Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Modlitwa przekraczająca schematy

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. (Mt 5,17-19)

Pan Jezus odnosi się dzisiaj do przykazań, o których św. Jan powie w swoim liście, że są miarą miłości Boga: «Albowiem miłość względem Boga polega na spełnianiu Jego przykazań, a przykazania Jego nie są ciężkie» (1J 5,3). Zachowywanie przykazań Bożych jest świadectwem, że kochamy Go w czynach a nie tylko w wymiarze emocjonalnym. Św. Jan uświadamia nam, że nie nasza modlitwa jest największą miarą naszej miłości do Boga, ale przykazania (choć oczywiście modlitwa jest ważna, bo bez niej zasady wyrażone w przykazaniach nie zakorzeniłyby się w naszym sercu, nie stałyby się zasadami miłości). Do tej pedagogicznej mocy modlitwy odwołujemy się także w medytacji.

Spośród wielu form modlitwy, które są dostępne dla przeciętnego, praktykującego chrześcijanina na naszych spotkaniach pragniemy wdrażać się w medytację monologiczną, czy jak kto woli Modlitwę Serca, której jedną z from jest Modlitwa Jezusowa. Moja przygoda z tą formą modlitwy trwająca już trzy dekady utwierdza mnie w przekonaniu, że to modlitwa najbardziej prosta i uniwersalna, co nie znaczy najłatwiejsza. Jej prostota polega na tym, że możemy się dzięki niej modlić bez zbędnych słów i myśli. Inną kwestią jest to, że taka forma modlitwy pozwala nam trwać przed Bogiem, być w Jego obecności w niemal dowolnej chwili dnia. Jak wspominałem kiedyś: modliłem się nią, jadąc tramwajem do szkoły średniej (podróż w jedną stronę zajmowała mi 40 minut), żeglując, chodząc po górach, wykonując jakaś pracę nie wymagającą zbytniego zaangażowania umysłowego, także jeżdżąc rowerem. Czasem łączę tę modlitwę z adoracją Najświętszego Sakramentu, bo ułatwia wejście w bycie tu i teraz przed Bogiem.

Jest to modlitwa dla tych, którzy preferują w ciszy i spokoju trwać u stóp Pana, podobnie jak ewangeliczna Maria. Mam serdecznych znajomych – małżeństwo, które uprawia nordic walking. Dzielili się ostatnio doświadczeniem, że te chwile marszu są one dla mich nie tylko okazją do wypoczynku, ale też czasem dającym wspaniałe warunki do praktykowania Modlitwy Jezusowej.

Nie wiem jakie jest Wasze doświadczenie tej modlitwy, ale skupienie na jednym, którego ta forma modlitwy uczy pozwala też dostrzegać, że odpowiedzi ze strony Boga są zawsze bardzo konkretne i objawiają się w małych, nieraz pozornie błahych sprawach. Medytacja monologiczna bardzo wyczuwa nasz zmysł wiary na dostrzeganie takich małych rzeczy.

Inną ważnym owocem, jaki dostrzegam jest to, że dzięki medytacji zmienia się też głębia i intensywność pozostałych modlitw – modlitwy brewiarzowej czy Mszy świętej.  Dzięki ćwiczeniu uważności medytacja monologiczna pozwala wejść mocniej w doświadczenie danej modlitwy, bez konieczności walki z atakującymi rozproszeniami. Zresztą modlitwa ta nauczyła mnie, że nie same rozproszenia są najistotniejsze, bo one – ze względu na intensywność życia i tak się będą pojawiały – ważniejsze jest to, jaką przyjmiemy wobec nich postawę. Jeśli będzie właściwa i nie będzie traktowała ich zbyt poważnie, dając im przez to siłę, ich natarczywość i intensywność się zmniejszy. Jest jeszcze jeden owoc tej modlitwy, sądzę, że również ważny. Uczy nas ona przełamywać strach przed tym, co nieznane w modlitwie; czego nie możemy kontrolować a to z kolei uczy nas zaufania w prowadzenie nas w doświadczeniu modlitwy przez Ducha tam, kędy On chce. Jak zwykł mawiać brat Morris: „Bóg będzie działał w naszym życiu modlitwy tylko na tyle, na ile pozwolimy Mu działać”. Im bardziej próbujemy kontrolować przebieg naszej modlitwy, tym mniej pola zostawiamy w niej działaniu Ducha Świętego.

