Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Zadbać o wewnętrzną stronę

«Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumiejcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym».  (Mk 7, 21-23)

Jezus nie pierwszy raz w swej polemice z faryzeuszami i uczonymi w Piśmie „punktuje” fałszywą religijność. Warto zatrzymując się na dzisiejszym przesłaniu ewangelicznym zapytać siebie, czy przypadkiem mocne słowa Jezusa nie dotyczą także mnie!?

To, do czego głównie odnosi swój zarzut to pewnego rodzaju niekonsekwencja, albo używając mocniejszego terminu: hipokryzja, brak równowagi między czynami a sercem, oddzielanie sfery zewnętrznej od wewnętrznej, separację serca od moralności i prawa. Jezus mocno podkreśla, że nie to, z czym stykamy się na zewnątrz czyni człowieka nieczystym. Ważniejsze jest wnętrze. W sercu człowieka rodzi się grzech i to, co określa moralną wartość ludzkiego czynu. O wartości człowieka świadczy nie to, co zjada, z kim się spotyka, jak ubiera, czego dotyka. O wartości człowieka decyduje to, kim jest, co myśli, czego pragnie, do czego dąży, jak żyje…

Pokutuje w nas często przekonanie, że gdyby otaczający nas świat był lepszy, my też bylibyśmy lepsi – ale taki sposób myślenia, to tylko szukanie usprawiedliwienia dla zła, którego się dopuszczamy. Chrystus przestrzega nas przed życiem w niewoli, której często nie dostrzegamy. Łatwo zrzucić winę na ludzi wokół nas, na „takie a nie inne czasy, w których żyjemy”, na  „taki klimat”. Nasza pycha i zarozumiałość bronią się, jak tylko potrafią. A samousprawiedliwienie umie się posłużyć wszystkim: społecznym przyzwoleniem, odwiecznymi zwyczajami, cechami wrodzonymi, znakiem zodiaku, a nawet religijnością.

Jezus wywraca nasze myślenie do góry nogami i przypomina, że grzechy, które wylicza, pochodzą z wnętrza człowieka, z jego serca, a nie z zewnętrznych okoliczności. Mówiąc to, Jezus chce nam przypomnieć o odpowiedzialności, z której nic nie może nas zwolnić. Nie chce, byśmy byli zakładnikami głupoty otępiającej sumienie i umysł. Wszak to właśnie ona demonizuje rzeczywistość, której się boimy: Nie bierz, nie kosztuj, nie dotykaj (por. Kol 2, 21).

Faryzeusze byli bardzo rozsądni. Precyzyjnie dopasowali Boże Prawo do swojej wizji życia. Skupili się na zewnętrznych gestach, na ludzkich tradycjach, ale zapomnieli przy tym o wnętrzu i sercu.

Jezus dokładnie wie, że prawdziwe życie z Bogiem to coś o wiele więcej niż wykonywanie rytualnych gestów i zachowywanie przepisów. Wymaga ono przemiany serca, którą zapowiadał Bóg już przez proroka Ezechiela: „Dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, zabiorę wam serca kamienne, a dam wam serca z ciała”. To dzieło Pana Boga w nas. To On zaszczepia w nas swoje słowo, to On daje Ducha.

Zaufajmy św. Jakubowi, który pisze: „Przyjmijcie w duchu łagodności zaszczepione w was słowo, które ma moc zbawić dusze wasze. Wprowadzajcie zaś słowo w czyn, a nie bądźcie tylko słuchaczami oszukującymi samych siebie”. Wtedy doświadczymy, że Słowem Boga naprawdę możemy żyć. A nawet więcej – że możemy żyć bez Niego.

Zło rodzi się wtedy, gdy przestajemy słuchać słowa Bożego, które kiedyś kardynał Jean Danielou nazwał „najlepszą instrukcją obsługi życia i świata”. Posługujemy się stworzonymi rzeczami w niewłaściwy sposób gdy używamy ich niezgodnie z celem, którym jest dobro i miłość Boga i bliźniego. Konsekwencje, dobre lub złe, mają źródło w naszych decyzjach.

