Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Najświętsze Serce Jezusa i duchowość serca

Choć świat i ludzka wrażliwość się zmieniają, jedno pozostało niezmienne – serce wciąż jest dla nas bardzo czytelnym znakiem, wymownym symbolem – prostym, powszechnym, przemawiającym bez zbędnych słów: jest po prostu znakiem miłości. Otwarte serce Jezusa rozumiemy i przyjmujemy tak samo, jak słowa Ewangelii: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna dał…” (J 3,16), czy po prostu „Bóg jest miłością” (1 J 4, 16).

Kardynał Ratzinger, który temat kultu Serca Jezusowego podejmuje w książce „Tajemnica Jezusa Chrystusa” pisze: „ześrodkowana w sercu pobożność odpowiada obrazowi chrześcijańskiego Boga, który ma Serce. To jest streszczenie historii miłości Boga do człowieka”.

Znamy dobrze ewangeliczny opis umiłowanego ucznia, który spoczywając na piersi Jezusa wsłuchuje się w Jego serce.

„Jeden z uczniów Jego – ten, którego Jezus miłował – spoczywał na Jego piersi” (J 13,23)

Ten obraz ukazuje istotę kultu Najświętszego Serca na dziś, na nasze czasy – wsłuchanie się w Serce Jezusa.

Tradycja chrześcijańska mówi o tym, że Serce Jezusa oznacza iż – jeszcze raz cytując Ratzingera – „Bóg w swojej paradoksalnej miłości przekroczył samego siebie i wszedł w ciało, a przez to w mękę ludzkiego bytu”.

Można powiedzieć, że w kulcie Jezusowego Serca odnajdujemy to, co już wcześni Ojcowie Kościoła określali, jako duchowość serca (Ewargiusz, Jan Kasjan), która jak prorokował znany niemiecki teolog żyjący w ubiegłym stuleciu, Karl Rahner będzie lekarstwem na kryzys wiary we współczesnym świecie. Do duchowość, która zachęca do powrotu do centrum, do serca – miejsca obecności i spotkania z Bogiem w nas. A zmarły niedawno brat Morris Maurn dodawał: „ Serce człowieka jest tym punktem, w którym wszystko jest zogniskowane, punktem, z którego wszystko wypływa, centrum całego życia chrześcijańskiego, tak jak centrum i źródłem życia Kościoła jest Serce Chrystusa. Tylko wtedy, gdy na nowo zanurzymy się w źródle, będziemy mieć siły niezbędne, aby z jednej strony konfrontować się ze światem współczesnym, a z drugiej do niego się dostosować pozostając jednocześnie wolnymi”.

Powyższe słowa wydają się potwierdzać, że to właśnie w kontemplacji Jezusowego Serca współczesny człowiek może odnaleźć lekarstwo na odnowę swojego serca i odnowę świata. Odwołując się do Bożego Serca, duchowość serca stawia w centrum antropologię osoby w jej jedności i integralności oraz w relacji do jej transcendentnego celu. Jej pielęgnowanie prowadzi człowieka do ożywienia w sobie wewnętrznych uczuć Chrystusa, do wniknięcia w tajemnicę Jego miłości i Jego życia wewnętrznego. To jest dokładnie to o czym mówił św. Jan Paweł II, że „Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie”.

Duchowość o której mówimy stanowi zatem punkt wyjścia do przemiany serca człowieka. Nie wyrywa go ona z realnego świata, ale pozwala przekształcić jego serce na wzór Serca Bożego. W ten sposób zostaje przywrócona właściwa hierarchia systemu wartości człowieka, zostaje podkreślona waga modlitwy, miłości, co prowadzi do coraz głębszego zjednoczenia z Bogiem, które jest celem jego życia i powołania.

Prawdziwy kult Najświętszego Serca Jezusowego pozwala człowiekowi odkryć Boga, który darzy go miłością i oczekuje jej odwzajemnienia. Dzięki temu bariery stawiane człowiekowi na drodze do Stwórcy zostają przezwyciężone poprzez miłość, która niesie z sobą przebaczenie i ufność.

