Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Chleb życia

Jam jest chleb życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata”. (J 6,50-51)

Odwiedzając kiedyś mojego kolegę pracującego na podwarszawskiej parafii w Lesznie miałem okazję porozmawiać z pewnym mężczyzną z zawodu akrobatą cyrkowy i nauczycielem w tej dziedzinie ze słynnej szkoły cyrkowej w Julinku, która znajduje się właśnie blisko Leszno. Mówiąc o swoim doświadczeniu wyznał, że: „Ciągle mnie dziwi, to, że wszyscy mnie oklaskują, bo wydaje im się, że gdy wykonuję te skoki i salta na wysokości, jestem bohaterem. Ale prawda jest taka, że prawdziwymi bohaterami są ci, którzy łapią akrobatów wykonujących trudne ewolucje. Jedyne, co ja muszę zrobić, to wyciągnąć ręce i ufać, że tam na miejscu będzie ten, który ma mnie pochwycić”.

To wyznanie jest dobrym obrazem dla naszej relacji z Bogiem. Tak, jak akrobata w pewnym momencie musi puścić drążek, by osiągnąć zamierzony cel, tak chrześcijanin powinien zrezygnować z upartego trzymania się własnego planu na życie, w którym nad wszystkim próbuje drobiazgowo zapanować. Do znudzenia powtarzamy sobie, że warto całkowicie powierzyć się Panu Bogu, a w rzeczywistości kurczowo trzymamy się ułożonego przez nas scenariusza. Jak wielką iluzją jest zdolność kontrolowania przez nas rzeczywistości chyba nikomu nie trzeba udowadniać; boleśnie przekonujemy się o tym w chwilach trudności i kryzysów, bez których przecież nie sposób przeżyć życia. Jezus natomiast mówi: „Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał”. Jednak żeby Bóg mógł nas pociągnąć w swoją stronę, trzeba najpierw oderwać się od tego, czego się często tak kurczowo trzymamy, co jest przyziemne: od obaw związanych z przyszłością i niezabliźnionych ran z przeszłości. Nie chodzi o infantylną beztroskę czy wypieranie z pamięci bolesnych zdarzeń. Chodzi o głęboką świadomość, że – bez względu na to, jak trudne i zawiłe jest nasze życie – Bóg czuwa nad każdym naszym ruchem i w odpowiednim momencie złapie nas i pociągnie do siebie. Największe cierpienia człowieka nie pochodzą zazwyczaj z przykrych doświadczeń, lecz z braku prostej ufności w Bożą opiekę i z tego, że Bóg jest mocniejszy od tych zranień i ma moc na nich zbudować piękną historię.

Dobrym przykładem na to jest historia proroka Eliasza z dzisiejszego pierwszego czytania.

Ten mocny i odważny człowiek, prorok jak ogień – jak nazywa go autor Księgi Syracha (Syr. 48, 1) – staje się pełnym lęku i zniechęcenia uciekinierem przed… kobietą (por. 1 Krl 19, 1-4). Odsłania się przed nami jego ludzkie oblicze: opadł z sił, dopadła go depresja. Pustynia staje się dla niego miejscem ucieczki i oczekiwania na upragnioną śmierć.

I właśnie ta totalna frustracja proroka, kryzys duchowy jaki przeżywa staje się miejscem doświadczenia bliskości Boga, który jest Bogiem pociechy. Odnawia On siły Eliasza, karmiąc go chlebem. Bóg pochyla się nad złamanym Eliaszem i daje mu moc, by pokonał siebie i szedł czterdzieści dni na pustyni do góry Horeb – góry będącej symbolem spotkania z Bogiem. Kierunek jego wędrówki nie jest przypadkowy. To właśnie na tej górze za czasów Mojżesza rozpoczęło się budowanie wspólnoty między Bogiem a Narodem Wybranym. Tam teraz wszystko rozpocznie się na nowo dla Eliasza. To zachęta, abyśmy w chwilach prób zwracali się do Boga i wracali do początków, jak mówi autor Apokalipsy, do prawdy o pierwotnej miłości Boga ku nam, która zawsze jest źródłem sił i nadziei. Kryzysy duchowe stają się zawsze pokusą by od tej pierwotnej miłości odejść i zapomnieć na rzecz pogrążenia się w jakimś smutku czy frustracji (por. Ap. 2,4).

Wróćmy jednak do doświadczenia Eliasza i jego wewnętrznego rozbicia, które może być doskonałym obrazem dla naszej życiowej sytuacji – wszystko legło w gruzach: życie rodzinne, praca, kapłaństwo… Historia życia potrafi zawiązać taką pętlę, że wydaje się nam, iż nie ma już z tego wyjścia. W historii Eliasza pojawia się jednak nagle głos ważny dla nas samych: Wstań! Posil się! Droga otwarta!

