Jezus, nauczając, szedł przez miasta i wsie i odbywał swą podróż do Jerozolimy. Raz ktoś Go zapytał: „Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?” On rzekł do nich: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli. (Łk 13,22-30)
Modlitwa jest zawsze ryzykiem. Może postawić osobę modląca się w sytuacji braku orientacji. I poniekąd dzieje się tak w modlitwie monologicznej.
Jest to bowiem modlitwa, która – jak już mówiliśmy – zmusza nas do pozostawienia „bezpiecznych” schematów, oparć, zabezpieczeń, które często tworzymy sobie przez zbytnie angażowanie naszego umysłu, przez szukanie dla niego pewnej pożywki, ale taka modlitwa staje się często ucieczką od tego do czego Chrystus zaprasza nas w Ewangelii – do całkowitego oparcia się na Nim i Jego łasce.
Gdy nam ich brak odczuwamy modlitwę jako trudną i uciążliwą. Można by jednak rzec, że modlitwa musi być trudna jeśli ma być rzeczywiście przechodzeniem przez tę „ciasną bramę” od naszego ludzkiego sposobu myślenia i postrzegania do oparcia na Bożej mądrości. Przypomnijmy, co pisze prorok Izajasz: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – mówi Pan” (Iż 55,8). Możemy zatem śmiało powiedzieć, że wszystko to, co zazwyczaj myślimy o modlitwie i jak sobie ją wyobrażamy ma niewiele wspólnego z tym, co o modlitwie myśli Pan Bóg.
Orygenes napisał kiedyś takie zdanie: „Ci, którzy kroczą drogą poszukiwania mądrości Bożej, nie stawiają domów, lecz przenośne namioty, ponieważ wciąż wędrują i wciąż posuwają się naprzód, a im większe czynią postępy, tym bardziej rozpościera się przed nimi droga rozwoju wiodąca w nieskończoność i przekraczająca ludzki sposób pojmowania”. (Homilie o Księdze Liczb, 17)
Z kolei R Rohr naucza: „Rzeczywistość modlitwy jest zbyt poważna, aby ją zakonserwować w stagnacji przyjemnych uczuć i błyskotliwych myśli. O ile przyjmiemy konsekwentnie właśnie to, że jako pielgrzymi jesteśmy w drodze do niebieskiej ojczyzny, zaskoczenia nie będą czymś zaskakującym”. (Spadać w górę)
A T. Merton doda: „Jedynie modlitwa, w której rezygnujemy z ludzkiego planowania i w której otwieramy się na Boże prowadzenie nauczy nas umiejętności zadziwienia się nowymi perspektywami, jakie roztaczają się na widnokręgu życia duchowego. Jest to o wiele bardziej zachwycające niż zbudowanie sobie spokojnego i wygodnego życia. Co zresztą zawsze jest iluzją. Bo Święty spokój rzadko ma coś wspólnego ze świętością a tym bardziej ze spokojem”. (Nowy posiew kontemplacji).
I jeszcze jedno zadanie św. Jana od Krzyża: „Tylko Bóg jest moim oparciem”.(Glosa o rzeczach boskich)
Czy potrafimy tak wierzyć w Boże prowadzenie, że będziemy gotowi zrezygnować z naszych pewników i zabezpieczeń by zdać się tylko na Jego łaskę? Słyszałem kiedyś takie porownanie „Modlitwa jest polem obserwacyjnym zaufania Bogu. Jeśli będziemy potrafili zdać się całkowicie na Boże prowadzenie w modlitwie, łatwiej także będzie nam to uczynić w życiu również pośród wszystkich druzgoczących czy niezrozumiałych faktów naszego życia”.
Rohr pisze, że „konieczna w naszym duchowym dojrzewaniu jest jakaś fundamentalna zgoda na utratę kontroli nad własną modlitwą i zaprzestanie mierzenia jakości tego spotkania z Bogiem naszą ludzką (ograniczoną i subiektywną) miarą”. Spadać w górę)
Modlitwa nomady duchowego, jakim jest chrześcijanin, ma w sobie zgodę na święte „nie wiem”, jakąś mądrą ignorancję, oświeconą niewiedzę. Św. Jan od Krzyża napisze: „By dojść do tego, czego nie poznajesz, musisz iść przez to, czego nie poznajesz. By dojść do tego, czego nie posiadasz, musisz iść przez to, czego nie posiadasz. By dojść do tego, czym nie jesteś, musisz iść przez to, czym nie jesteś” (Droga na górę Karmel, I, 12, 11).