Jezusowe wołanie: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych” (Mt 11,28-29), zachowuje nieustannie swoją aktualność. Wskazuje ono także na istotę duchowości Bożego Serca. Jedynie w prawdziwej miłości, która chętnie podejmuje wyrzeczenie, wynagradza za oziębłość i jest gotowa do ofiar, człowiek może w pełni zrealizować samego siebie, odnaleźć pokój serca oraz swoje szczęście.

Wezwanie do powrotu do duchowości serca nie jest jakimś sentymentalnym marzeniem. Jest ono koniecznością chwili obecnej, stanowi wyzwanie aktualnych czasów, które domagają się od chrześcijan świadectwa żywej wiary, której fundamentem jest miłość.

Skupić się na jednym

Dziękuję Bogu, któremu służę jak moi przodkowie z czystym sumieniem, gdy zachowuję nieprzerwaną pamięć o tobie w moich modlitwach. W nocy i we dnie pragnę cię zobaczyć. Z tej właśnie przyczyny przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie przez włożenie moich rąk. Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia. Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga. On nas wybawił i wezwał świętym wezwaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami. (2 Tm 1,3.6-9)

Ten list można nazwać testamentem Apostoła Narodów. Patrzy on na całe swoje życie i posługiwanie dla Ewangelii. Widzi swoje sukcesy i porażki. Wie, że dał z siebie wszystko, aby innym głosić Jezusa.

Lubię czytać i rozważać listy św. Pawła, ponieważ jest w nich autentyczny. Nie boi się  odkrywać swojego serca, swoich uczuć i emocji przed tymi, do których pisze. Nie kreuje się na kogoś, kim nie jest. Uważam, że właśnie to jest jedną z największych zalet jego pism. Czytając je poznaję człowieka, który nie jest różny ode mnie. Wie, że Bóg dał mu nowe życie i tym życiem dzieli się z innymi. Ma również świadomość swoich ograniczeń i słabości i – co dla mnie jest kluczowe – nie wstydzi się o nich mówić. Paweł nie boi się napisać tego, że płacze, że czegoś nie rozumie, że ma wątpliwości, że czuje się odrzucony przez tych, którym tak wiele dał, że ma grzechy, które go policzkują i że walczy z nimi aż do przelania krwi. Św. Paweł chcę być autentyczny w tym, co robi i do tego zachęca też swojego duchowego syna Tymoteusza a przez swoje listy także nas. Jak jesteśmy szczęśliwi, to widać, ale jak mamy trudne chwile, to też nie powinniśmy udawać.

Skupiliśmy się podczas ostatnich rozważań na prostocie modlitwy. Nie mam wątpliwości, że prostota wyraża się także w autentyczności. Jest ona potwierdzeniem życia w prawdzie i w wolności, do których zachęca także św. Paweł w swoich listach.

Można powiedzieć, że życie św. Pawła i jego nauczanie to także wezwanie do prostoty. Płynie ona ze skupienia na jednym. Tym jednym w życiu chrześcijanina jest oczywiście Bóg. Dobitnie mówi o tym Chrystus, zwracając się do Marty: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele a potrzeba tylko jednego. [Łk 10,38-42]. Jezus wypowiada te słowa w kontekście dobrej cząstki, jaką wybrała Maria, którą było skupienie się na Jezusie i Jego słowie. Nie oznacza to bynajmniej, że praca Marty, jej zabieganie były złe. Chodziło o to, że Jezus w tym dialogu odsłania coś głębszego, tajemnicę jej serca. Problem Marty polegał na tym, że nie potrafiła skupić się na jednym (w tym wypadku na swojej pracy), ale byłą pogrążona w rozmaitych troskach, które ją rozpraszały. Chrystus wbrew pozorom nie przeciwstawia kontemplacji – wyrażanej w postawie Marii, posłudze miłości – wyrażonej przez Martę. On przeciwstawia postawę skoncentrowanej na jednym i postawę rozproszoną między wiele trosk i niepokojów. Chce nas przez to nauczyć, że ostatecznie tylko skupienie się na jednym – czy to w modlitwie, czy to w pracy – jest drogą prowadzącą do Jednego, do jedności przez która łatwiej nam odkryć Boga obecnego we wszystkim co czynimy.