Historia opowiedziana w pierwszym czytaniu jest nie tyle historią Eliasza, co nade wszystko historią doświadczenia Boga. Prorok szuka Go i odnajduje nie w walce z niewiernymi, w świecie „wielkiej polityki”, ale na pustyni. Właśnie wtedy gdy sam z siebie jest bezradny – Bóg pozwali mu doświadczyć swojej mocy.

Wielu biblistów i komentatorów duchowych widzi w tym skromnym posiłku, którym Eliasz wzmacnia się na drogę obraz Eucharystii.

Jezus przypomina nam często, że jest chlebem życia. To zaproszenie do Eucharystii, podczas której pomaga On nam zwolnić uścisk i zachęca do przekroczenia lęków przed rzuceniem się w miłujące ręce Ojca. Chrześcijanin to człowiek, który – jak pisał Hans Urs von Balthasar – „samego siebie raz na zawsze oddał i przekazał na własność Bogu, w nadziei, że gdy szuka Boga, wszystko będzie inne mu dodane”.

Kiedy myślę o Eucharystii i jej niezwykłej mocy, jakiej Bóg pragnie nam udzielić w naszej drodze przez życie, zawsze wraca mi obraz znanej francuskiej mistyczki i stygmatyczki Marty Robin. Jej życie a zwłaszcza fakt, że kiedy nie mogła już jeść i lekarze wydali na nią wyrok ona karmiąc się jedynie codzienną Eucharystią przeżyła 49 lat. To pokazuje, że dla Boga nie ma nic niemożliwego! Pytanie, czy my wierzymy w tę niezwykłą siłę ukrytą w małym kawałku chleba, w którym Bóg ukrył swoja obecność i przychodzi do nas, aby umocnić nas w naszej słabości.

Eucharystia „jest waszą własną tajemnicą…” – mówił św. Augustyn. Dlatego nie możemy zadowolić się tym, że w każdą niedzielę albo i częściej uczestniczymy we Mszy świętej. Komunia święta to wezwanie do czegoś znacznie więcej: do tego byśmy sami stać się Eucharystią, to znaczy darem i chwałą Boga i darem dla innych; bo „za każdym razem gdy mamy udział w Komunii z Chrystusem, którego przyjmujemy, przemieniamy się w Tego, którego pożywamy” – mawiał św. Leon Wielki.

Chrystus, który ofiarowuje się nam w Eucharystii, w ten sposób daje nam udział w swym własnym życiu i powołaniu. Wzywa nas w ten sposób do odpowiedzi na dar Jego miłości i ofiary, której nie potrafimy zrealizować bez Niego i Jego łaski. Mnie zaś każda Eucharystia, która zachęca nas i daje siły do tego, byśmy zgodnie ze słowami św. Pawła: byli naśladowcami Chrystusa (Ef 5,1) przypomina, że i tak nikt nie znalazł jeszcze lepszej drogi na życie niż ta, którą wskazuje nam Jezus, choć wielu szukało. Nie skorzystać z pójścia tą droga byłoby nie tylko lekkomyślnością ale i głupotą.

Współpatronka Europy

Przeżywamy dzisiaj w Kościele dosyć młode święto, bo ogłoszone przez Ojca Św. Jana Pawła II w 1999 roku. Mowa o święcie Świętej Teresy Benedykty od Krzyża – współpatronce Europy obok św. Benedykta, św. Cyryla i Metodego, św. Brygidy Szwedzkiej i św. Katarzyny ze Sieny. Aby zrozumieć dlaczego św. Jan Paweł II zdecydował się wybrać właśnie tę bliską mu postać jako współpatronkę starego kontynentu spróbuję nakreślić garść refleksji na temat jej życia dzięki którym i niektórzy z nas znajdą w tej niezwykłej postaci inspirację do duchowych przemyśleń, do których bez wątpienia skłania jej droga życia i myśli a może i czegoś więcej…

