
Kochani Przyjaciele,
Jestem ogromnie wdzięczny każdej i każdemu z Was za życzliwość, wsparcie, gratulacje, modlitwy i zrozumienie mojej nowej funkcji w świecie benedyktyńskim. Z pewnością będę musiał przyzwyczajać się do prawdy, że z większą odpowiedzialnością idzie w parze większa samotność, dlatego tym bardziej jest dla mnie znaczące, że mam świadomość, iż towarzyszą mi ludzie, którzy mnie wspierają swoją modlitwą i dobrze mi życzą. Bardzo Wam dziękuję.
Zakres zadań jakie podjąłem jest duży. Towarzyszenie wielu wspólnotom benedyktyńskim na całym świecie (poza Australią na szczęście), będzie wymagało dużego zaangażowania i poświęcenia prawie całego mojego czasu temu zadaniu. Mimo tego, nie chcę rezygnować z prowadzenia Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej w Lubiniu, ani towarzyszenia grupom z Lubińskiej Wspólnoty Grup. Nie będę mógł tego robić w takim zakresie jak dotychczas, ale będę się starał utrzymywać stały kontakt z każdą ze wspólnot rozsianych w różnych miastach Polski.
Jak wiecie, w naszej lubińskiej rodzinie grupy są bardzo różne. Wśród nich Warszawska Wspólnota z Jeruzalem jest jedną z najbardziej zorganizowanych i otoczonych duchową opieką. Odczuwam wielką radość i wdzięczność dla ks. Marka, s. Rachel za towarzyszenie Wam w drodze. Środowisko Jeruzalem jest też dla Was żyzną glebą liturgii i monastycznego klimatu, na której możecie dzięki Bogu i życzliwości sióstr i braci wzrastać. Jestem z Was dumny i zawsze bardzo się cieszę obserwując Wasz duchowy wzrost i pielgrzymowanie.
W naszej rodzinie są jednak grupy, które nie mają ani księdza, ani duchowego wsparcia, a miejsce gdzie się spotykają jest im jedynie udostępniane. Dla nich moja obecność jest często jedyną okazją do duchowych rozmów, tak indywidualnych, jak i w grupie i doświadczenia prowadzenia na drodze.
Wszyscy w lubińskiej rodzinie trwamy na drodze mimo wszystko, dzięki wzajemnemu wsparciu.
Próbuje odpowiedzieć na potrzeby wielu, ale nie zawsze mi się to udaje. Czuję się odpowiedzialny za wszystkie grupy i dlatego czasem muszę dokonać wyboru, gdzie jestem bardziej potrzebny. Grupa z Olsztyna przeżywa w październiku swoją 10 rocznicę istnienia. Niestety termin ich rocznicowej sesji pokrywa się z Waszym przyjazdem do Lubinia. Ważne, abym w tych dniach był z nimi, tym bardziej, że będę tam jedynym kapłanem. Dlatego nie będę mógł z Wami spotkać się w lubińskim klasztorze. Bardzo proszę Was o zrozumienie.
Moja nieobecność podczas Waszego pobytu w Lubiniu nie jest zatem spowodowana jakąś sprawą drugorzędną i nie świadczy o tym, że unikam spotkania z Wami. Mieliśmy okazję wspólnie przeżyć w tym roku sesję w Samporze. Chodzi tylko o to, że w Olsztynie będę bardziej im potrzebny, a niestety trudność polega na tym, że obecnie jest dla mnie niemożliwe, znaleźć jakiś dodatkowy termin w moim kalendarzu.
Lubiń był, jest i ufam nadal będzie Waszym duchowym domem. Zawsze jesteście tu mile widziani i zawsze Was zapraszam. W przyszłości, choć będę się starał sesję warszawską w Lubiniu poprowadzić, może się tak zdarzyć, że Opat Prezes będzie musiał wyjechać i może znów się rozminiemy. Proszę, niech moja obecność nie będzie dla Was kryterium przyjazdu, bądź nie, do benedyktyńskiego klasztoru. Wszyscy tutaj znajdujemy swoje korzenie monastycznej modlitwy monologicznej. Sam lubiński rytm sesyjny jest dla nas dużym skarbem, który warto odświeżać w swojej praktyce.
Z całego serca dziękuję Siostrze Rachel za gotowość wsparcia i dobre serce. Nie martw się benedyktyńscy mnisi tylko tak strasznie wyglądają.