Wejście w taką praktykę powierzenia siebie Bogu czyni nas wolnymi i wewnętrznie i uczy nas świeżego spojrzeniem na fakty naszego życia, przez które przecież Bóg do nas mówi. Niech zatem każde wezwanie modlitwy monologicznej: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną będzie kolejnym, ciągle ponawianym krokiem zaufania i oddania się w ręce dobrego Boga.
Gdy Jezus razem z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. Ten słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. (Mk 10, 46-47)
Czytając przywołany dzisiaj fragment Ewangelii według św. Marka można odnieść wrażenie, że podróż Jezusa i Jego uczniów do Jerozolimy nie jest najłatwiejsza, odbywa się w dużym napięciu. Jezus się spieszy, co dziwi i napawa lękiem tych, którzy Mu towarzyszą (Mk 10, 32). Coraz wyraźniej też próbuje oswoić uczniów z myślą o swoim odejściu. I oto na ostatnim etapie podróży, między Jerychem a Jerozolimą, pojawia się natrętny niewidomy żebrak. Dlaczego uczniowie próbują uciszyć jego krzyk? Może myślą, że chce po prostu pieniędzy i nie powinien zawracać głowy Jezusowi? Może przeczuwają, że to ostatnie godziny przed wiszącą w powietrzu katastrofą i chcą mieć Mistrza tylko dla siebie?
Bartymeusz nie był pewnie jedyną natrętną osobą, która próbowała dopchać się do Jezusa – wówczas już znanego Nauczyciela. I nie był pewnie jedyną osobą, której nie chciano do Niego dopuścić. W tym samym rozdziale Ewangelii Marka czytamy, że uczniom nie podobało się, iż rodzice przyprowadzają do Jezusa swoje dzieci, aby Ten je błogosławił.
Jednak Bartymeusz jest w pewnym sensie wyjątkiem – znamy jego imię. Dotąd Marek relacjonując spotkania Jezusa z różnymi osobami używał określeń: „Pewien setnik, pewna wdowa, pewien młodzieniec, pewna Samarytanka”. Przyzwyczaił nas do tego, że postacie z Ewangelii są bezimienne. W tym wypadku jest inaczej. Ewangelia przywołuje imię owego niewidomego. Bibliści nie mają wątpliwości, że Bartymeusz musiał być znaną i ważną postacią dla pierwszej wspólnoty chrześcijan, skoro jego imię zostało zapisane w Ewangelii. Jego świadectwo musiało być wyjątkowo istotne, być może nie tylko ze względu na uzdrowienie, którego doświadczył.
„Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” – tymi słowami niewidomy Bartymeusz z dzisiejszej Ewangelii prosi o uzdrowienie. Słowa te są u źródeł Modlitwy Jezusowej, modlitwy żywej i znanej w tradycji Kościoła Wschodniego, ale powoli znajdującej także wielu zwolenników na Zachodzie. A święty Piotr, świadek uzdrowienia Bartymeusza, powie: „I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4, 12). Piotr poznał moc tego Imienia, gdy już o zmartwychwstaniu Jego mocą wyrzucał złe duchy, uzdrawiał i wskrzeszał zmarłych.
Gdy Bartymeusz woła Jezusa, wielu nastaje na niego, aby zamilkł. Podobnie jest i dziś – z wielu stron zachęcani jesteśmy do tego, aby milczeć. Aby naszą wiarę, nasze chrześcijaństwo zamknąć jedynie w sferze prywatnej. Nadal są miejsca, w których wyznawanie imienia Jezus grozi śmiercią. Czasem trzeba się liczyć z tym, że przyznając się do Jezusa, doświadczymy szyderstwa, pogardy, nawet agresji.