„Edyta Stein to taki człowiek, który po bliższym poznaniu pozostaje z nami na zawsze. Im więcej się o niej czyta, tym bliższą więź z nią się czuje – pisze ks. Stanisław Roman Ignarski.
Edyta Stein przeszła niezwykłą drogę życiową. Była Żydówką urodzoną we Wrocławiu 12 października 1891 roku, która we wczesnej młodości porzuciła judaizm i uważała się za ateistkę. Późniejsze przemyślenia zbliżyły ją do katolicyzmu. W wieku lat trzydziestu została ochrzczona, a 12 lat później wstąpiła do zakonu karmelitanek bosych. Przyjęła imię zakonne Teresa Benedykta od Krzyża. Żydowskie pochodzenie sprawiło, że dosięgły ją hitlerowskie prześladowania. Dnia 9 sierpnia 1942 roku zamordowano ją w komorze gazowej obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.
Jej droga do Boga to owoc głębokich przemyśleń i trwającego przez całe życie poszukiwania tego, co najważniejsze. Edyta Stein była intelektualistką, doktorem filozofii, asystentką jednego z najwybitniejszych myślicieli XX wieku, Edmunda Husserla. A jednocześnie jej rozważania to nie tylko skomplikowane dociekania naukowe. ”Była prosta z prostymi, a uczona z uczonymi. Bez jakiejkolwiek wyższości szukająca z szukającymi”. I inny cytat oddający sposób w jaki jest postrzegana: ”Edyta Stein jest odpowiedzią na potrzeby wielu dusz” –  napisze o niej znawczyni i tłumaczka jej dzieł, s. Janina Immakulata Adamska OCD
Z kolei św. Jan Paweł II, ogłaszając Edytę Stein patronką Europy, napisał:
„Teresa Benedykta od Krzyża, nie tylko związana była z różnymi krajami Europy, ale całym swoim życiem – jako myślicielka, mistyczka i męczennica – przerzuciła jak gdyby most między swoim żydowskim pochodzeniem a wiarą w Chrystusa, prowadząc z niezawodną intuicją dialog ze współczesną myślą filozoficzną, a na koniec stając się przez męczeństwo – w obliczu straszliwej hańby Shoah – rzeczniczką racji Boga i człowieka. Stała się w ten sposób symbolem przemian dokonujących się w człowieku, kulturze i religii, w których kryje się sam zarodek tragedii i nadziei kontynentu europejskiego…”.
Edyta Stein przez ostatnie lata swego życia jako filozof zajmowała się antropologią. Wojna przerwała jej wykłady, w których szukała prawdy o człowieku, ale Edyta nauczała dalej. Nie słowem, lecz swoim życiem i śmiercią.
Istnieje wiele śladów w biografii Edyty Stein, które wskazują na to, że przeczuwała, co ją czeka. Baronowa von Bodmann pisze w swych wspomnieniach: „Gdy po I wojnie światowej Francuzi przestali okupować Palatynat, tego samego wieczoru przybyły do Spiry przez most na Renie wśród dźwięku dzwonów nasze niemieckie wojska, (…) panna Stein była bardzo poważna i stwierdziła: »Zobaczy Pani, teraz nastąpi prześladowanie Żydów, a następnie prześladowanie Kościoła«”.
Znany jest następujący cytat z końca 1941 roku: „Jestem ze wszystkiego zadowolona. Także z tajemnicy Krzyża, jaka objawia się w moim życiu. Od początku byłam przeświadczona o tym, że tak będzie i powiedziałam z całego serca: Ave Crux, spes mea unica! (Bądź pozdrowiony Krzyżu, jedyna moja nadziejo)”. W 1942 roku, już w Holandii, mówiła przed siostrami o swej wdzięczności za przyjęcie do klasztoru w Echt. Zaraz jednak dodała: „A jednocześnie jestem pewna, że nie mamy tu miejsca trwałego. Nie pragnę niczego innego nad to, aby wola Boża wypełniła się w stosunku do mnie. Od niej zależy, jak długo mnie tu pozostawią i co będzie potem”.
Już wtedy wiedziała o gromadzących się chmurach. We wszystkich jej wypowiedziach przeważa gotowość przyjęcia tego, co miało przyjść. Ludzka pociecha nie była dla niej jedyną. Droga do wiary i znaczenie, jakiego nabrał dla niej Krzyż, były ściśle powiązane.
Słynna jest historia, która wydarzyła się po I wojnie światowej – Edyta nie była jeszcze wtedy katoliczką. Asystent na wydziale filozofii Adolf Reinach, którego „uwielbiała” w pierwszych latach studiów w Getyndze, poległ na wojnie. Edyta miała uporządkować jego spuściznę naukową i obawiała się odwiedzić wdowę po nim. W jej życiu był to moment, w którym nie tylko zrozumiała, co oznacza strata osobista, ale także pojęła okropność wojny, niszczącej tak wielu wartościowych ludzi. W związku z tym była zdziwiona, że wdowa, pani Reinach, jako wierząca chrześcijanka potrafiła się pogodzić z faktem śmierci swojego męża. Opowiadała później: „Było to moje pierwsze spotkanie z Krzyżem i Boską mocą, której udziela swym wiernym. Po raz pierwszy tak wyraźnie zobaczyłam Kościół zrodzony z cierpienia Odkupiciela w swym zwycięstwie nad śmiercią”.