I do takiej właśnie postawy prowadzi nas medytacja, która ucząc nas skupiać się na jednym – IMIENIU JEZUS – uczy nas, jak wprowadzać tę jedność począwszy od naszego serca, po to, aby rozciągać ją ostatecznie na całe nasze życie.

W szkole miłości

Pewnego razu, gdy Jezus przechodził w szabat wśród zbóż, uczniowie Jego zaczęli po drodze zrywać kłosy. Na to faryzeusze rzekli do Niego: „Patrz, czemu oni robią w szabat to, czego nie wolno?”

On im odpowiedział: „Czy nigdy nie czytaliście, co uczynił Dawid, kiedy znalazł się w potrzebie, i był głodny on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego za Abiatara, najwyższego kapłana, i jadł chleby pokładne, które tylko kapłanom jeść wolno; i dał również swoim towarzyszom”. I dodał: „To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Zatem Syn Człowieczy jest panem szabatu”. (Mk 2,23-28)

Św. Augustyn powiedział kiedyś: „Kochaj i czyń co chcesz”. Nie wszyscy jednak wiedzą, że powiedział to pod wpływem medytacji nad słowami dzisiejszej Ewangelii.

Prawo jest niezbędne dla dobrego funkcjonowania każdej społeczności ludzkiej, ale Jezus proponuje niesamowite uproszczenie prawa. Zamiast tysięcy różnych nakazów i zakazów proponuje jeden nakaz: kochaj! Tym bardziej, że sam tworzy nową społeczność, więcej Królestwo, gdzie prawem ma być właśnie Miłość, rozumiana jako szczere szukanie dobra (chodzi zarówno o moje dobro jak i drugiego człowieka) Takie podejście lepiej od wszystkich kodeksów prawa organizuje życie społeczne, od rodziny począwszy, na wspólnotach międzynarodowych skończywszy. Problem jest jednak w tym, że nawet za bardzo nie wiemy co to jest miłość, a z wcielaniem jej w życie to już w ogóle jest tragedia. Ta niewiedza jest po części zawiniona. Wsłuchujemy i dajemy się manipulować różnym teoretykom miłości a nakładając na te teorie nasze własne, często ułomne doświadczenie miłości i egoizm (miłość wykrzywioną) nie dziwi fakt, że czujemy się zagubieni gdy mowa o miłości. A przecież wystarczyłoby uczyć się od jedynego Nauczyciela, który sam jest Miłością.  Na szczęście można temu zaradzić. Wystarczy poznać Jezusa i zapisać się do szkoły, którą On założył – szkoły Miłości, szkoły Ewangelii. Na to nigdy nie jest za późno. Uczęszczanie do szkoły zakłada oczywiście popełnianie błędów i ciągłe poprawianie się, ale niesie ze sobą wzrost i rozwój. Nade wszystko zakłada jednak uznanie autorytetu Nauczyciela i posłuszeństwo Jego słowu.

Nasz problem polega na tym, że częściej niż miłością kierujemy się obowiązkiem, powinnością, nakazem zagrożonym karą. O ile w pewnych sytuacjach życiowych rzeczywiście człowiek musi kierować się obowiązkiem, powinnością, nakazem, prawem, bo bez tego panowałby w życiu społecznym bałagan. Jednak przed Bogiem powinniśmy przede wszystkim zwracać uwagę na serce. Zwłaszcza, że właśnie w sercu Bóg złożył swoje prawo miłości już w chwili chrztu. Potrzeba nam kontaktu z naszym sercem, aby wciąż na nowo to źródło odkrywać. To źródło, które jest nieustannie zasilane i odnawiane Jego łaską a więc nie ma obaw, że się wyczerpie, dopóki będziemy przez łaskę zjednoczeni z Bogiem.

