Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Jedność i wolność

Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec naszego Pana Jezusa Chrystusa, który napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich w Chrystusie. W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli świeci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym. (Ef 1,3-6)

Patrząc na tych, którzy na serio poszli za Chrystusem – na apostołów, świętych, błogosławionych, ale też na tych, którzy codziennym życiem potwierdzają swoją przynależność do Jezusa, można zobaczyć bardzo wiele wspaniałych cech, które się w nich rozwinęły dzięki wierze. Pójście za Chrystusem sprawia, że ludzie upodabniają się do Niego, że ujawnia się w nich ten prawdziwy, pierwotny i zarazem genialny zamysł, jaki Bóg miał, kiedy nas stwarzał. Warto zwrócić uwagę szczególnie na dwie z tych cech: wolność i jedność. Przynależność do Jezusa i poddanie się w pełni Jego nauce sprawiają, że człowiek przestaje być niewolnikiem swoich pragnień i tęsknot, grzechów i słabości. Takiej właśnie wolności Jezus uczy swoich uczniów w dzisiejszej Ewangelii. Pierwszy stopień tej wolności, to wolność od konieczności posiadania oraz związanego z nim poczucia bezpieczeństwa i niezależności, które tak często próbuje nam wmówić świat. Chrystus na przekór światu chce nam pokazać, że ufając Bogu, nie musimy się martwić o warunki naszego doczesnego życia, że On potrafi się o to zatroszczyć o wiele lepiej. Zauważmy jak często ta troska Boga przychodzi poprzez inne osoby, które Bóg stawia na drodze naszego życia, przez ich życzliwość, dobroć i to, co dla nas robią, choć może nie zawsze to doceniamy, bo przyzwyczajenie nie pozwala nam dostrzec w tym, co one dla nas robią wyciągniętej ku nam ręki Boga.

Jest jednak również inny wymiar wolności, której Jezus uczy swoich uczniów, czyli wolność od skutków ich działania i opinii ludzi, do których są posłani. Świadectwo naszej wiary i naszego opowiedzenia się za wartościami ewangelicznymi mogą się spotkać z odrzuceniem czy wręcz pogardą ze strony innych i jako uczniowie Jezusa musimy uczyć się na to godzić, idąc dalej przez życie, pozostawiając innym wolność i możliwości wyboru, gdyż sam Bóg niegdyś tej wolności, którą dał człowiekowi nie kwestionuje. W takiej postawie nie ma żadnej obojętności czy pogardy wobec drugiego człowieka, jest zgoda na to, że nie wszystko musi pójść po naszej myśli i według naszego planu. Oczywiście nic nie przeszkadza nam modlić się za innych. Trzeba jednak abyśmy byli wolni od przekonania, że w życiu innych powinny się realizować plany, które my mamy na ich życie. A to wcale nie rzadka pokusa.

Uczeń Jezusa jest kimś, kto żyje lub przynajmniej nosi w swym sercu pragnienie w takiej wolności i wytrwale, krok po kroku się jej uczy.

I druga cecha, o której wspomniano: jedność. To nie przypadek, że Jezus wysyła swoich uczniów po dwóch. Jest to odpowiedź na zasady istniejące w prawie żydowskim, które mówiło o tym, że zgodne świadectwo dwóch osób jest niepodważalne. Jedność i jednomyślność uczniów miały być źródłem mocy ich świadectwa.

Czytając o tym myślę sobie jak bardzo to aktualne nie tylko w stosunku do posłanych dziś na świat kapłanów, zakonników, czy sióstr zakonnych. Im mniej wśród nich jedności, tym bardziej ich świadectwo życia jest nieautentyczne. Widać to dzisiaj na poziomie parafii, gdzie księża nie potrafią się ze sobą dogadać, czy na poziomie hierarchów, którzy opowiadając się za taką lub inna „opcją” formułując swoje nauczanie (nie pomijając w tych sporach mediów społecznościowych) dają pożywkę tym, którzy pragną podważyć autorytet Kościoła i nie dostrzegają, że bark jedności boleśnie godzi w Kościół i w tych, którzy chcieliby w jego czytelnym i jednomyślnym nauczaniu znaleźć światło i oparcie.