Medytacja monologiczna zaprasza nas do wyzbycia się utartych schematów modlitwy i choć na początku może to być trudne, z czasem pozwoli nam ona wypłynąć na głębię przynosząc owoce, jakich sami się często nie spodziewamy.     W końcu jak mówił znany nauczyciel medytacji chrześcijańskiej Johannes Lotz SJ: „Skoro modlitwa jest wejściem w świat Boga, który zawsze pozostaje dla nas tajemnicą musimy zgodzić się na to, że również o modlitwie podobnie jak o Bogu nieskończenie więcej nie wiemy niż wiemy a zatem wszelkie próby kontrolowania jej i zrozumienia jej prawidłowości za pomocą rozumu – jeśli nie zdecydujemy się na akt wiary, który będzie dla nas skokiem w nieznany i nieograniczony świat – spełzną na niczym”. [Wprowadzenie do medytacji]

Między grzechem a posłuszeństwem woli Boga

Na to Jezus rzekł: „Któż jest moją matką i którzy są braćmi?” I spoglądając na siedzących wokoło Niego rzekł: „Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką”. (Mk 3,33-35)

Jakiś czas temu przeczytałem książkę José Saramago „Miasto ślepców”. Jest to opowieść o mieście, którego mieszkańcy z niewiadomego powodu tracą wzrok. Powszechna ślepota powoduje, że rozpadają się cywilizowane normy zachowań, pojawiają się agresja, nieufność i strach.  I choć powieść jest fikcją literacką i miejscami bywa mocna, to jednak opisane w niej mechanizmy są wstrząsającym i głęboko przenikającym czytelnika studium kondycji ludzkiej. Dowodzi to prawdziwości tezy, że cywilizacja ludzka, jak i samo człowieczeństwo są bardzo delikatne i kruche.

Przypomniała mi się ta książka, kiedy przeczytałem wczoraj czytania z dzisiejszej niedzieli.

W Księdze Rodzaju widzimy nieco podobny świat po grzechu pierworodnym. W oczy rzuca się rozerwana wspólnota, zarówno z Bogiem, jak i z drugim człowiekiem. Grzech także zaślepia człowieka. Adam doświadcza swojej nagości i doznaje lęku. Jest bezradny i bezbronny. Traci poczucie odpowiedzialności za swe czyny. Nie widzi konsekwencji swoich wyborów. O wszystko obwinia Boga: to Ty postawiłeś przy mnie tę niewiastę, a teraz chcesz mnie ukarać.

Ale nagi Adam chowa się nie tylko przed Bogiem. Zagrożeniem dla niego jest też drugi człowiek. Zranione pożądliwością serce nie kieruje się już wyłącznie ku dobru. W relacji przestaje liczyć się już dar i miłość, ale rodzi się pytanie, jakie korzyści mogę z niej mieć dla siebie, nawet kosztem drugiej osoby?

Na szczęście ta scena nie jest ostatnim słowem. W swojej rozpaczy Adam się myli. Bo już w raju, w chwilę po grzechu pierworodnym pan Bóg zapowiada nadejście nowej Ewy i nowego Adama, którzy swoim życiem a zwłaszcza posłuszeństwem woli Bożej przywrócą właściwy porządek w relacji z Bogiem i z drugim człowiekiem. Słowami: „Oto jest moja matka, a to są moi bracia” (Mk 3, 34) – Jezus ustanawia swoją nową rodzinę opartą już nie na więzach krwi, nie na zasadach prawa, ale na mocy swojego Słowa i łaski, które zdolne są uczynić nas dziećmi Bożymi, tymi, którzy narodzili się z Boga (por. J 1, 12-13).

