Tak sobie pomyślałem, że aby Was nie odzwyczaić od wpisów na tym blogu z powodu sierpniowej przerwy w spotkaniach medytacyjnych, będę snuł co jakiś czas refleksję natury duchowej. Dzisiaj okazją do tego stał się pierwszy piątek miesiąca przypominający mi o zawsze otwartej na nas i dostępnej każdej i każdemu z nas miłości Boga, której symbolem jest otwarte serce Jezusa.
„Obraz Boga w nas, to przede wszystkim zdolność do przyjęcia miłości Boga” – pisał jezuita, Peter Hannan w książce pod znamiennym tytułem: „Nine Faces of God”
Nasze życie jest historią miłości. Bez względu na to czy jesteśmy chrześcijanami, wyznawcami judaizmu, hinduizmu, czy islamu – wierzymy, że jest Bóg, który z miłości powołał nas do istnienia. I bez względu czy nazwiemy Boga Allach czy Jahwe, Abba czy Imma przekonanie o miłości Boga pcha nas do budowania z Nim bliskiej i osobistej relacji. W sumie człowiek ma dwie możliwości wyboru: albo szuka bliskości Boga i to poszukiwanie nadaje sens jego życiu, albo nie jest zainteresowany Bogiem i co najwyżej pojawia się On w jego życiu w sposób jedynie teoretyczny (np. towarzyszący jakimś dyskusjom). Oczywiście można powiedzieć, że negowanie istnienia Boga lub agnostycka obojętność wobec Niego też określa jakąś relację. Niezwykłe jest jednak to, że z biegiem lat obraz Boga dla wielu osób ulega zmianie. To może być odejście od obrazu Boga – surowego, wymagającego Ojca, którego należy się bać do przekonania o Jego miłosiernej miłości, której człowiek jest gotów powierzyć się bez zastrzeżeń i bez lęku. Dla innych będzie to zgoła inne doświadczenie oddalenia się od Boga, który w dzieciństwie mógł wydawać się bliski, z którym relacje były oparte o tradycyjne przejawy religijności, z czasem jednak wydaje się być coraz bardziej daleki, gdy zarzuca się powoli życie duchowe, które nie miało okazji doczekać się przemiany od niedojrzałej wiary w bardziej świadomy, osobisty i dojrzały wybór pogłębionej relacji z Nim. Czasem nakładają się na to odejście i zburzenie relacji z Bogiem jakieś traumatyczne doświadczenia, które sprawiają, że człowiek nie potrafi ich włączyć w doświadczenia wiary i w Bogu znajduje „kozła ofiarnego” swoich porażek i nieszczęść.
Każdy zapytany o powód swojej bliskości z Bogiem lub braku z Nim relacji ma swoje własne argumenty i swoją własną opowieść. I warto się w nie wsłuchiwać, bo każda z nich ma swoją wartość i bardzo wiele mówią o człowieku.
Snuję tę refleksję jako konsekwencję medytacji nad dzisiejszymi – pierwszopiątkowymi czytaniami liturgicznymi. Zarówno Jezus w dzisiejszej Ewangelii (Mt 13, 54-580 jak i Bóg reprezentowany przez przepowiadanie proroka Jeremiasza (Jr 26, 1-9) zostają odrzuceni. Zarówno w jednym jak i w drugim przypadku powodem jest zamknięcie słuchaczy na tych, którzy mówią o Bogu, które w konsekwencji jest zamknięciem się na Boża łaskę a idąc jeszcze dalej na doświadczenie cudu w swoim życiu. Chrystus przestrzega dziś przed taką postawą. Przestrzega jednak również przed poszukiwaniem Boga w nadzwyczajności. Szukanie nadzwyczajności w doświadczeniu religijnym może nas bowiem sprowadzić na manowce, zaś umiejętność spoglądania przez pryzmat wiary na to, co pozornie wydaje się zwyczajne i znane może stać się przestrzenią doświadczenia największych cudów obecności Boga w naszym życiu.
