Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Modlitwa miejscem spotkania i przestrzenią przemiany

Kiedy Jezus zbliżył się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” (Łk 18,35-43)

Pozwoliłem sobie na przywołanie tekstu Ewangelii z minionego poniedziałku. Ze względu na treść jest on bliski tym, którzy kroczą droga Modlitwy Jezusowej. Ewangelia obecnego tygodnia przywołuje drogę Jezusa z uczniami zdążającymi do Jerozolimy. Na chwilę w tej drodze Jezus zatrzymuje się w Jerycho. Chciałem wrócić na chwilę do tego co wydarzyło się w Jerycho, bo miały tam miejsce dwa ważne spotkania. Jedno z nich, u progu miasta, opisane w przywołanej dziś ewangelii – z niewidomym (Bartymeuszem – takie imię nadaje niewidomemu św. Marek), drugie przywołane z kolei we wczorajszej Ewangelii z celnikiem Zacheuszem. Dwa spotkani, które przemieniają życie ludzi, na drodze których stanął Jezus.

Nowy katechizm Kościoła Katolickiego określa modlitwę jako spotkanie dwóch pragnień: Bożego i ludzkiego. Te dwa ewangeliczne opisy o niewidomym i celniku Zacheuszu trafnie obrazują te dwa pragnienia. Oczywiście najdoskonalej te dwa pragnienia zrealizowały się w życiu Maryi, której wspomnienie dziś przezywamy. Można powiedzieć, że pragnienie Boga i pragnienie Maryi w scenie zwiastowania stały się jednym pragnieniem.

Pismo święte to historia o tym, że Bóg szuka człowieka. Natomiast modlitwa staje się miejscem, w którym pozwalamy się odnaleźć, w którym otwieramy Bogu drzwi do naszego serca. Oczywiście Bóg może wejść również wtedy, gdy drzwi są zamknięte, ale O n szanuje naszą wolność i czeka aż człowiek Go zaprosi. Można powiedzieć, że modlitwa jest właśnie takim zaproszeniem Boga do naszego serca i naszego życia. Od tego zaproszenia może być czasem jeszcze daleko do zjednoczenia naszych pragnień z pragnieniami Boga, jak było to w przypadku Maryi, ale bez Jego łaski i tak to zjednoczenie nie byłoby możliwe.

Spotkania z Maryją, z niewidomym z Jerycha czy z Zacheuszem ukazane w Ewangelii uświadamiają nam, że spojrzenie Jezusa nie zatrzymuje się na tym, co zewnętrzne.

Jezus wnika w głębię, w serce, w najskrytsze ludzkie motywacje. Spojrzenie Jezusa zawsze wydobywa to, co w człowieku najpiękniejsze i najlepsze. Otwarcie naszego serca na obecność Boga pozwala Mu objawia nasze możliwości.

Historie opisane w Ewangelii bieżącego tygodnia ukazują także pierwotne pragnienie i tęsknotę za Bogiem, jakie są obecne w sercu człowieka. Jest to pragnienie, które albo człowiek realizuje przez doświadczenie wiary, przez modlitwę albo jest to pragnienie, które człowieka dręczy i niepokoi, jeśli zamknie się on na dr wiary. Wówczas człowiek szuka różnych sposobów, aby to pragnienie i niepokój serca zagłuszyć, bo nie potrafimy go wyeliminować, gdyż ono od zawsze jest wpisane w naturę człowieka wyrastającą z podobieństwa do Boga, które człowiek w sobie nosi.

Bóg jest tym, który odpowiada na pragnienie ludzkiego serca. A nawet więcej, poszerza je, wyzwala nowe, pogłębia, to czasem „zakurzone i zakopane w głębi” pragnienie miłości. Pragnieniem Boga jest stwarzanie w nas „odnowionego człowieka” mocą Jego łaski i miłości. Drogą do tej odnowy jest właśnie modlitwa, która wyrasta nie z obowiązku, ale z pragnienia – pragnienia serca. Może właśnie bardziej dlatego modlitwę można określić „modlitwą serca”, gdyż miarą jej głębi jest właśnie zaangażowanie naszego serca i odpowiedź na pragnienie, jakie człowiek w swym sercu odkrywa.