Serce jest niejako odbiornikiem „fal” Bożej miłości. To w sercu człowieka Bóg składa swoją miłość uczulając je na to, co Boże. I chociaż współczesny człowiek często tego nie doświadcza, to jednak Bóg mówi do człowieka właśnie poprzez serce, poprzez duszę. Serce i dusza to „czułe instrumenty”, które pod wpływem Bożej miłości wydają pewne sygnały do człowieka. Człowiek może je odebrać lub nie. Niestety współczesny człowiek jest tak często zajęty sobą, tak bardzo obrósł w to, co proponuje świat, że dużo trudniej usłyszeć mu delikatny głos Boga w swoim sercu. Nie słyszy wołania duszy, która spragniona Tej boskiej miłości tęskni za swoim Stwórcą (duszy, o której św. Augustyn mówi, że będzie niespokojna tak długo, dopóki nie spocznie w Bogu!). Głos Boga we wnętrzu człowieka może zostać przytłumiony wszystkimi sprawami, którymi on się zajmuje. Dlatego trzeba nam zachowania czujności, aby nie uczynić naszego serca „jaskinią zbójców”.  Taka postawa jest wielką stratą dla człowieka, bowiem, nie słyszy Tego, który może pokierować jego życiem prowadząc go najlepszą z dróg, który go prowadzi z miłością. Dlatego współczesny człowiek tak często się miota. Stąd biorą się też różne „wypaczenia” w życiu religijnym. Stąd bierze się poczucie obowiązku zamiast miłości. Stąd traktowanie przykazań Bożych jako ciężaru, czegoś, co trzeba przyjąć, nieść, bo inaczej ma się grzech. Jak bardzo ranimy Boga takim pojmowaniem sprawy! Nasze posty, modlitwy, które sobie narzucamy, wyrzeczenia stają się smutkiem, zranieniem Boga. Bo nie są wyrazem naszej miłości. Są przyjętym przez nas ciężarem. Wydaje się nam, że czynimy coś dla Boga, tymczasem robimy to dla siebie i budowania naszej próżności.

W naszym myśleniu stale uobecnia się błąd. Bóg nas umiłował! Od wieków! Dał Syna, aby za nas poszedł na Krzyż! Za nas! Za nasze grzechy! Jezus już to uczynił! On już zawiesił na Krzyżu wszystkie nasze słabości. Wziął je na siebie, obarczył się nimi, by wyprosić dla nas zbawienie! Jezus już nas zbawił! Więc ty nie musisz nic czynić, by się zbawić! Bo zbawienie masz dane od Boga! Jedyną rzeczą, jaką możesz zrobić jest przyjęcie zbawienia. Jak to zrobić? Pokochać Boga! Przyjąć darowaną Miłość i odpowiedzieć na nią również miłością! Tylko tyle i aż tyle!

Eucharystia – sekret życia, sekret miłości

Oni zaś rozmawiali w drodze…

„A gdy jedli, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dał im mówiąc: „Bierzcie, to jest Ciało moje”. Potem wziął kielich… i pili z niego wszyscy… rzekł do nich: To jest moja Krew…”. (Mt 26, 26-28)

Kilka dni po uroczystości Przenajświętszej Trójcy mamy kolejną uroczystość: Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Czy to nie za dużo? Chyba nie, Kościół chce nam w ten sposób przedłużyć czas paschalny. Czym jest ten czas? Pascha oznacza wejście Boga w życie człowieka, więcej od czasu Paschy Chrystusa oznacza ona Jego nieustanną obecność; to czas, w którym Bóg mocniej chce nas zaprosi do wejścia w Tajemnicę. Ostatnie uroczystości: Zesłania Ducha Świętego, Uroczystość Trójcy Świętej zapraszają nas do wejścia głębiej w tajemnicę Boga objawiającego się jako jedność trzech Osób Boskich. Dzisiejsza uroczystość zaprasza nas, by wejść głębiej w tajemnicę Jezusa Chrystusa. Bez Niego natomiast nie uda nam się odkryć tajemnicy Boga. Wchodząc w nią, mamy odkryć rzeczy bardzo proste. Poznanie Boga, prawdziwe poznanie prowadzi do pokochania Go, zaś miłość upraszcza wiele spraw.