Wam wszystkim dziękuję za zrozumienie i wspólne siedzenie na lubińskiej sali. Będę o Was pamiętał, na różnych salach medytacyjnych świata, a w najbliższym czasie w Mrągowie.
Wieli pokłon szacunku
Maksymilian Nawara OSB
Wasz brat na drodze
Jezus i Jego uczniowie przemierzali Galileę, On jednak nie chciał, żeby ktoś o tym wiedział. Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: «Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity, po trzech dniach zmartwychwstanie». Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać.
Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był już w domu, zapytał ich: «O czym to rozprawialiście w drodze?» Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy.
On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: «Jeśli ktoś chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich». Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: «Kto jedno z tych dzieci przyjmuje w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał». (Mk 9,30-37)
To już druga zapowiedź męki w Ewangelii św. Marka. Im bliżej będzie tych wydarzeń, tym bardziej Jezus będzie przygotowywał na nie swoich uczniów, choć ostatecznie okaże się, że i tak nie są na nie przygotowani. Kiedy bowiem nadejdzie chwila męki i śmierci niemal wszyscy Apostołowie z wyjątkiem najmłodszego – Jana – uciekną.
Święty Marek pisze dziś o Bogu, który się wydał w ręce ludzi. Dzięki wcieleniu można Go było zobaczyć, usłyszeć, dotknąć, przytulić, ale także opluć, zranić, ubiczować, ukrzyżować i pogrzebać. Ileż razy pojawia się w Ewangelii stwierdzenie, że tłumy chciały dotknąć Jezusa! Ludzie wyciągali ręce po Jezusa, szukając uzdrowienia i umocnienia. Lecz niedługo potem wiele z tych samych rąk zostało wyciągniętych, by Go ukrzyżować. Bóg wydał się w ręce człowieka!
Ewangelista odnotowuje, że uczniowie „jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać”. Tymczasem, gdy po powrocie do domu Jezus pyta Apostołów: „O czym to rozprawialiście w drodze?” można by się spodziewać, że będą choć próbowali rozmawiać między nad sensem zapowiedzi Jezusa dotyczącej Jego męki. Tymczasem oni „posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy”.
Może patrzymy krytycznie na Apostołów, których małość wychodzi w takiej chwili, ale warto zapytać siebie: „Czy my jesteśmy lepsi, mądrzejsi od pierwszych uczniów?” Wprawdzie patrzymy na Mękę, Krzyż i Zmartwychwstanie Jezusa już z innej perspektywy, ale czy na pewno rozumiemy, po co jest krzyż? Czy rozumiemy, czym jest zmartwychwstanie? Oczywiście napisano na ten temat wiele znakomitych książek. Ale wiary nie da się nauczyć z książek. Nawet najmądrzejszych. Sens Krzyża i zmartwychwstania można zrozumieć jedynie na płaszczyźnie serca. Najczęściej boimy się krzyża i tego, że może on zostać w jakimś wymiarze wpisany w nasze życie przez te lub inne doświadczenia, przez chorobę, przez jakąś stratę… Ale boimy się też, jak Apostołowie pytać o pewne rzeczy Chrystusa, bo mogą okazać się dla nas zbyt wymagające. Więc wolimy sami myśleć i roztrząsnąć te kwestie, przy okazji demonizując wymagania Jezus, jakie stawia swoim uczniom gdy mówi: „kto nie bierze swego życia a idzie za mną nie jest Mnie godzien” lub „kto kocha swoje życie ten je starci…”
W stosunku do Ewangelii zachowujemy się czasem jak współcześni narratorzy mediów: wyciągamy jakieś zdanie Jezusa z kontekstu i zamiast spróbować je zrozumieć w szerszym wymiarze miłości Boga do nas, zaczynamy się nim straszyć, oddalają się tym samym od Jezusa.
Tymczasem prawda o Krzyżu jest przede wszystkim prawdą o bezgranicznej miłości Boga do każdej i każdego z nas. Miłości, która nie cofnie się przed niczym! Bóg został wydany w ręce człowieka, także w moje i twoje ręce. Obecny dziś pośród nas w Eucharystii – małym kawałku białego chleba jest bezbronny. Mogę zrobić z Nim, co chcę. Mogę za Nim zatęsknić, mogę Go pokochać, mogę szukać uzdrowienia lub ukrzyżować Go, co czynię za każdym razem gdy trwam w grzechu. Dramat zbawienia trwa. W Eucharystii Bóg wciąż wydaje się w nasze ręce. Czy moja postawa jest oznaką miłości, szacunku i służby wobec Niego, chęci naśladowania Go? Czy w często przyjmowanej Komunii świętej szukam siły do stawiania czoła codziennej rzeczywistości, w którą w taki czy inny sposób wpisany jest Krzyż, ale wiem, że mogę go ponieść tylko z Boża pomocą?
