Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Jednoczący wymiar medytacji

„Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida…” (Mt 15,21)

Spotkanie człowieka z Bogiem dokonuje się zawsze w ramach określonej historii. Jest to historia indywidualna naznaczona sukcesami, ale i dramatami, momentami radości i smutku. Bohaterka dzisiejszej perykopy ewangelicznej jest poganką, która w opinii otaczających Jezusa Izraelitów nawet nie zasługuje by rozmawiać z Mistrzem a już na poeno by o coś prosić i uzyskać łaskę. A mimo to decyduje się na przełamanie kulturowego i religijnego tabu. List do Hebrajczyków powie: „Wiara zaś jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy (Hbr 11, 1). Nie konkretyzuje on jaka wiara. Dla Boga ważniejsze niż wszelkie ludzkie uwarunkowania jest przede wszystkim ludzkie serce. Pismo święte mówi, że kiedy Abraham uwierzył, stał się ojcem wszystkim wierzących. Także tych, których wiara różni się w wielu aspektach od naszej. Mam znajomych, którzy są alpinistami, wspinającymi się na wszystkie szczyty różnych gór świata i gdy wyjeżdżają na kolejna eskapadę proszą o błogosławieństwo kapłana czy biskupa, ale czasem, jak opowiadają otrzymują też błogosławieństwo i uczestniczą w modlitwie o pomyślność ich wypraw prowadzonych przez np. tybetańskich lamów. Czy to źle? Czy to już przejaw indyferentyzmu czy raczej wiary, która przekracza religijne i kulturowe uwarunkowania? Mnie samemu zdarzało się w ramach dialogu międzyreligijnego, w którym uczestniczę otrzymać błogosławieństwo od lamy czy też zapewnienie o modlitwie od buddyjskiego mnicha czy muzułmańskiego imama. Czy powinienem odmówić, traktując tę propozycję jako zdradę religijnej ortodoksji? Nigdy nie wątpiłem, że modlitwa człowieka świątobliwego, nawet takiego, który reprezentuje inną religię nie może przynieść zła. Razem bowiem poszukujemy Boga, choć w tych poszukiwaniach podążamy innymi drogami.

Myślę, że podobnie na tę kobietę z Kanaanu patrzył Jezus, który pomimo pierwszego odruchu, jakim była odmowa uznania jej prośby (co nie mam wątpliwości uczynił tylko po to, aby odsłonić przed innymi prawdę jej serca, która sam dobrze znał) ostatecznie ukazuje niezwykłą moc i wartość jej wiary, choć przecież nic nie wiemy, aby ta sytuacja nawróciła ją na judaizm.

Jest jeszcze jeden aspekt tego dzisiejszego spotkania Jezusa z kobietą kananejską, na który warto zwrócić uwagę. Mam na myśli sposób, w jaki zwraca się ona do Jezusa: „Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida!” Czy nic nam te słowa nie przypominają? Przecież właśnie używając takiego określenia zwracał się do Jezusa niewidomy spod Jerycha a jego wołanie stało się kanwą Modlitwy Jezusowej.

To właśnie takie proste postacie – bohaterowie codziennych spotkań z Jezusem na kartach Pisma Świętego uczą nas, że skuteczna modlitwa jest przede wszystkim wytrwała.

Trwanie przy Jezusie i Jego Imieniu jest jednak nie tyle wzywaniem Go, co raczej stwierdzeniem Jego obecności – tego, który już i zawsze jest w nas i przy nas. Oczywiście sens naszej modlitwy jest jeszcze głębszy, bo od objawienie przyniesionego przez Jezusa, my wiemy więcej niż wiedziała np. kobieta kananejska czy niewidomy spod Jerycha. Wiemy bowiem, że odwołując się do Imienia Jezus otwieramy się nie tylko na Osobę samego Jezusa, ale uczestniczymy zarazem w Jego wspólnocie z Ojcem i Duchem Świętym i zarazem ze wszystkimi wierzącymi w Niego.