Modlitwa, to zgoda na to by Bóg nami zawładnął i poprowadził nas dokąd będzie chciał. To On ma działać a my mamy się uczyć od Maryi podporządkowania Jego działaniu.

Jak pisał nieżyjący już ojciec Jacek Bolewski – jezuita, nauczyciel medytacji i twórca bodaj pierwszej w Warszawie wspólnoty medytacji chrześcijańskiej: „Niech Ci wystarczy patrzenie na Niego i świadomość Jego miłującej obecności przychodząca w medytacji wraz z wypowiadaniem Jego imienia a działanie pozostaw Jemu i Jego łasce.” Nic ująć, nic dodać!

Przemija postać tego świata

Jezus powiedział do swoich uczniów:
„W owe dni, po wielkim ucisku słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte.
Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba.
A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo. Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach.
Zaprawdę powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec”.
(Mk 13,24-32)

Czas biegnie nieubłaganie. Wszyscy tego doświadczamy. Przeżywamy dziś trzydziestą trzecią niedzielę zwykłą a więc przedostatnią w roku liturgicznym. Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam, że żyjemy w czasach ostatecznych. Tyle, że te czasy ostateczne z perspektywy ewangelicznej wyglądają trochę inaczej, rozciągają się bowiem w historii świata od pierwszego przyjścia na świat Jezusa aż do Jego powtórnego przyjścia czyli tak zwanej paruzji. 

Mogłoby się wydawać, że spoglądamy dziś na świat racjonalnie. Wiemy, że istnieje od miliardów lat, nie widzimy, aby się nazbyt szybko zmieniał, nie spodziewamy się zatem jego rychłego końca. A jednak co jakiś czas sensacje próbują wzbudzić brukowce, które przywołują przepowiednie różnej maści wizjonerów przywołujących konkretną datę końca świata. Ile to już takich terminów się nie ziściło. Śmieszy mnie zawsze takie przepowiadanie wobec prawdy, którą dzisiaj przedstawia Chrystus mówiąc w Ewangelii, że ani aniołowie, ani nawet On nie zna tego dnia, tylko Ojciec. Skąd zatem mogliby go znać różnej maści przepowiadacze?

Niestety racjonalizm, współczesnego człowieka, zwłaszcza reprezentującego naszą – zachodnią kulturę sprawia, że z nieuznawaniem kruchości tego świata idzie najczęściej w parze nieuznawanie kruchości własnego życia – czyli nieprzyjmowanie do wiadomości, że któregoś dnia umrę. Nie jest istotne, czy doczekamy, że „słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku, gwiazdy będą padać z nieba”. Istotne jest, że któregoś dnia moje życie doczesne się skończy, a ponieważ – jak napisała św. siostra Faustyna – „każda dusza to inny świat”, będzie to dla mnie w wymiarze osobistym rzeczony koniec świata.

Współczesna kultura zachodnia próbuje robić wszystko, aby nie dostrzegać czekającej nas śmierci: zachęca nas do troski o zdrowie i fizyczne piękno (w której skądinąd nie ma nic złego o ile nie staje się kultem jednego ze współczesnych bożków, jakim jest ciało). Staramy się unikać takich tematów jak choroba (no chyba że ma to służyć reklamie kolejnego niezwykłego leku) czy śmierć (przez co tylu ludzi umiera samotnie w szpitalach). Przesłanie filozofa „memento mori” nie przebiło by się dziś do świata popkultury! Oczywiście skrajnością byłoby także ciągłe myśleniu o śmierci, zamiast zaangażowania się o sprawy doczesne. Święta Faustyna zapisała w Dzienniczku: „domem moim jest niebo; ale nim pójdziemy do ojczyzny, musimy spełnić wolę Bożą na ziemi, to jest muszą się w nas dokonać próby i walki” (Dz 897). Pismo święte zachęca nas raczej do spokojnego przechodzenia przez życie ze świadomością, że w dniu i godzinie, których nikt nie zna, tylko Ojciec, zostanę wezwany na sąd. Dlatego mam żyć tak, aby być gotowym, jeżeli ten dzień nastąpi dzisiaj. Taka postawa cechuje bez wątpienie człowieka, którego Jezus w błogosławieństwach nazywa ubogim w duchu, któremu składa obietnicę, że do niego należy królestwo niebieskie.