A może jest tak, że On od miesięcy czy lat puka bezskutecznie do mojego serca i słyszy: „Zamknięte!” Bo w moim sercu i życiu zagościł grzech, który usunął z niego Boga a którego nie chcę się pozbyć. Dziś znów po wielokroć powtarza się dramat z prologu św. Jana, że nie mamy czasu i miejsca dla Boga w naszym codziennym życiu wypchanym do granic troskami tego świata!
Czasem lubimy idealizować apostołów – jako świętych, zasłuchanych i zapatrzonych w swojego Mistrza. W końcu wszystko zostawili i poszli za Nim w nieznane. Tymczasem zdarzało się, że byli zapatrzeni w czubek własnego nosa. To dobrze. Ewangelia jest realistyczna pod tym względem.
W postawie uczniów pewnie można by znaleźć mieszankę przyziemnych i duchowych ambicji. To może grozić każdemu z nas – doczesne pragnienia – jak pisze dziś św. Jakub mogą nam przesłonić miłość do Jezusa.
Warto jednak sobie nieustannie przypominać, że prawdziwe szczęście (zarówno to doczesne jak i wieczne) nie polega na zaspokajaniu swoich ambicji, pragnień czy realizacji kolejnych celów. Nawet tych duchowych. Szczęście rodzi się z relacji – bliskości kogoś, kogo się kocha. A dobrze przeżywane chrześcijaństwo, to odkrywanie wciąż na nowo tej relacji i prawdy, że Bóg mnie kocha i ciągle zaprasza nas byśmy w tej bliskości opartej na tej miłości z Nim odkrywali sens naszego życia.
Po odejściu wysłanników Jana Chrzciciela Jezus powiedział do tłumów:
„Z kim więc mam porównać ludzi tego pokolenia? Do kogo są podobni? Podobni są do dzieci, które przebywają na rynku i głośno przymawiają jedne drugim: «Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wyście nie płakali».
Przyszedł bowiem Jan Chrzciciel: nie jadł chleba i nie pił wina; a wy mówicie: «Zły duch go opętał».
Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije; a wy mówicie: «Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników». A jednak wszystkie dzieci mądrości przyznały jej słuszność”. (Łk 7,31-35)
Lubię czasem, gdy mam wolną chwilę poszperać w Internecie w poszukiwaniu blogów o tematyce duchowej. Wiele z tekstów, czy świadectw, które tam znajduję są dla mnie nie tylko inspiracją, ale czasem zwyczajnie chwytają za serce. Są okazją do odkrywania obecności Boga w świecie i w życiu konkretnych osób.
Wczoraj, popełniając na naszym blogu wpis z okazji święta św. Stanisława Kostki nawiązałem właśnie do szukania Boga i napisałem, że „Boga nie trzeba szukać. On po prostu jest we wszystkim, co należy do Niego”. Idąc tropem tej myśli można powiedzieć, że im więcej oddamy Bogu w naszym życiu tym łatwiej będzie nam Go odnajdywać we wszystkim! I odwrotnie: im bardziej zepchniemy Pana boga na margines naszego życia, do przysłowiowego narożnika, tym trudniej będzie nam odnaleźć ślady Jego działania, albo nawet gdy je zauważymy nie będziemy potrafili zinterpretować, że to właśnie Jego działanie a nie tzw. przypadek.
Przywołałem też cytat z książki nieżyjącego już prawosławnego arcybiskupa Londynu Anthony’ego Bloom’a, który w swojej książce „Szkoła modlitwy” pisał: „Jaki sens ma długie i mozolne odmawianie naszych modlitw, skoro nie umiemy znaleźć Boga w otaczającym nas świecie, w naszej codzienności a nade wszystko w drugim człowieku? Modlitwa ma nam tylko w tym odkrywaniu obecności Boga pomagać!”
A potem na jednym z blogów znalazłem piękne zdanie, które od wczoraj wciąż mi towarzyszy: „Modlitwa, to podróż w poznawaniu Boga”. Czy tak jest w twoim życiu? Od jak dawna się modlisz? Czy możesz powiedzieć, że ten czas sprawił, że bardziej poznałeś Boga, rzeczywiście że zbliżyłeś się do Niego?