Przywołałem na początku tego rozważania cytat irlandzkiego jezuity Petera Hannana: „Obraz Boga w nas, to przede wszystkim zdolność do przyjęcia miłości Boga”. Nasza wiara, to wiara w to, że fundamentalną naturą Boga jest Miłość. Jak ujmie to św. Jan: „Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu a Bóg trwa w Nim” (1 J 4,16).
Innymi słowy, Bóg stworzył nas w taki sposób, że również my możemy stać się miłością na tyle, na ile w głębi serca i duszy jesteśmy zdolni przyjąć miłość Boga. Oznacza to oczywiście zarówno gotowość przyjęcia Boga cierpienia w chwilach naszych prób, jak też Boga radości w chwilach pomyślności. Truizmem będzie powiedzenie, że pełnię tej miłości – jak często o tym pisze św. Paweł – osiągniemy w zjednoczeniu z Bogiem po śmierci. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby trwająca całe nasze życie podróż, z dnia na dzień prowadziła nas ku coraz trwalszej i coraz głębszej świadomości tej miłości.
Możemy zaprzeczać istnieniu takiej miłości. Możemy się od niej odwrócić, wybierając inne wartości i czyniąc z nich naszego fałszywego boga. Możemy stracić ją z oczu z powodu różnych okoliczności w życiu, które ogólnie rzecz biorąc zawsze maja swe źródło w konsekwencjach naszej obarczonej skutkami grzechu natury. Gdyż, jak powie św. Paweł nic poza grzechem nie jest nas w stanie a przynajmniej nie powinno być w stanie odłączyć nas od miłości Boga. (por. Rz 8,31b-39). I zapewne św. Paweł wie co mówi. Przypomina nam bowiem, że miłość Boga w nas jest owocem Jego łaski, jeśli wiec nie zniknie w nas zdolność otwarcia się/przyjmowania Jego łaski tak długo nic nas od tej miłości nie zdoła odłączyć. Oczywiście dla większości osób będzie to stopniowe odkrywanie miłości Boga. Dojrzewanie od „niedojrzałego” dziecięcego (pisząc „dziecięcego” mam na myśli pewną niedojrzałość w wierze o której pisze św. Paweł, nie ujmując tutaj zdolności wielu dzieci do głębokiego przeżywania relacji z Bogiem) do budowania dojrzałej relacji z Bogiem. Ważne jest aby dać się prowadzić Bogu przez tę historię a raczej chcieć tworzyć wraz z Nim tę historię budowania naszej relacji, gdyż zawsze jest to historia jedyna w sowim rodzaju i niepowtarzalna, historia, która może być miejscem doświadczenia obecności i działania Boga w codziennej niezwyczajnej zwyczajności naszego życia.
Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił i z rybami rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: „Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło”. Zebrali więc i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, które zostały po spożywających, napełnili dwanaście koszów.
A kiedy ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, mówili: „Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat”. (J 6,11-15)
Pierwsza myśl, którą rodzi w nas dzisiejsze Słowo Boże, zarówno z pierwszego czytania jak i z Ewangelii, to zapowiedź Eucharystii. Czasem spoglądając na Eucharystię, podczas której w małym kawałku chleba mamy dostrzec realną obecność Chrystusa pytamy siebie: „Jak to możliwe?” Dla mnie niezwykłym świadectwem wiary w działanie Boga, które przekracza nasz sposób rozumienia a jednocześnie najprostszą odpowiedzią na to pytanie jest zdanie wypowiedziane przez proroka Elizeusza: „Podaj ludziom i niech jedzą, bo tak mówi Pan: «Nasycą się i pozostawią resztki»”. Prorok nie pyta jak to się stanie, nie próbuje zrozumieć. On w pełni ufa mocy Bożego słowa! I tego oczekuje od nas Bóg w każdej Eucharystii: zaufania mocy Jego słowa, gdy mówi przez usta kapłana: „To jest Ciało Moje”, „To jest Krew Moja”.