Mówienie o tym aspekcie w doświadczeniu medytacji jest niezwykle istotne, gdyż jest ona drogą pozwalającą właśnie na realizowanie tej głębszej i wielowymiarowej jedności, na doświadczanie jej; a jednocześnie staje się sposobem, by pod wpływem tego jednoczącego wymiaru medytacji wciąż pozostawać, co pozwala nam się w praktyce otwierać nie tylko na obecność Boga w naszym życiu, ale także na obecność innych osób, unikając zgubnego oceniania i szufladkowania ich. Trwanie przy Jezusie staje się zatem okazją do szukania i doświadczenia tego o co On sam tak usilnie się modlił: „Aby wszyscy byli jedno”. Warto tego wymiaru medytacji być świadomym, by go nie przeoczyć i nie zaniedbać. 

Przemienienie – Zaproszenie

Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co należy mówić, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie. I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy powstać z martwych. (Mk 9,2-10)

Wstępowanie na górę, przebywanie na niej posiada w Biblii głębokie znaczenie. O ile na górę Synaj zstępuje Jahwe, Bóg odległy i niedostępny dla prostego Izraelity, o tyle na górach, które wybiera Jezus objawia się Bóg – Człowiek, do którego może przystąpić każdy. Góry, na które wstępuje Jezus, nie są niedostępnymi szczytami, ale otwartą przestrzenią, na którą zaprasza wszystkich spragnionych miłości i prawdy.

Można powiedzieć, że wstępowanie na górę jest też obrazem życia duchowego będącym  wiernym kroczeniem za z Jezusem nie tylko na górę Przemienienia, ale również na górę walki wewnętrznej (której symbolem jest Góra Oliwna) i górę męki i cierpienia (której symbolem jest Kalwaria). Naśladowanie Jezusa jest wiernym podążaniem za Mistrzem – w chwilach radości, cierpienia i trudu oraz chwały.

Na górze Tabor Jezus przemienił się w obecności uczniów. Jego zmieniony wygląd jest symbolem tego, co działo się w Jego wnętrzu; bliskości i całkowitej więzi z Ojcem. Lśniąco białe szaty Jezusa są natomiast promieniowaniem boskości. Wszystko w Nim jest jasne, czyste, świetlane, objawia piękno i światło Boga. Św. Łukasz podkreśla, że przemienienie miało miejsce w czasie modlitwy. Ewangelia chce nam w ten sposób uzmysłowić, że tym, co nas przemienia jest modlitwa, czyli to, co buduje naszą relację z Bogiem. Dzięki niej wszystko w naszym życiu może stać się jasne, przejrzyste, czyste. Głęboka relacja z Bogiem, dzięki której odkrywamy prawdę o sobie i o Bogu, który jest miłością sprawia, że znika potrzeba sięgania po różne maski, iluzje. Musimy zmierzyć się naturalnie z prawdą o naszej słabości, ale to właśnie ona staje się szansą doświadczenia mocy Bożej, o czym zaświadcza na podstawie własnych przeżyć św. Paweł.

Przemienienie Jezusa na górze Tabor dokonało się w obecności Mojżesza i Eliasza. Według tradycji żydowskiej ich pojawienie się miało być znakiem czasów mesjańskich.

Obecność mężów Bożych rodzi w Apostołach uczucia ambiwalentne. Z jednej strony duchową fascynację. Piotr chce utrwalić ten moment i zbudować trzy namioty dla Jezusa, Mojżesza i Eliasza. Propozycja Piotra nie jest wyrazem zakłopotania, lecz nawiązuje do historii Izraela, która mówi o tym, że przebywanie w obecności Boga odbywało się właśnie w Namiocie Spotkania.

Z drugiej strony w uczniach pojawia się lęk, strach, świadomość bóstwa Jezusa i dystansu, jaki dzieli uczniów od Niego. Ambiwalentne uczucia uczniów są wynikiem mistycznego obcowania z tajemnicą świętości i wielkości Boga, a z drugiej strony doświadczeniem Jego bliskości, która rodzi przyjaźń: Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego (J 15, 14-15).