Ewangelia to zasada wolności chrześcijańskiej wobec całej natury. To, co stworzone, jest dobre, gdyż jest dziełem Boga oddanym w nasze ręce. Fundamentem dobra i zła jest nasze serce – oświecone miłością lub zaćmione egoizmem. W każdym z nas jest wolność decyzji. To skarb złożony przez Boga w naszym sumieniu. Skarb, który musimy umieć docenić i obronić.

Psalmy i kontemplacja

Swego czasu, gdy byłem jeszcze katechetą w szkole średniej popularne było rozpoczynanie lekcji religii modlitwą do Ducha Świętego. Ja wówczas poprosiłem uczniów, aby w ramach modlitwy na rozpoczęcie lekcji przygotowywali psalm, który uprzednio otrzymali. Bywało nawet, że jeśli psalm zawierał niewiele wersetów niektórzy uczyli się go na pamięć. Potem niektórzy z uczniów mówili, że wracają do tych psalmów zamiast tradycyjnej modlitwy, bo one lepiej oddają to, co w rożnych chwilach przeżywają. Z psalmami zresztą jest tak, że odmawiane wielokrotnie pozwalają, by niektóre z ich wersetów zapadły w pamięć, wracając w zupełnie nieoczekiwanych momentach jako akt strzelisty lub swoista mantra, którą powtarza się wielokrotnie w sercu.

Od blisko trzydziestu lat modlę się psalmami w ramach codziennej Liturgii Godzin, do której zobowiązani są księża i osoby konsekrowane. Przechodziłem w tym czasie różne okresy od radosnego wypełniania tego oficjum, przez okresy posuchy i zniechęcenia aż do okresu, w którym obecnie jestem i w którym po prostu odmawianie psalmów daje mi poczucie szczęścia i chwilowego oderwania się od codziennego biegu rzeczywistości. Dziś mogę zaświadczyć, że psalmy rzeczywiście mają moc przemieniać życie i kształtować sposób patrzenia. Mogą stać się modlitwą, która jest przestrzenią wolności, wprowadzającą pewną równowagę w rytm dnia.

Nie mam też wątpliwości, że dzięki medytacji nauczyłem się uważności, która sprawia, że dzisiaj mogę wnikać w głębię treści, które niosą psalmy i niemal każdego dnia odkrywać ich aktualność.

Lubię często wracając myślami do wezwania: „Zachowaj mnie Boże, bo chronię się do ciebie”. (Ps. 16,1) To wezwanie, wydaje mi się tak bardzo uniwersalne, bo podobnie w swojej modlitwie mają muzułmanie, czy buddyści, choć ci ostatni schronienia tego szukają w Buddzie, sandze i dharmie.

Lubię też słowa Psalmu „Przenikasz i znasz mnie Panie, Ty wiesz, kiedy siedzę i wstaję…” (Ps. 139, 1-2), bo one zawsze pozwalają mi na nowo wejść w kontemplację prawdy, o której tak pięknie piszą Dzieje Apostolskie, że „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”. (Dz 17,28)

Patrząc z perspektywy czasu sądzę, że psalmy mają w sobie coś, co sprawia, że im dłużej się człowiek nimi modli tym większą budzą w nim sympatię i przekonanie, że w nich znaleźć można modlitwę na każdą okazję. A przecież są one Słowem Bożym, więc czy można modlić się lepiej niż wówczas, gdy odwołujemy się w modlitwie właśnie do wersetów natchnionych Bożą mądrością.

Lubię też gdy psalmy otrzymują nowe życie tłumaczone przez rożnych poetów lub artystów – śpiewaków. To sprawia, że można je przeżyć jeszcze raz w zupełnie inny sposób. To niezwykłe, że mimo iż zostały napisane tyle wieków temu wciąż stanowią inspirację dla tak wielu osób.

Kiedy modlę się psalmami uświadamiam sobie, że są one jak most, który łączy historię z teraźniejszością, Izrael z Kościołem. To niesamowite kiedy uświadamiam sobie, że modlę się tymi samymi słowami, którymi modlił się król Dawid, Maryja, Józef, Jezus i pokolenia chrześcijan.

