miejsce na drugie przykazanie – na miłość człowieka?

Mistrz Eckhart – znany mistyk nadreński odpowiada, że miłość do człowieka musi mieścić się we wnętrzu miłości do Boga. Wówczas nigdy nie zapomnimy, że ja sam, podobnie jak drugi człowiek jest dla mnie darem Boga. Ostatecznie zatem wszystkie ludzkie miłości muszą schodzić na drugi plan wobec miłości Boga, jeśli mają być dojrzałe, prawdziwe i odpowiedzialne.

Bo nikt nie nauczy nas kochać lepiej i prawdziwiej niż Bóg, który jest źródłem miłości.

Wspomnienie Wiernych Zmarłych – Iść przez życie z nadzieją

Życie zostało nam dane, abyśmy szukali Boga,

Śmierć, abyśmy Go znaleźli,

Wieczność, abyśmy cieszyli się Jego miłująca obecności

                                                                           J. Nouet

Różne uczucia i myśli rodzą się w nas, gdy w listopadzie odwiedzamy cmentarze. Widok grobów naszych drogich zmarłych przynagla, by osobiście pytać o sens przemijania i śmierci. Widok jesiennej przyrody dodatkowo przyczynia się do zadumy i do uświadomienia sobie, że przemijanie jest naturalna koleją rzeczy. I choć jesień – podobnie jak doczesne życie – mieni się wieloma barwami, to jednak ostatecznie zmierza ku przemijaniu.

Jednych zaduma nad śmiercią i przemijaniem napełnia radością w innych rodzi niepokój i pytania pełne trwogi.

Dlatego listopad, to dobry miesiąc na dawanie sezonowych odpowiedzi na temat sensu życia, śmierci i przemijania, które odnajdujemy w tym czasie częściej niż zwykle w różnej maści czasopismach i periodykach, w audycjach telewizyjnych i radiowych mogą nas zadowolić. Święty Jan Paweł II pisał w swojej pierwszej encyklice: „Człowiek, który chce zrozumieć siebie do końca (…) musi (…) ze swoim życiem i śmiercią przybliżyć się do Chrystusa” (Redemptor Hominis). A skoro papież mówi o człowieku w ogóle, to chrześcijanin w szczególności musi wsłuchiwać się w słowo Chrystusa, jeśli chce znaleźć pewne odpowiedzi.

To znamienne, że Jezus – stojący w obliczu bardzo już bliskiej własnej śmierci – wyraża jej ukryty sens poprzez skierowanie uwagi ku żywemu ziarnu: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec” (J 12, 23-26).

W ten sposób Chrystus chce także nas naprowadzić na odkrycie tajemnicy naszej śmierci.

Jezus przekazuje nam dobrą wiadomość o tym, że tak jak ziarno wtedy najpełniej objawia ukryte w nim możliwości, gdy zostaje wrzucone w ziemię, tak my wtedy, gdy… umieramy. Dlatego nie powinniśmy bać się (za)tracenia siebie w aktach służby, pracy, wszelkiego zużywania sił. Służąc, dając, ofiarowując innym swoje siły, czas – owszem, jakoś obumieramy. Ubywa nas, ale tak naprawdę – po przejściu przez krytyczny moment śmierci – wchodzimy w nowy rodzaj istnienia, gdzie to wszystko, co traciliśmy w miłości i przez miłość zostanie na nowo odnalezione i dopełnione. Gdyż to miłość otwiera nam drogę do udziału w Boskim życiu.

To prawda, w listopadzie, gdy odwiedzamy groby, stają nam przed oczyma twarze naszych bliskich zmarłych, którzy poprzedzili nas przekraczając już próg śmierci. Niemniej Ewangelia nie pozostawia nam złudzeń, że chrześcijaństwo jest afirmacją życia. Pan Jezus niezmiennie i na wiele sposobów obwieszcza nam ludziom Dobrą Nowinę o życiu. Jest On prorokiem nie śmierci, trwogi i rozpaczy, ale życia, radości i nadziei!

Dlatego trzeba nam nieustannie pytać siebie, czy dobrze przeżywam moje życie? Czy wykorzystuję chwilę sposobną? Czy moje życie i wszystko to, co się nań składa rzeczywiście przybliża mnie do Chrystusa a przez to do pełni życia?

Jezus odsłonił ludzką śmierć jako jedynie „przejściowy” (paschalny) i chwilowy element wielkiego procesu życia, życia wiecznego. To do życia wybrał nas Bóg „przed wiekami” (por. Ef 1, 4). I dlatego nie ma powodu do trwogi, zwątpienia i rozpaczy.

I dlatego, jako uczniowie Chrystusa winniśmy iść przez życie z nadzieją… ku lepszemu życiu.