Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacje na koniec adwentu – Tożsamość

Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama. Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama; Aram ojcem Aminadaba; Aminadab ojcem Naassona; Naasson ojcem Salmona; Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut. Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida. Dawid był ojcem Salomona, a matką była /dawna/ żona Uriasza. Salomon był ojcem Roboama; Roboam ojcem Abiasza; Abiasz ojcem Asy; Asa ojcem Jozafata; Jozafat ojcem Jorama; Joram ojcem Ozjasza; Ozjasz ojcem Joatama; Joatam ojcem Achaza; Achaz ojcem Ezechiasza; Ezechiasz ojcem Manassesa; Manasses ojcem Amosa; Amos ojcem Jozjasza; Jozjasz ojcem Jechoniasza i jego braci w czasie przesiedlenia babilońskiego. Po przesiedleniu babilońskim Jechoniasz był ojcem Salatiela; Salatiel ojcem Zorobabela; Zorobabel ojcem Abiuda; Abiud ojcem Eliakima; Eliakim ojcem Azora; Azor ojcem Sadoka; Sadok ojcem Achima; Achim ojcem Eliuda; Eliud ojcem Eleazara; Eleazar ojcem Mattana; Mattan ojcem Jakuba; Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem. Tak więc w całości od Abrahama do Dawida jest czternaście pokoleń; od Dawida do przesiedlenia babilońskiego czternaście pokoleń; od przesiedlenia babilońskiego do Chrystusa czternaście pokoleń. (Mt 1,1-17)
Dzisiejsza Ewangelii przywołuje rodowód Jezusa Chrystusa. Gdyby spojrzeć na ten fragment powierzchownie, można dojść do wniosku, że to jedynie nudne wymienianie trudnych do wypowiedzenia dla nas imion.
Po co nam słuchać dziesiątek imion, których często niewiele nam mówią, których nie zapamiętamy…
Gdyby jednak spojrzeć na ten tekst z głębszej perspektywy, trzeba by uznać, że przez każde słowo wypowiedziane w Biblii – także to które wydaje się z pozoru nudne i nic nie wnoszące – Bóg, który jest jego autorem chce nam coś przekazać.
Wśród przodków Chrystusa spotykamy znanych i nieznanych bohaterów z kart Biblii. Są tam postacie bliskie naszemu sercu jak Abraham, Izaak, czy król Dawid. Są osoby za którymi kryją się chlubne i niechlubne życiorysy; są ci, którzy wpisali się w dzieje Izraela złotymi zgłoskami i ci, którzy przynosili wstyd Narodowi Wybranemu.
Bóg jednak nie wstydzi się tej historii. Wszak sam ją poniekąd pisał z pomocą ludzi. Można powiedzieć, że wcielenie Syna Bożego to nie tyle wejście Boga w tę historię, gdyż On wszedł w nią od samego początku dziejów człowieka. Bóg stając się człowiekiem po raz kolejny potwierdza, że nie stoi z boku historii ludzkości, że jest ona dla Niego ważna.
Można powiedzieć, że wymienieni przez Mateusza przodkowie Jezusa Chrystusa tworzą drzewo genealogiczne Syna Bożego.
Dzisiaj powróciła moda na tworzenie drzew genealogicznych naszych rodzin, na szukanie swoich korzeni, przodków. Słowem na poszukiwanie tożsamości.
Tożsamość to ważne słowo. To fundamentalna wartość pozwalająca nam utożsamić się z miejscem, kulturą, tradycją, ludźmi, którzy je pielęgnowali i przekazywali z pokolenia na pokolenie.
Odkrywając naszą tożsamość szukamy podobieństw, które nas określają, nie tylko w sensie genetycznym, ale również w wymiarze wartości, przekonań.  Odkrywanie tożsamości, to sięganie do źródła, by z niego zaczerpnąć.
„Nikt z nas nie jest samotną wyspą” – pisał Thomas Merton, dlatego potrzebujemy wiedzieć kim jesteśmy, skąd pochodzimy, dokąd zmierzamy. To pytania określane często mianem fundamentalnych.
I dlatego z punktu widzenia wiary ten fragment z Ewangelii jest tak ważny.
Chrystus nie przyszedł na świat w oderwaniu od rzeczywistości. Rodowód Jezusa nadaje ramy tej rzeczywistości,  w którą wszedł Bóg, jako żywy, także mający swój życiorys, swoje pochodzenie „od dni wieczności” i podejmujący swoje, często zaskakujące człowieka decyzje. Bóg nie stoi z boku historii. Przenika tę historię swoją miłującą obecnością. On jest obecny w dziejach świata i w historii życia każdego bez wyjątku człowieka. Choć to od człowieka zależy, czy z tej obecności Boga skorzysta czy też nie.
Ale rodowód Jezusa przypomina nam – urodzonym dwadzieścia wieków po Jego wcieleniu, że ta historia, to także nasze dziedzictwo. Chrystus sam mówi nam, że dzięki wierze w Niego i zasłuchaniu w słowo Boże stajemy się Jego braćmi. A to oznacza, że dzięki duchowemu pokrewieństwu z Jezusem my również możemy powiedzieć o sobie, że jesteśmy potomkami Abrahama, Jakuba, Izaaka… Tworzymy jedną rodzinę dzieci Bożych a nasze życiorysy tym samym również wpisują się historię zbawienia.
My również, którzy przez śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa staliśmy się dziećmi Boga wpisujemy się w to dziedzictwo… Czy doceniamy to?
Można bez przesady powiedzieć, że rodowód Jezusa Chrystusa ciągle jest pisany. I będzie pisany aż do końca czasów przez kolejne pokolenia Jego wyznawców. Tam również będą różne życiorysy. Te bardziej i mniej chwalebne; te przynoszące chlubę i wstyd wielkiej rodzinie chrześcijańskiej. Bez w względu na to jednak kiedy i gdzie żyjemy chrzest czyni z nas jedną rodzinę, mającą wspólny rodowód, wspólnych przodków, wspólne korzenie i wspólną historię określające naszą chrześcijańska tożsamość. Wszyscy też mamy jeden cel: dojście do Niebieskiej Ojczyzny, w której wszyscy stanowić będziemy jedną rodzinę, gdzie nie będzie już podziałów, waśni, sporów (jak to bywa w każdej rodzinie), ponieważ tam będziemy stanowili jedno w pełnym znaczeniu tego o co modlił się Jezus, gdy prosił Ojca: „Aby byli jedno jak Ty Ojcze we Mnie a Ja w Tobie.”
Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam, że Bóg już dokonał swojego wyboru w historii. Opowiedział się po stronie człowieka i nigdy nie cofnie swojej decyzji. Reszta należy do nas. I od tego czy uczynimy swoje życie miejscem odkrywania Bożej obecności i współpracy z nią w historii naszego życia,  czy też spróbujemy przeżyć życie bez odniesienia do Boga zależy nasz życiorys a ten z kolei ma wpływ na doczesną historię świata jak i na to, jaka będzie nasza wieczność.