Co ze sobą przynosi tajemnica Bożego Ciała i Krwi? Jest w niej zawarta prawda, że Bóg w Jezusie Chrystusie staje się jednym z nas, pozostaje z nami na zawsze pod osłoną chleba i wina. Eucharystia, to właśnie znak tej nieustannej obecności. Chrystus zostaje pośród nas, po to, aby wprowadzić nas w głębiny życia Trójcy Świętej.

Jezus wziął nasze ciało, naszą kondycję z wyjątkiem grzechu i zanurzył ją w miłość Trójcy Świętej. Tą miłością nas karmi w Eucharystii.

Chrześcijanie od początku tym żyli. Ciało i krew Jezusa były szczególnym sekretem ich życia, zwłaszcza w prześladowaniach. Zachowało się piękne świadectwo arcybiskupa Sajgonu: François Xavier Nguyen van Thuan – bo nim mowa był więziony i torturowany od 1975 roku przez 13 lat. W swoich pamiętnikach pisze o odkryciu w więzieniu mocy krwi Chrystusa: „Codziennie, używając trzech kropel wina i kropli wody, ukrytej w dłoni, odprawiałem mszę świętą. To był mój ołtarz, to była moja katedra! Było to prawdziwe lekarstwo dla ciała i duszy… żeby nie umrzeć, żeby się nie załamać, żeby nie stracić wiary, żeby się nie poddać, żeby mieć zawsze życie w Jezusie… I tak, w więzieniu karmiąc się tą odrobiną Eucharystii czułem w mym sercu bicie serca samego Jezusa. Czułem, że moje życie było Jego życiem, a Jego życie moim”.

Eucharystia, którą możemy spożywać, jest sekretem życia, źródłem miłości do Boga, do najbliższych sióstr i braci, żony, męża, dzieci, rodziców, wreszcie i do nieprzyjaciół. To sekret, prosty sekret życia dawnych i współczesnych świętych: Justyna, Tomasza z Akwinu, o. Pio, Faustyny, Piotra Jerzego Frassatiego, Joanny Beretty Molla, Karola de Foucauld, Jana Pawła i wielu innych, również tych, z którymi spotykamy się prawie codziennie przy ołtarzu. Oni karmili się Eucharystią i ich życie mocą tego pokarmu było przemieniane. Bez niej nie stali by się świętymi!

Wobec Eucharystii bez względu na wiek zawsze jesteśmy trochę jak dzieci. Nie rozumiemy jej do końca. Nie rozumiemy, co się dzieje, co spożywamy, Kogo przyjmujemy. Oczywiście można mnożyć „duże słowa”, że Eucharystia to Żywy Bóg, to Nieskończona Miłość, To prawdziwa Obecność Boga. Ale i tak nie rozumiemy, bo koniec końców Eucharystia pozostanie dla nas zawsze Tajemnicą. Wszyscy jesteśmy trochę jak dzieci przystępujące po raz pierwszy do Komunii świętej. Mamy przeczucia, intuicje, doświadczenia. I spożywamy, bo dziecko wie jedno… żeby żyć, trzeba jeść!

Dlatego warto wobec Eucharystii być jak dziecko. Warto karmić się nią, bo nie jesteśmy samowystarczalni, potrzebujemy kogoś, kto daje. A Bóg w Eucharystii daje wszystko, co nam jest potrzebne do duchowego wzrostu i do zbawienia. Jezus mówi wprost: „Kto nie spożywa Mojego Ciała i nie pije Krwi Mojej nie ma życia w sobie” i dalej: „Kto spożywa Ciało Moje i pije Krew Moją ma życie wieczne a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”.  Eucharystia uświadamia nam, że Bóg jest przede wszystkim DAWANIEM. Dlatego potrzeba nam wobec Eucharystii postawy dziecka, które jeśli ktoś daje, to bierze, z wdzięcznością. Nie pytając po co mu to? Do czego? Po prostu gdy otrzymuje jakiś dar przyjmuje go z wdzięcznością.