Przemienienie Pańskie to zaproszenie skierowane do nas przez Chrystusa do wstępowania z Nim na szczyty życia wewnętrznego, do odkrywania przemieniającej mocy modlitwy, wreszcie do wzrastania w świadomości, że doświadczenie Bożej obecności w naszym życiu może stawać się w każdym położeniu źródłem naszej radości, której nikt i nic nie zdoła nam odebrać.

Co w życiu jest najważniejsze?

„Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, ale dlatego, że jedliście chleb do sytości. Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki, a który da wam Syn Człowieczy; Jego to bowiem pieczęcią swą naznaczył Bóg Ojciec”. (J 6,26-27)

Pierwsze czytanie dzisiejszej niedzieli to fragment Księgi Wyjścia opisującej wyjście Izraelitów z niewoli egipskiej. Opisuje pewien epizod na pustyni, po przejściu Morza Czerwonego, po odzyskaniu wolności.

Chcąc dobrze zrozumieć sens tej historii cofnijmy się o piętnaście rozdziałów, do początków księgi. Mamy tam opis sytuacji Izraelitów w Egipcie: „Egipcjanie bezwzględnie zmuszali synów Izraela do ciężkich prac i uprzykrzali im życie uciążliwą pracą przy glinie i cegle oraz różnymi pracami na polu. Do tych wszystkich prac przymuszano ich bezwzględnie. Potem do położnych u kobiet hebrajskich (…) powiedział król egipski te słowa: Jeśli będziecie przy porodach kobiet hebrajskich, to patrzcie na płeć noworodka. Jeśli będzie chłopiec, to winnyście go zabić, a jeśli dziewczynka, to zostawcie ją przy życiu.” (Wj 1,13-16)

Zatem była to niewolnicza praca w polu i przy wyrobie cegieł. Do tych prac zmuszano ich bezwzględnie. Chodziło nawet nie o efekty ich pracy, o te cegły, ale o to, by ciężką pracą ich zniszczyć. Gdy to nie dało rezultatów posunięto się do decyzji o fizycznej eksterminacji. Każdy narodzony chłopiec miał być mordowany.

Ludzie wołali w swym nieszczęściu do Boga i Bóg ich wysłuchał, wyprowadził z niewoli, dał wolność, swoje przymierze i obietnicę ziemi do której szli.

Jakie wspomnienia wynieśli Izraelici z Egiptu? To dzisiejsze pierwsze czytanie jest świadectwem: „Zasiadaliśmy [w Egipcie] przed garnkami mięsa i jedliśmy chleb do sytości!” (por. Wj 16,3)

Dziwne prawda? Dziwne, ale prawdziwe. Zapomniano o ucisku, upokorzeniu, zabijaniu chłopców a pamięć przechowała tylko garnek pełen mięsa i bochenek chleba.

To opowieść ukazująca smutną prawdę o ludzkiej naturze. Prawdę uniwersalną, bo i w Ewangelii mamy wyrzut Jezusa dotyczący tej samej kwestii: „W odpowiedzi rzekł im Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, żeście widzieli znaki, ale dlatego, żeście jedli chleb do sytości.” (J 6,26)

Rozmnożył wcześniej chleb i ryby i to wzbudziło taki entuzjazm ludzi. Ewangelia zapisuje: Ludzie „mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem”. (J 6,15)

Generalnie to król jest po to, by panować, a tu zapowiadało się, że król będzie porwanym niewolnikiem. Niewolnikiem od dawania chleba. Gorzej tylko, gdyby spróbował nie zaspokoić ludzkich pragnień!

Ludziom bardzo łatwo sprzedać swoją wolność, swoje myślenie, swoje marzenia i tęsknoty za ów przywołany dzisiaj garnek mięsa, chleb czy miskę soczewicy.

Nie osądzajmy jednak zbyt pochopnie Izraelitów. Zapytajmy samych siebie, czy my nie jesteśmy podobni do nich?