Od tej chwili to postawa wobec Jezusa decyduje o byciu wewnątrz lub na zewnątrz tej nowej społeczności, którą Jezus powołuje do życia, jako Kościół. Można zająć postawę reprezentowaną przez uczonych w Piśmie, którzy odrzucają Bożą miłość i zamykają się na łaskę, jako argumentu używając niedorzecznego stwierdzenia, że Jezus działa mocą złego ducha. Można też przyjąć postawę Maryi – Nowej Ewy, która mówiąc „fiat” składa z zaufaniem swoje życie w ręce Boga, tym samym otwierając się w pełni na Jego miłość i łaskę.

Chrystus – nowy Adam ukazuje na nowo wartość miłość, bezinteresowności i dobra, które odtąd mają kształtować życie i tożsamość Jego sióstr i braci. I skoro one wciąż istnieją, mimo że wydają się tak bezbronne wobec zagrożeń tego świata, to znaczy, że On naprawdę zwyciężył świat. To znaczy, że nie musimy się bać, bo nawet jeśli codzienność wystawia naszą miłość na wiele prób i zagrożeń zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych, to jeśli codziennie świadomie i z wiarą będziemy wypowiadać słowa modlitwy, której uczy nas sam Jezus „I nie wódź nas na pokuszenie”, to przekonamy się, że Bóg ma moc nas obronić przed tym, co staje się dziś zagrożeniem dla naszej miłości i dobra. Oczywiście kuszeni będziemy do końca naszego życia, ale nawet gdy diabeł może zmiażdżyć mi pietę, nie wolno nam zapomnieć, że Chrystus – Nowy Adam już zmiażdżył mu głowę.

Najświętsze Serce Jezusa i duchowość serca

Choć świat i ludzka wrażliwość się zmieniają, jedno pozostało niezmienne – serce wciąż jest dla nas bardzo czytelnym znakiem, wymownym symbolem – prostym, powszechnym, przemawiającym bez zbędnych słów: jest po prostu znakiem miłości. Otwarte serce Jezusa rozumiemy i przyjmujemy tak samo, jak słowa Ewangelii: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna dał…” (J 3,16), czy po prostu „Bóg jest miłością” (1 J 4, 16).

Kardynał Ratzinger, który temat kultu Serca Jezusowego podejmuje w książce „Tajemnica Jezusa Chrystusa” pisze: „ześrodkowana w sercu pobożność odpowiada obrazowi chrześcijańskiego Boga, który ma Serce. To jest streszczenie historii miłości Boga do człowieka”.

Znamy dobrze ewangeliczny opis umiłowanego ucznia, który spoczywając na piersi Jezusa wsłuchuje się w Jego serce.

„Jeden z uczniów Jego – ten, którego Jezus miłował – spoczywał na Jego piersi” (J 13,23)

Ten obraz ukazuje istotę kultu Najświętszego Serca na dziś, na nasze czasy – wsłuchanie się w Serce Jezusa.

Tradycja chrześcijańska mówi o tym, że Serce Jezusa oznacza iż – jeszcze raz cytując Ratzingera – „Bóg w swojej paradoksalnej miłości przekroczył samego siebie i wszedł w ciało, a przez to w mękę ludzkiego bytu”.

Można powiedzieć, że w kulcie Jezusowego Serca odnajdujemy to, co już wcześni Ojcowie Kościoła określali, jako duchowość serca (Ewargiusz, Jan Kasjan), która jak prorokował znany niemiecki teolog żyjący w ubiegłym stuleciu, Karl Rahner będzie lekarstwem na kryzys wiary we współczesnym świecie. Do duchowość, która zachęca do powrotu do centrum, do serca – miejsca obecności i spotkania z Bogiem w nas. A zmarły niedawno brat Morris Maurn dodawał: „ Serce człowieka jest tym punktem, w którym wszystko jest zogniskowane, punktem, z którego wszystko wypływa, centrum całego życia chrześcijańskiego, tak jak centrum i źródłem życia Kościoła jest Serce Chrystusa. Tylko wtedy, gdy na nowo zanurzymy się w źródle, będziemy mieć siły niezbędne, aby z jednej strony konfrontować się ze światem współczesnym, a z drugiej do niego się dostosować pozostając jednocześnie wolnymi”.