My często wobec Eucharystii próbujemy przyjąć taką dorosłą postawę. A dorosły pyta, zastanawia się, czy mu służy, chce zrozumieć… Byle tylko uchylić rąbka tajemnicy. Tylko po co? Wiara szanuje tajemnicę, nie próbuje jej zrozumieć na siłę.

Jeśli człowiek próbuje na siłę zrozumieć to, co nie zrozumiałe bywa jak w anegdocie o dwóch zakonnikach. Mówi jeden zakonnik do drugiego: „Słuchaj, ty już w swoim życiu cały kosz Komunii świętej zjadłeś!”

– I co z tego! – pyta ten drugi?

– Właśnie: co z tego? Co z tego, jeśli w Twoim życiu nic się nie zmienia…

Czasem warto zapytać siebie, co wynika z tego, że przyjąłem w swoim życiu już setki Komunii świętych? Czy to w jakiś sposób zmieniło moje życie? Uczyniło je lepszym, bardziej eucharystycznym – jak zwykł mawiać św. Jan Paweł II, czyli upodabniało mnie do Chrystusa, którego przyjmuję, jak w przypadku wspomnianych wcześniej świętych? To wbrew pozorom ważne pytania, bo nasza manifestacja przywiązania do Chrystusa nie może odbywać się raz na rok, przy okazji Bożego Ciała, ale powinno być nią całe nasze życie z jego stylem, który nas upodabnia do stylu życia Chrystusa, którym się karmimy w Eucharystii.

Na koniec pozwólcie, że przywołam raz jeszcze  piękną refleksję św. Jana Pawła II, który mówił, że w Komunii nie tylko każdy z nas przyjmuje Chrystusa, ale też Chrystus przyjmuje każdego z nas! Chrystus „przystępuje do komunii”, by mnie przyjąć. Każda Eucharystia to nie tylko możliwość przyjęcia do naszego serca Boga, ale też danie szansy Bogu, by On wprowadził nas w swoją rzeczywistość miłości, by przyjął i nosi każdą i każdego z nas w swoim miłującym Sercu.

Gdy będziemy nosili w sobie taką świadomość tego czym jest Eucharystia stanie się ona dla nas nie tylko zobowiązaniem do większej miłości, ale i najlepszą cząstką naszego życia.

Życie wewnętrzne jako fundament

Skoro już dusze swoje uświęciliście, będąc posłuszni prawdzie celem zdobycia nieobłudnej miłości, jedni drugich gorąco czystym sercem umiłujcie. Jesteście bowiem ponownie do życia powołani nie z ginącego nasienia, ale z niezniszczalnego, dzięki słowu Boga, które jest żywe i trwa. (…) Właśnie to słowo ogłoszono wam jako Dobrą Nowinę. (1 P 1,22-25)

Mówiliśmy ostatnio o tym, że modlitwa powinna dojrzewać wraz z dojrzewaniem człowieka, który się modli. Wspomnieliśmy także, że jednym z wyrazów dojrzałości modlitwy jest to, że z czasem ona się upraszcza. Prostota modlitwy polega zaś na tym, że godzimy się na to, aby inicjatywę w niej przejmował Bóg.

Inną cechą dojrzałości modlitwy jest jej integrująca rola. Ta integracja dotyczy nie tylko różnych form modlitwy, ale i całego życia, wpisując w nie pewne continuum, którego źródłem jest świadomość, że wszytko, co czynimy, czynimy zawsze w relacji do Boga.

Oczywiście podobnie jak w relacjach ludzkich, tak i w relacji z Bogiem są różne okresy: lepsze i gorsze; przeżywane w głębszej świadomości życia w Jego ciągłej obecności, lub braku tej świadomości. Można powiedzieć, że większa świadomość przeżywania naszej codzienności, chwila po chwili w obecności Boga jest także owocem dojrzałości modlitwy.