Czy my, ponad wszystko, nie cenimy własnej wygody, bezpieczeństwa, dostatku, ciepłej wody w kranie, świętego spokoju?

Wszystko to może być niekiedy słusznym dążeniem i mamy prawo sądząc po ludzku starać się o nie. Jednak nie za każdą cenę! Nie za cenę wolności, nie za cenę zdrady wyższych wartości.

Dzisiejsza liturgia słowa to w zasadzie pytanie o to, co w życiu najważniejsze?

Ludzie często zabijają się dla pieniędzy, dla kariery, ale nam chyba nie o takie wartości chodzi.

Spróbujmy podsłuchać ludzi jak składają sobie życzenia. Mówią często: „życzę ci zdrowia, bo zdrowie jest najważniejsze”.

Więc może tym co w życiu najważniejsze jest właśnie zdrowie?

Ktoś jednak powie, że samo życie, choćby kulawe, ułomne i chore właśnie, jest jeszcze większą wartością.

Więc jak to jest? Co jest w tym naszym życiu najważniejsze?

Najpierw zajmijmy się zdrowiem. Zdrowie jest wielką wartością, należy o nie dbać, chronić i zabiegać. Czy jednak jest największą wartością? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć  anegdota opowiedziana kiedyś przez Anthonego de Mello:

„Jesteś chory, nic nie pomaga, jest coraz gorzej. I oto staje przed tobą diabeł i obiecuje – dam ci zdrowie, ale ty daj swoją duszę. Co zrobisz?

Nie wiem co zrobisz, ale nie powinieneś sprzedawać diabłu swego życia wiecznego, nawet przyjmując w konsekwencji cierpienie w chorobie do końca życia.”

Zapytajmy zatem o życie. Życie jest jeszcze większą wartością niż zdrowie, należy o nie dbać, chronić i rozwijać. Czy życie jest jednak największą wartością?

Czy wiedząc o tym, że ceną za twoje życie będzie życie innych ludzi, masz prawo taką cenę zapłacić? Czy żołnierz wpadając w ręce wroga ma prawo wydać swoich współtowarzyszy na śmierć?

Nie ma prawa, bo życie – nawet to nasze własne – nie jest wartością absolutną.

Co jest w życiu najważniejsze?

Nie chcę odpowiadać na to pytanie. Nie chcę dawać Ci gotowych odpowiedzi. Na tak postawione pytanie każdy z nas powinien odpowiedzieć sam.

I jeszcze jedno: nie mamy udzielać odpowiedzi na pytanie: „Co w twoim życiu POWINNO być najważniejsze?, ale na pytanie:  „Co faktycznie JEST w twoim najważniejsze?”

Czy potrafisz odpowiedzieć na tak postawione pytanie szczerze?

A jeśli już odpowiesz „CO JEST W TWOIM ŻYCIU NAJWAŻNIEJSZE” wtedy pomyśl co w twoim życiu POWINNO być najważniejsze – pomyśl i porównaj to z tym, czego uczy Jezus i Ewangelia. I wyciągnij wnioski…

Życie – historia miłości

Tak sobie pomyślałem, że aby Was nie odzwyczaić od wpisów na tym blogu z powodu sierpniowej przerwy w spotkaniach medytacyjnych, będę snuł co jakiś czas refleksję natury duchowej. Dzisiaj okazją do tego stał się pierwszy piątek miesiąca przypominający mi o zawsze otwartej na nas i dostępnej każdej i każdemu z nas miłości Boga, której symbolem jest otwarte serce Jezusa.