CO MAMY CZYNIĆ?

Gdy Jan nauczał nad Jordanem, pytały go tłumy: „Cóż mamy czynić?”. On im odpowiadał: „Kto ma dwie suknie, niech jedną da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni”. Przychodzili także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i pytali Go: „Nauczycielu, co mamy czynić?”. On im odpowiadał: „Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono”. Pytali go też i żołnierze: „A my, co mamy czynić?”. On im odpowiadał: „Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie”. Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest on Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: „Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On chrzcić was będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichrza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym”. Wiele też innych napomnień dawał ludowi i głosił dobrą nowinę. (Łk 3,10–18)

Jedni ludzie, patrząc na Kościół (zwłaszcza w Polsce), mówią o kryzysie. Inni nie mogąc ochłonąć z zachwytu, uważając nasz Kościół za potężną siłę.

A co Ty o tym myślisz?

Chciałbym przytoczyć pewną opinię na temat Kościoła, kogoś, kto przez wiele lat był i jest uznawany za autorytet i jak sądzę miał dużo lepszy ogląd sytuacji w Kościele niż inny przeciętny chrześcijanin.

Ten ktoś powiedział tak: „Z dzisiejszego kryzysu wyłoni się Kościół, który straci wiele. Stanie się nieliczny i będzie musiał rozpocząć na nowo, mniej więcej od początków. Nie będzie już więcej w stanie mieszkać w budynkach, które zbudował w czasach dostatku. Wraz ze zmniejszeniem się liczby swoich wiernych, utraci także większą część przywilejów społecznych. Rozpocznie na nowo od małych grup, od ruchów i od mniejszości, która na nowo postawi wiarę w centrum doświadczenia. Będzie Kościołem bardziej duchowym, który nie przypisze sobie mandatu politycznego, flirtując raz z lewicą, a raz z prawicą. Będzie ubogi i stanie się Kościołem ubogich. Wtedy ludzie zobaczą tę małą trzódkę wierzących jako coś kompletnie nowego: odkryją ją jako nadzieję dla nich, odpowiedź, której zawsze w tajemnicy szukali”.