Kiedy zanurzam się w recytację psalmów widzę oczyma wyobraźni setki mniszek kontemplacyjnych w klasztorach rozsianych po całym świecie, które może nie czytają zbyt wiele współczesnej literatury, nie oglądają telewizji, ale są wierne jednej księdze – Liturgii Godzin (Brewiarzowi) która kształtuje ich prostą i pokorną mądrość.

Mam też często przed oczyma postać św. Jana Pawła II, który czy to w bazylice na Wawelu, czy też w grocie betlejemskiej zatrzymał się by pomodlić się brewiarzem trwając w głębokiej kontemplacji zapisanego tam przedwiecznego słowa.

Wreszcie kiedy modlę się psalmami wiem, że nigdy nie jestem sam, bo tymi samymi strofami modlą się w tej samej chwili, w wielu krajach na różnych szerokościach geograficznych kapłani, siostry i bracia zakonni i wielu świeckich, którzy odkryli w tej modlitwie swą drogę. Wypowiadając werset za wersetem Jutrzni, Godziny Czytań czy Nieszporów widzę ich oczyma wyobraźni i mam świadomość, że tworzymy jedna wielką wspólnotę modlitwy i miłości. Możemy nie znać swoich imion, możemy nie rozumieć swoich języków, ale to co nas łączy to wiara i modlitwa tymi samymi słowami. Modlitwa, która wprowadza w obecność samego Boga, „bo gdzie dwaj lub trzej zebrani są w  imię Moje, tam ja jestem pośród nich” (Mt 18,20).

Najbardziej jednak lubię gdy w Psałterzu znajduję „swój” psalm, który odpowiada temu, co przezywam w danej chwili. To jak odpowiedź ofiarowana przez Boga, na pytanie, którego wprawdzie nie zadałem, ale wiem, że nie muszę, bo „Bóg jest większy od mojego serca i  wie wszystko” ( 1 J 3,20) i wie też jak ukoić swoim słowem rozkołatane ludzkie serce, jak wlać w nie nową nadzieję. Wówczas zatrzymuję się nad tym psalmem, zamykam oczy i pozwalam by zamknięte w nim słowo Boże dotykało mojego serca, lecząc w nie i przynosząc nowy powiew Ducha. Tak często Słowo Boże zawarte w psalmach staje się dla mnie furtką do kontemplacji. To są te chwile, w których w praktyce sprawdza się stwierdzenie, że „żywe jest słowo Boże i skuteczne” (Hbr 4,12). Wystarczy się w nie wsłuchać, zatrzymać wobec głębokiej prawdy, którą objawia i pozwolić się jej nieść przez ciszę aż do odkrycia, że w tym słowie jest Bóg, który „kładzie na mnie swą rękę” (por Ps. 139,5)

Nawrócę się, ale nie dzisiaj…

Świętemu Augustynowi przypisuje się powiedzenie, które jest doskonałym komentarzem do dzisiejszej Ewangelii: „Człowiek powinien opierać się w życiu na dwóch nogach – miłości Boga i człowieka, w przeciwnym razie idąc przez życie będzie kuśtykał”.

Święty Augustyn to jedna z najbardziej znanych postaci kultury chrześcijańskiej. Człowiek – szukający Boga, choć uwikłany w uwikłany w grzech i herezję. Filozof – zafascynowany Platonem i szukający Prawdy. Teolog – zakochany w słowie Bożym i Kościele. Jego dzieła to kamienie milowe w dziejach zagadnień dobra i zła, wiary i rozumu, łaski i natury oraz wielu innych. Bezsprzeczny geniusz.

Jak na świętego i biskupa życiorys miał jednak niezbyt budujący. Dziś z pewnością nie przeszedłby pomyślnie żadnej kościelnej „lustracji”. Przez długie lata żył w konkubinacie, miał nieślubne dziecko – Adeodata. Ponadto hołdował niebezpiecznej herezji manichejczyków, będącą synkretyzmem różnych systemów religijnych i filozoficznych i którą uważał za religię ludzi oświeconych, wolną od wszelkich autorytetów. Chrześcijaństwo, którego ziarno próbowała w jego sercu w dzieciństwie zaszczepić jego Matka – św. Monika stało się dla niego tylko jednym spośród wielu światopoglądów, jedną z możliwości. Pasjonował się także astrologią. To tylko najbardziej znane spośród grzechów św. Augustyna, grzechów burzliwej młodości, ale ta młodość trwała bardzo długo, bo aż do 33 roku życia.