Ale oprócz zewnętrznych „uciszaczy” są także w naszym życiu – być może jeszcze groźniejsi – wewnętrzni: pycha, nasze ego, którym nie po drodze z wymogami Ewangelii a także zwątpienie. Nasze „ego” wolałoby iść przez życie swoimi własnymi ścieżkami. Pycha będzie nam często szeptać, że nie potrzebujemy Jezusa, że sami sobie ze wszystkim poradzimy. I zwątpienie, które będzie wmawiać nam, że jesteśmy tak beznadziejni, a nasze grzechy tak wielkie, że nie zasługujemy na Jezusową miłość. Tymczasem Bartymeusz bez względu na okoliczności i przeciwności każe nam wołać: „ Panie Jezu, ulituj się nade mną”…
Bowiem tylko w taki sposób, przez zaufanie otwieramy się na Jezusową miłość i łaskę, która nikogo nie odrzuca.
Na prośbę Bartymeusza o uzdrowienie Jezus odpowiada: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Z jednej strony to wiara przyprowadziła niewidomego do Jezusa, aby On dokonał cudu. Z drugiej strony to spotkanie z Jezusem uczyniło wiarę Bartymeusza jeszcze głębszą, sprawiło, że stała się ona więzią nie do zerwania. „Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą”…
Na tym polega chrześcijaństwo: To wierne wędrowanie razem z Chrystusem z zaufaniem do Niego, czyli stawanie się Jego uczniem przez budowanie z Nim coraz głębszej relacji wiary i miłości. Do tego zaprasza nas bohater dzisiejszej Ewangelii – wpatrzony w Jezusa Bartymeusz.
Słyszeliście przecież o udzieleniu przez Boga łaski danej mi dla was, że mianowicie przez objawienie oznajmiona mi została ta tajemnica, jaką pokrótce przedtem opisałem. Dlatego czytając te słowa możecie się przekonać o moim zrozumieniu tajemnicy Chrystusa. (Ef 3,2-3)
Zastanawiałem się nad terminem, którego używa św. Paweł: „zrozumienie tajemnicy Chrystusa”. I przyznam się szczerze, że im dłużej żyję tym bardziej jestem przekonany, że zrozumienie tajemnicy Chrystusa nie przychodzi przez studiowanie teologii, przez czytanie mądrych ksiąg nawet nie przez czytanie Biblii – choć dla niektórych może to brzmieć jak stwierdzenie bliskie herezji. Znam bowiem wiele osób, które przeczytały Pismo Święte od deski do deski, znają na pamięć jego obszerne fragmenty a mimo to nie zbliżyło ich to do rozumienia tajemnicy Chrystusa. Więcej nawet historia chrześcijaństwa ukazuje wiele dowodów na to, że niektórych zbyt wielkie przywiązanie do teologii lub zbyt indywidualne a może lepiej byłoby powiedzieć zbyt indywidualistyczne interpretowanie Pisma Świętego przed czym tak mocno przestrzega św. Piotr w swoim drugim liście (por 2P 1,20) – sprowadziło na manowce wiary.
Im dłużej przeżywam swoją wiarę, ale też im dłużej w jej przeżywaniu towarzyszę innym osobom przez rozmowy, sakrament pokuty czy przy innych okazjach, tym bardziej uświadamiam sobie, że zrozumienie tajemnicy Chrystusa przychodzi bardziej przez serce niż przez tak bardzo ceniony w naszej kulturze rozum. Nie jestem oczywiście krytykiem rozumu, pod warunkiem, że jest on dobrze używany. Niemniej termin tajemnica oznacza, że musi być ktoś, kto nas w nią wtajemniczy. A w doświadczeniu wiary musimy zgodzić się na to, że nasz intelekt bywa zawodny a nawet czasem bezsilny a zatem trzeba poszukać innego i pewniejszego światła.
W przeczytanej ostatnio książce Richarda Rohr’a znalazłem zdanie: „Droga w górę jest drogą w dół”. Innymi słowy można powiedzieć, że w doświadczeniu chrześcijańskim rozwój dokonuje się przez tracenie. Jest to prawda, która dotyczy w zasadzie całego życia wiary. Zresztą prawda, na którą często w swojej Ewangelii wskazywał Chrystus.
Doświadczenie wiary wymaga od nas zgody na stratę tego, co dotąd uznawaliśmy za pewnik, za nasze oparcie czy zabezpieczenie, aby odkryć to co nieznane i zaskakujące. Droga wiary jest zawsze drogą w nieznane. Tu nie da się niczego przewidzieć, zaplanować czy zagwarantować.