Co myślicie o tej diagnozie i prognozie?

Jak myślicie, czyje to mogą być słowa?

Otóż słowa te wypowiedział przed pół wieku ks. Joseph Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI.

Bez względu czy uznamy te słowa za prorocze i czy się z  nimi zgadzamy czy też nie, przyzwoitość każe zbyt łatwo tej myśli nie lekceważyć.

Spróbujmy tę miarę przyłożyć do znanego nam z doświadczenia życia Kościoła (parafii, diecezji, Polski).

Czy wierzący w rzeczonej Winnicy stanowią mniejszość czy większość?

Zależy jaką miarę się przyłoży. Jeśli miarą będzie wizyta kolędowa, która w wielu parafiach już się zaczęła, to wyglądałoby, że wierzący stanowią mniejszość (przynajmniej w stolicy), bo coraz więcej jest drzwi, które się przed kapłanem nie otwierają.

Jeśli kryterium będzie dzisiejsza niedziela, która w parafii, gdzie posługuję jest początkiem rekolekcji adwentowych, to okaże się, mimo że sporo wiernych było dziś w kościele, zapewne więcej niż zazwyczaj (jak to bywa przy okazji rekolekcji), to jednak grupa tych, którzy byli w kościele była mniejsza od tych, którzy w kościele nie byli.

A gdyby kryteria trochę zaostrzyć? Nie jakoś bardzo, ale tak zwyczajnie i nawet czysto zewnętrznie – coniedzielna Msza Święta, codzienna modlitwa, wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych w piątek, spowiedź częstsza niż tylko raz do roku, na Wielkanoc, jak zalecają przykazania kościelne, to nie mam wątpliwości, że grupa ta okazałaby się jeszcze mniejsza.

A przecież to czysto zewnętrzne kryteria. Nie zaglądamy jeszcze do głowy, do serca, do prawdziwych przekonań, do wiary.

Józef Ratzinger mówił o wyprowadzce Kościoła z budynków zbudowanych w czasach dostatku.

Jeszcze się nie wyprowadzamy, robimy co się da, naprawiamy co możemy, ale bądźmy szczerzy, mamy coraz mniej możliwości utrzymania tych wszystkich budynków. Coraz więcej moich kolegów – proboszczów mówi mi, że po zapłaceniu wszystkich powinności (media, podatki, pensje dla pracowników etc.) zabrakłoby im zwyczajnie na doraźne prace remontowe, gdyby nie poprosili o kolejny, celowy datek swoich wiernych. Przyznać trzeba, że gdyby często nie było możliwości skorzystania z różnych funduszy i dotacji wiele z kościelnych budynków byłoby w ruinie.

Dzisiejsza Ewangelia opowiada nam o proroku – św. Janie Chrzcicielu. Osobiście jestem przekonany, że głos Józefa Ratzingera sprzed pól wieku, to także głos współczesnego proroka. Nie jest to jednak głos pesymistyczny, tragiczny, mówiący o upadku – jak niektórzy próbują go interpretować. Jak w przypadku każdego proroka, którego Bóg czyni swym świadkiem, to bardziej głos przestrogi!

Zresztą słuchając papieża Franciszka również często odnajdujemy w jego słowach jakąś tęsknotę za takim Kościołem: który może i „utraci wiele” ze swoich ziemskich dóbr, może pozostanie niewielki, ubogi, ale będzie to Kościół silny mocą wiary i Ducha Bożego, w którym ludzie odkrywać będą nadzieję, Kościół świadczący o Jezusie, do czego nade wszystko został powołany!

Możemy śnić o potędze, biurach i funduszach, ale tak naprawdę powinniśmy pragnąć właśnie tego – ubóstwa (nie mylić z dziadostwem!), bo właśnie ubóstwo czyniąc nas naprawdę wolnymi otwiera nas w pełni na moc Ducha Świętego i czyni nas dyspozycyjnymi wobec Jego prowadzenia.