W to Jezusowe posłanie „po dwóch” można wpisać także powołanie małżeńskie. To co sprawia, że małżeństwa stają się świadkami wiary, na której budują swoją codzienność jest ich jedność i wzajemna miłość, dzięki której stają się oparciem dla siebie i znakiem dla innych. Każdy brak jedności i miłości godzi nie tylko we wspólnotę małżeńską, ale i w rodzinę, której część ta wspólnota stanowi: dzieci, wnuki, krewnych. Jak mówi Chrystus” „dom, który wewnętrznie jest podzielony, nie może się ostać”. Dzisiaj wielu młodych ludzi, którzy rezygnują z sakramentalnych małżeństw jako jeden z powodów podają to, że nie chcą powtarzać piekła, które zgotowali sobie ich rodzice, gdy ich relacje się popsuły.

Takich przykładów skutków braku jedności można jeszcze mnożyć.

Dzisiejsza Liturgia Słowa chce umocnić w nas przekonanie, że świat jest rozumnym dziełem Boga Stwórcy, że nic i nikt nie istnieje bez określonego sensu. W szczególności my, ludzie, nie jesteśmy stworzeni bez celu. Każdy ma swoją misję do wypełnienia, swoje powołanie i to ona ostatecznie nadaje sens życiu i świadczy o jego jakości.

Święty Ireneusz z Lyonu, jeden z wielkich nauczycieli wiary z II wieku, uczył, że „chwałą Bożą” jest przede wszystkim „żywy człowiek”. Żywy – czyli żyjący pełnią życia, w prawdzie i miłości. Święty Jan przypomina słowa modlitwy Jezusa: „życie wieczne polega na tym, aby wszyscy poznali Ciebie, Ojcze” (J 17, 3). Bóg chce żebyśmy Go poznali, bo bez poznania nie ma mowy o zaufaniu i miłości. Kiedy wczytamy się w historię biblijną łatwo odkryjemy w niej prawdę o tym, że prawdziwe poznanie jest nieodłączne od miłości, a umiłowanie Boga – od zaufania Mu.

 To, co najmocniej wybrzmiewa w Modlitwie Arcykapłańskiej Jezusa, to prośba aby Jego uczniowie „byli jednością, aby świat poznał, że to Ty Mnie posłałeś i tak ich umiłowałeś, jak Mnie umiłowałeś”. Nie wolno nam zlekceważyć tego zadania. Szczególna zaś misja uczniów Jezusa – o której tak łatwo zapominamy – to budowanie jedności w tak bardzo podzielonym dziś świecie. A to budowanie zaczyna się od jedności naszego serca i jedności, jaką tworzymy z tymi, których na co dzień mamy obok siebie.

„Słuchaj, synu, nauk mistrza”

Synu, jeśli przyjmiesz moje nauki i zachowasz u siebie wskazania; ku mądrości nachylisz swe ucho, ku roztropności swe serce; jeśli wezwiesz rozsądek, przywołasz donośnie rozwagę, jeśli szukać jej poczniesz jak srebra i pożądać jej będziesz jak skarbów, to bojaźń Pana zrozumiesz, osiągniesz znajomość Boga. Bo Pan udziela mądrości, z ust Jego wychodzą wiedza i roztropność; dla prawych On chowa swą pomoc, On jest tarczą dla żyjących uczciwie. On strzeże ścieżek prawości, ochrania drogi pobożnych. (Prz 2,1-9)

Medytacja w dzień św. Benedykta przywodzi na myśl pragnienie wdzięczności. Także za naszą wspólnotę medytacyjną. Bo gdyby nie było Lubinia, benedyktynów takich jak ojciec Jan, ojciec Max, czy ojciec Karol, nie byłoby też naszej wspólnoty. A benedyktynów nie byłoby, gdyby nie było św. Benedykta. Stąd dzisiejsze święto to okazja do wdzięczności, której sądzę ciągle za mało jest w naszym życiu, wobec wielości darów jakie otrzymujemy z ręki Boga.