Istotnym rysem jego życia jest to, że wciąż poszukiwał: w książkach, wykładach, dysputach i rozmowach. Szukał prawdy, a jednocześnie próbował usprawiedliwiać swoje słabości i grzechy. Przez jakiś czas był nauczycielem retoryki w Mediolanie. Na szczęście jego sumieniem była matka, święta Monika. Uciekł przed nią z rodzinnego miasta Tagasty aż do Rzymu. Ale Bóg powoli, krok po kroku, przygotowywał go do znalezienia prawdy w Ewangelii, stawiając na drodze jego poszukiwań niezwykłych świadków wiary. Powoli kiełkowało w nim zasiane przez matkę w dzieciństwie ziarno podlewane kazaniami św. Ambrożego, których namiętnie słuchał a także przez spotkanie z sędziwym kapłanem Symplicjanem czy cesarskim urzędnikiem Pontycjanem, wreszcie przez rozmowy z przyjaciółmi Alipiueszem i Nebrydiuszem. Wszystko to odkrywało przed nim walory chrześcijaństwa.

Po długim okresie wewnętrznej walki, nastąpiła głęboka przemiana. Zrezygnował on ze swoich dotychczasowych zajęć, by oddać się całkowicie służeniu Bogu i poszukiwaniu mądrości we wspólnocie. Udał się do Cassiciacum, do posiadłości swojego mediolańskiego przyjaciela Verecundusa, gdzie w towarzystwie najbliższych przyjaciół i matki, która wytrwale podążała za nim wciąż modląc się o jego nawrócenia przeżył kilka miesięcy poświęconych owocnej pracy intelektualnej i duchowej.

W 387 r. powrócił do Mediolanu i w noc Zmartwychwstania Pańskiego, wraz z synem Adeodatem i przyjacielem Alipiuszem, przyjął chrzest z rąk biskupa Ambrożego. Miał wówczas 33 lata.

Zaledwie cztery lata później wyświęcono go na kapłana, a po kolejnych pięciu latach został biskupem Hippony. Można pomyśleć po ludzku, że to oszałamiająca kariera. Resztę swego życia, ponad 30 lat, poświęcił pracy dla Ewangelii. Podstawę do tego by w sporach teologicznych okazał się przekonujący dało mu świetne wykształcenie. Zaangażował się w walkę z herezją pelagianizmu i donatyzmu. Jego dom i diecezja stały się miejscem, azylu dla uciekinierów z walącego się pod wpływem wewnętrznych walk i naporem barbarzyńców cesarstwa. W swoim dziele „O państwie Bożym” rysował wizję nowego porządku świata. Jego myśl zapładniała umysły teologów kolejnych wieków. Od strony duchowej pozostawił jednak jeszcze cenniejsze dzieło: „Wyznania” – będące zapisem jego błędów i grzechów młodości i drogi nawrócenia.

Znajdujemy tam między innymi ciekawe wyznanie:

„Moja młodość była szczególnie obłędna – pisze w tym dziele – zwłaszcza zaś jej świt, gdy tak Ciebie prosiłem o czystość obyczajów: »Daj mi łaskę nawrócenia, daj czystość i umiarkowanie, ale jeszcze nie w tej chwili, nie dzisiaj«. Był we mnie lęk, że mógłbyś mnie zbyt rychło wysłuchać i od razu uleczyć z choroby pożądania, które chciałem raczej nasycić niż zgasić. (…) Udawałem wobec samego siebie, że przyczyną, dla której z dnia na dzień odkładam chwilę odepchnięcia wszelkich wizji doczesnych, aby pójść tylko za Tobą, było to, iż mi się jeszcze nie ukazała żadna pewność, ku której mógłbym kroczyć. Lecz teraz nadszedł dzień, w którym stanąłem sam przed sobą obnażony. A sumienie nie szczędziło mi chłosty. (…) Moja dusza stanęła, nie chciała iść naprzód, chociaż teraz nie miała już żadnych usprawiedliwień. Rozpadły się bowiem i rozwiały wszelkie jej argumenty. Została tylko niema trwoga. Bo niby śmierci lękała się dusza oderwania od owego nurtu przyzwyczajenia, który niósł ją ku śmierci”.