„Obraz Boga w nas, to przede wszystkim zdolność do przyjęcia miłości Boga” – pisał jezuita, Peter Hannan w książce pod znamiennym tytułem: „Nine Faces of God”

Nasze życie jest historią miłości. Bez względu na to czy jesteśmy chrześcijanami, wyznawcami judaizmu, hinduizmu, czy islamu – wierzymy, że jest Bóg, który z miłości powołał nas do istnienia. I bez względu czy nazwiemy Boga Allach czy Jahwe, Abba czy Imma przekonanie o miłości Boga pcha nas do budowania z Nim bliskiej i osobistej relacji. W sumie człowiek ma dwie możliwości wyboru: albo szuka bliskości Boga i to poszukiwanie nadaje sens jego życiu, albo nie jest zainteresowany Bogiem i co najwyżej pojawia się On w jego życiu w sposób jedynie teoretyczny (np. towarzyszący jakimś dyskusjom). Oczywiście można powiedzieć, że negowanie istnienia Boga lub agnostycka obojętność wobec Niego też określa jakąś relację. Niezwykłe jest jednak to, że z biegiem lat obraz Boga dla wielu osób ulega zmianie. To może być odejście od obrazu Boga – surowego, wymagającego Ojca, którego należy się bać do przekonania o Jego miłosiernej miłości, której człowiek jest gotów powierzyć się bez zastrzeżeń i bez lęku. Dla innych będzie to zgoła inne doświadczenie oddalenia się od Boga, który w dzieciństwie mógł wydawać się bliski, z którym relacje były oparte o tradycyjne przejawy religijności, z czasem jednak wydaje się być coraz bardziej daleki, gdy zarzuca się powoli życie duchowe, które nie miało okazji doczekać się przemiany od niedojrzałej wiary w bardziej świadomy, osobisty i dojrzały wybór pogłębionej relacji z Nim. Czasem nakładają się na to odejście i zburzenie relacji z Bogiem jakieś traumatyczne doświadczenia, które sprawiają, że człowiek nie potrafi ich włączyć w doświadczenia wiary i w Bogu znajduje „kozła ofiarnego” swoich porażek i nieszczęść.

Każdy zapytany o powód swojej bliskości z Bogiem lub braku z Nim relacji ma swoje własne argumenty i swoją własną opowieść. I warto się w nie wsłuchiwać, bo każda z nich ma swoją wartość i bardzo wiele mówią o człowieku.

Snuję tę refleksję jako konsekwencję medytacji nad dzisiejszymi – pierwszopiątkowymi czytaniami liturgicznymi. Zarówno Jezus w dzisiejszej Ewangelii (Mt 13, 54-580 jak i Bóg reprezentowany przez przepowiadanie proroka Jeremiasza (Jr 26, 1-9) zostają odrzuceni. Zarówno w jednym jak i w drugim przypadku powodem jest zamknięcie słuchaczy na tych, którzy mówią o Bogu, które w konsekwencji jest zamknięciem się na Boża łaskę a idąc jeszcze dalej na doświadczenie cudu w swoim życiu. Chrystus przestrzega dziś przed taką postawą. Przestrzega jednak również przed poszukiwaniem Boga w nadzwyczajności. Szukanie nadzwyczajności w doświadczeniu religijnym może nas bowiem sprowadzić na manowce, zaś umiejętność spoglądania przez pryzmat wiary na to, co pozornie wydaje się zwyczajne i znane może stać się przestrzenią doświadczenia największych cudów obecności Boga w naszym życiu.

Przywołałem na początku tego rozważania cytat irlandzkiego jezuity Petera Hannana: „Obraz Boga w nas, to przede wszystkim zdolność do przyjęcia miłości Boga”. Nasza wiara, to wiara w to, że fundamentalną naturą Boga jest Miłość. Jak ujmie to św. Jan: „Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu a Bóg trwa w Nim” (1 J 4,16).

Innymi słowy, Bóg stworzył nas w taki sposób, że również my możemy stać się miłością na tyle, na ile w głębi serca i duszy jesteśmy zdolni przyjąć miłość Boga. Oznacza to oczywiście zarówno gotowość przyjęcia Boga cierpienia w chwilach naszych prób, jak też Boga radości w chwilach pomyślności. Truizmem będzie powiedzenie, że pełnię tej miłości – jak często o tym pisze św. Paweł – osiągniemy w zjednoczeniu z Bogiem po śmierci. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby trwająca całe nasze życie podróż, z dnia na dzień prowadziła nas ku coraz trwalszej i coraz głębszej świadomości tej miłości.