Smuci mnie czasem, gdy rozmawiam z różnymi osobami, które twierdzą, że się modlą, ale modlitwa ta nic albo niewiele zmienia w ich życiu, nie przybliża im Boga. Czy to znaczy, że źle się modlą? Nie mnie to oceniać! Oczywiście mogą być w naszym duchowym życiu okresy posuchy duchowej, lub czas określanego mianem „nocy ducha” czy „nocy zmysłów”, ale poza tym, że jest to czas szczególnej łaski od Boga, mający za zadanie oczyścić naszą wiarę i naszą miłość do Niego, to jednocześnie jest to doświadczenie, które w niezwykły sposób przybliża do Boga i uczy odkrywać prawdę o Nim na zupełnie innej płaszczyźnie niż ta, do której dotąd przywykliśmy.
Zastanawiałem się na ile dzisiejsza Ewangelia mówi również o modlitwie? Myślę, że w doświadczeniu modlitwy można też być „dziećmi mądrości”, albo „dziećmi kaprysu”. Kapryśność jest zjawiskiem występującym nie tylko u dzieci. Również dorośli często nie wyrastają z tego i pozostają kapryśni. Przejawia się to postawą roszczeniową, przekonaniem że rzeczywistość (również rzeczywistość duchowa a więc: modlitwa, Bóg i Jego dary) będą zgodne z moimi oczekiwaniami.
Natomiast „dzieci mądrości” – o których mówi dzisiaj Jezus są świadome swojej małości wobec ogromu świata i wobec Boga. Są otwarte na rzeczywistość i ciekawe jej. Nie wymądrzają się, próbując zmusić rzeczywistość by dopasowała się do ich oczekiwań, nie próbują jej nagiąć (również tej duchowej rzeczywistości a więc i Boga), by była taka, jaka „powinna być” według ich przekonania.
„Modlitwa, to podróż w poznawaniu Boga”…
Medytacja jest tą modlitwą, która chce nas uczyć właśnie takiej otwartości na Bożą rzeczywistość, która potrafi nas niejednokrotnie zaskoczyć.
To podróż, w której to Jezus jest przewodnikiem a my podążamy za Jego słowem – Imieniem które wybrzmiewa w naszym wnętrzu i nie pozwala nam się zagubić w drodze.
„Jezus” – to imię z mocą – jak napisano w ostatnim „Gościu Niedzielnym”, „imię, które zawiera w sobie obecność, którą oznacza” – dodaje Katechizm Kościoła Katolickiego, a medytacja właśnie dlatego, że odwołuje się do tego imienia i pragnie za nim podążać w podróży do poznawania Boga pozwala nam tej mocy i obecności, które ono niesie doświadczyć.
„Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” [Łk 2,49]
W scenie znalezienia Jezusa w świątyni, którą czytamy w dzisiejsze święto św. Stanisława Kostki (nie przez przypadek chyba patrona osób rozeznających swoje powołanie) jest wyczuwalne napięcie. Gdy Maryja koncentruje się na ludzkim lęku i bólu serca mówiąc: „Synu, czemuś nam to uczynił?” sugeruje, że zachowanie Jezusa rodzące niepokój w sercu Jej i Józefa wydaje się niepotrzebny a może nawet niesprawiedliwy. Niezwykła wydaje się odpowiedź Jezusa, która, gdy w nią wnikniemy sięga dużo głębiej niż może się wydawać przy pierwszym wrażeniu towarzyszącym lekturze tego tekstu. Wszak Jezus swoją odpowiedzią uświadamia nam wszystkim, że ważniejsza od ziemskich bólów i lęków jest szukanie Boga i Jego woli: „Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mojego Ojca?”.
Prawdziwe schronienie, również wobec doświadczenia ludzkich bólów i lęków można znaleźć jedynie w Bogu. Jezus mówiąc o Świątyni jedynego Boga przypomina, że jest ona jak najbardziej Jego domem, bo On najpierw i przede wszystkim jest Synem Bożym. Ale świątynia to także miejsce, w którym każda i każdy z nas jest w domu Ojca. Więcej nawet, nie ma konieczności szukać materialnej świątyni, by znaleźć miejsce obecności Boga, bo świątynią Jego jest każde ludzkie serce, o czym przypomina św. Paweł. [por. 1 Kor 6,19] Warto pytać się czy mamy kontakt z tą wewnętrzna świątynią. Czy czujemy się tam u siebie. Przecież moje serce, to także dom Ojca i im głębszy mam z nim kontakt tym bardziej będzie mogła ona stawać się miejscem mojego schronienia w modlitwie, w medytacji, w zasłuchaniu w Boże słowo. Ewangelista zaznacza, że Matka Boża nie rozumiała słów Jezusa. To także znak dla nas, że musimy wciąż i czasem długo dorastać do zrozumienia Bożego słowa i Jego woli objawiającej się w naszym życiu.