Tak jak chleb ziemski karmi ludzkie ciała, Eucharystia nasyca nasze dusze. Nie chodzi tu jednak tylko o rodzaj pokarmu. Wydawać by się mogło, że aby nasycić rzesze ludzi, trzeba mieć tysiące koszy z chlebami. Zarówno Ewangelia, jak i pierwsze czytanie pokazują nam jednak, że ilość dla Boga nie jest aż tak istotna. Jest to przekonanie, które warto by odnieść do wielu przestrzeni naszego życia i naszych potrzeb, które mogą się nam wydawać olbrzymie i wręcz niezaspokajalne. Na nasze potrzeby duchowe Bóg już odpowiedział i stale odpowiada w Jezusie Chrystusie, zwłaszcza poprzez sakramenty. Problem w tym, że nie do końca w to wierzymy i rozumiemy… Duchowym nieszczęściem naszych czasów jest poczucie ciągłego niespełnienia a może lepiej powiedzieć niezaspokojenia. Może dlatego tak wielu chrześcijan próbuje dopełniać swoją duchowość różnymi aspektami duchowości Wschodu. Trudno im zrozumieć, że w ten sposób jakby mówią Chrystusowi: „To, co Ty dajesz mi nie wystarcza”. Naturalne i dobre skądinąd jest dążenie do tego, by zdobywać wiedzę, więcej doświadczyć. To wszystko sprawia jednak, że tak często nie potrafimy się cieszyć tym, co już posiadamy. Przykłady można by mnożyć i nie dotyczą one jedynie naszego życia religijnego. Oczywiście każdy ma prawo szukać swojej drogi duchowej, ale albo wierzymy w to, że w Chrystusie Bóg rzeczywiście odpowiedział na wszystkie nasze duchowe potrzeby, albo nie wierzymy. Innej alternatywy nie ma!
Często, gdy podczas sprawowanej Eucharystii trzymam w dłoniach hostię mam świadomość, że w tym małym kawałku chleba, w którym Bóg przynosi nam swoją obecność otrzymałem już wszystko i niczego więcej nie potrzebuję. Niczego więcej nie muszę już szukać… Dlatego tak często właśnie w tej jedynej i niepowtarzalnej chwili przychodzą mi na myśl słowa Króla Dawida z Drugiej Księgi Samuela: „Kimże ja jestem, o Panie, Boże (…), że doprowadziłeś mnie aż dotąd?” [2 Sm 7,18-19]
Jednak Dawid nie kończy na tym swojego zadziwienia Bożym działaniem i mówi dalej: „Ale i to jeszcze wydało się Tobie za mało, o Boże…” Okazuje się bowiem, że chce Bóg równie hojnie odpowiadać na nasze potrzeby materialne, nawet te najprostsze, jak głód. Nie przypadkiem chce abyśmy w modlitwie, której sam nas nauczył prosili: „Chleba naszego powszedniego, daj nam dzisiaj”
Dlatego Jezus po wielokroć wzywa swoich uczniów, by nie chcieli ani nawet nie próbowali stuprocentowo zabezpieczyć się na wszelki wypadek, bo to i tak się nie uda. W perspektywie duchowej dużo ważniejsza niż ilość środków, którymi możemy się posłużyć, jest nasza wiara. Jeśli tego nie pojmiemy nie damy szansy Bogu działać w naszym życiu tak, jak On by chciał. Próbując się zabezpieczyć na każdą okoliczność odbieramy Bogu szansę zatroszczenia się o nas, ale dużo bardziej odbieramy tę szansę nam samym, by doświadczyć cudu Jego miłości i troski o nas.
