Jam jest chleb życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata”. (J 6,50-51)
Odwiedzając kiedyś mojego kolegę pracującego na podwarszawskiej parafii w Lesznie miałem okazję porozmawiać z pewnym mężczyzną z zawodu akrobatą cyrkowy i nauczycielem w tej dziedzinie ze słynnej szkoły cyrkowej w Julinku, która znajduje się właśnie blisko Leszno. Mówiąc o swoim doświadczeniu wyznał, że: „Ciągle mnie dziwi, to, że wszyscy mnie oklaskują, bo wydaje im się, że gdy wykonuję te skoki i salta na wysokości, jestem bohaterem. Ale prawda jest taka, że prawdziwymi bohaterami są ci, którzy łapią akrobatów wykonujących trudne ewolucje. Jedyne, co ja muszę zrobić, to wyciągnąć ręce i ufać, że tam na miejscu będzie ten, który ma mnie pochwycić”.
To wyznanie jest dobrym obrazem dla naszej relacji z Bogiem. Tak, jak akrobata w pewnym momencie musi puścić drążek, by osiągnąć zamierzony cel, tak chrześcijanin powinien zrezygnować z upartego trzymania się własnego planu na życie, w którym nad wszystkim próbuje drobiazgowo zapanować. Do znudzenia powtarzamy sobie, że warto całkowicie powierzyć się Panu Bogu, a w rzeczywistości kurczowo trzymamy się ułożonego przez nas scenariusza. Jak wielką iluzją jest zdolność kontrolowania przez nas rzeczywistości chyba nikomu nie trzeba udowadniać; boleśnie przekonujemy się o tym w chwilach trudności i kryzysów, bez których przecież nie sposób przeżyć życia. Jezus natomiast mówi: „Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał”. Jednak żeby Bóg mógł nas pociągnąć w swoją stronę, trzeba najpierw oderwać się od tego, czego się często tak kurczowo trzymamy, co jest przyziemne: od obaw związanych z przyszłością i niezabliźnionych ran z przeszłości. Nie chodzi o infantylną beztroskę czy wypieranie z pamięci bolesnych zdarzeń. Chodzi o głęboką świadomość, że – bez względu na to, jak trudne i zawiłe jest nasze życie – Bóg czuwa nad każdym naszym ruchem i w odpowiednim momencie złapie nas i pociągnie do siebie. Największe cierpienia człowieka nie pochodzą zazwyczaj z przykrych doświadczeń, lecz z braku prostej ufności w Bożą opiekę i z tego, że Bóg jest mocniejszy od tych zranień i ma moc na nich zbudować piękną historię.
Dobrym przykładem na to jest historia proroka Eliasza z dzisiejszego pierwszego czytania.
Ten mocny i odważny człowiek, prorok jak ogień – jak nazywa go autor Księgi Syracha (Syr. 48, 1) – staje się pełnym lęku i zniechęcenia uciekinierem przed… kobietą (por. 1 Krl 19, 1-4). Odsłania się przed nami jego ludzkie oblicze: opadł z sił, dopadła go depresja. Pustynia staje się dla niego miejscem ucieczki i oczekiwania na upragnioną śmierć.
I właśnie ta totalna frustracja proroka, kryzys duchowy jaki przeżywa staje się miejscem doświadczenia bliskości Boga, który jest Bogiem pociechy. Odnawia On siły Eliasza, karmiąc go chlebem. Bóg pochyla się nad złamanym Eliaszem i daje mu moc, by pokonał siebie i szedł czterdzieści dni na pustyni do góry Horeb – góry będącej symbolem spotkania z Bogiem. Kierunek jego wędrówki nie jest przypadkowy. To właśnie na tej górze za czasów Mojżesza rozpoczęło się budowanie wspólnoty między Bogiem a Narodem Wybranym. Tam teraz wszystko rozpocznie się na nowo dla Eliasza. To zachęta, abyśmy w chwilach prób zwracali się do Boga i wracali do początków, jak mówi autor Apokalipsy, do prawdy o pierwotnej miłości Boga ku nam, która zawsze jest źródłem sił i nadziei. Kryzysy duchowe stają się zawsze pokusą by od tej pierwotnej miłości odejść i zapomnieć na rzecz pogrążenia się w jakimś smutku czy frustracji (por. Ap. 2,4).