Paradoksalnie ta dzisiejsza Ewangelia może być także dobrą nowiną dla wielu współczesnych rodziców, którzy nie rozumieją tego, co dzieje się z ich dziećmi. Niejednym rodzicom przychodzi przeżywać horror prawdziwego zagubienia (zarówno duchowego jak i dzisiaj coraz częściej psychicznego, choć jedno z drugim niewątpliwie się łączy) syna lub córki.
Ale Ewangelia ta opowiada także o pewnym zjawisku obecnym w życiu wewnętrznym (duchowym), które nazywamy strapieniem. Strapienie to stan, w którym człowiek „z bólem serca” szuka Boga i ma trudności ze znalezieniem go. Takiego stanu doświadcza każdy człowiek, który wchodzi na drogę pogłębionej relacji z Bogiem. Doświadczyli tego też Maryja i Józef. Bóg jednak nigdy się nie gubi. Jest zawsze „na swoim miejscu”, to znaczy przy nas. Czasem jednak trzeba doświadczyć Jego pozornej nieobecności, aby oczyściła się, dojrzała i wypiękniała nasza miłość do Niego i aby nasza miłość została wypróbowana. Gdyby Jezus nie został w świątyni, dużo mniej wiedzielibyśmy o miłości Maryi i Józefa do Niego i o doświadczeniu, które towarzyszy poszukiwaniu Boga w naszym życiu.
Boga nie trzeba szukać. On po prostu jest we wszystkim, co należy do Niego. A do Niego należy świat, natura, która jest jego dziełem, wszelkie dobro, a szczególnie każdy człowiek i jego serce uczynione na Boże podobieństwo i naznaczone Jego obecnością. On jest we wszystkim, bo jak przypominają Dzieje Apostolskie „W nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”. [Dz 17,28]
Św. Ignacy z Loyoli nazwał znajdowanie Boga we wszystkim najwyższą formą pobożności, wyższą od długich modlitw w kościele. Być może nam, dziś na nowo potrzeba odkrywania tej formy pobożności i cieszenia się nią. Bo jak pisał abp. Anthony Bloom w swojej „szkole modlitwy”: „Jaki sens ma długie i mozolne odmawianie naszych modlitw, skoro nie umiemy znaleźć Boga w otaczającym nas świecie, w naszej codzienności a nade wszystko w drugim człowieku? Modlitwa ma nam tylko w tym odkrywaniu obecności Boga pomagać!”
Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: „Za kogo uważają Mnie ludzie?” Oni Mu odpowiedzieli: „Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków”. On ich zapytał: „A wy za kogo Mnie uważacie?”
Odpowiedział Mu Piotr: „Ty jesteś Mesjaszem”. Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili.
I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa.
Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: „Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie”.
Potem przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, ten je zachowa”. (Mk 8,27-35)
Jezus pyta dziś swoich uczniów, za kogo Go uważają? Pada wiele odpowiedzi, ale w pamięć najbardziej zapadają słowa Piotra, który jako jedyny wyznaje odważnie, że Jezus jest Mesjaszem.
Wydawać się może, że Piotr zdał egzamin. A jednak nie do końca. Choć Apostoł wyznał wiarę w Jezusa, jako Mesjasza, to jednak myśli wciąż po swojemu. Jest gotów iść za Chrystusem, ale na swoich warunkach.
To dlatego zamiast pochwały słyszy mocne upomnienie: „Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku”.