W roku 1939, z okazji uroczystości Podniesienia Krzyża napisała tekst dla swojej wspólnoty. Uroczystość ta jest w Karmelu okazją do odnowienia ślubów. „Ukrzyżowany spogląda na nas i pyta, czy wciąż jeszcze chcemy dotrzymać tego, co przyrzekliśmy mu w godzinę łaski. Z pewnością ma powód, żeby tak pytać. Krzyż jest dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek, znakiem, któremu się sprzeciwia…”. W Oświęcimiu została zamordowana jako Żydówka. Nie znamy żadnych szczegółów jej śmierci.
Jej biografowie zgadzają się co do tego, że przeżywała ogromny wewnętrzny konflikt. Czuła się ciągle oszukiwana przez świat: była niezwykle zdolna, a jednak gdy rozdawano nagrody, Edytę wielokrotnie pomijano. Nie pytała, dlaczego. Była Żydówką – słowo to zaczynało brzmieć jak wyrok. Jak odnotuje w swoich pamiętnikach: „Do końca życia zapamiętam ciepłe słowa dyrektora, który w czasie pomaturalnego komersu rzucił: >>Uderz w kamień, a wytrysną skarby!<<. To była jawna aluzja do mojego nazwiska”. (Stein to po niemiecku kamień.)
W czasie studiów przeżyła potworną depresję. „Słońce zdawało się gasnąć, nawet w pełnym, jasnym dniu – wspominała. – Straciłam zupełnie zaufanie do ludzi; chodziłam jakby zmiażdżona strasznym ciężarem, nie umiałam niczym się cieszyć”. Kiedyś wraz z siostrą o mały włos nie zatruły się przypadkowo gazem. Gdy otworzyła oczy, wyszeptała: „Jaka szkoda! Dlaczego w tej głębokiej ciszy nie pozostawiono nas na zawsze?. Po co mnie odratowaliście?” – pytała z wyrzutem. Dwadzieścia lat później pogodzona z życiem trafiła do komory gazowej. Ale wtedy wiedziała już, że śmierć nie ma nad nią władzy.
Edyta Stein – św. Teresa Benedykta od Krzyża – stała się symbolem przemian dokonujących się w człowieku, kulturze i religii, w których kryje się sam zarodek tragedii i nadziei kontynentu europejskiego.
Ojciec Pierre Petit, benedyktyn, znawca Edyty Stein twierdzi, że jej dzieła są „pomostem ku nowym drogom”; oryginalnym spojrzeniem na wiele kwestii dotyczących współczesnego świata i człowieka. Chodzi tutaj zwłaszcza o zagadnienia prawdy, feminizmu oraz dialogu chrześcijańsko-żydowskiego. Przykład św. Teresy Benedykty od Krzyża pociąga coraz szersze rzesze wiernych świeckich oraz osób konsekrowanych.
Wśród wielu świadectw dotyczących jej życia i osoby na uwagę zasługuje świadectwo osoby żyjącej w świecie dowodzi, która powołując się na życie Św. Teresy Benedykty od Krzyża opisuje je jako żywy, pociągającymi wciąż aktualnym przykładem dla współczesnych, zmagających się z różnorakimi ludzkimi biedami, a jednocześnie nieodwołalnie dążących do coraz bardziej świadomej miłości bliźniego i coraz pełniejszej jedności z Bogiem:
„Poznałam Edytę latem 1998 roku, czytając czasopismo katolickie. Natychmiast zaintrygowała mnie jej postać. Najpierw z powodu zbieżności dat: okazało się, że kanonizacja bł. Teresy Benedykty od Krzyża odbędzie się 11 X 1998 r., a 11 października to dzień moich urodzin! Odczytałam to jako swoisty znak dla mnie. Była osobą bardzo wykształconą, filozofem, „kobietą sukcesu”, a jednak szukała sensu życia. I to poszukiwanie doprowadziło ją do stwierdzenia, że kto szuka prawdy, ten szuka Boga. Uderzający jest jej radykalizm. Jedynym celem jej życia stało się odtąd pełne zjednoczenie z Jezusem. Decyzja przyjęcia chrztu była bardzo trudna ze względu na rodzinę, przede wszystkim na matkę. Ale Edyta nie miała wątpliwości, że ten krok jest właściwy.
Zafascynowało mnie, że ofiarowała się świadomie jako ofiara całopalna za swój naród żydowski. Mogła uniknąć śmierci, ale przeczuwała dla siebie inną drogę. Duże wrażenie wywarła na mnie scena aresztowania. Gdy esesmani przyszli po Edytę – poczerwieniała na twarzy. Wiedziała, że idzie na śmierć. Jej rozpalona twarz i strach, a jednocześnie jej świadoma ofiara to jest coś naprawdę wielkiego – ludzkiego i Bożego zarazem.