Powyższe słowa wydają się potwierdzać, że to właśnie w kontemplacji Jezusowego Serca współczesny człowiek może odnaleźć lekarstwo na odnowę swojego serca i odnowę świata. Odwołując się do Bożego Serca, duchowość serca stawia w centrum antropologię osoby w jej jedności i integralności oraz w relacji do jej transcendentnego celu. Jej pielęgnowanie prowadzi człowieka do ożywienia w sobie wewnętrznych uczuć Chrystusa, do wniknięcia w tajemnicę Jego miłości i Jego życia wewnętrznego. To jest dokładnie to o czym mówił św. Jan Paweł II, że „Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie”.

Duchowość o której mówimy stanowi zatem punkt wyjścia do przemiany serca człowieka. Nie wyrywa go ona z realnego świata, ale pozwala przekształcić jego serce na wzór Serca Bożego. W ten sposób zostaje przywrócona właściwa hierarchia systemu wartości człowieka, zostaje podkreślona waga modlitwy, miłości, co prowadzi do coraz głębszego zjednoczenia z Bogiem, które jest celem jego życia i powołania.

Prawdziwy kult Najświętszego Serca Jezusowego pozwala człowiekowi odkryć Boga, który darzy go miłością i oczekuje jej odwzajemnienia. Dzięki temu bariery stawiane człowiekowi na drodze do Stwórcy zostają przezwyciężone poprzez miłość, która niesie z sobą przebaczenie i ufność.

Jezusowe wołanie: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych” (Mt 11,28-29), zachowuje nieustannie swoją aktualność. Wskazuje ono także na istotę duchowości Bożego Serca. Jedynie w prawdziwej miłości, która chętnie podejmuje wyrzeczenie, wynagradza za oziębłość i jest gotowa do ofiar, człowiek może w pełni zrealizować samego siebie, odnaleźć pokój serca oraz swoje szczęście.

Wezwanie do powrotu do duchowości serca nie jest jakimś sentymentalnym marzeniem. Jest ono koniecznością chwili obecnej, stanowi wyzwanie aktualnych czasów, które domagają się od chrześcijan świadectwa żywej wiary, której fundamentem jest miłość.

Skupić się na jednym

Dziękuję Bogu, któremu służę jak moi przodkowie z czystym sumieniem, gdy zachowuję nieprzerwaną pamięć o tobie w moich modlitwach. W nocy i we dnie pragnę cię zobaczyć. Z tej właśnie przyczyny przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie przez włożenie moich rąk. Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia. Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga. On nas wybawił i wezwał świętym wezwaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami. (2 Tm 1,3.6-9)

Ten list można nazwać testamentem Apostoła Narodów. Patrzy on na całe swoje życie i posługiwanie dla Ewangelii. Widzi swoje sukcesy i porażki. Wie, że dał z siebie wszystko, aby innym głosić Jezusa.

Lubię czytać i rozważać listy św. Pawła, ponieważ jest w nich autentyczny. Nie boi się  odkrywać swojego serca, swoich uczuć i emocji przed tymi, do których pisze. Nie kreuje się na kogoś, kim nie jest. Uważam, że właśnie to jest jedną z największych zalet jego pism. Czytając je poznaję człowieka, który nie jest różny ode mnie. Wie, że Bóg dał mu nowe życie i tym życiem dzieli się z innymi. Ma również świadomość swoich ograniczeń i słabości i – co dla mnie jest kluczowe – nie wstydzi się o nich mówić. Paweł nie boi się napisać tego, że płacze, że czegoś nie rozumie, że ma wątpliwości, że czuje się odrzucony przez tych, którym tak wiele dał, że ma grzechy, które go policzkują i że walczy z nimi aż do przelania krwi. Św. Paweł chcę być autentyczny w tym, co robi i do tego zachęca też swojego duchowego syna Tymoteusza a przez swoje listy także nas. Jak jesteśmy szczęśliwi, to widać, ale jak mamy trudne chwile, to też nie powinniśmy udawać.