Dzisiejsza Liturgia Słowa stawia nam zatem zasadnicze pytanie: „Czy wierzysz?”. Wiara jest odpowiedzią na objawienie dane przez Boga, na Jego Słowo, Jego obietnice, na Niego samego – Boga, który daje nam Siebie, który chce działać w naszym życiu. Oczywiście po ludzku biorąc wiary można mieć więcej albo mniej, ale jak już wspomniano dla Boga, w przeciwieństwie do nas, to nie ilość ma największe znaczenie, aby mógł dokonywać cudów. „Jeśli mielibyście wiarę jak ziarnko gorczycy…” [Mt 17,20]
Dane mam dzisiaj Słowo to pyta nas zatem również o to, czy nie boimy się przyjść do Chrystusa z taką wiarą, jaką mamy? Czasem większą, czasem bardzo malutką. Często bowiem zwycięża w nas to przekonanie, że mamy za mało wiary i w konsekwencji skutecznie zamyka na cud rozmnożenia Jego łaski w naszym życiu, którego Bóg chce dokonać.
Dzisiejsza Ewangelia nie pozostawia złudzeń: Jezus, czyniąc znak rozmnożenia chleba, mówi dziś do nas: przynieś mi tę odrobinę wiary, którą już posiadasz. Nie pytam czy jest ona dziś mała czy duża, najważniejsze, że jest prawdziwa. Z resztą Ja sobie poradzę, jeśli mi zaufasz.
Przechowujemy skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas. Zewsząd znosimy cierpienia, lecz nie poddajemy się zwątpieniu; żyjemy w niedostatku, lecz nie rozpaczamy; znosimy prześladowania, lecz nie czujemy się osamotnieni, obalają nas na ziemię, lecz nie giniemy. Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiało się w naszym ciele. [2 Kor 4,7-10]
Mówiliśmy w minionym tygodniu, że medytacja uczy nas oczekiwania. Sądzę, że każdy, kto w praktyce medytacji odnalazł swą duchową ścieżkę powinien zadawać sobie to pytanie: „Czego oczekuję od medytacji?” Pytanie, które pozwala nam odkrywać i oczyszczać – jeśli udzielona nań odpowiedź będzie szczera – naszą motywację do wytrwałego, codziennego podejmowania tej praktyki.
Naturalnie każda odpowiedź udzielona na tak postawione pytanie powinna być bardzo osobista, płynąca z serca, gdyż tylko wówczas będzie autentyczna i będzie naszą medytację czyniła autentyczną, nawet jeśli pozornie mogłoby wydawać się, że nasze oczekiwania wobec medytacji są zbieżne. Nasze oczekiwania wobec medytacji mogą być tożsame, co nie zmienia faktu, że będą przeżywane bardzo osobiście i indywidualnie, i co z kolei czyni tę modlitwę autentyczną, bo kształtuje „moją”, niepowtarzalną relację z Jezusem. Możemy zatem dzielić się doświadczeniem medytacji, możemy doszukiwać się podobieństw w jej sposobie przeżywania, w oczekiwaniach, jakie mamy wobec niej, ale i tak każdy z nas – medytujących – ostatecznie podąża swoją własną, niepowtarzalną ścieżką medytacji, określaną miarą naszej indywidualności, miarą naszego serca i jego zaangażowania.
Modlitwa Serca uświadamia nam, że to, co najważniejsze w doświadczeniu medytacji dokonuje się właśnie w sercu (nie w umyśle, gdzie możemy nosić takie a nie inne idee i wyobrażenia medytacji). To właśnie wymiar serca czyni tę praktykę tak niepowtarzalną, bo indywidualną i autentyczną. To sprawia, że ostatecznie doświadczenie medytacji pozostaje tajemnicą między osobą medytującą a Bogiem, tajemnicą, w którą nikt poza tymi dwiema stronami tworzonej przez medytację relacji nie ma wglądu i której nie da się do końca wyrazić słowami. To jest ten skarb o którym mówi dzisiaj św. Paweł. Skarb, który nosimy w naczyniach glinianych, bo z jednej strony wiemy jak kruche są nasze serca a jednocześnie właśnie dlatego są miejscem, w którym doświadczamy najmocniej prawdy, że to „z Boga jest owa przeogromna moc (która rodzi się w doświadczeniu medytacji) a nie z nas”.
