Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Dojrzewać ku prostocie modlitwy

Jezus przyszedł do pewnej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: „Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła”. A Pan jej odpowiedział: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona”. (Łk 10,38-42)

Medytacja uczy nas wybierać najlepszą cząstkę – uczy nas usiąść u stóp Jezusa by wsłuchiwać się w Jego słowo i cieszyć się Jego bliskością.

Mówiąc o modlitwie zakładamy, że powinna ona ewoluować, albo lepiej dojrzewać wraz z dojrzewaniem człowieka modlącego się. Do czego powinna dojrzewać? Zmarły w ubiegłym tygodniu brat Morris – ze zgromadzenia Małych Braci od Jezusa mawiał, że modlitwa winna dojrzewać do prostoty. Droga modlitwy wiąże się bowiem ściśle z droga ludzkiego życia, z rozwojem człowieka (nie tylko duchowym). W miarę jak rozwija się człowiek powinna się rozwijać jego modlitwa. W przeciwnym razie może ona stracić swoją ożywiającą wartość dla naszego życia lub stać się co gorsza jedynie martwa formułą.

Gdyby przyjrzeć się pewnym etapom obejmującym modlitwę, to można tam wyróżnić: modlitwę ustną (nauka modlitwy bowiem rządzi się podobnymi prawami jak nauka mówienia u dziecka, które najpierw uczy się mówić powtarzając i przyswajając pewne określenia – podobnie jest z różnymi modlitewnymi formułami). Następnie pojawia się zaangażowanie w modlitwę swoich uczuć i serca, po to, aby z czasem stać się modlitwą myślną, gdzie sami formułujemy treść naszej modlitwy, nasze przemyślenia, które wynikają z odpowiedzi na wcześniej usłyszane Boże Słowo, lub doświadczeń życia i naszej refleksji nad nim. Przez to modlitwa staje się bardziej osobista. Jednak to jeszcze nie wszystko. Większość nauczycieli życia duchowego jest zgodna, że modlitwa powinna zmierzać (dojrzewać ku prostocie). Co nie oznacza, że prostota nie może się przejawiać na wcześniejszych etapach modlitwy, ale jej głównym aspektem jest to, że w modlitwie godzimy się na to, aby inicjatywę oddać Panu Bogu.

Dopóki bowiem inicjatywa modlitwy ogranicza się do naszych zabiegów, istnieje ryzyko, że wciąż będziemy karmić nasze ego. A przecież modlitwa winna być tą pierwsza płaszczyzną, gdzie uczymy się obumierać dla naszego fałszywego „ja”. Jak mówi św. Jan Chrzciciel: „Trzeba aby On wzrastał a je się umniejszał” [J3,30] – to piękna definicja modlitwy prostoty.

Oczywiście dojrzałość modlitwy polega tez na tym, że tworzy ona jedność pomiędzy jej różnymi aspektami. Ktoś może odnajdywać się dobrze w medytacji monologicznej, ale dojrzałość wymaga też, aby czerpał z liturgii czy lectio divina.

Ta jedność jest niczym innym jak pewnego rodzaju integracją wielu elementów życia i modlitwy, dostrzegającą w nich całość. Jak mawiał wspomniany już brat Morris: „Dojrzała modlitwa jednocząc poszczególne aspekty ludzkiego życia nie powinna stawać się bardziej skomplikowana, ale prostsza”.

Raz jeszcze podkreślmy, że modlitwa prostoty to dojrzewanie do tego, aby w modlitwie coraz mniejszą rolę odgrywało działanie człowieka przez słowa lub myśli na rzecz powierzenia siebie prowadzeniu przez Ducha. Chodzi w niej zatem o powrót do postawy pierwotnej – wskazanej w Ewangelii przez samego Chrystusa: „Jeśli się nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego” [Mt18,3]. Postawa dziecka dana jest przez Jezusa jako przykład postawy integrującej: całkowitego zaufania, zawierzenia, oddania się… To wszystko, co u dziecka przejawia się w sposób naturalny, jako dane wraz z darem życia, u człowieka wyrastającego z dzieciństwa (przez rozwijająca się samodzielność i poczucie niezależności) musi być przywrócone w wysiłku pewnego rodzaju Re-integracji, w powrocie do jedności, która z czasem przez zróżnicowanie dotyczące naszego życia staje się trudniejsza.