W życiu każdej i każdego z nas toczy się duchowa walka. Chodzi w niej o stopień naszego zaufania do Jezusa, do polegania na Prawdzie, którą On przynosi.

Czy zatem perspektywa ukazana w dzisiejszej Ewangelii powinna nas napawać pesymizmem? W żadnym razie! Jezus tuż po opisie zjawisk na niebie mówi do swoich uczniów: Wówczas ujrzą Syna Człowieczego – to zdanie zmienia absolutnie wszystko. To nie jest tak, jak zwykliśmy sądzić, że przyjście Chrystusa poprzedzą kataklizmy, jakich wielu wygląda jako znaku zapowiedzi Jego powtórnego przyjścia. Trzeba raczej odwrócić ten porządek patrzenia i uświadomić sobie, że powtórne przyjście Chrystusa jest łaską a ta niczego nie niszczy, lecz wszystko odnawia. A zatem owo zaćmienie słońca i inne zjawiska będą konsekwencją powtórnego przyjścia Zbawiciela. To przyjście stanie się zaczynem odnowy. To słonce, księżyc i gwiazdy które znamy zostaną zamienione na perspektywę nowego świata, jaki przynosi Chrystus. Tak jak wszystko co doczesne (a więc istniejące do czasu) musi przeminąć, aby uczynić miejsce nowej ziemi i nowemu niebu przyniesionemu wraz z powtórnym przyjściem Chrystusa.

Ale tę Jezusową zapowiedź możemy odczytać także w innej perspektywie. Wiara daje nam bowiem dużo głębszy ogląd rzeczywistości. Chrystus pokazuje bowiem, że czas spadania gwiazd, idoli, autorytetów to także czas, w którym można zobaczyć Syna Człowieczego. Zaćmienia współczesnych słońc i księżyców wmawiających sobie że są źródłem „oświecenia” współczesnego człowieka powodują w nas to, że przestajemy się opierać na innych ludziach, na naszych autorytetach, jedynie na ludzkim – rozumowym kalkulowaniu a zaczynamy sięgać po wymiar duchowy. Ostateczna prawda wiary polega na tym, że jedyną ostoją i oparciem dla człowieka jest Bóg. Kiedy więc przestaniemy pokładać nadzieję w różnych współczesnych „słońcach”, „księżycach” i „gwiazdach” i zaczniemy prawdziwie ufać Bogu, będziemy widzieć wyraźniej i mamy szansę odkryć Jego obecność i działanie już tu i teraz w naszej codzienności, która nas przygotowuje do życia wiecznego.

Niech zatem to słowo z dzisiejszej Ewangelii będzie dla nas inspiracją, by na dziejące się wokół nas znaki czasów ostatecznych spojrzeć nie przez pryzmat strachu, pesymizmu czy zgorszenia, ale by zobaczyć w nich szansę na jeszcze głębsze i bliższe poznanie Boga, zobaczenie Go wyraźniej już tutaj, aby wieczność była jedynie konsekwencją i przejściem od widzenia Boga przez wiarę do zobaczenia Go twarz ą w twarz.

Modlitwa odmierzana oddechem

Zmierzając do Jerozolimy Jezus przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodził do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami”. (Łk 17,11-12)

Dzisiaj modlitwa ubogiego „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami” staje się udziałem trędowatych. Do złudzenia przypomina ona modlitwę niewidomego z Jerycha, która stała się kanwą modlitwy Jezusowej.

Modlitwa Jezusowa jest praktyką, którą św. Paweł nazywał modlitwą „nieustanną”.