Jednym z niekwestionowanych darów, jaki otrzymujemy od Boga jest dar modlitwy – więź przez którą możemy utrzymywać nasz osobisty kontakt z Bogiem. Pragnienie modlitwy nieustannej, podobnie jak i zachęta do niej płynące z usta samego Jezusa a potem św. Pawła jest chęcią ukazania nam czym jest i jak ważna jest ta nieustanna więź w naszym życiu z Tym, który jest jego Źródłem. Dzisiaj Księga Przysłów składa niezwykłą obietnicę, że jeśli będziemy szukać tej głębokiej relacji z Bogiem, osiągniemy znajomość Boga – mądrość jakiej nie da nam świat ani żadna nauka, choćby najbardziej rozwinięta. Mądrość, którą zdobywa się sercem a nie rozumem. I Modlitwa Serca będąca drogą skłaniającą nasze serca ku Bogu jest właśnie doświadczeniem otwierającym nas na tę mądrość płynącą z góry. Co więcej Księga Przysłów mówi, że Bóg „ochrania drogi pobożnych”. To oczywiście nie działa na zasadzie układu „coś za coś”. Ja będę starał się być osobą pobożną, więc w zamian należy mi się to, że Pan Bóg będzie strzegł dróg mojego życia. Tym bardziej, że jak mówi Pan Bóg: „drogi moje nie są drogami waszymi”… [Iż 55,8] Ta ochrona, jaką daje nam Jego łaska jest owocem tego, że chronię się w cieniu Jego skrzydeł – jak mówi Psalmista, bo ufam, że tylko w Bogu mogę znaleźć ukojenie i poczucie bezpieczeństwa. Ufam, że drogi, którymi On mnie prowadzi przez życie są najlepszymi drogami wiodącymi do celu jakim jest zbawienie. To jednak zakłada, że musimy zgodzić się bez zastrzeżeń na to, którędy będzie nas prowadziła Boża mądrość, nawet jeśli nie do końca rozumiemy te Boże drogi i plany i nie do końca pokrywają się one z naszymi planami.

Tego uczy nas poniekąd medytacja: przyjąć Bożą naukę płynącą wprost ze słowa, w które wsłuchujemy się w ciszy naszego serca; zachować wskazania, które płyną z zasłuchania w to słowo; nachylić swe ucho i serce ku mądrości, której jest ono źródłem [por. Prz 2,1]. To modlitwa, która uczy nas rezygnacji z naszego ludzkiego sposobu planowania, przemyśleń, kontrolowania, na rzecz ufności i zgody, by to rzeczywiście Jezus był naszą Drogą. Nie jest to łatwe, ale na szczęście z Bożą pomocą możliwe.

Nie sposób nie przywołać dzisiaj słów samego św. Benedykta i już czytając wstęp jego Reguły znajdujemy w niej echo słów dzisiejszych czytań z Księgi Przysłów: „Słuchaj, synu, nauk mistrza i nakłoń [ku nim] ucho swego serca. Napomnienia łaskawego ojca przyjmuj chętnie i wypełniaj skutecznie, abyś przez trud posłuszeństwa powrócił do Tego, od którego odszedłeś przez gnuśność nieposłuszeństwa. Do ciebie więc kieruję teraz moje słowa, kimkolwiek jesteś ty, co wyrzekasz się własnych chęci, a chcąc służyć pod rozkazami Chrystusa Pana, prawdziwego Króla, przywdziewasz potężną i świętą zbroję posłuszeństwa” [z prologu Reguły św. Banedykta].

Już same te słowa mogłyby posłużyć za wprowadzenie do medytacji.

Dla nas – medytujących – mistrzem jest Słowo. To samo Słowo, które Bóg wyrzekł przed wiekami dając początek stworzeniu; to samo Słowo, które stając się ciałem przyniosło nam zbawienie i pozwoliło na nowo nawiązać z Bogiem dziecięcą więź; to samo Słowo, które wybrzmiewa w naszych sercach, gdy z każdym oddechem przywołujemy najświętsze Imię – Jezus. Słowo, które objawia pełnię swojej mocy w ciszy naszego serca, gdy przywołujemy Je tam z miłością i z gotowością całkowitego powierzenia się Jego prowadzeniu.