Święty Augustyn z niezwykłą jasnością opisuje stan ludzkiego serca targanego wewnętrznym konfliktem między chęcią pójścia za Chrystusem a czerpania całymi garściami z ducha tego świata. Dlatego również wielu współczesnych znajduje w jego wyznaniach odbicie swoich własnych duchowych doświadczeń.

Tradycja mówi o nim, że gdy się nawrócił miał już nigdy więcej nie popełnić grzechu ciężkiego. Trwanie w miłości Jezusa możliwe jest ze względu na Jego wybór. To nie człowiek wybiera Boga. Człowiek tylko z wdzięcznością odpowiada. Św. Paweł pisze, że został „pochwycony przez Jezusa”. Dokładnie takie samo doświadczenie znajdujemy w „Wyznaniach”. Święty Augustyn nigdy też nie maił wątpliwości, że trwanie w miłości Jezusa możliwe jest dzięki Jego miłości i łasce.

Co warto jednak podkreślić Augustyn zawsze uważał swoje nawrócenie za niezasłużony dar Boży. Zamierzeniem jego „Wyznań” było uwielbienie Boga i dziękowanie Mu za łaski i prowadzenie go przez życie. Dlatego dzień jego wspomnienia, to święto, które powinno nas utwierdzać w ufności w to, że Bóg w mrokach zwątpienia i ciemności niewiary potrafi zapalić w sercu każdego człowieka jasne światło, którego blask pozwoli mu odnaleźć właściwą drogę.

Św. Augustyn znany jest z wielu słynnych powiedzeń, które na trwałe weszły do języka wiry i kultury chrześcijańskiej jak chociażby: „Gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu, tam wszystko jest na swoim miejscu”; lub „Niespokojne jest serca moje Boże, dopóki nie spocznie w Tobie”, lecz dziś z racji zakończonego w Irlandii synodu do spraw Rodziny chciałbym przywołać dwa inne, nieco mniej znane powiedzenia św. Augustyna, które wydają się niezmiernie ważne w dzisiejszych czasach:

„Życie rodziców jest księgą, którą czytają dzieci” oraz „Dajcie mi modlące się matki, a uratuję świat”.

Częstochowska

Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie» (J 2,5)

Biegniemy dziś myślą ku Jasnej Górze, ku temu szczególnemu miejscu w naszej historii, które papież św. Jan Paweł II nazwał polską Kaną i której obraz możemy odnaleźć w Księdze Izajasza, który pisze o świątyni, która stanie mocno na szczycie gór i do której przyjdą mnogie ludy. Bo każda świątynia to symbol obecności Boga.  Nasze myśli biegną dziś szczególnie ku Maryi i ku jej wizerunkowi na najsłynniejszej polskiej ikonie, której historia jest wpisana w historię naszego kraju. Ikona jest drogowskazem. Ma prowadzić człowieka od tego, co widzialne, ku temu, co niewidzialne – za pośrednictwem widzialnego obrazu pomaga nam kontemplować niewidzialną tajemnicę. Pomaga nam w tym wizerunek Maryi, która wskazuje na tej ikonie Chrystusa – Boga i Człowieka.

Wielu świętych, jak chociażby św. Bernard określało Maryję żywą „ikoną Bożej Mądrości”. W pierwszym czytaniu mądrość mówi o sobie, że towarzyszyła Bogu przy stwarzaniu świata, podziwiając piękno Jego dzieła. Podobnie Maryja jest Tą która towarzyszy Jezusowi od najwcześniejszych chwil jego życia, od momentu cudownego poczęcia się Syna Bożego w Jej łonie, towarzyszy Mu, gdy pod Jej sercem rośnie i nabiera kształtów; towarzyszy Mu przy narodzeniu i w Jego działalności. Wreszcie towarzyszy Mu podczas Męki na Krzyżu, więcej nawet w ciemności dnia sobotniego, po śmierci swego Syna, zachowuje wiarę.