Bardzo bliskie mi jest jej rozumienie feminizmu. Jeszcze kiedy byłam młodą dziewczyną, i potem, z biegiem lat, zawsze wiedziałam, że kobieta nie jest „człowiekiem drugiej kategorii”, a w wielu dziedzinach przewyższa mężczyznę. Poznając Edytę, odkryłam, że jest osobą, która mówi o „nowym feminizmie”. Feminizm, który niesie świat, prowadzi do buntu, nowy feminizm uczy pokory. Jak można wykorzystać tę nowo odkrytą wizję feminizmu? Mogę się w pełni zrealizować jako żona, jako matka, jako właściciel małej firmy, w pełnym poczuciu swojej wartości (choć oczywiście również wad), i to nie powoduje agresji w stosunku do płci przeciwnej, ale prowadzi do pełnej jedności, do współpracy z mężczyzną, do harmonii. Efekt jest więc odwrotny: zamiast buntu – kocha się drugiego człowieka. A to wiedzie do jedności z Bogiem i pozwala się prawdziwie rozwijać. Patrząc pod kątem rodziny, można powiedzieć, że stary feminizm to rozpad rodziny, a nowy – to rodzina scalona, taka, jakiej pragnie Bóg.
Później dzięki Edycie poznałam kolejną postać: św. Teresę. Edyta kierowała mną, szłam jakby jej drogą. Prowadzi mnie wciąż do Boga i pomaga w codziennym życiu. Pewnego rodzaju pomocy doświadczyłam nawet od matki Edyty – Augusty Stein. Był czas, kiedy musiałam bardzo dużo pracować. Wówczas myśl o tej kobiecie dodawała mi otuchy. Zostawszy wdową, przejęła interes (handel drewnem) po mężu. Mimo tak trudnego wyzwania i odpowiedzialności za liczne potomstwo, dawała sobie radę. Żadne z dzieci nie zaznało niedostatku, ale też uczone były oszczędności i szacunku do dóbr materialnych, a zarazem dystansu do nich. To wartości, które ja także staram się przekazywać moim dzieciom. Mam również przeświadczenie, że w najtrudniejszym okresie życia, kiedy dotknęło moją rodzinę bezrobocie, to właśnie Edyta zaniosła Bogu moją modlitwę o pracę, wypowiedzianą w dniu jej wspomnienia, 9 sierpnia. Jest mi bardzo bliska”. (E.A.B.)
Nauczanie św. Teresy Benedykty od Krzyża – Edyty Stein, jakkolwiek nie znane jeszcze tak powszechnie jak np. orędzie terezjańskie, zaczyna docierać do coraz to odleglejszych zakątków świata i wywiera niezatarty wpływ na duchowość przełomu XX i XXI stulecia. Potwierdza to tłumaczenie jej pism na coraz to liczniejsze języki.
Nadto faktem ogromnej wagi jest ogłoszenie jej przez papieża św. Jana Pawła II w 1999 roku współ-patronką Europy.
„Doktorzy Kościoła – napisał we wstępie do książki Jeana Huscenota cytowany już benedyktyn ojciec Pierre Petit – nie odsłaniają całej istoty ewangelicznego orędzia, lecz są raczej pomostem ku nowym drogom, które nie tyle nam wskazują, ile pozostawiają do odkrycia pod kierunkiem naszego jedynego Nauczyciela – Ducha Świętego. Nie zmuszają nas do wyruszenia w drogę, ani nami nie sterują, lecz są drogowskazem, który zachęca nas do wędrowania i do osiągnięcia celu. Zapraszają nas w podróż, do przeżycia przygody. Mówią nam: Nie bójcie się! Poczujcie udeptane drogi, podnieście żagle! – tak jak Jezus mówiący do Piotra: Wypłyń na głębię! (Łk 5,4). Pokazują nam Jezusa. (…) Jest to Jezus odkrywany zawsze na nowo, o milionach twarzy, jedyny i dla każdego”.
Edyta Stein też odkryła „swojego” Jezusa; odkryła Go w określanej przez siebie Kreuzeswissenschaft, czyli Wiedzy Krzyża, potwierdzonej doświadczeniem w swojej osobistej „drodze krzyża”, którą napisała swoim życiem i męczeńską śmiercią, bo jak sama często mówiła do swoich sióstr z Karmelu „Prawdziwą naukę Krzyża zdobywa się tylko wtedy, gdy się samemu do głębi tego Krzyża doświadczy”.
Tą wiedzą Krzyża i tym doświadczeniem Krzyża, który jest zwycięstwem, tą mądrością Krzyża pragnie dzielić się dzisiaj ze wszystkimi” – mówił św. Jan Paweł II w dniu jej kanonizacji. Sądzę, że jej orędzie jest jeszcze wciąż do odkrycia…
(W tekście znalazły się cytaty zaczerpnięte z: EDYTA STEIN – S. TERESA BENEDYKTA OD KRZYŻA OCD, Światłość w ciemności, Kraków 1977, tom I, s. 280; PRAŚKIEWICZ SZCZEPAN T., Dwie kluczowe postacie kobiece w pontyfikacie Jana Pawła II, w: Życie Karmelu, 7 (1999); GROŃ RYSZARD, Fenomen doktora Kościoła w historycznym rozwoju, w: Duchowość na progu trzeciego tysiąclecia, Lublin 1999; oraz HUSCENOT JEAN,  Teologia dei Santi, Częstochowa 2002; TERESA BENEDYTKTA OD KRZYŻA, Twierdza duchowa, Zysk i S-ka, 2006; Edyta Stein. Siostra Teresa Benedykta od Krzyża. Filozof i karmelitanka – opracowanie na podstawie wspomnień i listów przez s. Teresę Renatę od Ducha Świętego, Paris 198)