Medytacja monologiczna, opierając się na jednym wezwaniu odnoszącym się do imienia Jezus uczy nas właśnie takiej postawy, w której inicjatywę w modlitwie oddajemy Bogu, świadomi, że zarówno jedność naszego życia, jak i owoce modlitwy są bardziej Jego darem niż owocem naszej pracy. Nie wspominając o tym, że samo imię Jezus, które jest kanwą tej modlitwy jest samo w sobie drogą do Boga a jak mówi sam Chrystus: „Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie” [J 14,6]

Paraklet

Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Gdy przyjdzie Paraklet, Duch Święty, którego Ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On zaświadczy o Mnie. Ale wy też świadczycie, bo jesteście ze Mną od początku. (J 15, 26-27)

W Wieczerniku Jezus dał nam swoje Ciało i Krew  oraz przykazanie miłości. Teraz pragnie dać nam jeszcze więcej – DAR MIŁOŚCI, DUCHA ŚWIĘTEGO,  SWOJĄ BOSKĄ MIŁOŚĆ! Pragnienie to ujawnia się dziś w słowach Jezusa: Paraklet przyjdzie, poślę Go wam, a On doprowadzi was do prawdy…

W Dniu Pięćdziesiątnicy rodzi się Kościół, w którym Duch Święty przebywa, prowadzi, posyła i nieustannie Go uświęca i oczyszcza.

Duch Święty porusza wodę chrzcielną naszego Chrztu i podpowiada „czerp swoją moc” z Bierzmowania i z innych sakramentów, które są owocem mojego działania. Codziennie rano puka do naszych drzwi, bo pragnie być naszym Najmilszym Gościem.

Jeśli ktoś mówi, że dzisiaj brakuje tak spektakularnych obrazów działania Ducha Świętego, jak te, które opisują Dzieje Apostolskie, to niech przypomni sobie, co działo się podczas tej nowej „Pięćdziesiątnicy”, jaką były ostatnie Światowe Dni Młodzieży w Polsce, gdzie Duch zgromadził młodych całego świata, ludzi różnych narodów i kultur, ludzi mówiących różnymi językami i połączył ich we wspólnotę mówiącą językiem Ducha Świętego – językiem miłości.

Duch Święty pragnie też wejść w ten nasz świat z całym swoim bogactwem łaski. On przychodzi do nas zawsze jako Paraklet czyli jako Obrońca, Wspomożyciel, Orędownik, Pocieszyciel. Nigdy jako Oskarżyciel! I tylko On może nas doprowadzić do całej prawdy: jest to prawda zarówno o Bogu i Jego miłości jak i naszej słabości, ale takiej, której nie musimy się obawiać, gdy odkrywamy ją w kontekście miłości, jaką Bóg ma ku nam. Prawda o miłości Boga daje nam siłę nie tylko do tego, abyśmy te słabości potrafili przyjąć i zaakceptować, ale też do tego by stała się ona miejscem doświadczenia mocy Boga, który przy naszej współpracy ma moc przemienić ją w dobro.

Dzisiejsza uroczystość to jedno wielkie wezwanie, abyśmy otworzyli się na boskie działanie Ducha Świętego. Jego ożywcze tchnienie pragnie odnawiać nasze serca i nadawać naszemu życiu nowość i smak. Dzięki Jego działaniu modlitwa przestaje być obowiązkiem a staje się potrzebą serca; Słowo Boże nie jest nudna lekturą a codziennym pokarmem zaś praca przestaje być ciężarem a staje się darem i służbą. Jego moc daje odwagę bycia wolnymi, by iść swoimi drogami, którymi chce nas prowadzić Boga, uwalniając od zgubnego konformizmu.