To modlitwa, która czerpiąc z biblijnych korzeni swoje początki wiąże z Ojcami Pustyni. Dalszy rozwój tej modlitwy związany jest z pojawieniem się w duchowości  kierunku zwanego hezychazmem. Ogniskiem hezychazmu był najpierw Półwysep Synaj, skąd przeniósł się on na górę Athos a następnie w XI wieku zawędrował na Ruś. Do późniejszego spopularyzowania się Modlitwy Jezusowej przyczyniła się XIX wieczna książka p.t. „Opowieści pielgrzyma”. Opowiada ona o wędrówce mnicha żebraka, który przemierzając Rosję próbuje się nieustannie modlić. Pielgrzym napotyka Starca (bizantyjski odpowiednik mistrza duchowego), który uczy go modlitwy Jezusowej i instruuje go, by poprzez powtarzające się ćwiczenia, cichego powtarzania wezwania „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”  w końcu doszedł do stanu, w którym sam stanie się modlitwą.

Chociaż niektóre komentarze porównują tę praktykę do hinduskiego czy buddyjskiego powtarzania mantry, istnieje jednak zasadnicza różnica. Celem medytacji niechrześcijańskiej jest oczyszczenie umysłu i zatarcie świadomości samego siebie. Natomiast celem modlitwy Jezusowej jest napełnienie umysłu, serca i duszy miłosierną obecnością Jezusa, w celu kontemplacji tej obecności z podziwem i miłością. Kontemplacja ma wnieść doświadczenie własnej, intymnej komunii z Jezusem w każdym oddechu tak, że nawet dla mnie (szczególnie dla mnie!) grzesznika, świat jest wypełniony miłosierdziem i łaską, a wszystko jest ciągłym wychwalaniem Boga. Innymi słowy celem tej modlitwy, której punktem wyjścia jest wiara jest pogłębienie wiary. Chrystus na końcu dzisiejszej Ewangelii wypowiada znamienne słowa do trędowatego: „twoja wiara cię uzdrowiła”.

Modlę się tą formą modlitwy od ponad trzech dekad i zapewniam, że przynosi ona w życiu duchowym niezwykłe owoce. Może nie koniecznie takie, jakich się na początku spodziewamy, ale z całą pewnością najlepsze dla naszej modlitwy w ogóle i dla naszego życia duchowego.

Fenomen tej modlitwy polega na tym, że można ją odmawiać dosłownie zawsze i wszędzie bez względu na to czy mamy akurat pięć minut czy trzydzieści.

Znam osoby, które dodają wezwanie Modlitwy Jezusowej po każdej dziesiątce różańca (razem z modlitwą Fatimską, która go uzupełnia). Ale są i tacy, którzy odmawiać ją zamiast różańca.

Praktyka bizantyjskich mnichów zachęca by odmierzać tę modlitwę oddechem. Odmawiając słowa: „Panie, Jezu Chryste, Synu Boży” powoli, przy wdechu, a następnie: „zmiłuj się nade mną grzesznikiem” powoli wydychając powietrze. Znam chrześcijańskich psychologów, którzy proponują tę praktykę modlitwy jak lekarstwo na zmaganie się z lękiem, niepokojem, żalem lub gdy nie możemy zasnąć. Dla mnie to prosty dowód na to, że nasza wiara nas uzdrawia.