Gdy spojrzymy choćby na apostołów czy świętych ich również wiele łączyło w podążaniu za Chrystusem, jednak doświadczenie Jezusa jako Osoby było dla każdego z nich jedyne w swoim rodzaju i niepowtarzalne. Zatrzymajmy się na chwilę na doświadczeniu św. Jana – umiłowanego ucznia Chrystusa, który pisze o Nim: „umiłowawszy swoich, którzy byli na świecie, do końca ich umiłował” [J 13,1].
Mówiąc o tym, że medytacja to oczekiwanie człowieka, które wpisuje się w oczekiwanie Boga trzeba powiedzieć, że w doświadczeniu miłości to oczekiwanie zaznacza się i dopełnia najmocniej. W Jezusie, którego Imię przywołujemy w medytacji ta miłość zyskuje nowy sens, gdyż w Nim ta jedność Bosko-ludzkiej miłości osiągnęła swoje spełnienie i swój szczyt. A to oznacza, że nikt nie nauczy nas budowania głębszej relacji z Bogiem niż Jezus i nikt nie nauczy nas lepiej odpowiadać na miłość Boga niż On. W tej miłości zawarta jest cała prawda i cały sens medytacji, która właśnie dlatego określana jest Modlitwą Serca, że jej istotę stanowi miłość a miejscem kształtowania relacji opartej na miłości jest serce.
Gdybyśmy zatem mieli sformułować to, czego winniśmy nade wszystko oczekiwać w medytacji, można by ujmując to najprościej powiedzieć: MIŁOŚCI!
Ta MIŁOŚĆ jest nam dana w imieniu Jezus, bo w Nim zawiera się pełnia tej miłości; miłości która była na początku w Bogu i została objawiona cieleśnie, wydzielanie w Jezusie. Św. Jan Apostoł próbuje nam powiedzieć w swojej Ewangelii i Listach, że nie pojmiemy, jak powinniśmy kochać, jeśli najpierw nie pojmiemy, jak Jezus miłuje każdą i każdego z nas. I gdy św. Jan czy św. Paweł mówią, że potrzebujemy nawrócenia, to mają na myśli tylko jedno – zasadniczą zmianę w sposobie naszego myślenia: która nie polega na postawieniu na pierwszym miejscu takich a nie innych wymagań pod adresem naszego stylu życia i postępowania, ale tylko jednego: przyjęcia i przejęcia się prawdą, że Bóg nas kocha. Kiedy to zrobimy, kiedy otworzymy się na tę prawdę, jak mówi sam Jezus – „wszystko inne będzie nam przydane…”
Medytacja to nic innego jak otwarcie się na tę MIŁOŚĆ. To przekonanie, że nie możemy jej wskrzesić w sobie sami, bo ona jest łaską – darem a na dar można się jedynie otworzyć i oczekiwać! Miłość, do jakiej jesteśmy zaproszeni przez Boga przychodzi właśnie wtedy, gdy otwieramy się na Jego obecność – dzięki trwaniu w Nim, w Jego Imieniu. Medytacja uczy nas ufności, że w tym Imieniu, które przyzywamy zawiera się wszystko: nasze oczyszczenie, nasze uświęcenie, nasza zdolność odpowiedzi na miłość Boga. Albo w to wierzymy i wówczas owoce medytacji będą tryskały z naszego serca i ogarniając poszczególne sfery naszego życia przemieniały je, w pełni poddając je Bogu, albo nie wierzymy i wówczas owoce medytacji pozostaną co najwyżej na płaszczyźnie doczesnej, ale nie będą one takie, jakie chciałby w nas zrodzić Duch Święty będący darem i owocem miłości Boga-Ojca i Syna posłanym do naszych serc między innymi w doświadczeniu medytacji. Niech zatem medytacja będzie nieustannym oczekiwaniem na miłość, ale oczekiwaniem pełnym wiary i ufności.
Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: „Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco”. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. (Mk 6,30-34)
Gdy patrzymy na pełne dostojeństwa i majestatu postacie Apostołów z kościelnych fresków, obrazów, czy figur łatwo zapominamy, że byli oni takimi samymi, słabymi ludźmi jak my.
Ewangelia opowiadająca wprost o relacjach Jezusa i Jego uczniów pozwala nam dostrzec ich zwyczajność a jednocześnie łatwiej odnieść ich doświadczenie do naszego życia. Wysłani przez Pana Jezusa, aby głosić Dobrą Nowinę, wracają i pragną się podzielić tym, co zdziałali. Chcą, podobnie jak każdy z nas, otworzyć przed kimś swoje serce, opowiedzieć o swoich sukcesach i porażkach. I Pan Jezus im to umożliwia, stwarza przestrzeń, w której czują się słuchani i rozumiani. To dla nas ważna lekcja. Ważne, abyśmy innym pozwolili mówić o tym, co dla nich jest ważne, cierpliwie stwarzając przestrzeń, w której mogliby się poczuć słuchani i rozumiani przez nas. Przyznać trzeba, że nie zawsze to potrafimy zwłaszcza w stosunku do osób, które wydają się nas nużyć, za którymi może nie przepadamy. A przecież mamy być świadkami Jezusa dla wszystkich, bez wyjątku. Sami niejednokrotnie doświadczamy, że chcieli byśmy opowiedzieć o jakichś doświadczeniach i dzięki Bogu znajdujemy w innych osobach powierników. Kiedy jednak tego zainteresowania brakuje pojawia się poczucie samotności. Wówczas trudniej zmagać się z różnymi doświadczeniami, zwłaszcza tymi trudnymi.
Na szczęście podobnie jak Apostołowie zawsze możemy znaleźć wiernego i niezawodnego słuchacza w Panu Jezusie. Dlatego nie wolno nam lekceważyć modlitwy. To właśnie ona jest okazją by opowiedzieć Mu o swoim życiu: o swoich radościach i smutkach, o sukcesach i trudnościach. I za każdym razem warto wsłuchać się też w to, co On ma nam do powiedzenia poprzez swoje słowo. Dlatego warto ubogacać naszą modlitwę Słowem Bożym. Ono zawsze wnosi w nasze życie jakąś świeżość, jakieś pokrzepienie, nawet wówczas, gdy wydaje nam się, że to słowo jest nam dobrze znane. Ile razy sam łapię się na tym, że konkretne wersety psalmu odpowiadają na mój aktualny stan ducha. I wiem po latach codziennego obcowania ze Słowem Bożym, że nigdy nie jest to przypadek, gdy Słowo Boże „wstrzeliwuje” się w nasze przeżycia. Ważne tylko by mu zaufać. Dzięki obecności Bożego Słowa w modlitwie staje się ona prawdziwym dialogiem z Bogiem. Oczywiście Pan Bóg potrafi odpowiadać nam i w inny sposób: przez wydarzenia, przez osoby, które stawia na naszej drodze życia, przez wewnętrzne natchnienia przychodzące wprost do serca. Warto je bacznie obserwować i nie lekceważyć. Z czasem doświadczenie duchowe pozwoli nam takich Bożych „sygnałów” dostrzegać naprawdę wiele.
Oczywiście moglibyśmy zapytać, po co mówić to wszystko Bogu, skoro On wszystko już o nas wie. O Apostołach wyprawie też Jezus wszystko wiedział, lecz jednak pragnął ich wysłuchać. Pamiętajmy, że rozmawiając z kimś o naszych doświadczeniach sami siebie poznajemy a bywa, że nabieramy do pewnych wydarzeń dystansu, co jest szczególnie ważne w sprawach trudnych. Słowo Boże uczy nas często widzieć wiele spraw w zupełnie innym – Bożym świetle.