Jezus dziś głośno woła „Weźcie Ducha Świętego”. Z darem Ducha Świętego jest trochę tak, jak z prezentem: trzeba go przyjąć i rozpakować, żeby się nim cieszyć. Duch Święty to Boży program na nasze życie: życie spełnione i szczęśliwe. Różni się tym od różnych programów, które proponuje nam świat, że nie trzeba za Niego płacić, nie rozczaruje nas i ma gwarancję wieczności. Dostajemy Go od Boga całkowicie za darmo, z miłości, ale aby zaczął się sprawdzać trzeba weń włożyć trochę czasu, serca i miłości.

Pozwólcie, że na koniec przywołam modlitwę św. Efrema Syryjczyka:

Duch Święty niech nas oświeca i da nam:

oczy, abyśmy patrzyli,

uszy, abyśmy słuchali

ręce byśmy wykonywali Bożą pracę,

stopy, abyśmy szli Bożymi drogami

i usta, byśmy głosili Słowo zbawienia,

Słowo, które jest prawda i Miłością,

aby działanie Ducha Świętego objawiło się w naszym życiu z całą swoją mocą. Amen

Schronienie w Imieniu Jezus

To powiedział Jezus, a podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: «Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, i ustrzegłem ich, a nikt z nich nie zginął z wyjątkiem syna zatracenia, aby się spełniło Pismo. Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jeszcze na świecie, aby moją radość mieli w sobie w całej pełni. (J 17,11-13)

Żyjemy w świecie, który nie wie, jak być naprawdę szczęśliwy. Jest to  świat, który szuka radości w niewłaściwych miejscach i w niewłaściwy sposób. Biblia wielokrotnie podkreśla, że szukanie szczęścia bez odniesienia do Boga może jedynie prowadzić do jeszcze głębszego nieszczęścia i zawodu. Tak popularne dziś telenowele, które malują często obraz doświadczanego przez ich bohaterów nieszczęścia. Te seriale, choć prozaiczne są takim typowym modelem niedoli życia bez Boga. Braku radości! Oczywiście można się świetnie bawić, można przeżyć cale swoje życie rozrywkowo – jak niektórzy próbują – ale paradoksalnie nie mieć w sobie żadnej radości.
Pragnieniem Chrystusa (Boga) jest to, abyśmy mieli w sobie radość! On prosi Ojca w dzisiejszej Ewangelii «abyśmy Jego radość mieli w sobie w całej pełni». Zauważmy, że Jezus chce, by Jego radość była w nas pełna. Chce byśmy się napełnili nie jakąś tam radością, ale Jego radością. Co nie znaczy, że ta radość wyklucza krzyż, «świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata» (J 17:14), ale Jezus oczekuje od nas życia w Jego radości, bez względu na to, co świat o nas i do nas mówi.

Co jest źródłem tej radości? Jezus to dzisiaj uzasadnia na początku Ewangelii. Jest nim życie w jedności z Bogiem. Jest nim zachowanie w Jego imieniu. Dla mnie to fenomenalny tekst mówiący o istocie Modlitwy Jezusowej.

Przypominają mi się w tym miejscu słowa psalmu: Chronię się w cieniu Twych skrzydeł [PS 57,2] Buddyści mówią o trzech schronieniach: Schronieniu w Buddzie, w Dharmie i w Sandze. Każda istota ze swej natury szuka w życiu szczęścia oraz poczucia bezpieczeństwa. Pytanie: gdzie jest moje schronienie – schronienie chrześcijanina? Co daje mi tak naprawdę poczucie bezpieczeństwa i szczęścia? Święty Augustyn odpowiedział już na to pytanie wyznając, że: „Nie spokojne jest serce człowieka, dopukanie spocznie w Bogu”. Pozostaje pytanie, czy ja się zgadzam ze św. Augustynem? I drugie pytanie niemniej ważne: Z czego wynika ta zgoda? Z przeczucia? Z jakichś przekonań? A może z doświadczenia?