Skupiliśmy się podczas ostatnich rozważań na prostocie modlitwy. Nie mam wątpliwości, że prostota wyraża się także w autentyczności. Jest ona potwierdzeniem życia w prawdzie i w wolności, do których zachęca także św. Paweł w swoich listach.

Można powiedzieć, że życie św. Pawła i jego nauczanie to także wezwanie do prostoty. Płynie ona ze skupienia na jednym. Tym jednym w życiu chrześcijanina jest oczywiście Bóg. Dobitnie mówi o tym Chrystus, zwracając się do Marty: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele a potrzeba tylko jednego. [Łk 10,38-42]. Jezus wypowiada te słowa w kontekście dobrej cząstki, jaką wybrała Maria, którą było skupienie się na Jezusie i Jego słowie. Nie oznacza to bynajmniej, że praca Marty, jej zabieganie były złe. Chodziło o to, że Jezus w tym dialogu odsłania coś głębszego, tajemnicę jej serca. Problem Marty polegał na tym, że nie potrafiła skupić się na jednym (w tym wypadku na swojej pracy), ale byłą pogrążona w rozmaitych troskach, które ją rozpraszały. Chrystus wbrew pozorom nie przeciwstawia kontemplacji – wyrażanej w postawie Marii, posłudze miłości – wyrażonej przez Martę. On przeciwstawia postawę skoncentrowanej na jednym i postawę rozproszoną między wiele trosk i niepokojów. Chce nas przez to nauczyć, że ostatecznie tylko skupienie się na jednym – czy to w modlitwie, czy to w pracy – jest drogą prowadzącą do Jednego, do jedności przez która łatwiej nam odkryć Boga obecnego we wszystkim co czynimy.

I do takiej właśnie postawy prowadzi nas medytacja, która ucząc nas skupiać się na jednym – IMIENIU JEZUS – uczy nas, jak wprowadzać tę jedność począwszy od naszego serca, po to, aby rozciągać ją ostatecznie na całe nasze życie.

W szkole miłości

Pewnego razu, gdy Jezus przechodził w szabat wśród zbóż, uczniowie Jego zaczęli po drodze zrywać kłosy. Na to faryzeusze rzekli do Niego: „Patrz, czemu oni robią w szabat to, czego nie wolno?”

On im odpowiedział: „Czy nigdy nie czytaliście, co uczynił Dawid, kiedy znalazł się w potrzebie, i był głodny on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego za Abiatara, najwyższego kapłana, i jadł chleby pokładne, które tylko kapłanom jeść wolno; i dał również swoim towarzyszom”. I dodał: „To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Zatem Syn Człowieczy jest panem szabatu”. (Mk 2,23-28)

Św. Augustyn powiedział kiedyś: „Kochaj i czyń co chcesz”. Nie wszyscy jednak wiedzą, że powiedział to pod wpływem medytacji nad słowami dzisiejszej Ewangelii.

Prawo jest niezbędne dla dobrego funkcjonowania każdej społeczności ludzkiej, ale Jezus proponuje niesamowite uproszczenie prawa. Zamiast tysięcy różnych nakazów i zakazów proponuje jeden nakaz: kochaj! Tym bardziej, że sam tworzy nową społeczność, więcej Królestwo, gdzie prawem ma być właśnie Miłość, rozumiana jako szczere szukanie dobra (chodzi zarówno o moje dobro jak i drugiego człowieka) Takie podejście lepiej od wszystkich kodeksów prawa organizuje życie społeczne, od rodziny począwszy, na wspólnotach międzynarodowych skończywszy. Problem jest jednak w tym, że nawet za bardzo nie wiemy co to jest miłość, a z wcielaniem jej w życie to już w ogóle jest tragedia. Ta niewiedza jest po części zawiniona. Wsłuchujemy i dajemy się manipulować różnym teoretykom miłości a nakładając na te teorie nasze własne, często ułomne doświadczenie miłości i egoizm (miłość wykrzywioną) nie dziwi fakt, że czujemy się zagubieni gdy mowa o miłości. A przecież wystarczyłoby uczyć się od jedynego Nauczyciela, który sam jest Miłością.  Na szczęście można temu zaradzić. Wystarczy poznać Jezusa i zapisać się do szkoły, którą On założył – szkoły Miłości, szkoły Ewangelii. Na to nigdy nie jest za późno. Uczęszczanie do szkoły zakłada oczywiście popełnianie błędów i ciągłe poprawianie się, ale niesie ze sobą wzrost i rozwój. Nade wszystko zakłada jednak uznanie autorytetu Nauczyciela i posłuszeństwo Jego słowu.