Pan Jezus bierze pod uwagę to, że Apostołowie są zwykłymi, słabymi ludźmi. „Wypocznijcie nieco” – powie do nich, gdy wrócą zmęczeni. Nie jesteśmy robotami, w naszym życiu jest miejsce na zmęczenie, słabość, nawet grzeszność. Pan Jezus to rozumie i patrzy na nas zawsze z miłością i miłosierdziem (tak zresztą można przetłumaczyć słowo „litość” z ostatniego wersetu dzisiejszej Ewangelii), bo miłosierdzie, to miłość, która przejawia się w konkretnym działaniu/postawie.
Chrystus zachęca dziś Apostołów do pobycia w samotności. To zachęta, która wydaje się szczególnie aktualna dla współczesnego pokolenia, które często panicznie boi się samotności i ciszy bycia sam na sam ze sobą i próbuje ją zagłuszyć na wszelkie różne sposoby. Paradoks polega na tym, że im bardziej ludzie uciekają od samotności tym bardziej zdaje się ona ich prześladować. Poczucie samotności to symptom współczesnego młodego pokolenia – bija na alarm socjologowie. Tymczasem dobrze przeżywana samotność, to ważny wymiar naszego duchowego wzrostu. Kto nie nauczy się przebywać sam na sam ze sobą i cieszyć się tym, co daje nam samotność w wymiarze duchowym (poznania siebie i stanięcia w prawdzie przed sobą samym, z tym, co ukryte w głębi naszego serca a czemu dopiero samotność pozwala się ujawnić), nigdy nie będzie postępował na drodze duchowej dojrzałości. Warto pytać siebie: Czy lubię swoją samotność, czy jej szukam? Czy lubię być ze sobą sam na sam? Odpowiedzi na te pytania – w zależności od tego jakie będą – potrafią ujawniać bardzo istotne aspekty naszego życia wewnętrznego, jego zdrowie lub chorobę.
Ewangelia jest dla nas zawsze Dobra Nowiną. Warto wsłuchać się w to, co pragnie nam przekazać, bo to ważne ubogacenie na naszą dalszą drogę i pracę, która podejmujemy. Dzisiejsza scena ewangeliczna uczy nas to dwóch rzeczy: Po pierwsze, niezależnie od naszej słabości czy nawet grzeszności Pan Jezus zawsze będzie obdarzał nas miłością, zawsze gotów jest nas wysłuchać, bo jak zwykł mawiać Carlo Carretto: „Bóg ze swoją miłością wobec nas jest na wiecznym dyżurze” i nie ma takiej chwili, w której nie moglibyśmy się do Niego zwrócić w obawie, że to niestosowny czas. Po drugie, każdy z nas jest zaproszony, aby uczyć się od Jezusa patrzeć na drugiego człowieka, niezależnie od jego słabości i grzechu, z miłosierdziem. Czyni nas to podobnymi do naszego Mistrza, którego przecież mamy naśladować a jednocześnie nasz mały gest uwagi i czasu poświęconego innym może pomóc naszym siostrom i braciom poczuć się ważnymi i godnymi osobami. A to już nie jest drobiazgiem.
W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. (Mt 11, 25-27)
Tak często nosimy w sobie przekonanie, że to do nas należy działanie, jego skutki a także pomysły na to co i jak powinniśmy robić. Tymczasem Biblia próbuje nas przekonać o czymś zgoła innym, dlatego nie przez przypadek rozpoczyna się od opisu działania Boga, które było na początku. Gdyż to On jest Źródłem wszystkiego. Bóg, który kieruje do nas swoje słowo oczekuje od człowieka jednego, że uzna Go za Źródło swojego istnienia, swojego działania, swojego zbawienia. I na tym polega nasze nawrócenie, do którego zaprasza nas wielokrotnie Pismo Święte. Kiedy Chrystus w Ewangelii przypomina, że czas Bożego królowania w świecie jest bliski, to właśnie dlatego, że chce nam uświadomić, że Królestwo Boże polega na tym, że potrafimy uchwycić tajemnicę Bożego działania w świecie i w naszym życiu i na to działanie odpowiedzieć. Poddać się temu działaniu.