Jednoczący wymiar medytacji

„Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida…” (Mt 15,21)

Spotkanie człowieka z Bogiem dokonuje się zawsze w ramach określonej historii. Jest to historia indywidualna naznaczona sukcesami, ale i dramatami, momentami radości i smutku. Bohaterka dzisiejszej perykopy ewangelicznej jest poganką, która w opinii otaczających Jezusa Izraelitów nawet nie zasługuje by rozmawiać z Mistrzem a już na poeno by o coś prosić i uzyskać łaskę. A mimo to decyduje się na przełamanie kulturowego i religijnego tabu. List do Hebrajczyków powie: „Wiara zaś jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy (Hbr 11, 1). Nie konkretyzuje on jaka wiara. Dla Boga ważniejsze niż wszelkie ludzkie uwarunkowania jest przede wszystkim ludzkie serce. Pismo święte mówi, że kiedy Abraham uwierzył, stał się ojcem wszystkim wierzących. Także tych, których wiara różni się w wielu aspektach od naszej. Mam znajomych, którzy są alpinistami, wspinającymi się na wszystkie szczyty różnych gór świata i gdy wyjeżdżają na kolejna eskapadę proszą o błogosławieństwo kapłana czy biskupa, ale czasem, jak opowiadają otrzymują też błogosławieństwo i uczestniczą w modlitwie o pomyślność ich wypraw prowadzonych przez np. tybetańskich lamów. Czy to źle? Czy to już przejaw indyferentyzmu czy raczej wiary, która przekracza religijne i kulturowe uwarunkowania? Mnie samemu zdarzało się w ramach dialogu międzyreligijnego, w którym uczestniczę otrzymać błogosławieństwo od lamy czy też zapewnienie o modlitwie od buddyjskiego mnicha czy muzułmańskiego imama. Czy powinienem odmówić, traktując tę propozycję jako zdradę religijnej ortodoksji? Nigdy nie wątpiłem, że modlitwa człowieka świątobliwego, nawet takiego, który reprezentuje inną religię nie może przynieść zła. Razem bowiem poszukujemy Boga, choć w tych poszukiwaniach podążamy innymi drogami.

Myślę, że podobnie na tę kobietę z Kanaanu patrzył Jezus, który pomimo pierwszego odruchu, jakim była odmowa uznania jej prośby (co nie mam wątpliwości uczynił tylko po to, aby odsłonić przed innymi prawdę jej serca, która sam dobrze znał) ostatecznie ukazuje niezwykłą moc i wartość jej wiary, choć przecież nic nie wiemy, aby ta sytuacja nawróciła ją na judaizm.

Jest jeszcze jeden aspekt tego dzisiejszego spotkania Jezusa z kobietą kananejską, na który warto zwrócić uwagę. Mam na myśli sposób, w jaki zwraca się ona do Jezusa: „Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida!” Czy nic nam te słowa nie przypominają? Przecież właśnie używając takiego określenia zwracał się do Jezusa niewidomy spod Jerycha a jego wołanie stało się kanwą Modlitwy Jezusowej.

To właśnie takie proste postacie – bohaterowie codziennych spotkań z Jezusem na kartach Pisma Świętego uczą nas, że skuteczna modlitwa jest przede wszystkim wytrwała.

Trwanie przy Jezusie i Jego Imieniu jest jednak nie tyle wzywaniem Go, co raczej stwierdzeniem Jego obecności – tego, który już i zawsze jest w nas i przy nas. Oczywiście sens naszej modlitwy jest jeszcze głębszy, bo od objawienie przyniesionego przez Jezusa, my wiemy więcej niż wiedziała np. kobieta kananejska czy niewidomy spod Jerycha. Wiemy bowiem, że odwołując się do Imienia Jezus otwieramy się nie tylko na Osobę samego Jezusa, ale uczestniczymy zarazem w Jego wspólnocie z Ojcem i Duchem Świętym i zarazem ze wszystkimi wierzącymi w Niego.

Mówienie o tym aspekcie w doświadczeniu medytacji jest niezwykle istotne, gdyż jest ona drogą pozwalającą właśnie na realizowanie tej głębszej i wielowymiarowej jedności, na doświadczanie jej; a jednocześnie staje się sposobem, by pod wpływem tego jednoczącego wymiaru medytacji wciąż pozostawać, co pozwala nam się w praktyce otwierać nie tylko na obecność Boga w naszym życiu, ale także na obecność innych osób, unikając zgubnego oceniania i szufladkowania ich. Trwanie przy Jezusie staje się zatem okazją do szukania i doświadczenia tego o co On sam tak usilnie się modlił: „Aby wszyscy byli jedno”. Warto tego wymiaru medytacji być świadomym, by go nie przeoczyć i nie zaniedbać. 

Przemienienie – Zaproszenie

Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Nie wiedział bowiem, co należy mówić, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie. I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy powstać z martwych. (Mk 9,2-10)

Wstępowanie na górę, przebywanie na niej posiada w Biblii głębokie znaczenie. O ile na górę Synaj zstępuje Jahwe, Bóg odległy i niedostępny dla prostego Izraelity, o tyle na górach, które wybiera Jezus objawia się Bóg – Człowiek, do którego może przystąpić każdy. Góry, na które wstępuje Jezus, nie są niedostępnymi szczytami, ale otwartą przestrzenią, na którą zaprasza wszystkich spragnionych miłości i prawdy.