Na koniec pozwólcie, że przywołam prosta naukę, jaką otrzymałem od jednego z mnichów, gdy gościłem na Górze Athos (dzięki życzliwości jednego z już nieżyjących arcybiskupów prawosławnych – Jeremiasza): „Odmawiając Modlitwę Jezusową skup się na słowach i kontempluj ich znaczenie. Słowo „Panie” jest przypomnieniem naszego oddania się Bogu i Jego woli oraz wyznaniem wiary w Jego Opatrzność. Wezwanie: „Jezu Chryste” – imienia, które jest ponad wszelkie imię – jest modlitwą zawierającą w sobie wszystkie inne modlitwy i słowa. To imię niesie łaskę i obecność Boga, który jest miłością. Określenie: „Synu Boży” jest wezwaniem, które wprowadza nas w tajemnicę miłości i komunii z Trójcą Świętą, w której możemy odnaleźć nasze bezpieczeństwo. Wezwanie: „Zmiłuj się” to prośba o Boże Miłosierdzie, o uzdrowienie, którego źródłem może być tylko Bóg, wreszcie o pociechę i nadzieję przychodzącą wraz z Jego przebaczeniem. Jest wołaniem o Jego miłość i łaskę. Wreszcie słowa: „nade mną” jest znakiem osobistego zaangażowania w tę modlitwę i w budowanie relacji z Jezusem, na której opiera się nasze chrześcijaństwo. Jest też modlitwą o przemianę „mojego” życia. Wreszcie ostatnie słowo tej modlitwy: „grzesznikiem” – oznacza, że mamy świadomość, że nie jesteśmy godni Jego łaski, miłości i przebaczenia i że wszystko to otrzymujemy darmo, po to, abyśmy i my potrafili ofiarować je za darmo”. W tych kilku słowach zawiera się całe przesłanie o zbawieniu przyniesionym przez Jezusa i jego istocie.

Zawierzyć wszystko

Jezus usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz.

Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: „Zaprawdę powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie”. (Mk 12,41-44)

Jezus zwołuje swoich uczniów, by wydobyć z cienia skromną kobietę, której normalnie pies z kulawą nogą by nie dostrzegł. To nie była tylko mimochodem rzucona uwaga: Spójrzcie, jaka niezwykle ofiarna wdowa!

Po cóż nam przykład wdowy, która pozbywa się wszystkich środków do życia? Przecież wysłuchawszy słów Ewangelii, nie oddamy wszystkiego, tak jak ona. Wydaje się więc, że opisane zdarzenie jest epizodem bez praktycznego znaczenia. Czy jednak jest tak rzeczywiście?

Wcześniej Pan Jezus przestrzega przed uczonymi w Piśmie, którzy znajdują upodobanie w powłóczystych szatach, w zaszczytnych miejscach, lubią robić wrażenie tym, że długo się modlą. Żyją w szczerym przekonaniu, że dokonują rzeczy wielkich. Podobnie bogacze z tłumu rzucający ofiary z tego, co im zbywa, są zapewne przekonani, że dają wiele.

Wdowa nie myślała, że daje dużo. Nie myślała, by ściągać na siebie uwagę innych. I rzeczywiście, poza Jezusem nikt na nią uwagi nie zwrócił.

W czym zatem tkwi praktyczny sens tego zdarzenia?

Perspektywa oddania wszystkiego stoi przed każdym z nas. Psalmista mówi: „Nikt siebie samego nie może wykupić ani nie uiści Bogu ceny swego wykupu/ jego życie jest zbyt kosztowne i nie zdarzy się to nigdy/ by móc żyć na wieki i nie doznać zagłady/ Każdy bowiem widzi: mędrcy umierają, jednakowo ginie głupi i prostak, zostawiając obcym swoje bogactwa”. Poetka ujmuje to w słowach: „Nic darowane, wszystko pożyczone./ Tonę w długach po uszy./ Będę zmuszona sobą/ zapłacić za siebie/ za życie oddać życie”. W tej perspektywie uczynek wdowy i sposób, w jaki postrzega go Jezus, zaczynają nabierać nowego sensu

Gdy stajemy przed Bogiem, zawsze stajemy jako dłużnicy wobec Jego miłości, łaski i darów, jakich nam nieustannie udziela. Bóg zna ograniczoność i niedoskonałość naszej natury. Jednocześnie stajemy przed Kimś, komu należy się wszystko. Tylko postawa wdowy, żadna inna, może się wówczas przydać jako wzór człowieka wiary. Bo wiara, to życie, które z jednej strony pragnie być oddane Bogu a z drugiej wie, że wszystko, co na to życie się składa otrzymujemy od Niego.