Nam po ludzku tak trudno czasem uwierzyć w tę obecność i działanie Boga w naszym życiu. Subiektywnie oceniamy nawet, że Bóg jest daleko od nas za każdym razem, gdy nam się coś nie udaje, gdy doświadczamy jakiegoś zła, gdy przeżywamy jakiś egzystencjalny czy duchowy kryzys. Jak zwykł mawiać Mistrz Eckhart: „Paradoks wiary polega na tym, że mimo tylu dowodów Bożej łaski łatwiej nam stracić zaufanie w Boże działanie i Jego miłość niż je zyskać”. Tak często powtarzamy słowa typu: „wiara”, „prawda”, „Dobra Nowina”, że zdążyły nam już spowszednieć. Częściej zatrzymujemy się jedynie na ich rozumowym znaczeniu, niż przekuwamy je w doświadczenie.
Gdyby rzeczywiście świadomość miłości Boga i Jego działania przenikała nasze życie powtarzalibyśmy nieustannie za Jezusem: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”.
Gdyby rzeczywiście świadomość miłości Boga i Jego działania przenikała nasze życie bylibyśmy wciąż nastawieni na oczekiwanie Jego działania, płynące z zaufania, że Ten, który nas kocha pełnią swojej miłości czyni wszystko dla naszego dobra.
Można powiedzieć, że cała historia zbawienia, to historia oczekiwania. Tym który oczekuje jest przede wszystkim Bóg. On, który się nie zniechęca w swoim oczekiwaniu na odpowiedź ze strony człowieka, mimo, że ten wielokrotnie odtrącał Jego dary i odwracał się od Jego łaski.
Począwszy od stworzenia świata Bóg czeka na odpowiedź ze strony człowieka. To czekanie wyraził w trosce o Naród Wybrany, w słowie skierowanym przez proroków, w przyjściu na świat Jezusa, Jego nauczaniu, Jego cudach, wreszcie w bezsilności Jego Krzyża. To czekanie wyraził w tajemnicy Zmartwychwstania i Zesłania Ducha Świętego, to oczekiwanie trwa nadal – w tajemnicy Chrystusowej Ofiary ponawianej codziennie na ołtarzach świata. Bóg, który czeka!
Tajemnica miłości Boga kryje się w Jego oczekiwaniu! Bóg oczekuje, aby człowiek przyjął Jego działanie, Jego miłość i Jego łaskę. I tego nas uczy Jezus swoim przykładem: abyśmy nie stawiali oporu Bożemu działaniu, lecz abyśmy otwierając się na wyrazili zgodę na to, że nasze życie stawianie się obrazem Jego działania.
Można zatem powiedzieć, za Mistrzem Eckhartem, że dopełnieniem oczekiwania Boga jest oczekiwanie człowieka na Jego działanie. Postawę czujnego oczekiwania przywołuje wiele z Jezusowych przypowieści. Takiej postawy oczekiwania uczy nas także medytacja. Można powiedzieć, że w pewnego rodzaju „niedziałaniu” medytacji monologicznej kryje się zgoda i oczekiwanie na działanie Boga najpierw w naszym sercu, w którym przyzywamy Imienia Jezus i w którym to Boże i zbawcze działanie objawia najpełniej swoją moc a potem także w całym naszym życiu, które z medytacji czerpie postawę oczekiwania i poddania się Bożemu działaniu.
Naturalnie nie wolno nam zapomnieć, że w medytacji skupienie na jednym, na Imieniu Jezusa całej naszej uwagi jest również nie tyle przejawem naszego działania, co raczej przyjęciem postawy otwartości na działanie Boga, który uprzedza nas swoją łaską i uzdalnia do modlitwy, gdyż bez pamiętamy, że pomocy Ducha Świętego nie możemy powiedzieć przecież, że „Panem jest Jezus”. [1 Kor 12,3]