Dlaczego dzisiaj gdy wielu ludzi myśli o Kościele to albo się śmieje, albo cisną im się na myśl niewybredne myśli, albo odwracają się plecami do tych, którzy go reprezentują? Jak często powodem tego jest jedno wielkie udawanie, które widzą albo nieporadność, albo brak serca jego przedstawicieli lub – co zarzucał św. Jan Chrzciciel a potem Jezus faryzeuszom – rozdźwięk między tym co mówią a jak żyją chrześcijanie.

Gdy nad brzegami Jordanu pojawił się prorok – Jan Chrzciciel, ludzie pytali go: „Co mamy czynić?” (Łk 3,12b) Wielu z nas z pewnością odnalazłoby się wśród tych, którzy przyszli do Jana z jednym z najważniejszych egzystencjalnych pytań.

Dzisiaj Bóg mówi do nas głosem innych proroków. Pytanie tylko czy ich słuchamy? Czy pytamy szczerze: „Co mamy czynić?”

To jest na wskroś adwentowe pytanie! Jeśli nic nie zrobimy, jeśli nie postawimy sobie tego pytania, jeśli nie będziemy szukać odpowiedzi, to nigdy nie wejdziemy na drogę nawrócenia, do której wzywa nas Ewangelia. A bez niego nasze chrześcijańskie świadectwo nigdy nie będzie autentyczne.

Tydzień przed Bożym Narodzeniem to chyba dobry moment, by się zastanowić nad tym, w jaki sposób przygotować się na przyjście Jezusa, bo bez spotkania z Nim trudno mówić w ogóle o nawróceniu czy świadectwie chrześcijańskiego życia. Dlatego może ważniejszym pytaniem jest, czy w ogóle kiedykolwiek w swoim życiu tak prawdziwie spotkaliśmy Pana Boga.

Wielu zapyta z pewnością: Jak to zrobić? Dla Jana Chrzciciela drogą do spotkania Pana Boga jest proste, porządne i dobre życie otwarte na Bożą obecność przychodzącą w słowie Bożym i w wydarzeniach odczytywanych w duchu wiary. Nic więcej.

Inny współczesny prorok, także Niemiec z pochodzenia pisał: „Chrześcijanin XXI wieku albo będzie mistykiem, albo go w ogóle nie będzie”. To słowa Karla Rahnera, jednego ze współczesnych pisarzy katolickich. Dla jednych to opinia dość bulwersująca, dla innych utopijna (ale czyż wszystkich proroków nie posądzano o to!?). Idąc torem myślenia tego niemieckiego teologa trzeba by powiedzieć, że skoro chrześcijanin, to i Kościół! Kościół bardziej mistyczny! Czy nie marzy się on wielu z nas!?

Innymi słowy idąc za przestrogą św. Jana Chrzciciela z dzisiejszej Ewangelii a potem za myślą Ratzingera czy Rahnera można powiedzieć, że ocaleją ci, którzy naprawdę spotkali Chrystusa, więcej którzy potrafią postawić Go naprawdę w centrum swojego życia. Nie na chwilę, nie na godzinę w tygodniu spędzoną na Mszy świętej, ale jak to mówią moi uczniowie na forever!  Ocaleją ci, którzy postawią na wiarę, na duchowość, na łaskę i prawdę.

Ocaleją ci, którzy zrezygnują z przywilejów i nie będą flirtować ze światem.

Ocaleją ci, którzy będą potrafili prawdziwie spotkać się z innymi wierzącymi szukając tego co wspólne w Piśmie Świętym i w odkrywaniu Bożej woli.

Ocaleją ci –   Ratzinger nie mówi o tym wprost, ale wiąże się to z jego opisem – którzy będą potrafili swoją wiarę uczynić znakiem i drogowskazem dla innych.

To nie jedna z opcji, jaką daje nam Ewangelia, to absolutna konieczność, na miarę być albo nie być.

Pisząc to nie mam na myśli jakichś specjalnych okazji czy sytuacji. Mam na myśli normalności szarego dnia. Historię dnia powszedniego pisaną wiarą, postawieniem Chrystusa na pierwszym miejscu i posłuszeństwem Jego woli we wszystkim. Bez tego nie można być świadkiem! Bez tego w zasadzie nie można być prawdziwym chrześcijaninem!

W przeciwnym razie nasze chrześcijaństwo będzie bezowocne. I nic nie pomoże, że będziesz mówił codziennie do Jezusa: „Panie, Panie…” (por. Mt. 7,21)

Naszym programem na życie ma być wola Ojca, który jest w niebie. (o tym też mówi Jezus w powyższym wersecie) A wolą Boga jest to byśmy żyli wiarą tak intensywnie i tak prawdziwie, że nasze życie będzie świadectwem tej wiary i nie będzie trzeba tego udowadniać, będzie to po prostu widać!

„Gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami…” (por. Dz 1,8) To jest wezwanie i obietnica Jezusa. Duch Święty zstąpił i nieustannie zstępuje. I jak jest?

Przeczytałem ostatnio napis, który ktoś umieścił na plakacie zapowiadającym temat obecnego roku liturgicznego w Kościele, który brzmi: „W mocy Bożego ducha”. Zaś napisany czerwonym markerem komentarz brzmiał: „W Kościele już dawno nie ma ani Ducha, ani mocy, ani świadectwa!” Pomyślałem sobie wtedy, że zamiast wkurzać się na tego „antyklerykała” warto zatrzymać się i zapytać, czy w tym, co pisze nie ma choć trochę racji? Nie mam wątpliwości, że Duch Boży w kościele jest i działa, bo w przeciwnym razie już by tego Kościoła nie było. Może jednak warto pytać: dlaczego nie potrafimy innym pokazać tego Ducha, tej mocy i świadectwa!? Co mamy czynić, żeby to się zmieniło? Żeby nasze chrześcijaństwo miało znowu moc przekonywania…

Co mamy czynić? Co mam czynić ja?

Niech ostatni tydzień adwentu i zabiegania wokół przygotowań do świąt nie zwolnią nas przypadkiem z poszukiwania odpowiedzi na to pytanie i czynienia tego, do czego Bóg nas zaprasza swoim słowem i swoimi natchnieniami.

Medytacja według Mertona

Jezus przemówił tymi słowami: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”. (Mt 11,28-30)

Myślę, że wielu z nas chciałoby naleźć w tych słowach Jezusa pokrzepienie dla swojego utrudzenia i obciążenia w pokonywaniu życiowych przeszkód. Zrzucić na Niego wszystkie troski, to nic innego jak zaufać do końca. Współczesny człowiek żyje w fałszywym przekonaniu, że wszystko trzeba, wszystko jest obowiązkiem. Taka postawa dotyczy też nierzadko dziedziny życia duchowego, przez co swoim ciężarem potrafi nas przygnieść do ziemi. Żyjemy w przekonaniu, że jeśli dobrze wypełnimy nasze powinności, to będzie się nam żyło lepiej. Tymczasem Jezus mówi: „Niczego nie musisz!” Jezusowa Ewangelia to nade wszystko Dobra Nowina o wolności. Nie jest to w żadnym razie wezwanie do anarchii, ale uświadomienie nam prawdy, że prawdziwą radość zdobywa się trzymając się ducha a nie litery prawa.

Z racji tego, że przedwczoraj minęło pięćdziesiąt lat od śmierci Thomasa Mertona, chciałbym w dzisiejszym wprowadzeniu do medytacji właśnie jemu oddać głos.

Merton napisze, że: „Jedynym celem medytacji jest pogłębienie świadomości więzi łączącej stworzenie ze Stwórcą, o której często zapominamy w naszej codzienności, gubiąc ten podstawowy duchowy wymiar w naszym życiu”.

I dalej pisze:

„Medytacja nie jest wyłącznie intelektualnym wysiłkiem zmierzającym do opanowania pewnych „pojęć o Bogu” ani nawet do wtłoczenia w nasz umysł tajemnic wiary katolickiej. Pojęciowa wiedza o prawdach religijnych zajmuje w naszym życiu określone miejsce, i jest to miejsce ważne. Życie duchowe potrzebuje bowiem mocnych podstaw intelektualnych. Życiu medytacji winno zatem zawsze towarzyszyć studium teologii. Jednak sama medytacja nie jest ani „studiowaniem”, ani żadnym innym czysto intelektualnym zajęciem. Celem medytacji nie jest zdobycie czy pogłębienie obiektywnej i spekulatywnej wiedzy o Bogu, a także prawdy przez Niego objawionej.