To samo towarzyszenie Maryi odnajdujemy w życiu Jego uczniów od chwili powierzenia Jej Janowi za Matkę, ale również wcześniejsze towarzyszenie Jezusowi było towarzyszeniem Jego uczniom. Widać to doskonale podczas wesela w Kanie, gdzie dzięki interwencji Maryi rodzi się wiara uczniów Jezusa, a potem w Wieczerniku, w oczekiwaniu na zesłanie Ducha Świętego, tam gdzie rodzi się Kościół jest również obecna Maryja. Maryja od chwili powiedzenia Bogu „fiat” czuwa nad tym, aby ludzie mogli się cieszyć z Bożych dobrodziejstw i aby wszystko działo się zgodnie z Bożym zamysłem.

Domeną Matki jest bowiem troska o Jej dzieci i taki jest sens Jej życia i wstawiennictwa przed Bogiem.

Czego jeszcze możemy się nauczyć od Matki Bożej Częstochowskiej, której uroczystość dziś świętujemy?

Kluczem do zrozumienia wszystkiego jest pielgrzymka, jest „droga”. Sierpień to szczególny miesiąc, w którym z różnych stron wyruszają liczne rzesze ludzi na Jasną Górę. Tylko ten, kto doświadczył możliwości pielgrzymowania wśród innych rozumie czym jest pielgrzymka, bo ona w jakimś sensie jest odbiciem naszej codziennej wędrówki przez życie. Zanurzeni w tłumie pielgrzymów doświadczamy, co oznacza bycie wspólnotą.

Pielgrzymować to znaczy najpierw umieć ryzykować – zdecydować się wyruszyć. Maryja potrafiła na Boże wezwanie, którego do końca nie rozumiała, zaryzykować i powiedzieć Bogu „tak”, „niech mi się stanie” (Łk 1, 38). Potrafiła w imię Boże pójść w nieznane, uwierzyć, że „dla Boga nie ma nic niemożliwego” (Łk 1, 37).

Pielgrzymować znaczy również odnaleźć drogę, wiedzieć, którędy pójść. To niełatwa sztuka. Nie wszystkie nasze wędrówki przez życie świadczą o tym, że wiemy, którędy pójść. Człowiek w swojej wolności może wybrać różne drogi, zarówno tę którą wskazuje Maryja zachęcając nas: „Zróbcie wszystko, co Syn mój wam powie”, jak i te, które nie zawsze pokrywają się z Bożymi planami i wskazaniami. Czasami Bóg prowadzi nas po mało znanych trasach w mało zrozumiały sposób… Maryja uczy nas jak odnaleźć drogę w swoim Synu. Uczy nas jak pójść za Chrystusem, wsłuchując się w Jego Słowo ofiarowane nam w Ewangelii – to mapa i kompas, bez których nie sposób dotrzeć do celu.

Pielgrzymować to także zgodzić się na swoją słabość, aby móc zgodnie ze słowami św. Pawła w niej odnaleźć Bożą moc (por. 2Kor, 12, 9). Nie da się przejść wybranej drogi a zwłaszcza drogi, której na imię życie bez zmierzenia się z własnymi ograniczeniami. W. Niemało cierpienia i ciemności doświadczyła Matka Jezusa. Poczynając od momentu, gdy Jezus zaginął i odnalazł się dopiero po kilku dniach w świątyni (Łk 2, 41-50), kończąc na towarzyszeniu Synowi w drodze na Krzyż (J 19, 25-27). A jednak tradycja od wieków mówi nam o Niej, że do końca zachowała niewzruszoną ufność.

Pielgrzymować znaczy w końcu dojść do celu – ucieszyć się z wypełnionej obietnicy. Obietnicy Boga i obietnicy człowieka złożonej Bogu przy chrzcie świętym. Przez swoje przejście do nieba, które było doskonałym uwielbieniem Boga i równocześnie całkowitym przyjęciem Jego miłości, Matka Jezusa pomaga nam zrozumieć, dokąd zmierzamy, jak wielka jest miłość, która nas powołała do istnienia i oczekuje u kresu drogi i nigdy o tym celu naszej wędrówki nie zapomnieć.