Trawestując powiedzenie Mistrza Eckharta: „Tę, duchową siłę, która sprawia, że nasze życie duchowe może się rozwijać możemy znaleźć nie na zewnątrz ( w książkach, kursach, nawet nie w naszym intelekcie), ale wewnątrz nas. Jest nią Duch Święty, który jako jedyny ma moc nas prowadzić po zaskakujących ścieżkach naszej wiary”.
Niestety często jest tak, że jest w nas potężna siła, której na imię ego, będące tą częścią nas, która uwielbia status quo, nawet jeśli trwanie w niezmiennym układzie nic nam nie daje. Nasze ego boi się zmian, boi się tego co nieznane, dlatego najczęściej odwołuje się do znanych i utartych schematów.
Tak często dzieje się w modlitwie. Wiele osób ma z nią dzisiaj nie lada problem. Ale gdy w konfesjonale radzę im, żeby porzucili stare schematy modlitwy i poszukali jakiejś innej jej formy nawet kosztem tego, że trochę w tym poszukiwaniu pobłądzą, ale ostatecznie zjadą taką formę modlitwy, która ich bardziej wyraża i jest bliska ich sercu zazwyczaj boją się podejmowanie ryzyka porzucania utartych ścieżek modlitwy. Tymczasem jak pisał Mistrz Eckhart: „Gdy błądzimy, dojrzewamy duchowo znacznie bardziej, niż gdy postępujemy w naszym przekonaniu słusznie”. Podobnie można sformułować zasadę dotycząca całego życia duchowego. Jak pisała znana mistyczka Julianna z Norwich; „Grzech jest konieczny, aby móc odkryć Boże miłosierdzie”.
Niestety jak pisze Rohr perspektywa podążania w górę przez drogę w dół nie pasuje do zachodniej filozofii postępu i naszych religijnych wyobrażeń o wspinaniu się ku doskonałości i świętości. Człowiek Zachodu nie umie i nie potrafi zgodzić się na bezsilność z własnego wyboru a przecież to właśnie taka postawa sprawia, że zaczynamy się opierać bardziej na mocy Bożej, która jako jedyna może nas wprowadzić w doświadczenie tajemnicy. Ku temu doświadczeniu prowadzi nas właśnie modlitwa monologiczna, gdzie uczymy się tracić, rezygnować z tego by być reżyserami naszej modlitwy, by decydować jakimi ścieżkami będzie ona podążała na rzecz zgody by przewodnikiem w tym doświadczeniu był Jezus, którego imienia przyzywamy. Można powiedzieć, że całe doświadczenie wiary podszyte jest pewnego rodzaju bezsilnością, bo jak powie św. Paweł: Ilekroć niedomagam tylekroć mam szansę odkryć w sobie moc działającego Boga. [por. 2Kor. 12, 10]
Jakub i Jan, synowie Zebedeusza, zbliżyli się do Jezusa i rzekli: „Nauczycielu, chcemy, żebyś nam uczynił to, o co Cię poprosimy”.
On ich zapytał: „Co chcecie, żebym wam uczynił?” Rzekli Mu: „Użycz nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, drugi po lewej Twej stronie”.
Jezus im odparł: „Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić, albo przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony?”
Odpowiedzieli Mu: „Możemy”.
Lecz Jezus rzekł do nich: „Kielich, który Ja mam pić, pić będziecie; i chrzest, który Ja mam przyjąć, wy również przyjmiecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej lub lewej, ale dostanie się ono tym, dla których zostało przygotowane”.
Gdy dziesięciu to usłyszało, poczęli oburzać się na Jakuba i Jana. A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł do nich:
„Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielki, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu”. (Mk 10,35-45)
Aby lepiej zrozumieć dzisiejszą Ewangelię, warto zwrócić uwagę na jedno zdanie, które nie znalazło się w dzisiejszym czytaniu, ale od którego właściwie wszystko się zaczęło. Jezus mówi do uczniów: „Oto idziemy do Jerozolimy. Tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą poganom. I będą z Niego szydzić, oplują Go, ubiczują i zabiją, a po trzech dniach zmartwychwstanie”.