Możemy zaprzeczać istnieniu takiej miłości. Możemy się od niej odwrócić, wybierając inne wartości i czyniąc z nich naszego fałszywego boga. Możemy stracić ją z oczu z powodu różnych okoliczności w życiu, które ogólnie rzecz biorąc zawsze maja swe źródło w konsekwencjach naszej obarczonej skutkami grzechu natury. Gdyż, jak powie św. Paweł nic poza grzechem nie jest nas w stanie a przynajmniej nie powinno być w stanie odłączyć nas od miłości Boga. (por. Rz 8,31b-39). I zapewne św. Paweł wie co mówi. Przypomina nam bowiem, że miłość Boga w nas jest owocem Jego łaski, jeśli wiec nie zniknie w nas zdolność otwarcia się/przyjmowania Jego łaski tak długo nic nas od tej miłości nie zdoła odłączyć. Oczywiście dla większości osób będzie to stopniowe odkrywanie miłości Boga. Dojrzewanie od „niedojrzałego” dziecięcego (pisząc „dziecięcego” mam na myśli pewną niedojrzałość w wierze o której pisze św. Paweł, nie ujmując tutaj zdolności wielu dzieci do głębokiego przeżywania relacji z Bogiem) do budowania dojrzałej relacji z Bogiem. Ważne jest aby dać się prowadzić Bogu przez tę historię a raczej chcieć tworzyć wraz z Nim tę historię budowania naszej relacji, gdyż zawsze jest to historia jedyna w sowim rodzaju i niepowtarzalna, historia, która może być miejscem doświadczenia obecności i działania Boga w codziennej niezwyczajnej zwyczajności naszego życia.

W Jezusie Bóg dał nam wszystko

Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił i z rybami rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: „Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło”. Zebrali więc i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, które zostały po spożywających, napełnili dwanaście koszów.
A kiedy ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, mówili: „Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat”. (J 6,11-15)

Pierwsza myśl, którą rodzi w nas dzisiejsze Słowo Boże, zarówno z pierwszego czytania jak i z Ewangelii, to zapowiedź Eucharystii. Czasem spoglądając na Eucharystię, podczas której w małym kawałku chleba mamy dostrzec realną obecność Chrystusa pytamy siebie: „Jak to możliwe?” Dla mnie niezwykłym świadectwem wiary w działanie Boga, które przekracza nasz sposób rozumienia a jednocześnie najprostszą odpowiedzią na to pytanie jest zdanie wypowiedziane przez proroka Elizeusza: „Podaj ludziom i niech jedzą, bo tak mówi Pan: «Nasycą się i pozostawią resztki»”. Prorok nie pyta jak to się stanie, nie próbuje zrozumieć. On w pełni ufa mocy Bożego słowa! I tego oczekuje od nas Bóg w każdej Eucharystii: zaufania mocy Jego słowa, gdy mówi przez usta kapłana: „To jest Ciało Moje”, „To jest Krew Moja”.

Tak jak chleb ziemski karmi ludzkie ciała, Eucharystia nasyca nasze dusze. Nie chodzi tu jednak tylko o rodzaj pokarmu. Wydawać by się mogło, że aby nasycić rzesze ludzi, trzeba mieć tysiące koszy z chlebami. Zarówno Ewangelia, jak i pierwsze czytanie pokazują nam jednak, że ilość dla Boga nie jest aż tak istotna. Jest to przekonanie, które warto by odnieść do wielu przestrzeni naszego życia i naszych potrzeb, które mogą się nam wydawać olbrzymie i wręcz niezaspokajalne. Na nasze potrzeby duchowe Bóg już odpowiedział i stale odpowiada w Jezusie Chrystusie, zwłaszcza poprzez sakramenty. Problem w tym, że nie do końca w to wierzymy i rozumiemy… Duchowym nieszczęściem naszych czasów jest poczucie ciągłego niespełnienia a może lepiej powiedzieć niezaspokojenia. Może dlatego tak wielu chrześcijan próbuje dopełniać swoją duchowość różnymi aspektami duchowości Wschodu. Trudno im zrozumieć, że w ten sposób jakby mówią Chrystusowi: „To, co Ty dajesz mi nie wystarcza”. Naturalne i dobre skądinąd jest dążenie do tego, by zdobywać wiedzę, więcej doświadczyć. To wszystko sprawia jednak, że tak często nie potrafimy się cieszyć tym, co już posiadamy. Przykłady można by mnożyć i nie dotyczą one jedynie naszego życia religijnego. Oczywiście każdy ma prawo szukać swojej drogi duchowej, ale albo wierzymy w to, że w Chrystusie Bóg rzeczywiście odpowiedział na wszystkie nasze duchowe potrzeby, albo nie wierzymy. Innej alternatywy nie ma!

