Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Imię, które jest źródłem mocy i łaski

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. (…) A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie”. (Łk 21,12-19)

Z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich… Aż trudno uwierzyć, że to Imię, które jest symbolem największej miłości Boga i które jest dla nas fundamentem modlitwy określanej mianem modlitwy Jezusowej może być przedmiotem nienawiści. A jednak nie trzeba wcale daleko szukać potwierdzenia słów Jezusa. Wystarczy otworzyć Internet, aby móc zobaczyć jak wiele nienawistnych słów jest kierowanych pod adresem Chrystusa.

Dla nas natomiast to Imię jest źródłem mocy i łaski.

Święty Augustyn w jednym ze swoich komentarzy do Ewangelii św. Jana napisze: „«Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo». Tym Słowem było Imię umiłowanego Syna Bożego, które Bóg wypowiedział u początku istnienia świata. Za każdym zatem razem gdy wypowiadamy to Imię stajemy niejako u źródła, z którego zrodziło się nasze życie i zbawienie. Za każdym razem, gdy wypowiadamy to Imię pozwalamy by promień Bożego światła dotarł do pogrążonego w mrokach naszego serca”. Czy może być piękniejszy komentarz do medytacji opierającej się jedynie na przywoływaniu tego Imienia?

Ten rodzaj modlitwy, która praktykujemy akcentuje prostotę i charakteryzuje się bezpośredniością w relacji do Boga.

Na pytanie, jak medytować, John Main OSB odpowiada krótko: „Usiądźcie w nieruchomej pozycji, z wyprostowanym kręgosłupem. Przymknijcie oczy. Rozluźnijcie się, ale czuwajcie. Po cichu zacznijcie wypowiadać w swoim sercu jedno słowo. […] Wypowiadając je, słuchajcie go, łagodnie, ale nieustannie. O niczym nie myślcie, niczego sobie nie wyobrażajcie”. Jeszcze krócej ujmuje to Katechizm, gdy mówi powołując się na słowa prostego wieśniaka skierowane do świętego proboszcza z Ars: „Kontemplacja jest spojrzeniem wiary utkwionym w Jezusa Chrystusa. «Wpatruję się w Niego, a On wpatruje się we mnie»”. Mamy tę szczególną łaskę, że możemy medytować przed wystawionym Najświętszym Sakramentem a więc w praktyce realizować to pełne uwagi wpatrywanie się w Jezusa. Ta uwaga zwrócona na Niego jest wyrzeczeniem się własnego «ja». Ale On także patrzy na nas. „A Jego spojrzenie ma moc oczyszczać nasze serca” (por. KKK 2715).

Również autor Listu do Hebrajczyków zachęca nas do kontemplowania żywej i obecnej osoby Jezusa (por. Hbr 3, 1-2). Wybitny biblista kardynał Albert Vanhoye SJ pisze: „modlitwa kontemplacyjna ma fundamentalne znaczenie dla życia chrześcijańskiego. Po pierwsze, dlatego że Zmartwychwstały jest godny wiary, a kontemplowanie Go wiarę tę umacnia. Po drugie, kontemplacja Jezusa prowadzi do formy modlitwy, którą można by nazwać modlitwą słuchania. Słuchanie zaś to podstawowa forma przekazu wiary. Kontemplacja nie jest więc czymś pasywnym, nie przyjmujemy na niej jedynie postawy widza, ale angażując serce odpowiadamy w niej na najbardziej pierwotne powołanie, do jakiego Bóg wzywa człowieka na kartach Biblii, do słuchania słowa Bożego. Jak długo bowiem jesteśmy nastawieni w doświadczeniu wiary na słuchanie Słowa, tak długo możemy być pewni, że jesteśmy blisko Boga. Jak bowiem wiara rodzi się ze słuchania, tak zaniechanie słuchania Słowa jest procesem, który odwraca nas od doświadczenia wiary.

Refleksje na koniec roku liturgicznego

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa.

Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić.

A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie”. (Łk 21,12-19)

Wiele osób twierdziło i twierdzi, że chrześcijaństwo jest czymś wymyślonym przez ludzi, żeby dać trochę pocieszenia tym, którzy nie dają sobie rady z trudną codziennością. Znane jest powiedzenie Lenina, który nazwał chrześcijaństwo „gorzałką kiepskiej jakości”.  Tymczasem dzisiejsza Ewangelia nie pozostawia wątpliwości, że to właśnie z powodu Jezusa wierzący w Niego będą mieli, delikatnie mówiąc, kłopoty, których by nie mieli, gdyby w Niego nie uwierzyli. Zawsze mnie śmieszy ta nielogiczność ludzi, którzy z jednej strony twierdzą, że Boga nie ma i że wiara w Chrystusa, to wymyślony kult a z drugiej strony tyle wysiłku wkładają w walkę z Bogiem, Chrystusem i Jego wyznawcami.  To jak to w końcu jest? Wiara w Jezusa daje złudne szczęście, czy raczej jest zagrożeniem i źródłem niepokoju sumienia dla tych, którzy negują Jego boskie pochodzenie?