Dzisiaj w 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości pragniemy tak patrzeć na naszą wolność. Jako na dar od Boga. Ojciec św. Jan Paweł II wielokrotnie przypominał, że wolność została nam podarowana przez Boga. Przywołajmy tutaj Jego słowa wypowiedziane podczas apelu młodych w Częstochowie: „Czuwam – to znaczy także: czuję się odpowiedzialny za to wielkie, wspólne dziedzictwo, któremu na imię Polska. To imię nas wszystkich określa. To imię nas wszystkich zobowiązuje. To imię nas wszystkich kosztuje. Nie pragnijmy takiej Polski, która by nas nic nie kosztowała”.

Można śmiało powiedzieć, że odzyskanie niepodległości, po rozszarpaniu Polski przez trzech zaborców, było cudem. Cud nie zawsze polega na zawieszeniu praw natury, ale na tym, że Bóg układa losy świata i człowieka w niezwykły sposób.        I tak było przed stu laty. Okrutna wojna, która pociągnęła za sobą 14 milionów ofiar zmieniała na tyle układ politycznych sił, że wiele krajów, w tym Polska mogły znów liczyć na odzyskanie utraconej wolności.

Na odradzająca się polską niepodległość wpływ miało wiele przyczyn, których nie sposób tu wymienić, ale bez wątpienia wśród nich były wiara narodu i wielka miłość do Ojczyzny, której zaborcom pomimo wielu stań nie udało się stłumić. Nie przez przypadek oficerowie i żołnierze, którzy w 1918, w 1920 roku wyrąbywali niepodległość, na swoich sztandarach na nowo umieścili trzy słowa, dumny polski trój-ideał: „Bóg – honor – Ojczyzna”. Ci, którzy walczyli o wolność Ojczyzny, pokładali nadzieję w Bogu wbrew niemocy Europy i zwykłej, ludzkiej beznadziei. Ci, co walczyli o wolność Ojczyzny „kochali ją Chrystusową miłością do końca i wbrew wszystkim ludzkim rachubom sił”. A mimo to,  że miłość ta wymagała tyle ofiar, przodkowie umieli być zawsze wdzięczni Bogu i Matce Bożej. Potrafili jak ta uboga wdowa z dzisiejszej Ewangelii zawierzyć Bogu swój los.

Liturgia słowa zachęca nas, abyśmy ofiarowali dziś Bogu wszystko: nasze życie, naszą wolność i wolność naszej Ojczyzny (która przypomnijmy raz jeszcze słowa św. Jana Pawła II: „jest nam dana, ale też i zadana”). Ale też słowo Boże zachęca nas, abyśmy potrafili ofiarować Mu nasze biedy: słabości, nałogi (również te narodowe – wystarczy przypomnieć, że podczas ostatniego weekendu z racji uroczystości Wszystkich Świętych znów zatrzymano 1041 pijanych kierowców), narodowe podziały, których jest tak wiele.

Bo myślę, że nie ma lepszego dnia, aby wraz  Chrystusem i za Chrystusem powtórzyć słowa modlitwy tym razem w intencji naszej Ojczyzny: „Spraw Ojcze, aby byli jedno!” Amen.

Trzymać się mocno Słowa Życia

Umiłowani moi, skoro zawsze byliście posłuszni, zabiegajcie o własne zbawienie z bojaźnią i drżeniem nie tylko w mojej obecności, lecz jeszcze bardziej teraz, gdy mnie nie ma. Albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z Jego wolą.

Czyńcie wszystko bez szemrań i powątpiewań, abyście się stali bez zarzutu i bez winy jako nienaganne dzieci Boże pośród narodu zepsutego i przewrotnego. Między nimi jawicie się jako źródła światła w świecie. Trzymajcie się mocno Słowa Życia, abym mógł być dumny w dniu Chrystusa, że nie na próżno biegłem i nie na próżno się trudziłem. (Flp 2,12-18)

List do Filipian, to jeden z więziennych listów św. Pawła. Wyobrażam sobie św. Pawła, który z perspektywy bliskiej już śmierci spogląda na swoje życie i działalność apostolską. Piękne jest to zdanie, które św. Paweł pisze z perspektywy swojego doświadczenia: „To Bóg jest w nas sprawca chcenia i działania”. On sam widział wielokrotnie i doświadczył działania tej łaski w swoim życiu począwszy od swego nawrócenia pod Damaszkiem a także jako źródło swojej działalności i jej owoców. Znany filozof duński filozof Søren Kierkegaard powie: „Życie i działanie Boga w życiu można zrozumieć, patrząc nań tylko wstecz”. I św. Paweł właśnie pisze z tej perspektywy.