Dać się zaskoczyć

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze. A wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: „Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?” I powątpiewali o Nim. (Mk 6,1-4)

Truizmem będzie stwierdzenie, że nie lubimy, gdy w życiu coś nas zaskakuje, zwłaszcza nie po naszej myśli. Dlatego bez względu na to, czy chodzi o zakup jakiegoś nowego sprzętu AGD, komputera czy o wyjazd na wakacje, w miejsce którego jeszcze nie znamy, staramy się sprawdzić, dowiedzieć się, czy sprzęt który kupujemy jest dobry, jakie ma parametry a gdy dotyczy to wyjazdu studiujemy przewodniki, czytamy opinie tych, którzy tam byli przed nami, szukamy miejsc, które warto by odwiedzić w okolicy lub wycieczek w dobrych cenach… Kiedyś tym poszukiwaniom towarzyszył szelest kartek wertowanych bez końca przewodników, które dzisiaj spoczywają w kartonach i do których – przyznam się osobiście – lubię czasem wracać. Niestety dałem się, jak wielu innych uwieść również w tym względzie nowym technologiom i czytanie książkowych przewodników zamieniam często na „klikanie” w komputerze. Może to mniej romantyczne, ale daje możliwość zobaczenia tysięcy zdjęć z interesującego mnie miejsca. Mogę za pomocą zdjęcia satelitarnego popatrzeć na domy, ulice, „stanąć” na promenadzie, za którą widnieje bezkresny ocean… Albo powoli oddalać oko satelity, ażeby popatrzeć na wszystko z góry.

Czy dobrodziejstwo Internetu nie sprawiało, że coraz mniej dajmy się zaskoczyć?

To, co mnie zaskakuje w czasie wyjazdów wakacyjnych staje się częstokroć najbardziej pamiętanym doświadczeniem. Internet nie przenosi zapachów, jak chociażby zapach pól Wielkopolski, wśród których mam okazję przechadzać się ostatnio i który sprawia mi tyle radości. Albo smaku kawy w maleńkim włoskim miasteczku, gęstej, czarnej, mocnej i smakującej jak nigdzie indziej… Nawet rozczarowania tym, co na zdjęciach wyglądało imponująco a w rzeczywistości okazuje się zgoła skromniejsze są pouczające.  Lubię robić tysiące zdjęć, ale ostatecznie to pamięć i serce zachowują najlepsze wspomnienia, bo one są miejscem doświadczenia.

Piszę o tym, bo można to również odnieść do doświadczenia wiary.

Kiedy Jezus wchodził do swojego rodzinnego miasta, przyglądający Mu się mieszkańcy dobrze wiedzieli, kim On jest. Człowiekiem z sąsiedztwa. Wydawało się im, że wiedzą o Jezusie wszystko i… nie chcieli dać się zaskoczyć!

Tak bywa nie rzadko z doświadczeniem naszej wiary, bo mylimy wiarę z wiedzą o Jezusie, o Jego Ewangelii. Tymczasem wiara to zgoda na to, aby Pan Bóg nas nieustannie zaskakiwał. Czasem dobrze, czasem boleśnie, bo wówczas mamy szansę za św. Pawłem nie tylko powiedzieć, ale i poczuć, że: „Moc w słabości się doskonali”. A Pan Bóg chce nas zaskakiwać nieustannie! Czasem tym, że pozornie znany nam tekst z Pisma Świętego przyniesie nam nowe i nieoczekiwanie olśnienie. Innym razem pragnie nas zaskakiwać małymi cudami dnia codziennego, których nie zauważamy, ale dostrzeżone potrafią w nas wywołać zachwyt i radość. Czasem też zaskakuje nas tym, czego najbardziej nie lubimy – gdy krzyżuje nasze palny czy pomysły na życie. A wszystko to po to, abyśmy dostrzegli, że wiara to bardziej doświadczenie obecności Boga, na które się otwieramy; to droga, którą On zna, ale my  nie musimy i wreszcie po to, aby nas uchronić od rutyny, w której my często znajdujemy fałszywe poczucie bezpieczeństwa a która dla doświadczenia wiary bywa drogą do jej śmierci.