Jezus daje coś, czego żaden człowiek dać nie może. Daje szczęście, którego nic nie jest w stanie zmącić, nawet nienawiść największych Jego przeciwników, choć to zawsze bolesne, gdy staja się nimi bliskie nam osoby. Jezus uzdalnia nas do robienia rzeczy wielkich, których nigdy byśmy nie zrobili, gdyby motywacja i siła do dokonania takich wyborów nie płynęła z wiary i miłości do Jezusa i Jego miłości do nas i siły, której On udziela swoim wyznawcom. I to jest dowód na to, że Jezus naprawdę przyszedł do nas z Nieba. I naprawdę jest Bogiem.

Refleksje na koniec roku liturgicznego…

Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, Jezus powiedział: „Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony”.

Zapytali Go: „Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie?”

Jezus odpowiedział: „Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: «Ja jestem» oraz: «nadszedł czas». Nie chodźcie za nimi. I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać; ale nie zaraz nastąpi koniec”.

Wtedy mówił do nich: „Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie”. (Łk 21, 5-11)

Zanim Pan Jezus będzie mógł przyjść do nas powtórnie i zamknąć rozdział, któremu na imię „świat doczesny”, musimy mocno doświadczyć kruchości tego, co jest materialne i związane z tym światem.

Doświadczenie kruchości tego, co składa się na nasze obecne życie, jest wspaniałym przygotowaniem do życia w Niebie i do życia w wolności, chociaż bywa bardzo bolesne, jak każde zresztą oczyszczenie z iluzji, której tak często kurczowo się trzymamy.

Nie pozwalajmy więc, aby niszczyło nas to, że zostaje nam odebrane coś, co wydawało się, że jest dla nas bardzo cenne, ale jednak należy do tego świata. Prawdziwą stratą jest bowiem utracenie czegoś, co z natury jest wieczne. A na tym świecie jedyną wieczną wartością, którą możemy posiadać jest miłość i wiara, choć ta ostatnia też przeminie wraz z doczesnością na rzecz pewności i widzenia Boga by mogła pozostać jedynie miłość. Można zatem rzec, że być przygotowanym w pełni na koniec świata oznacza żyć wiarą i być miłością.

Refleksje na koniec roku liturgicznego…

Gdy Jezus podniósł oczy, zobaczył, jak bogaci wrzucali swe ofiary do skarbony. Zobaczył też, jak uboga jakaś wdowa wrzuciła tam dwa pieniążki.

I rzekł: „Prawdziwie powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła więcej niż wszyscy inni. Wszyscy bowiem wrzucali na ofiarę z tego, co im zbywało; ta zaś z niedostatku swego wrzuciła wszystko, co miała na utrzymanie”. (Łk 21,1-4)

Po raz kolejny w niedługim okresie czasu Ewangelia przywołuje postać ubogiej wdowy. Tym razem jednak pozwala nam ustawić to wydarzenie w zupełnie innym kontekście, który przydaje mu dodatkowego znaczenia. Ten kontekst to koniec roku liturgicznego i przywołana przezeń perspektywa eschatologiczna, czyli perspektywa ostatecznego końca.

Jezus zwrócił uwagę na tę ubogą wdowę, aby powiedzieć nam, że o bogactwie człowieka nie decyduje to, co on ma, ani to, ile daje. O bogactwie człowieka decyduje to, JAK człowiek daje to, co ma.

Dawanie musi być hojne, jeśli ma być w naszym życiu naśladowaniem Boga, bo hojność jest cechą Bożej Miłości. Hojność winna być całkowita, jak u tej ubogiej wdowy. Nie oznacza to, że winniśmy natychmiast rozdać wszystko, co mamy. Tu chodzi o to, aby wszystko, co mamy, mieć dla innych i dawać wszystko, także siebie samego, wtedy, gdy trzeba i komu trzeba. A o tym „kiedy” i „komu” pouczy nas Miłość.

Ks. Dolindo Routolo zwykł mawiać: „Niczego nie tracę jeśli rezygnuję z czegoś, co mam lub coś zostaje mi zabrane, jeśli tylko mam Boga”. Św. Teresa z Avila wyraziła tę samą prawdę dużo wcześniej słowami: „Bóg sam wystarcza”. Te słowa stanowią najlepszy komentarz do zachowania wdowy z dzisiejszej Ewangelii, ale też i poniekąd do jakości naszego życia i zdolności całkowitego zawierzenia go Bogu. Uboga wdowa nie boi się oddać wszystkiego, co jeszcze stanowi jej ludzkie zabezpieczenie, bo wie, że nie traci, a jeszcze bardziej zyskuje Boga. Czy podzielamy w tym względzie jej sposób myślenia?

Chrystus króluje?

Piłat powiedział do Jezusa: „Czy Ty jesteś Królem żydowskim?”.

Jezus odpowiedział: „Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?”.

Piłat odparł: „Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił?”.

Odpowiedział Jezus: „Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd”.

Piłat zatem powiedział do Niego: „A więc jesteś Królem?”.