Wróćmy jednak do doświadczenia Eliasza i jego wewnętrznego rozbicia, które może być doskonałym obrazem dla naszej życiowej sytuacji – wszystko legło w gruzach: życie rodzinne, praca, kapłaństwo… Historia życia potrafi zawiązać taką pętlę, że wydaje się nam, iż nie ma już z tego wyjścia. W historii Eliasza pojawia się jednak nagle głos ważny dla nas samych: Wstań! Posil się! Droga otwarta!
Historia opowiedziana w pierwszym czytaniu jest nie tyle historią Eliasza, co nade wszystko historią doświadczenia Boga. Prorok szuka Go i odnajduje nie w walce z niewiernymi, w świecie „wielkiej polityki”, ale na pustyni. Właśnie wtedy gdy sam z siebie jest bezradny – Bóg pozwali mu doświadczyć swojej mocy.
Wielu biblistów i komentatorów duchowych widzi w tym skromnym posiłku, którym Eliasz wzmacnia się na drogę obraz Eucharystii.
Jezus przypomina nam często, że jest chlebem życia. To zaproszenie do Eucharystii, podczas której pomaga On nam zwolnić uścisk i zachęca do przekroczenia lęków przed rzuceniem się w miłujące ręce Ojca. Chrześcijanin to człowiek, który – jak pisał Hans Urs von Balthasar – „samego siebie raz na zawsze oddał i przekazał na własność Bogu, w nadziei, że gdy szuka Boga, wszystko będzie inne mu dodane”.
Kiedy myślę o Eucharystii i jej niezwykłej mocy, jakiej Bóg pragnie nam udzielić w naszej drodze przez życie, zawsze wraca mi obraz znanej francuskiej mistyczki i stygmatyczki Marty Robin. Jej życie a zwłaszcza fakt, że kiedy nie mogła już jeść i lekarze wydali na nią wyrok ona karmiąc się jedynie codzienną Eucharystią przeżyła 49 lat. To pokazuje, że dla Boga nie ma nic niemożliwego! Pytanie, czy my wierzymy w tę niezwykłą siłę ukrytą w małym kawałku chleba, w którym Bóg ukrył swoja obecność i przychodzi do nas, aby umocnić nas w naszej słabości.
Eucharystia „jest waszą własną tajemnicą…” – mówił św. Augustyn. Dlatego nie możemy zadowolić się tym, że w każdą niedzielę albo i częściej uczestniczymy we Mszy świętej. Komunia święta to wezwanie do czegoś znacznie więcej: do tego byśmy sami stać się Eucharystią, to znaczy darem i chwałą Boga i darem dla innych; bo „za każdym razem gdy mamy udział w Komunii z Chrystusem, którego przyjmujemy, przemieniamy się w Tego, którego pożywamy” – mawiał św. Leon Wielki.
Chrystus, który ofiarowuje się nam w Eucharystii, w ten sposób daje nam udział w swym własnym życiu i powołaniu. Wzywa nas w ten sposób do odpowiedzi na dar Jego miłości i ofiary, której nie potrafimy zrealizować bez Niego i Jego łaski. Mnie zaś każda Eucharystia, która zachęca nas i daje siły do tego, byśmy zgodnie ze słowami św. Pawła: byli naśladowcami Chrystusa (Ef 5,1) przypomina, że i tak nikt nie znalazł jeszcze lepszej drogi na życie niż ta, którą wskazuje nam Jezus, choć wielu szukało. Nie skorzystać z pójścia tą droga byłoby nie tylko lekkomyślnością ale i głupotą.
„Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida…” (Mt 15,21)
Spotkanie człowieka z Bogiem dokonuje się zawsze w ramach określonej historii. Jest to historia indywidualna naznaczona sukcesami, ale i dramatami, momentami radości i smutku. Bohaterka dzisiejszej perykopy ewangelicznej jest poganką, która w opinii otaczających Jezusa Izraelitów nawet nie zasługuje by rozmawiać z Mistrzem a już na poeno by o coś prosić i uzyskać łaskę. A mimo to decyduje się na przełamanie kulturowego i religijnego tabu. List do Hebrajczyków powie: „Wiara zaś jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy (Hbr 11, 1). Nie konkretyzuje on jaka wiara. Dla Boga ważniejsze niż wszelkie ludzkie uwarunkowania jest przede wszystkim ludzkie serce. Pismo święte mówi, że kiedy Abraham uwierzył, stał się ojcem wszystkim wierzących. Także tych, których wiara różni się w wielu aspektach od naszej. Mam znajomych, którzy są alpinistami, wspinającymi się na wszystkie szczyty różnych gór świata i gdy wyjeżdżają na kolejna eskapadę proszą o błogosławieństwo kapłana czy biskupa, ale czasem, jak opowiadają otrzymują też błogosławieństwo i uczestniczą w modlitwie o pomyślność ich wypraw prowadzonych przez np. tybetańskich lamów. Czy to źle? Czy to już przejaw indyferentyzmu czy raczej wiary, która przekracza religijne i kulturowe uwarunkowania? Mnie samemu zdarzało się w ramach dialogu międzyreligijnego, w którym uczestniczę otrzymać błogosławieństwo od lamy czy też zapewnienie o modlitwie od buddyjskiego mnicha czy muzułmańskiego imama. Czy powinienem odmówić, traktując tę propozycję jako zdradę religijnej ortodoksji? Nigdy nie wątpiłem, że modlitwa człowieka świątobliwego, nawet takiego, który reprezentuje inną religię nie może przynieść zła. Razem bowiem poszukujemy Boga, choć w tych poszukiwaniach podążamy innymi drogami.
Myślę, że podobnie na tę kobietę z Kanaanu patrzył Jezus, który pomimo pierwszego odruchu, jakim była odmowa uznania jej prośby (co nie mam wątpliwości uczynił tylko po to, aby odsłonić przed innymi prawdę jej serca, która sam dobrze znał) ostatecznie ukazuje niezwykłą moc i wartość jej wiary, choć przecież nic nie wiemy, aby ta sytuacja nawróciła ją na judaizm.
Jest jeszcze jeden aspekt tego dzisiejszego spotkania Jezusa z kobietą kananejską, na który warto zwrócić uwagę. Mam na myśli sposób, w jaki zwraca się ona do Jezusa: „Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida!” Czy nic nam te słowa nie przypominają? Przecież właśnie używając takiego określenia zwracał się do Jezusa niewidomy spod Jerycha a jego wołanie stało się kanwą Modlitwy Jezusowej.
To właśnie takie proste postacie – bohaterowie codziennych spotkań z Jezusem na kartach Pisma Świętego uczą nas, że skuteczna modlitwa jest przede wszystkim wytrwała.
Trwanie przy Jezusie i Jego Imieniu jest jednak nie tyle wzywaniem Go, co raczej stwierdzeniem Jego obecności – tego, który już i zawsze jest w nas i przy nas. Oczywiście sens naszej modlitwy jest jeszcze głębszy, bo od objawienie przyniesionego przez Jezusa, my wiemy więcej niż wiedziała np. kobieta kananejska czy niewidomy spod Jerycha. Wiemy bowiem, że odwołując się do Imienia Jezus otwieramy się nie tylko na Osobę samego Jezusa, ale uczestniczymy zarazem w Jego wspólnocie z Ojcem i Duchem Świętym i zarazem ze wszystkimi wierzącymi w Niego.
Mówienie o tym aspekcie w doświadczeniu medytacji jest niezwykle istotne, gdyż jest ona drogą pozwalającą właśnie na realizowanie tej głębszej i wielowymiarowej jedności, na doświadczanie jej; a jednocześnie staje się sposobem, by pod wpływem tego jednoczącego wymiaru medytacji wciąż pozostawać, co pozwala nam się w praktyce otwierać nie tylko na obecność Boga w naszym życiu, ale także na obecność innych osób, unikając zgubnego oceniania i szufladkowania ich. Trwanie przy Jezusie staje się zatem okazją do szukania i doświadczenia tego o co On sam tak usilnie się modlił: „Aby wszyscy byli jedno”. Warto tego wymiaru medytacji być świadomym, by go nie przeoczyć i nie zaniedbać.