Dlatego dajmy się Bogu zaskakiwać. On nigdy nie robi tego przeciw nam!

Imię, w którym otrzymujemy wszystko

Zaiste, podobnie jak ulewa i śnieg spadają z nieba i tam nie powracają, dopóki nie nawodnią ziemi, nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju, tak iż wydaje nasienie dla siewcy i chleb dla jedzącego, tak słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa. [Iz 55, 10 – 11]

Jak już wspomniano medytacja uczy nas skupienia na jednym, na tym, co najistotniejsze w życiu człowieka wierzącego. Właśnie dlatego medytacja pozwala nam odnaleźć drogę do tego, aby w naszym życiu mogły się wypełniać pierwsze i najważniejsze z próśb, jakie Chrystus zawarł w Modlitwie Pańskiej:

  • Niech się święci Twoje Imię,

  • Niech przyjdzie Twoje Królestwo,

  • Niech Twoja wola spełnia się tak w niebie jak i na ziemi.

Nikt nie nauczy nas tego lepiej niż sam Chrystus. Więcej medytacja monologiczna, czy Modlitwa Jezusowa odwołuje nas do odkrycia mocy Tego Imienia, w którym wszystko już zostało nam dane. Imię Jezus nie tylko oznacza: „Bóg zbawia”, ale objawia nam prawdę o zbawieniu w osobie i nauczaniu Jezusa. Od chwili wcielenia się Słowa Bożego w postać Jezusa Chrystusa prawda o zbawieniu przestaje być już przed nami zakryta. W tym sensie Piotr Apostoł napisze, że „nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” [Dz 4,12].

Modlitwa oparta na przyzywaniu Imienia Jezusa nie tylko określa religijny charakter tej modlitwy, ale oznacza, że pragniemy otworzyć się na wszystko, co to Imię nam niesie. Oczywiście najważniejszym darem, jakie niesie to Imię jest zbawienie. Ale jak przypomina św. Paweł w Liście do Efezjan innym darem ofiarowanym nam w Imieniu Jezus jest nasza możność zjednoczenia się z Bogiem, gdyż w Jezusie wszystko się jednoczy „to co w niebiosach i to, co na ziemi” [Ef 1,10]

Zresztą nie tylko chrześcijaństwo odnalazło w powtarzaniu imienia Boga swoją drogę do zjednoczenia z Nim. Nigdzie jednak, w żadnej religii nie znajdziemy w tej relacji takiej bliskości i intymności z Bogiem, do jakiej zaprasza nas Jezus mówiąc wprost, że możemy się zwracać do Boga – „Abba”, co dosłownie oznacza: „Tatusiu”.

Ojciec Jacek Bolewski SJ pisze: „W tej nieskończenie bliskiej relacji do Boga, jako Ojca kryje się i objawia najgłębsza tajemnica Jezusa, jako Syna Bożego złączonego z Bogiem w miłości, której owocem jest Duch Święty”.

Można zatem powiedzieć, że medytacja, w której przyzywamy Imienia Jezus jest zaproszeniem do wejścia, do zanurzenia się w tę relacje miłości Ojca i Syna. Nie możemy wejść w tę relację o własnych siłach, bez pomocy Jezusa. Może nas w nią wprowadzić jedynie Ten, który jest jedną ze stron tej relacji. Podobnie nie moglibyśmy mówić do Boga – Abba, gdyby nie to, że umożliwia nam to sam Jezus, wprowadzając nas mocą Ducha Świętego w rolę dziecka Bożego. Jak mówi o tym św. Paweł w Liście do Rzymian: jeśli mogę zwracać się do Boga – Ojcze, to właśnie dzięki Duchowi Świętemu, „w którym możemy wołać Abba, Ojcze, bo sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi” [Rz 8,14nn].