W medytacji nie dążymy do zdobycia wiedzy o Bogu, jakby był On przedmiotem takim, jak inne, a zatem jakby podlegał naszemu badaniu i mógł być opisywany za pomocą ściśle naukowych pojęć. Dążymy do poznania samego Boga, ponad poziomem wszystkich przedmiotów, które stworzył, a które jawią się nam jako odrębne „rzeczy”, „określone” i „oddzielone” wyraźnymi grani­cami. Nieskończony Bóg nie ma granic i nasz umysł nie może nakładać ograniczeń ani na Niego samego, ani na Jego miłość. Jego obecność jest zatem „uchwytna” w powszechnej świadomości miłującej wiary, „urzeczywistnia się”, lecz nie może być – jak próbka pod mikroskopem – dokładnie i naukowo poznana. Jego obecność nie może być zweryfikowana, jak weryfikuje się doświadczenie w laboratorium. A jednak może ona być urzeczywistniana duchowo tak długo, jak długo nie usiłujemy jej sprawdzić. Gdy tylko próbujemy sprawdzić duchową obecność jako przedmiot ścisłej wiedzy, Bóg wymyka się nam.

Ewargiusz z Pontu pisał: „Kiedy się modlisz, nie nadawaj w myślach kształtów temu, co Boskie, ani też nie pozwól, by twój umysł ukształtował się według jakiejś formy, ale jako niematerialny przystąp do tego, co niematerialne, a zrozumiesz. […] W czasie modlitwy, kiedy pragniesz ujrzeć oblicze Ojca, który jest w niebie, żadną miarą nie szukaj jakiegoś kształtu czy obrazu”.

Jednym słowem Bóg jest obecny w sposób nie­widzialny u samej podstawy naszego istnienia. Nasza wiara i miłość docierają do Niego, lecz On ukry­wa się przed aroganckim spojrzeniem naszego dociekliwego umysłu, który dąży do zawładnięcia Nim i w dającym władzę akcie poznania stara się zagwarantować sobie trwałe Jego posiadanie. W rzeczywistości próba pochwycenia Boga jak przedmiotu, który nasz umysł może pojąć i zrozumieć, jest absurdalna i niemożliwa.

Stąd celem medytacji – w kontekście wiary chrześcijańskiej – nie jest osiągnięcie obiektywnej i pozornie „naukowej” wiedzy o Bogu, lecz poznanie Go poprzez uświadomienie sobie, że całą naszą istotę przenika Jego obecność, Jego łaska i miłość do nas”. [cytaty z książek T. Mertona: Chleb na pustyni i Życie w milczeniu]

50 lat po…

      (31.01 1915 – 10.12 1968)

 

Odkąd pamiętam, kiedy tylko po raz pierwszy sięgnąłem po książkę Thomasa Mertona zawsze towarzyszył mi on w czasie przezywania adwentu. A to dlatego, że po raz pierwszy po tę lekturę sięgnąłem właśnie w pewien adwentowy wieczór, nie pamiętam już czy był to rok 1997 czy 1998. Dla mnie Merton, od kiedy go odkryłem i pokochałem jawi się jako taki adwentowy prorok. Niby już spełniony po nawróceniu, po odnalezieniu Boga i swojego miejsca w życiu pustelniczym a jednak wciąż niespokojny, poszukujący i wyczekujący jeszcze głębszego spełnienia.

Dla Mertona adwent to świt, którego wyczekuje z nie do końca zrozumiałą tęsknotą w sercu, która jednak nie daje mu spokoju. Adwent to raczej czas cierpliwego oczekiwania niż działania.

Wczoraj dostałem od mojej znajomej maila, w którym pisze: „Grudzień to dla mnie taki miesiąc czuwania. Ja czuwam, żeby nie przegapić Najważniejszego. Drugiego człowieka, a w końcu i Boga, który przyjdzie w osobie maleńkiego Jezusa. A Ty czuwasz? Na co czekasz w tym czasie? Kogo lub co chcesz spotkać? Boga, drugiego człowieka a może siebie, bo z sobą czasem najtrudniej się spotkać w całym tym zagonionym świecie…?”

Pomyślałem, że to słowa doskonale wpisujące się w ducha Mertona i przeżywamy Adwent – czas oczekiwania. Chyba nic nie nauczyło mnie bardziej cierpliwości w czekaniu niż doświadczenie medytacji i zmaganie z przeciwnościami, jakie niesie życie.

Pozwolę sobie przywołać dziś słowa Mertona, które długo dla mnie samego były obce i niezrozumiałe:

Słyszę Cię, mówiącego do mnie: „Dam ci wszystko, czego pragniesz. Poprowadzę cię w samotność, poprowadzę cię drogą, której nie potrafisz absolutnie zrozumieć, bo chcę, żeby to była droga najkrótsza.