Praktyka medytacji monologicznej (Modlitwy Jezusowej), w której odwołujemy się do Imienia Jezusa jest tą praktyka, która wprowadza nas w doświadczenie radości płynącej z bliskości Boga; w doświadczenie poczucia bezpieczeństwa płynącego z szukania schronienia w Imieniu Boga. Dlaczego tak jest? Bo za tym imieniem kryje się żywa istota; miłujący i troszczący się o nas Bóg. Tylko wówczas, gdy oprę się na tym Imieniu w całej pełni, radość Jezusa przeniknie nas aż do rdzenia naszej istoty, skutecznie chroniąc nas przed tym, by powierzchowny zgiełk świata proponujący nam szczęście  bez Boga nas przeniknął.

Kolejne pytanie, które warto sobie postawić w kontekście dzisiejszej Ewangelii: „Czy mam w sobie radość?” A jeśli nie, to dlaczego mi jej brak? Skoro Pan Bóg dał mi w Jezusie i w Duchu Świętym wszystko, co jest mi potrzebne, bym miał tę radość w sobie? Oczywiście jest tylko jedna droga do doświadczenia tej radości – Jezus jest tą Drogą. Jest to droga, która prowadzi przez Niego samego.  Jezus powiedział: «jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni» (J 15:7). Doświadczenie chrześcijańskie to nie wiedza, nie zakres obyczajów, które musimy przejąć, ale to spotkanie z Osobą „i tylko doświadczenie spotkania może nadać naszemu życiu nową perspektywę życia» (Benedykt XVI).

Święto odejścia i pozostania

Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: «Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata». (Mt 16, 18-20)

Te czterdzieści dni między zmartwychwstaniem z wniebowstąpieniem Jezusa, to chyba najdziwniejszy czas w życiu Apostołów.

Jest to czas, w którym Chrystus w sposób niezwykły pojawia się wśród nich „mimo drzwi zamkniętych”; spożywa z nimi posiłki, do Marii Magdaleny mówi: „nie dotykaj Mnie”, a do Tomasza: „dotknij Mnie”, czas, kiedy – jeśli „oczy były na uwięzi” – nie rozpoznawali Go, a gdy „otwierały im się oczy”, odkrywali nagle, że „to jest Pan”. Można by powiedzieć, że paradoksalnie to doświadczenie czterdziestu dni  przemieni Apostołów bardziej niż wcześniejsze trzy lata, które spędzili u boku Mistrza. Absurdalne, zdałyby się, słowa skierowane do Apostołów w Galilei, gdzieś na peryferiach cywilizacji: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody”, gdyby w tym czasie nie wydarzyło by się coś wprost fenomenalnego. Gdyby nie dotknęła ich przemieniająca moc Zmartwychwstałego!

Właśnie to doświadczenie – spotkania ze Zmartwychwstałym – przekształci gromadkę prostych wieśniaków w nauczycieli całego świata; zwykłych rybaków w łowców ludzi, zalęknionych uczniów – w nieustraszonych świadków Jezusa, którzy stając przed realnymi groźbami ze strony Sanhedrynu, odpowiedzą z prostotą i mocą: „przecież nie możemy nie mówić o tym, co widzieliśmy i słyszeliśmy”, więcej świadków  gotowych dla Jego imienia ponieść śmierć męczeńską.

Kiedy o. Aleksandra Mienia, prawosławnego kapłana i filozofa, zapytano, jakie zdanie w Ewangelii uważa za najważniejsze, odpowiedział bez wahania, że jest nim obietnica dana uczniom przez Jezusa: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”.

Obietnica ta świadczy o tym, że chrześcijaństwo to nie tylko nowa nauka, która daje nam wskazówki, jak żyć. To nie tylko zespół pewnych doktrynalnych treści, dogmatów, czy moralnych zasad, które mamy przyjąć. Chrześcijaństwo – to sam Chrystus, który pozostał ze swoim ludem. On jest z nami do skończenia świata. Są to słowa wyrażające radykalną wierność raz danym obietnicom. Bóg nie opuszcza człowieka.