Często, gdy podczas sprawowanej Eucharystii trzymam w dłoniach hostię mam świadomość, że w tym małym kawałku chleba, w którym Bóg przynosi nam swoją obecność otrzymałem już wszystko i niczego więcej nie potrzebuję. Niczego więcej nie muszę już szukać… Dlatego tak często właśnie w tej jedynej i niepowtarzalnej chwili przychodzą mi na myśl słowa Króla Dawida z Drugiej Księgi Samuela: „Kimże ja jestem, o Panie, Boże (…), że doprowadziłeś mnie aż dotąd?” [2 Sm 7,18-19]

Jednak Dawid nie kończy na tym swojego zadziwienia Bożym działaniem i mówi dalej: „Ale i to jeszcze wydało się Tobie za mało, o Boże…” Okazuje się bowiem, że chce Bóg równie hojnie odpowiadać na nasze potrzeby materialne, nawet te najprostsze, jak głód. Nie przypadkiem chce abyśmy w modlitwie, której sam nas nauczył prosili: „Chleba naszego powszedniego, daj nam dzisiaj”

Dlatego Jezus po wielokroć wzywa swoich uczniów, by nie chcieli ani nawet nie próbowali stuprocentowo zabezpieczyć się na wszelki wypadek, bo to i tak się nie uda. W perspektywie duchowej dużo ważniejsza niż ilość środków, którymi możemy się posłużyć, jest nasza wiara. Jeśli tego nie pojmiemy nie damy szansy Bogu działać w naszym życiu tak, jak On by chciał. Próbując się zabezpieczyć na każdą okoliczność odbieramy Bogu szansę zatroszczenia się o nas, ale dużo bardziej odbieramy tę szansę nam samym, by doświadczyć cudu Jego miłości i troski o nas.

Dzisiejsza Liturgia Słowa stawia nam zatem zasadnicze pytanie: „Czy wierzysz?”. Wiara jest odpowiedzią na objawienie dane przez Boga, na Jego Słowo, Jego obietnice, na Niego samego – Boga, który daje nam Siebie, który chce działać w naszym życiu. Oczywiście po ludzku biorąc wiary można mieć więcej albo mniej, ale jak już wspomniano dla Boga, w przeciwieństwie do nas, to nie ilość ma największe znaczenie, aby mógł dokonywać cudów. „Jeśli mielibyście wiarę jak ziarnko gorczycy…” [Mt 17,20]

Dane mam dzisiaj Słowo to pyta nas zatem również o to, czy nie boimy się przyjść do Chrystusa z taką wiarą, jaką mamy? Czasem większą, czasem bardzo malutką. Często bowiem zwycięża w nas to przekonanie, że mamy za mało wiary i w konsekwencji skutecznie zamyka na cud rozmnożenia Jego łaski w naszym życiu, którego Bóg chce dokonać.

Dzisiejsza Ewangelia nie pozostawia złudzeń: Jezus, czyniąc znak rozmnożenia chleba, mówi dziś do nas: przynieś mi tę odrobinę wiary, którą już posiadasz. Nie pytam czy jest ona dziś mała czy duża, najważniejsze, że jest prawdziwa. Z resztą Ja sobie poradzę, jeśli mi zaufasz.