Odpowiedział Jezus: „Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu”. (J 18,33b-37)

„Boga prawdopodobnie nie ma. Nie martw się i ciesz się życiem.” Takie napisy pojawiły się niedawno na trzydziestu londyńskich autobusach komunikacji miejskiej. I to tych autobusach, których trasa biegnie przez Westminster, gdzie znajdują się dwie chrześcijańskie katedry – anglikańska i katolicka. Jest to także dzielnica, gdzie znajduje się parlament.

Cała kampania, na którą zebrano 140 tys. funtów, została sfinansowana przez liczne internetowe datki ludzi, którzy akcję poparli. Może dla niektórych gorszące wydać się to, że jedna z chrześcijańskich (anglikańskich) organizacji działających w Anglii także wsparła tę akcję swoim datkiem.

Moglibyśmy zapytać: Czy komuś pomieszało się w głowie?

Tylko pozornie. Przypatrzmy się co wynika z tego hasła: „Boga prawdopodobnie nie ma. Nie można udowodnić naukowo, że Bóg jest, ale nie można też naukowo dowieść, że Boga nie ma. Z tego, że Boga PRAWDOPODOBNIE nie ma wynika równie PRAWDOPODOBNIE że Bóg jest (to jest logiczne rozumowanie). Być może zatem wspomniana kampania brytyjskich ateistów może doprowadzi kogoś do wiary. Podobnie jak spośród słuchaczy jednego ze znanych ateistycznych filozofów krakowskich, które całe swoje naukowe życie poświęcił walce z Bogiem i Kościołem zrodziło się wiele powołań kapłańskich i zakonnych. Taki paradoks Bożego działania w świecie, które ze zła potrafi wyprowadzić dobro!

Istnienie Boga to bowiem kwestia wiary. I pójdźmy krok dalej. Skoro zebraliśmy się dzisiaj w Kościele to… PRAWDOPODOBNIE dlatego, że wierzymy w Boga.

Ktoś mógłby mi zarzucić: Jak mogę mówić do ludzi, którzy przyszli do kościoła na Mszę Świętą, że tylko prawdopodobnie wierzą?

W ostatni piątek ukazał się w KAI wywiad z jednym ze znanych biskupów, który tłumaczy: „potrzebę rozróżnienia między religijnością i wiarą. Choć to zabrzmi dziwnie: Można być człowiekiem religijnym i jednocześnie niewierzącym. Można uczestniczyć w liturgii i w ogóle jej nie rozumieć.

Jeśli ktoś przychodzi do kościoła tylko po to, żeby mieć dobre samopoczucie i poczucie spełnionego obowiązku – to z perspektywy chrześcijańskiej to za mało! Bo czy jest to podyktowane wiarą czy tylko powierzchowną religijność?”

Każdy zdrowo myślący chrześcijanin dobrze wie, że wiara, to coś więcej niż rytuał, nawet jeśli jesteśmy do niego bardzo przywiązani.

Dlatego warto samemu wracać do pytań: „Dlaczego przychodzę do Kościoła, dlaczego się modlę, dlaczego obchodzę chrześcijańskie święta? Innymi słowy, czy motywacją tych wyborów jest to, że wierzę w Boga?”. Bo jeśli wiara nasza jest prawdziwa, to nie ogranicza się ona tylko do wymienionych wyżej postaw, ale jest mocą, która ma wpływ na cale nasze życie: nasze wybory, nasz sposób myślenia, naszą ocenę ludzi i sytuacji, w których uczestniczymy.

Przeżywamy dziś Uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata. To piękny tytuł. Czy jednak nie jest tak, że dla wielu chrześcijan Jezus jest trochę tak, jak angielska królowa – niby panuje a jednak nie rządzi? Niby jest królem, a w bardzo wielu kwestiach nie ma NIC do powiedzenia, że w wielu sprawach wcale się nie liczymy z Jego wolą, ba nawet Go o nią nie pytamy? Czy taka powinna być postawa człowieka wiary?

W tytule tego święta „Uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata” jest pewien fałsz. Bo Jezus owszem jest królem galaktyk i gwiazd, słońca i księżyca, czasu i wieczności, ale nie zawsze jest królem ludzkich serc. Przynajmniej nie jest nim wówczas, gdy człowiek Mu na to nie pozwala.

Z Jezusem i sercem człowieka jest jak z wolną elekcją. Tego panowania się nie dziedziczy. To, że moi rodzice i dziadkowie wierzyli nie oznacza, że wiara stanie się moim udziałem. Bóg podarował człowiekowi wraz z jego wolnością niezwykła moc: Każda i każdy z nas sam może uczynić Jezusa Królem swojego serca i życia i każdy może Go zdetronizować. Decyzję musimy podjąć sami. Człowiek sam wybiera sobie tego, kto będzie królem jego serca i życia. I od tego kogo wybiera, zależy jak żyje.

Dzisiejszy psalm zaczął się od słów: „Pan jest moim pasterzem: niczego mi nie braknie, pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.”

Czy słowa możesz odnieść do siebie? Czy pozwalasz prowadzić się przez życie Bogu? Czy też wybierasz swoje własne ścieżki?

Czy Jezus jest twoim prawdziwym Królem czy tylko kimś na wzór angielskiej królowej!?