Wszystkie rzeczy wokoło ciebie uzbroją się przeciwko tobie, aby się wyrzec ciebie, aby cię ranić, aby ci sprawić ból, a przez to doprowadzić cię do osamotnienia.

Ich wrogość sprawi, że pozostaniesz wkrótce sam. Wyrzucą cię precz, opuszczą cię, odrzekną się ciebie i będziesz samotny. Wszystko, co cię dotknie, będzie cię palić i z bólu będziesz cofał twoją rękę, aż oddalisz się od wszystkich rzeczy stworzonych.

Wtedy znajdziesz się zupełnie sam.

Nie pytaj, kiedy ani gdzie, ani jak się to stanie. Czy na jakiejś górze, czy w więzieniu, czy na pustyni, czy w obozie koncentracyjnym, czy w szpitalu, czy też w Gethsemani.

To nie ma znaczenia.

Nie pytaj mnie więc, bo i tak ci nie odpowiem. Nie będziesz wiedział, dopóki się tam nie znajdziesz.

Zakosztujesz prawdziwej samotności mojej męki i mojego ubóstwa i poprowadzę cię na wyżyny mojej radości; umrzesz we Mnie i odnajdziesz wszystkie rzeczy w głębi Mojego Miłosierdzia, które stworzyło cię w tym celu i prowadziło cię z Prades na Bermudy, do St. Antonin, do Oakham, do Londynu, do Cambridge, do Rzymu, do New Yorku, do Columbii, do parafii Corpus Christi, do św. Bonawentury i do cysterskiego opactwa ubogich mnichów pracujących w Gethsemani: abyś mógł stać się bratem Boga i nauczyć się poznawać Chrystusa ludzi wypalonych płomieniem”.

Sit finis libri, non finis quaerendi (Niech będzie koniec książki, nie koniec szukania). [Siedmiopiętrowa góra]

Dopiero dziś, po pięćdziesięciu latach od śmierci ich autora i po pięćdziesięciu latach mojego życia są mi bliższe niż kiedykolwiek i nieco bardziej zrozumiałe.

Adwent nieustannie nam przypomina, że szukanie nie może się skończyć, choć w tym szukaniu bardziej chodzi o to, aby to Bogu dać się znaleźć na pokręconych ścieżkach naszego życia niż spróbować znaleźć Go o własnych siłach.

Słowa proroka Izajasza z wczorajszej niedzieli, że „drogi kręte staną się prostymi” oznaczają tak naprawdę, że to nie my prostujemy ścieżki naszego życia, nawracając się, ale że może się tak stać jedynie wtedy, gdy pozwolimy na to Bogu!

Niech grudzień będzie dla Ciebie takim czasem. Czuwania i spotkania. A w jaki sposób będziesz czuwać i kogo zechcesz spotkać, to już zależy od Ciebie. Masz moc czynienia wielkich rzeczy, pamiętaj o tym.

Głos z pustyni

Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara. Gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i kraju Trachonu, Lizaniasz tetrarchą Abileny; za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni.

Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów, jak jest napisane w księdze mów proroka Izajasza: „Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego; każda dolina niech będzie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte niech staną się prostymi, a wyboiste drogami gładkimi. I wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boże”. (Łk 3,1-6)

Kiedy wczoraj przeczytałem Ewangelię z dzisiejszej niedzieli, aby przygotować homilię, w pierwszym odruchu pomyślałem, że mówi ona o klęsce Boga. Oto Bóg, stwórca nieba i ziemi, stworzył Naród Wybrany misternie kształtując jego historię począwszy od Abrahama, uczynił w całej historii Izraela wiele cudów będących niezbitymi dowodami Jego troski o swój lud między innymi uwalniając go z niewoli egipskiej i w równie cudowny sposób prowadząc przez całe lata przez pustynię do Ziemi Obiecanej, troszcząc się, aby w tej niegościnnej krainie nigdy nie zabrakło im jedzenia i picia.

Ewangelista Łukasz przywołuje w swoim opisie pięciu ówczesnych świeckich władców, dla których Bóg Izraela jest co najmniej dziwny i dość obojętny. Przywołuje także arcykapłanów – Annasza i Kajfasza – najwyższe autorytety izraelskiej religii, którzy zamiast rozpoznać w Chrystusie obiecanego Mesjasza i Bożego Syna, skażą Go na śmierć, niezdolni pojąć zamysłu Boga.