Można powiedzieć, że wstępowanie na górę jest też obrazem życia duchowego będącym  wiernym kroczeniem za z Jezusem nie tylko na górę Przemienienia, ale również na górę walki wewnętrznej (której symbolem jest Góra Oliwna) i górę męki i cierpienia (której symbolem jest Kalwaria). Naśladowanie Jezusa jest wiernym podążaniem za Mistrzem – w chwilach radości, cierpienia i trudu oraz chwały.

Na górze Tabor Jezus przemienił się w obecności uczniów. Jego zmieniony wygląd jest symbolem tego, co działo się w Jego wnętrzu; bliskości i całkowitej więzi z Ojcem. Lśniąco białe szaty Jezusa są natomiast promieniowaniem boskości. Wszystko w Nim jest jasne, czyste, świetlane, objawia piękno i światło Boga. Św. Łukasz podkreśla, że przemienienie miało miejsce w czasie modlitwy. Ewangelia chce nam w ten sposób uzmysłowić, że tym, co nas przemienia jest modlitwa, czyli to, co buduje naszą relację z Bogiem. Dzięki niej wszystko w naszym życiu może stać się jasne, przejrzyste, czyste. Głęboka relacja z Bogiem, dzięki której odkrywamy prawdę o sobie i o Bogu, który jest miłością sprawia, że znika potrzeba sięgania po różne maski, iluzje. Musimy zmierzyć się naturalnie z prawdą o naszej słabości, ale to właśnie ona staje się szansą doświadczenia mocy Bożej, o czym zaświadcza na podstawie własnych przeżyć św. Paweł.

Przemienienie Jezusa na górze Tabor dokonało się w obecności Mojżesza i Eliasza. Według tradycji żydowskiej ich pojawienie się miało być znakiem czasów mesjańskich.

Obecność mężów Bożych rodzi w Apostołach uczucia ambiwalentne. Z jednej strony duchową fascynację. Piotr chce utrwalić ten moment i zbudować trzy namioty dla Jezusa, Mojżesza i Eliasza. Propozycja Piotra nie jest wyrazem zakłopotania, lecz nawiązuje do historii Izraela, która mówi o tym, że przebywanie w obecności Boga odbywało się właśnie w Namiocie Spotkania.

Z drugiej strony w uczniach pojawia się lęk, strach, świadomość bóstwa Jezusa i dystansu, jaki dzieli uczniów od Niego. Ambiwalentne uczucia uczniów są wynikiem mistycznego obcowania z tajemnicą świętości i wielkości Boga, a z drugiej strony doświadczeniem Jego bliskości, która rodzi przyjaźń: Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego (J 15, 14-15).

Przemienienie Pańskie to zaproszenie skierowane do nas przez Chrystusa do wstępowania z Nim na szczyty życia wewnętrznego, do odkrywania przemieniającej mocy modlitwy, wreszcie do wzrastania w świadomości, że doświadczenie Bożej obecności w naszym życiu może stawać się w każdym położeniu źródłem naszej radości, której nikt i nic nie zdoła nam odebrać.

Co w życiu jest najważniejsze?

„Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, ale dlatego, że jedliście chleb do sytości. Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki, a który da wam Syn Człowieczy; Jego to bowiem pieczęcią swą naznaczył Bóg Ojciec”. (J 6,26-27)

Pierwsze czytanie dzisiejszej niedzieli to fragment Księgi Wyjścia opisującej wyjście Izraelitów z niewoli egipskiej. Opisuje pewien epizod na pustyni, po przejściu Morza Czerwonego, po odzyskaniu wolności.

Chcąc dobrze zrozumieć sens tej historii cofnijmy się o piętnaście rozdziałów, do początków księgi. Mamy tam opis sytuacji Izraelitów w Egipcie: „Egipcjanie bezwzględnie zmuszali synów Izraela do ciężkich prac i uprzykrzali im życie uciążliwą pracą przy glinie i cegle oraz różnymi pracami na polu. Do tych wszystkich prac przymuszano ich bezwzględnie. Potem do położnych u kobiet hebrajskich (…) powiedział król egipski te słowa: Jeśli będziecie przy porodach kobiet hebrajskich, to patrzcie na płeć noworodka. Jeśli będzie chłopiec, to winnyście go zabić, a jeśli dziewczynka, to zostawcie ją przy życiu.” (Wj 1,13-16)

Zatem była to niewolnicza praca w polu i przy wyrobie cegieł. Do tych prac zmuszano ich bezwzględnie. Chodziło nawet nie o efekty ich pracy, o te cegły, ale o to, by ciężką pracą ich zniszczyć. Gdy to nie dało rezultatów posunięto się do decyzji o fizycznej eksterminacji. Każdy narodzony chłopiec miał być mordowany.