Dlatego w naszej praktyce medytacyjnej skupiamy się na tym jednym Imieniu, bo wierzymy, że w Nim otrzymujemy wszystko to, co wprowadza nas w prawdziwą relację miłości z Bogiem (bez której też nie da się budować prawdziwej relacji miłości z bliźnimi). Ufamy też, że to Imię prowadzi nas drogą zbawienia,   czyniąc wszystko, co jest na tej drodze konieczne (uzdrawia nas, przemienia, nawraca i uświęca), bo jak mówi prorok Izajasz: „słowo nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa”.

Odwoływanie się do Imienia Jezus w medytacji monologicznej pozwala nam wciąż na nowo odkrywać, że zarówno uświęcenie jak i zbawienie jest nie tyle owocem naszej pracy, co darem bezinteresownej miłości Boga obecnego w nas, który pragnie ofiarować nam swoje dary miłości i łaski, do przyjęcia których uzdalnia właśnie wypowiadane w sercu i z miłością Imię Jezus.

Dotyk, który uzdrawia

Nie bój się, wierz tylko! (Mk 5, 36)

Tym, co najbardziej paraliżuje nas w życiu, jest strach i lęk…

Lęk o przyszłość, obawa o pracę, dom, najbliższych. Boimy się nowych ludzi, rzeczy, nieprzewidzianych sytuacji.

Czasem wolimy wtopić się w tłum, być tak jak inni, szary, nijacy; nie chcemy niczego zmieniać i pragniemy, żeby wszystko było już tak jak zawsze.

Ta postawa dotyczy nierzadko również naszego życia duchowego, naszej więzi z Bogiem.

Czy można być człowiekiem religijnym, praktykującym nie będąc człowiekiem wierzącym? Na pozór jest to pytanie dziwne, może nawet sprzeczne w sobie. Tymczasem już św. Tomasz a Akwinu przestrzegał: „Strzeżmy się religijności bez wiary. Strzeżmy się pozorów i udawania przed Bogiem”.

Prawdziwa wiara wymaga bowiem zaangażowania się w osobistą więź z Chrystusem, ze zgodą na wszelkie zmiany jakie to pociąga w naszym życiu, w naszym sposobie mylenia i patrzenia na rzeczywistość.

Tymczasem często boimy się uwierzyć i pójść za Chrystusem, bo musiałoby to postawić nas wobec zupełnie nowej i nieznanej rzeczywistości.

Boimy się, że może zostaniemy wyśmiani z powodu naszej wiary, jak Jezus w dzisiejszej Ewangelii, gdy przychodzi, by uzdrowić córkę Jaira. Nic już przecież się nie da zrobić, nic nie można zmienić, bo dziewczynka umarła, nie pomoże już żaden lekarz czy cudotwórca.

Często myślimy podobnie o sobie, o innych, o sytuacji małżeńskiej czy rodzinnej: Już nic się nie da zrobić nie można niczego uzdrowić, zmienić… Bo grozi nam wypalenie, brak wiary w Boga, w człowieka, brak umiejętności patrzenia z nadzieją w przyszłość…

A przecież potrzeba tak niewiele. Nie musimy czynić rzeczy wielkich, niezwykłych czy ponad nasze siły.

Wystarczy, że dotkniemy Jezusa z wiarą, jak uczyniła to kobieta chora na krwotok.

Potrzebny jest mały gest, delikatny dotyk zaufania, by Jezus odmienił moje i Twoje życie. Ale potrzebna jest również ta odrobina odwagi, aby przezwyciężyć strach, lęk, aby wyjść z anonimowego tłumu i wyciągnąć rękę ku Jezusowi.

On ma moc uzdrowić nas z naszych grzechów, słabości i lęków, które paraliżują nasze życie. Może i chce dać nam nowe życie. Życie pełne radości, szczęścia.

Czy wierzysz, że wystarczy dotknąć Jezusa, aby zobaczyć siebie, innych i cały świat w zupełnie innym świetle, świetle Bożej łaski?

Jeden dotyk, który potrafi nadać całemu życiu nowy i głęboki sens.

„Nie bój się, wierz tylko” – mówi dziś Jezus do każdej i każdego z nas. Tylko wtedy gdy uwierzę i przyjdę do Jezusa – jak kobieta z dzisiejszej Ewangelii – wygram moje życie!