Czy wszechmocny Bóg nie mógłby właśnie do nich skierować swojego słowa? Czy gdyby posłużył się nimi, Jego objawienie nie byłoby skuteczniejsze? Tymczasem Bóg  kieruje swoje słowo do Jana, uznawanego przez wielu za dziwaka mieszkającego na pustyni i żywiącego się szarańczą.

Rzeczywiście czytając dzisiejszą Ewangelię rodzi się pokusa, by uznać, że Bogu coś nie wyszło z Narodem Wybranym, i po raz kolejny trzeba historię zaczynać od nowa. Że może Jego łaska jest wielka, ale człowiek nie umie jej przyjąć. A Lud Boży zamiast wydać błogosławione owoce swojego wybrania, zawsze upada.

Ale Ewangelia chce przede wszystkim nauczyć nas tego, że logika Boga jest inna i że działając nie kieruje się On ludzką miarą sukcesu.

Najtrudniej czasem nam uwierzyć, że Bóg okazuje swą wszechmoc w tym właśnie, że nie łamie ludzkiej wolności, którą zresztą sam obdarował człowieka; oraz w tym, że nie groszy się i nie przeszkadza Mu słabość ludzkiej natury, bo On jak to ktoś ładnie powiedział: „potrafi pisać prostymi zgłoskami na krzywych liniach ludzkiego życia” i właśnie taką historią jest historia zbawienia człowieka. Czyż sam Izajasz nie zapowiada, że „drogi kręte staną się prostymi”?

Bóg posługuje się ludźmi prostymi, którzy szukają Jego dróg, bo tylko oni mogą być wiarygodnymi świadkami mocy Jego działania. Ich życie pokazuje, że Bóg ma moc naprawiania pokręconych ścieżek ludzkiego życia, jeśli tylko człowiek będzie otwarty na Jego łaskę.

Spoglądając na historię ludzkości a ściślej historię Narodu Wybranego a potem chrześcijaństwa, historię pełną zdrad i upadków człowieka gotowi jesteśmy przyklasnąć krytykom religii wieszczącym, że Bóg poniósł porażkę.

Tymczasem prawda jest taka, że krzyk wrogów Boga i wielkich tego świata, którzy chętnie zajęliby miejsce Boga w stwarzaniu nowego porządku i nowego człowieka często nas zwodzi i nie pozwala dostrzec oczywistej prawdy: A ta prawda mówi o tym, że prawdziwa wszechmoc Boga objawia się w tym co małe, pokorne i niepozorne.  Trudno czasem uwierzyć, że to właśnie ci słabi, grzeszni ludzie wypełniają Boży plan zbawienia, gdy pozwalają by w ich kruchym człowieczeństwie tętniła Boża łaska, która staje się źródłem ich nawrócenia.

Dzisiaj Jan Chrzciciel namawia nas do prostowania i porządkowania pokręconych życiowych ścieżek. Przypomina kogoś, kto szarpiąc za ramię, budzi nas z głębokiego snu. To nieprzyjemne uczucie, ale konieczne, jeśli nie chcemy pozostać lunatykami markującymi prawdziwe życie. Takie duchowe przebudzenie polega przede wszystkim na porzuceniu masek i ujrzeniu siebie takimi, jakimi jesteśmy w rzeczywistości. Różne to będą odkrycia. Nie zawsze miłe i budujące. Warto jednak przypomnieć sobie retoryczne pytanie, które św. Augustyn zadał Bogu po swoim nawróceniu: „Nie mogłem odnaleźć siebie, to jak mogłem odnaleźć Ciebie?”.

Nie przez przypadek Jan Chrzciciel żyje na pustyni. Izraelici musieli przejść przez pustynię, by wejść do Ziemi Obiecanej. Po drodze doświadczyli ogromnego cierpienia i grozy śmierci. Jednocześnie byli świadkami niewiarygodnych interwencji Boga. W jakimś sensie nasze życie jest również podobne do codziennego wychodzenia na pustynię (to może być równie dobrze pustynia wielkiego miasta). Jan Chrzciciel ma nam dziś do przekazania ważną wiadomość: Bóg nas nigdy nie zwodzi i nie obiecuje, że nasze nawrócenie będzie łatwe i przyjemne. Obiecuje jednak, że będzie z nami przez cały czas i przeprowadzi nas przez najgorsze próby jeśli Mu zaufamy. A to wystarczy, aby nie zabłądzić na drodze do Ziemi Obiecanej, której na imię zbawienie!