Nasz problem polega na tym, że częściej niż miłością kierujemy się obowiązkiem, powinnością, nakazem zagrożonym karą. O ile w pewnych sytuacjach życiowych rzeczywiście człowiek musi kierować się obowiązkiem, powinnością, nakazem, prawem, bo bez tego panowałby w życiu społecznym bałagan. Jednak przed Bogiem powinniśmy przede wszystkim zwracać uwagę na serce. Zwłaszcza, że właśnie w sercu Bóg złożył swoje prawo miłości już w chwili chrztu. Potrzeba nam kontaktu z naszym sercem, aby wciąż na nowo to źródło odkrywać. To źródło, które jest nieustannie zasilane i odnawiane Jego łaską a więc nie ma obaw, że się wyczerpie, dopóki będziemy przez łaskę zjednoczeni z Bogiem.

Serce jest niejako odbiornikiem „fal” Bożej miłości. To w sercu człowieka Bóg składa swoją miłość uczulając je na to, co Boże. I chociaż współczesny człowiek często tego nie doświadcza, to jednak Bóg mówi do człowieka właśnie poprzez serce, poprzez duszę. Serce i dusza to „czułe instrumenty”, które pod wpływem Bożej miłości wydają pewne sygnały do człowieka. Człowiek może je odebrać lub nie. Niestety współczesny człowiek jest tak często zajęty sobą, tak bardzo obrósł w to, co proponuje świat, że dużo trudniej usłyszeć mu delikatny głos Boga w swoim sercu. Nie słyszy wołania duszy, która spragniona Tej boskiej miłości tęskni za swoim Stwórcą (duszy, o której św. Augustyn mówi, że będzie niespokojna tak długo, dopóki nie spocznie w Bogu!). Głos Boga we wnętrzu człowieka może zostać przytłumiony wszystkimi sprawami, którymi on się zajmuje. Dlatego trzeba nam zachowania czujności, aby nie uczynić naszego serca „jaskinią zbójców”.  Taka postawa jest wielką stratą dla człowieka, bowiem, nie słyszy Tego, który może pokierować jego życiem prowadząc go najlepszą z dróg, który go prowadzi z miłością. Dlatego współczesny człowiek tak często się miota. Stąd biorą się też różne „wypaczenia” w życiu religijnym. Stąd bierze się poczucie obowiązku zamiast miłości. Stąd traktowanie przykazań Bożych jako ciężaru, czegoś, co trzeba przyjąć, nieść, bo inaczej ma się grzech. Jak bardzo ranimy Boga takim pojmowaniem sprawy! Nasze posty, modlitwy, które sobie narzucamy, wyrzeczenia stają się smutkiem, zranieniem Boga. Bo nie są wyrazem naszej miłości. Są przyjętym przez nas ciężarem. Wydaje się nam, że czynimy coś dla Boga, tymczasem robimy to dla siebie i budowania naszej próżności.

W naszym myśleniu stale uobecnia się błąd. Bóg nas umiłował! Od wieków! Dał Syna, aby za nas poszedł na Krzyż! Za nas! Za nasze grzechy! Jezus już to uczynił! On już zawiesił na Krzyżu wszystkie nasze słabości. Wziął je na siebie, obarczył się nimi, by wyprosić dla nas zbawienie! Jezus już nas zbawił! Więc ty nie musisz nic czynić, by się zbawić! Bo zbawienie masz dane od Boga! Jedyną rzeczą, jaką możesz zrobić jest przyjęcie zbawienia. Jak to zrobić? Pokochać Boga! Przyjąć darowaną Miłość i odpowiedzieć na nią również miłością! Tylko tyle i aż tyle!