Tymczasem Jakub i Jan jakby usłyszeli tylko ostatnią część wypowiedzi Chrystusa – tę o zmartwychwstaniu. Wyobraźnią są już o królestwie Bożym i uprzywilejowanych miejscach, które chcieliby tam zajmować. Zapominają, jakby nie chcą słyszeć o wymiarze krzyża, o cierpieniu, które jest wpisane w życie ucznia Chrystusa. Znany brytyjski pisarz i apologeta Clive Lewis pisał: „Cierpienie tu i teraz jest elementem przyszłego szczęścia. Oba są ze sobą ściśle złączone, to bowiem przez doświadczenie krzyża dojrzewamy do udziału w Królestwie Bożym.”
Czy nie jest tak, że często zapominamy o tej prawdzie a chcemy doznawać jedynie radości? Najlepiej gdyby było to szczęście bez wysiłku, bez bólu i cierpienia. Nie potrafimy jak wspomniany brytyjski pisarz spojrzeć z wiarą poza horyzont naszego doczesnego życia i gdy przychodzi cierpienie, nierzadko pogrążamy się w rozpaczy.
Pan Jezus przypomina Apostołom prawdę o cierpieniu, pytając: „Czy możecie pić kielich?”. Ich beztroskie „Możemy” pokazuje, że nie doświadczyli jeszcze prawdziwego cierpienia. My też, dopóki nas samych ono nie dotknie, potrafimy tworzyć najrozmaitsze teorie na temat jego sensu i pouczać innych, jak mają sobie z nim radzić…
Gdy jednak cierpienie naprawdę przyjdzie i dotknie właśnie mnie, okazuje się, że jest ono znacznie trudniejsze do przyjęcia, niż się spodziewaliśmy. I wtedy wszystkie teorie, nawet najlepsze, biorą w łeb.
Kiedy człowiek staje sam wobec ogromu cierpienia, które go przeraża i przerasta często pyta: „Dlaczego?”, i równie często nie znajduje odpowiedzi. Cierpienie jest bowiem tajemnicą. Samo w sobie absolutnie pozbawione jest sensu. Tylko w perspektywie wieczności nabiera ono znaczenia. Jedynie świadomość, że Bóg nie jest obojętny na nasze cierpienie i nie patrzy na nie z jakiegoś niebiańskiego tronu, lecz z wysokości krzyża, może nadać mu sens. Zależy jednak od tego, czy będzie przeżywane z wiarą.
Jezus zaprasza swoich uczniów do pójścia za Nim drogą chwały, ale najpierw drogą Krzyża. Ale nie trzeba długo czekać, by życie boleśnie zweryfikowało ich pełne pychy deklaracje o gotowości pójścia za Panem.
Taki jest realizm Ewangelii. Chrystus wybiera na uczniów ludzi obciążonych pychą, egoizmem, kompleksami lub chęcią wywyższania się. I nic się od czasów, które opisuje dzisiejsza Ewangelia nie zmieniło. To pozwala nam zrozumieć, że nie ma i nie będzie idealnych biskupów, księży, liderów wspólnot czy zwykłych chrześcijan. Być świętym nie oznacza być idealnym, co często błędnie interpretujemy. Iść droga świętości to być realistą, który godzi się na swoją słabość, na swoja niewystarczalność, na to, że do końca życia będzie musiał się zmagać ze swoja małością i grzechem. To jest często ów podstawowy wymiar krzyża w naszym życiu. Ale święty, to ten, kto mimo wszystkich przeciwności się nie poddaje. Ale nie zapomina też nigdy, że drogowskazem na drodze życia nie są ludzkie pragnienia, ambicje czy marzenia, choćby najbardziej wzniosłe. Drogowskazem jest sam Jezus Chrystus, którego mam naśladować w swoim życiu.
„Czy możecie pić kielich?”. To pytanie dzisiaj Chrystus kieruje do każdej i każdego z nas! Kielich naszej słabości, naszego cierpienia, naszych głupich wyborów, kielich naszych życiowych i duchowych kryzysów…
Nie wolno nam zapomnieć, że sami nie damy rady, ale z Chrystusem wszystko jest możliwe. Świadczą o tym życiorysy świętych, którzy zapatrzeni w Jezusa a nie we własne możliwości potrafili przekraczać samych siebie i sięgać po to, co wydawało się po ludzku nierealne.
Warto pytać siebie, czy nie brakuje nam w codziennym życiu perspektywy zmartwychwstania, która pozwala patrzeć szerzej i widzieć dalej, dostrzegając także w zmaganiu z naszymi słabościami, wadami, czy cierpieniem drogę do dojrzewania w wierze i prawdziwej – bo mierzonej miarą Ewangelii – wielkości.