Wniebowstąpienie, które dzisiaj świętujemy, jest jeszcze pełniejszym zbliżeniem Boga do człowieka. Historyczna misja Jezusa zakończyła się. Wraca do Ojca, jednak wraz z Jego wniebowstąpieniem rozpoczyna się inny, szczególny sposób Jego obecności wśród nas dzięki działaniu Ducha Świętego. To, co kiedyś było udziałem garstki apostołów, staje się przeznaczeniem wszystkich nas. I to jest Dobra Nowina dzisiejszego święta, którą powinniśmy sobie mocno wziąć do serca.

Owszem powinniśmy spoglądać ku niebu, bo tam jest cel naszych dążeń, który pomaga ustalić nam życiowe priorytety. Ale jesteśmy też zaproszeni, by szukać Jezusa obecnego w codzienności, pośród nas. On ma moc wchodzić ze swoja łaską przez niejednokrotnie zamknięte drzwi naszego serca. Za każdym razem, gdy przychodzimy na Msze świętą – On chce z nami zasiadać do stołu. Gdy słuchamy Słowa Bożego – On chce otwierać nasze oczy i uczyć nas patrzeć na życie z Jego perspektywy.

Jeśli sprowadzimy chrześcijaństwo do zasad, które trzeba wypełniać i obowiązków, które należy zrealizować wówczas bardzo szybko modlitwa, przykazania czy Msza święta staną się ciężarem. Kiedy jednak zobaczymy, że są one szansą spotkania Chrystusa wówczas modlitwa stanie się dla nas najlepszym czasem w ciągu dnia, czasem wytchnienia obecności Przyjaciela. Nasza Msza święta stanie się za każdym razem niezwykłą uczta z Bogiem; przykazania – znakiem Jego troski o nas a sakrament pokuty żywym dotykiem Jego miłosiernej miłości.

Każda i każdy z nas znajduje się pomiędzy ziemią i niebem. Tu jest nasze miejsce, ale jeszcze nie cel. I to właśnie tutaj możemy spotkać żywego i obecnego pośród nas Jezusa, zanim już na zawsze będziemy w Nim w niebie.

Otwierajmy się zatem na Jego obecność i pozwólmy, by ona przemieniała nas, tak jak przemieniała Apostołów po zmartwychwstaniu. A może dzięki temu inni spotkawszy nas – przemienionych Jego obecnością w naszym życiu – odnajdą dawno zagubiona drogę do Niego.

Samoświadomość prowadząca do dojrzałości

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. (J 16,12-13)

Fenomenalna jest ta dzisiejsza Ewangelia, bo w kilku zdaniach dotyka tego, co jest istotą relacji między chrześcijaninem a Jezusem. Przede wszystkim być chrześcijaninem, to być posłusznym Duchowi Świętemu, pozwolić Mu się prowadzić, słuchać Go. Paradoks polega na tym, że w naszym życiu jest często odwrotnie: zamiast kierować się Duchem Świętym (ten wielki nieznajomy w naszym życiu!), to co robimy?  Albo Go pomijamy, albo sami podjąwszy decyzje stawiamy Go przed faktem dokonanym.

Medytacja jest doświadczeniem, które uczy nas to zmieniać! To ta szczególna modlitwa, gdzie uczymy się słychać i uczymy się zgody na Jego prowadzenie. Inaczej możemy zapomnieć o prawdziwych duchowych owocach medytacji. Co najwyżej zostaną one jedynie na jakimś doczesnym poziomie.

Owoce medytacji dotyczą bowiem kilku obszarów naszego życia. Niektóre osoby zaczynają praktykę medytacji mając zasadniczo na celu poradzenie sobie ze stresem i odnalezienie wewnętrznego spokoju. Ale to za mało, aby mówić jeszcze o chrześcijańskiej medytacji, choć bez wątpienie pokój jest jednym z darów, jakich pragnie nam udzielić Chrystus.