Pielgrzymowanie uświadamia nam zatem, że to, co najważniejsze, dzieje się w drodze! Bo droga naszego życia jest dla nas okazją do odkrycia obecność naszego Pana i Zbawiciela w pięknie otaczającego nas świata, w Słowie Bożym, w Eucharystii, w obecności drugiego człowieka, we wspólnej i osobistej modlitwie, w trudzie i radości pielgrzymowania przez codzienność wraz z innymi. Bo nasza codzienność to zaproszenie kierowane do nas każdego dnia od nowa przez Maryję by po raz kolejny odkryć Boga, który przychodzi ze swoją łaską i chce, by nasza droga była jeszcze bardziej Jego drogą. Maryja towarzysząc nam na drodze wiary uczy nas jak tego zaproszenia nie przeoczyć i jak najlepiej na nie odpowiedzieć.

Trzeba nam nieustannie przychodzić do Chrystusa

Jednym z przymiotów Boga jest to, że wie wszystko o wszystkim – zna doskonale każdego z nas. Zna nasze intencje, błędy,  złe czyny, wie nawet o tym, co chcielibyśmy ukryć przed innymi a czasem i przed samym sobą. Zna także całe dobro, które w nas jest. Jednym słowem: można by rzec, że Bóg jest dla nas kopalnią wiedzy o nas samych. Św. Ignacy jako pierwszy napisał, że „dopiero w Chrystusie człowiek może naprawdę i coraz więcej rozumieć samego siebie”, co przywołał także św. Jan Paweł II podczas pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny 2 czerwca 1979 roku na placu Zwycięstwa (obecnie Pl. Piłsudskiego): „Kościół przyniósł Chrystusa – to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może sam siebie do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie. Nie może tego wszystkiego zrozumieć bez Chrystusa”.

Innymi słowy bez pomocy Boga nie poznamy siebie do końca, a bez tego nie dokona się pełny rozwój naszego człowieczeństwa. Abyśmy mogli wzrastać, musimy znać siebie, zwłaszcza dobro, które w nas jest, nie lekceważąc oczywiście również zła. A nieraz tak trudno to dobro dostrzec, bo najpierw i najmocniej rzuca nam się w oczy zło, które psuje i wykrzywia często nasz sposób widzenia siebie lub innych. Dlatego trzeba nam nieustannie przychodzić do Jezusa, by pozwolić Mu mówić o nas, do naszego serca. Początkowo słuchając tego, co Jezus do nas i o nas mówi możemy tak jak Bartłomiej – patron dnia dzisiejszego – nie dowierzać. Ale gdy będziemy wsłuchiwali się w Jego słowo regularnie, codziennie w ramach medytacji, wówczas zobaczymy, że ono powoli będzie kształtowało nasz nowy – ewangeliczny sposób patrzenia i myślenia.

Jezus uczy nas, abyśmy potrafili patrząc na siebie w świetle Jego słowa dostrzec  swoją oryginalność i niepowtarzalność, którą On w nas dostrzega i abyśmy odwołując się do niej wprowadzali w życie plan Boga. Proste zaproszenie, które kieruje do nas Chrystusa, tak jak skierował je do Bartłomieja (Natanaela) polega współpraca z Tym, który dał nam życie. Odpowiedź na to zaproszenie to nie tylko pójście za Chrystusem, ale chęć naśladowania Go w codzienności. I nie zrażajmy się tym, że czasem nie wychodzi, tak jak On nie zraża się naszymi słabościami i grzechami. Tylko przylgnięcie do Jezusa daje nam pewność końcowego sukcesu.

Każdy człowiek otrzymuje od Boga swój czas, jakim jest jego ziemskie życie, czas który powinien jak najlepiej wykorzystać, by odkryć i zrozumieć prawdę. By poznać Boga, Chrystusa a dzięki Niemu poznać siebie. Tylko taki człowiek „żyjący na co dzień Bogiem” będzie w stanie zrozumieć rzeczy, które dzieją się na świecie podczas jego ziemskiej wędrówki i się nimi nie przerazić ani przytłoczyć.

Bez Chrystusa człowiek nie jest w stanie zrozumieć samego siebie, świata i innych. Z Chrystusem będzie rozumiał zarówno siebie jak i otaczających go ludzi i rzeczywistość.