Ludzie wołali w swym nieszczęściu do Boga i Bóg ich wysłuchał, wyprowadził z niewoli, dał wolność, swoje przymierze i obietnicę ziemi do której szli.

Jakie wspomnienia wynieśli Izraelici z Egiptu? To dzisiejsze pierwsze czytanie jest świadectwem: „Zasiadaliśmy [w Egipcie] przed garnkami mięsa i jedliśmy chleb do sytości!” (por. Wj 16,3)

Dziwne prawda? Dziwne, ale prawdziwe. Zapomniano o ucisku, upokorzeniu, zabijaniu chłopców a pamięć przechowała tylko garnek pełen mięsa i bochenek chleba.

To opowieść ukazująca smutną prawdę o ludzkiej naturze. Prawdę uniwersalną, bo i w Ewangelii mamy wyrzut Jezusa dotyczący tej samej kwestii: „W odpowiedzi rzekł im Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, żeście widzieli znaki, ale dlatego, żeście jedli chleb do sytości.” (J 6,26)

Rozmnożył wcześniej chleb i ryby i to wzbudziło taki entuzjazm ludzi. Ewangelia zapisuje: Ludzie „mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem”. (J 6,15)

Generalnie to król jest po to, by panować, a tu zapowiadało się, że król będzie porwanym niewolnikiem. Niewolnikiem od dawania chleba. Gorzej tylko, gdyby spróbował nie zaspokoić ludzkich pragnień!

Ludziom bardzo łatwo sprzedać swoją wolność, swoje myślenie, swoje marzenia i tęsknoty za ów przywołany dzisiaj garnek mięsa, chleb czy miskę soczewicy.

Nie osądzajmy jednak zbyt pochopnie Izraelitów. Zapytajmy samych siebie, czy my nie jesteśmy podobni do nich?

Czy my, ponad wszystko, nie cenimy własnej wygody, bezpieczeństwa, dostatku, ciepłej wody w kranie, świętego spokoju?

Wszystko to może być niekiedy słusznym dążeniem i mamy prawo sądząc po ludzku starać się o nie. Jednak nie za każdą cenę! Nie za cenę wolności, nie za cenę zdrady wyższych wartości.

Dzisiejsza liturgia słowa to w zasadzie pytanie o to, co w życiu najważniejsze?

Ludzie często zabijają się dla pieniędzy, dla kariery, ale nam chyba nie o takie wartości chodzi.

Spróbujmy podsłuchać ludzi jak składają sobie życzenia. Mówią często: „życzę ci zdrowia, bo zdrowie jest najważniejsze”.

Więc może tym co w życiu najważniejsze jest właśnie zdrowie?

Ktoś jednak powie, że samo życie, choćby kulawe, ułomne i chore właśnie, jest jeszcze większą wartością.

Więc jak to jest? Co jest w tym naszym życiu najważniejsze?

Najpierw zajmijmy się zdrowiem. Zdrowie jest wielką wartością, należy o nie dbać, chronić i zabiegać. Czy jednak jest największą wartością? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć  anegdota opowiedziana kiedyś przez Anthonego de Mello:

„Jesteś chory, nic nie pomaga, jest coraz gorzej. I oto staje przed tobą diabeł i obiecuje – dam ci zdrowie, ale ty daj swoją duszę. Co zrobisz?

Nie wiem co zrobisz, ale nie powinieneś sprzedawać diabłu swego życia wiecznego, nawet przyjmując w konsekwencji cierpienie w chorobie do końca życia.”

Zapytajmy zatem o życie. Życie jest jeszcze większą wartością niż zdrowie, należy o nie dbać, chronić i rozwijać. Czy życie jest jednak największą wartością?

Czy wiedząc o tym, że ceną za twoje życie będzie życie innych ludzi, masz prawo taką cenę zapłacić? Czy żołnierz wpadając w ręce wroga ma prawo wydać swoich współtowarzyszy na śmierć?

Nie ma prawa, bo życie – nawet to nasze własne – nie jest wartością absolutną.

Co jest w życiu najważniejsze?

Nie chcę odpowiadać na to pytanie. Nie chcę dawać Ci gotowych odpowiedzi. Na tak postawione pytanie każdy z nas powinien odpowiedzieć sam.

I jeszcze jedno: nie mamy udzielać odpowiedzi na pytanie: „Co w twoim życiu POWINNO być najważniejsze?, ale na pytanie:  „Co faktycznie JEST w twoim najważniejsze?”

Czy potrafisz odpowiedzieć na tak postawione pytanie szczerze?

A jeśli już odpowiesz „CO JEST W TWOIM ŻYCIU NAJWAŻNIEJSZE” wtedy pomyśl co w twoim życiu POWINNO być najważniejsze – pomyśl i porównaj to z tym, czego uczy Jezus i Ewangelia. I wyciągnij wnioski…