I drugie zdanie: „Trzymajcie się mocno Słowa Życia”. Mocy tego słowa także doświadczył św. Paweł, więc to o czym pisze, to nie teoria, ale konkretne doświadczenia, które było jego udziałem.  

Zarówno jedno jak i drugie zdanie pięknie wpisują się w doświadczenie modlitwy monologicznej. To modlitwa, której źródłem jest tylko łaska. Z niej wynika to, że chcemy się modlić i z niej wynika nasze działanie a może lepiej byłoby powiedzieć nasze zaniechanie działania aby pierwszeństwo w działaniu dać w tej modlitwie Bogu i Jego łasce. To co jest sednem tej modlitwy, to trzymanie się mocno Słowa Życia – Imienia Jezus. To z niego rodzą się owoce tej modlitwy. Ale podobnie jak w przypadku św. Pawła trzeba praktyki, regularności i wytrwałości w tej modlitwie, aby jej owoce stały się nie tylko piękną teoria, o której się czyta czy słyszy lecz osobistym doświadczeniem, którego nikt i nic nie może zakwestionować. Z kolei to z osobistego doświadczenia rodzi się świadectwo naszej wiary – bycie światłem, o którym również pisze św. Paweł.

Św. Paweł mówi tez o bojaźni i drżeniu, które winny nam towarzyszyć na drodze wiary. Wspomniany już Søren Kierkegaard zatytułował tak jedną ze swoich książek: „Bojaźń i drżenie” (ciekawa lektura). Pisze on, że bojaźń i drżenie to reakcje, które towarzyszą człowiekowi, gdy otwiera się na prawdę. Tą prawdą było dla Kierkegarda chrześcijaństwo.  Prawda, która uczy nas zrozumienia czym jest ofiarowana nam przez Boga miłość i łaska. Bojaźń i drżenie nie mają oczywiście nic wspólnego z lękiem, ale są bardziej doświadczeniem, które można zrozumieć w kategoriach zachwytu i świadomości jak bardzo ubodzy jesteśmy wobec wielkości daru pochodzącego od Boga a udzielanego nam w każdej chwili. Niestety jak sugeruje filozof współczesny człowiek tym bardziej zatraca swoją wrażliwość na te Boże dary im bardziej próbuje być samowystarczalny im więcej wie i im bardziej ufa swojemu rozumowi. Dlatego tak bardzo trzeba nam powrotu do uczenia się wrażliwości i zdolności zachwytu tym co nas otacza i co otrzymujemy do Boga. I choć Kierkegaard opisywał doświadczenie wiary w kategoriach paradoksu (bo z jednej strony pragnął, żeby prawda odnaleziona w chrześcijaństwie stawała się źródłem jego pokoju, to z drugiej była z istoty swojej niewyczerpanym, nieskończonym źródłem najintensywniejszego „lękliwego drżenia” filozofa).  Nie mniej nie pozostawiał wątpliwości, że im bardziej intensywnie przeżywamy naszą wiarę tym więcej rodzi w nas ona zdolności do wrażliwości, empatii, zachwytu i wdzięczności. To wewnętrzne rozedrganie, o którym pisze filozof wynika z tego, że człowiek jest syntezą ciała i duszy, skończoności i nieskończoności, doczesności i wieczności, wolności i konieczności, etc. Jest bowiem za słaby, aby dokonać tego, do czego został powołany – za słaby, aby scalić wszystko. Dlatego może się to dokonać w człowieku jedynie mocą łaski.  

Ukuł też piękne powiedzenie, że: „Najsilniejszy jest zawsze ten, kto umie złożyć dłonie do modlitwy”. Każdy jednak, kto się modli i ma za sobą pewne doświadczenie modlitwy wie, że siła ta nie pochodzi z nas, lecz jest darem i owocem działającej w nas łaski.