Ponadto medytacja ćwicząc naszą uważność sprawia, że potrafimy być dużo bardziej skoncentrowani w ciągu dnia. Nie tylko na pracy, ale generalnie na wszystkim. Gdy czytam książkę, jestem w 100% w świecie tej książki. Gdy rozmawiam z drugą osobą, jestem całym sobą w tej rozmowie. Bez ciągłego rozpraszania chaotycznymi myślami. Innymi słowy możemy być tam, gdzie Pan Bóg nas stawia i robić to, do czego nas w danej chwili zaprasza. A to bardzo ważna cecha, o której mówi wielu świętych (można ją określić duchowością chwili obecnej). To owoc, który znaczący sposób poprawia jakość naszego życia, nie tylko dlatego, że z większym zaangażowaniem pozwala nam wykonywać nasze zadania, ale też pogłębia i wyostrza nasze doświadczenie. Mam tu na myśli nie tylko fakt, o którym mówi św. Paweł, że dzięki temu możemy lepiej wykonując nasze zadania czynić je na Bożą chwałę, ale też odkrywać Bożą obecność w tym, co robimy, co niejednokrotnie umyka naszemu doświadczeniu.

Dlaczego tak jest? Jedną z nieodłącznych cech ludzkiej natury są automatyzm.

Większość naszych zachowań dokonuje się tak naprawdę automatycznie (czyli poza udziałem naszej świadomości (tak abyśmy nie musieli cały czas myśleć o tym, jak oddychać, myć zęby, czy reagować na trudne sytuacje). Zwykle dopiero po fakcie zauważamy, że zrobiliśmy coś, nad czym nie myśleliśmy.

Gdy medytujemy, nasza świadomość się poszerza. Wewnętrzny spokój, większa koncentracja i umiejętność życia w teraźniejszości stają się częścią naszej codzienności.

Stajemy się bardziej uważni – nie tylko w trakcie samej praktyki medytacji, ale w ciągu całego dnia. Zaczynamy dostrzegać swoje myśli i stajemy się bardziej świadomi naszych emocji i mamy z nimi lepszy kontakt, co przekład się na nasze zachowania, bo przestajemy być ich narzędziami. Zauważamy swoje zachowania – już nie tylko po fakcie, ale jeszcze w trakcie lub nawet zanim jeszcze coś zrobisz (na przykład uświadamiasz sobie, że chcesz na kogoś nakrzyczeć na chwilę przed tym, jak to zrobisz).

Wiele osób dzieli się tym, że medytacja uwalnia od destrukcyjnych i często krzywdzących reakcji będących owocem naszych emocji. Jest to zresztą doświadczenie, które dotyczy nie tylko emocji ale i innych sfer naszego życia ( jak banalne obgryzanie paznokci, nawyk samokrytyki, rozpraszanie się w pracy portalami społecznościowymi, co dzisiaj jest nagminne).

Medytacja kształtuje w nas pewnego rodzaju samoświadomość. Ta samoświadomość i uważność, to cechy, które możemy odkryć u Jezusa, gdy czytamy Ewangelię. Wielu biblistów i psychologów na te cechy wskazywało, jako na konkretne przejawy duchowej dojrzałości, której wzór odnajdujemy w Chrystusie.

Pozwólmy zatem by praktyka medytacji, przez którą na nowo odnajdujemy właściwe sobie miejsce – uczniów Jezusa – którzy wsłuchują się w Jego słowo i pozwalają się prowadzić Jego Duchowi, godzą się by On przy współpracy z naszą wolą i sercem kształtował w nas tę dojrzałość, która była Jego udziałem.

Bo w medytacji – jak wierzymy – wraz ze słowem w które się wsłuchujemy przychodzi Jego łaska i dar Ducha, który mówi do naszego serca w imieniu Jezusa, bez których ukształtowanie w nas nowego człowieka – jak to określa św. Paweł – który wciąż się odnawia ku głębszemu poznaniu Boga (por. Kol 3, 10).