Jeśli pozwolicie się prowadzić duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa. Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim cnotom nie ma Prawa. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy. (Ga 5,18.22-23.25)
Medytacja monologiczna, jak każda modlitwa jest sprawą Ducha. Stwierdza to wyraźnie św. Paweł gdy mówi: „Nikt też nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: «Panem jest Jezus»” (1 Kor. 12, 3)
A jednak w modlitwie ubóstwa i prostoty, do jakich z pewnością należy medytacja monologiczna a więc modlitwa posługująca się jednym, prostym wezwaniem zaczerpniętym z Pisma Świętego chcemy na to prowadzenie Ducha zdać się całkowicie i bez zastrzeżeń.
Możemy to uczynić, bo jak nauczał znany mistyk nadreński Mistrz Eckhart „każdy z nas ma w sobie prawdziwego nauczyciela i mistrza, którego Jezus nazywa Duchem Świętym, Parakletem, który jako jedyny ma moc poprowadzić nas do dojrzałej miłości i prawdy a bez tych dwóch fundamentów nie można mówić ani o prawdziwej wierze ani tym bardziej o modlitwie”. Medytacja monologiczna to zaproszenie do chłonięcia całym sobą, całym sercem i całym umysłem tego słowa, które wybrzmiewa w tej modlitwie w ciszy naszego serca. To modlitwa, która uczy nas bycia w chwili obecnej uwalniając od presji ciągłego wybiegania naprzód lub oglądania się wstecz. Jest to wreszcie modlitwa, która opiera się na wierze i zaufaniu a nie na naszych intelektualnych wysiłkach i analizach i dobrze, bo jak nieustannie przypomina nam Jezus a za nim św. Paweł: Tylko wiara potrafi nas zbawić! Co nie znaczy, że wiara jest czymś łatwym. Modlitwa monologicnza to doskonały obraz tego, że do wiary dochodzi się często przez ciemność i przez porzucenie tego, co zwykliśmy postrzegać jako różnego rodzaju oparcia i zabezpieczenia w naszym życiu (również duchowym).
Jak to pięknie napisał św. Jan od Krzyża:
„By dojść do tego, czego nie poznajesz, musisz przejść przez to, czego nie poznajesz.
By dojść do tego, czego nie posiadasz, musisz przejść przez to, czego nie posiadasz.
By dojść do tego, czym nie jesteś, musisz przejść przez to, czym nie jesteś.”
Modlitwa monologiczna, to modlitwa, która wierzy, że w nas i poprzez nas realizuje się historia zbawienia, która zaczyna się od naszego serca, w którym spotykam Boga, który jest miłością, ale by ta historia mogła się realizować zgodnie z Bożym zamysłem muszę otworzyć się na współpracę z Bożą łaską i pozwolić się jej prowadzić w nieznane.
A jak pisze ojciec Richard Rohr – amerykański franciszkanin: „Najlepsze określenie historii Kościoła, to miejsce, gdzie wszystko wydarza się prawdziwie”. Dlatego modlitwa, to doświadczenie prawdziwego spotkania z Bogiem, dotknięcia Jego obecności, bez względu na to czy towarzyszą temu jakieś uczucia, czy też nie. Ważna jest jedynie wiara, że On tu jest i że mogę dotknąć Jego obecności, dlatego, że Jemu jeszcze bardziej na tym zależy niż mnie.
Medytacja monologiczna to modlitwa, która zaprasza nas do podjęcia ryzyka pójścia ścieżką modlitwy, w której na niewiele rzeczy mamy wpływ, ale mamy wiarę i ona wystarczy żeby dojść do celu.
Raz jeszcze powrócę do cytatu wspomnianego ojca Rorh’a, który uczy, że medytacja kontemplacyjna, jaką jest modlitwa monologiczna to nade wszystko „sztuka odpuszczania”. Jest to modlitwa, która uczy nas wznosić się ponad tak typowy dla naszej codzienności natłok myśli i uczuć, które oddzielają nas często od Boga. Bo jak pisze ojciec Rohr: „Byśmy mogli się spotkać z żywym Bogiem, który przekracza nasze myśli i wyobrażenia, musimy wznieść się ponad nasze myśli i wyobrażenia”.