My często wsłuchując się w Modlitwę Arcykapłańską Jezusa, który prosi w niej Ojca, „aby byli jedno” przyzwyczailiśmy się odnosić ją do aspektu zewnętrznej jedności między uczniami Chrystusa. Tymczasem nie wolno nam także pomijać istotnego aspektu wewnętrznej jedności. (Jezus modląc się w niej bierze za przykład właśnie wewnętrzną jedność Trójcy.) Gdyż bez jedności w wymiarze wewnętrznym nie jest możliwa jedność w wymiarze zewnętrznym. Można zatem powiedzieć, że modlitwa jest pierwszą szkołą jedności i integracji. Najpierw uczy nas ona integrować słowa, myśli, postawę, emocje, które jej towarzyszą i ciszę, która jest jej istotną częścią. Uczy nas czynić jedność z różnych form modlitwy (medytacja, Liturgia Godzin, lectio divina, Eucharystia) a następnie uczy nas przenosić tę jedność na poszczególne aspekty naszego życia.

Tak pięknie wybrzmiało to j świadectwie Moniki, która opowiadała o dniu spędzonym z Małymi Braćmi od Jezusa, który był takim doświadczeniem integracji tworzącej jedność z ich pracy, obowiązków domowych, Mszy świętej czy spotkań przy stole. Nikt, kto miał podobne doświadczenie nie ma wątpliwości, że źródłem takiego przeżywania codzienności jest jedność wewnętrzna, która rodzi głęboką świadomość życia w nieustannej obecności Boga, czyniąc z każdej chwili dnia składowe elementy modlitwy, będącej odpowiedzią na zaproszenie do modlitwy nieustannej.

A skoro już o Małych Braciach mowa, to niech będzie mi wolno przywołać słowa Brata Morrisa, który zwykł mawiać, że nie wolno nam zapomnieć iż fundamentem naszego życia jest życie wewnętrzne. To jego jakość bezpośrednio wpływa na życie zewnętrzne. Trawestując stare znane porzekadło można powiedzieć: „Pokaż mi jak żyjesz a powiem ci, jakie jest twoje życie wewnętrzne”. Dlatego Brat Morris przypominał często, że życie zewnętrzne jest skutkiem życia wewnętrznego, zaś św. Maksymilian Maria Kolbe dodawał, że życie zewnętrzne chrześcijanina, jego aktywność o tyle tylko ma wartość, jeżeli pochodzi z życia wewnętrznego, z naszego osobistego zjednoczenia z Bogiem. Wówczas wszystko co robię zostaje włączone w te relację i przez to uświęcone. A wtedy rzeczywiście czy jemy, czy pijemy, czy cokolwiek innego czynimy wszystko zaczynamy czynić na chwałę Bożą [por. 1 Kor 10,31] i odwrotnie wszystko, co czynimy będzie także pogłębiało nasze życie wewnętrzne.

Wielkim duchowym niebezpieczeństwem współczesnego człowieka a zwłaszcza chrześcijanina jest to, że żyje on bardziej życiem zewnętrznym niż wewnętrznym, że pochłania go aktywizm, który częstokroć nie ma połączenia z sercem, z życiem duchowym, albo sprawia, że jego wielość zaczyna minimalizować i spychać na margines życie wewnętrzne. A taka postawa musi się źle skończyć zarówno dla jednej jak i dla drugiej sfery życia.

Dlatego medytacja zaprasza nas do ciągłego odkrywania priorytetów. Uczy nas wszystko sprowadzać do życia wewnętrznego, gdzie bije prawdziwe Źródło naszego życia, naszych sił zarówno duchowych, psychicznych jak i fizycznych. Jest przestrzenią szukania jedności na płaszczyźnie serca z Bogiem i ze sobą, po to, aby ta jedność mogła później zintegrować wszystkie płaszczyzny naszego życia.