Dlaczego Jezus tak ostro karci Piotra? Dlaczego zwraca się do niego jak do przeciwnika? Czy rzeczywiście myśli i uczucia Jezusa w stosunku do Piotra tak radykalnie zmieniają się w jednej chwili? Otóż nie! Oczywiście to stwierdzenie jest upomnieniem, ale innym niż zwykliśmy zazwyczaj sądzić. W naszej kulturze powiedzenie „zejdź mi z oczu” ma wydźwięk pejoratywny, natomiast w kulturze semickiej i greckiej było powszechnym zwrotem używanym przez nauczyciela w stosunku do ucznia lub przełożonego w stosunku do podwładnego i oznaczało tyle, co „stań za mną”, „nie udawaj ważniejszego niż jesteś”. Tłumacząc zatem słowa Jezusa trzeba zrozumieć, że są one wezwaniem skierowanym do Piotra, by ten pozwolił się prowadzić Jezusowi, by szedł za Nim, by nie poddał się pokusie pychy, która łatwo potrafi wmówić człowiekowi, że wie najlepiej, co powinni robić inni, także Bóg; pychy za którą zawsze stoi szatan.
To nie przypadek, że pycha jest wymieniana na pierwszym miejscu wśród grzechów głównych i źródło wszystkich innych grzechów. Usiłuje nawet oceniać i poprawiać Boga i Jego działanie.
Zresztą tego samego zwrotu używa święty Marek również w opisie powołania uczniów przez Jezusa, gdy Ten zaprasza ich, by Mu towarzyszyli, ale Jezus od razu określa na czym to towarzyszenie musi polegać – ma przejawiać się w naśladowaniu Go, w długim i mozolnym uczeniu się Jego sposobu myślenia i patrzenia, zanim oni sami staną się nauczycielami Ewangelii dla innych.
Zatem Chrystus nie podcina Piotrowi skrzydeł. Pokazuje mu jedynie, że jego koncepcje, pomysły, rozwiązania, choć może wynikają z dobrych chęci, mają się nijak do Bożego sposobu myślenia. Minie jeszcze wiele czasu, zanim Piotr i inni apostołowie zrozumieją sens i logikę krzyża i gdy sami będą gotowi w duchu tej logiki oddać swoje życie. Póki co Jezus przypomina im, że są tylko uczniami a uczeń to ten, kto podążania za swoim Mistrzem w myślach, w słowach i w tym, co robi.
Słuchając tych słów, można mieć pozorne wrażenie, że Jezus zniechęca uczniów do samodzielnego myślenia i poszukiwania. Nic bardziej mylnego. Chodzi bowiem o to, by tak szukać Bożych ścieżek, tak słuchać Słowa, tak pytać i drążyć, by wszystkie nasze pomysły były odbiciem pomysłów Jezusa i naśladowaniem Jego dróg.
Jezusa możemy znaleźć jedynie w odkrywaniu i zgodzie na realizowanie się woli Bożej w naszym życiu, nigdy poza nią. Bo dla Niego realizacja woli Ojca była czymś najważniejszym, czymś co wyznaczało kierunek Jego działania, czymś, co określa mianem pokarmu, którym się na co dzień karmi.
Nam czasem tak ciężko zgodzić się z Bożą wolą, zwłaszcza wówczas, gdy ona nie za bardzo pokrywa się z naszymi planami na życie. Chcielibyśmy iść za Jezusem, ale często jak Piotr, na własnych warunkach.
Właśnie dlatego Jezus mówi także do nas: Bądź ze Mną, ale nie wyprzedzaj Mnie. Bądź blisko, ale pozwól Mi się prowadzić. Bo tylko wówczas nauczy On nas właściwie rozeznawać wolę Bożą, rozumieć ją i odkrywać z zaskoczeniem, że jest dla nasz najlepszym pomysłem na życie.
Warto pamiętać, że nigdy nie zrodzi się w nas gotowość na zmianę, jakiej chce w naszym życiu dokonać Bóg, jeśli nie uwierzymy Jego Słowu i nie pozwolimy, by Ono nas przekonało, by nas przemieniało i prowadziło.
Tylko codzienne życie Słowem Bożym potrafi przenieść nas na nowy, Boży poziom myślenia.
Właśnie tego doświadczył Piotr, który – przy całym swym wewnętrznym poplątaniu – dzięki zaufaniu do Jezusowego Słowa zrozumiał Jego mesjańską tajemnicę. I dlatego mógł odpowiedzieć na nią (choć dużo później) swoim życiem i działaniem.
Wiara rodzi się ze słuchania Słowa Bożego, lecz pozostaje martwa jeżeli za Słowem Bożym, w które się wsłuchujemy nie pójdzie nasze życie, które jest dopiero konkretną odpowiedzią na to Słowo.
Wiara jeśli jest prawdziwa i żywa musi być widoczna w naszych wyborach, w naszym sposobie mówienia i myślenia; słowem – musi być widoczna w naszym życiu. Tylko czy jest!?