Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Bóg, który prosi…

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej!”(J 15,9-10)

Dzisiaj świętujemy ostatnią niedzielę przed uroczystościami Wniebowstąpienia i Zesłania Ducha Świętego, które to kończą czas wielkanocny. Jak wcześniej poprzez kolejne niedziele ukazywał nam się Zmartwychwstały Jezus jako Dobry Pasterz, czy winny krzew, w który musimy być wszczepieni niczym gałązki winorośli, tak dziś otwiera na oścież swoje serce. Naturalnie, w Jego sercu można znaleźć tylko miłość. To co stanowi najgłębsze misterium Boga to fakt, że jest Miłością. Wszystko co uczynił od stworzenia po odkupienie jest owocem miłości. I to czego jedynie oczekuje, jako odpowiedź na Jego działanie, to jest miłość. Dlatego to dziś wybrzmiewają Jego słowa: «Wytrwajcie w miłości mojej!» (J 15,9). Miłość domaga się wzajemności, jest niczym dialog który wzywa nas do odpowiedzi miłością rosnącą wraz z byciem obdarowywanym Jego miłością.

Bardzo trudno jest prosić o ważne rzeczy. Gdy prosimy, musimy bowiem przyznać, że potrzebujemy drugiej osoby. Mocny cios otrzymują wtedy nasza samowystarczalność i egocentryzm. Prosząc, jesteśmy bezradni, możemy jedynie czekać na to, co z naszą prośbą zrobi druga osoba. Ryzykujemy też, bo nie wiemy, jaką otrzymamy odpowiedź. Również Bóg staje się adresatem wielu naszych próśb. Prosimy, wierząc, że otrzymamy: „Ufność, którą w Nim pokładamy, polega na przekonaniu, że wysłuchuje On wszystkich naszych próśb zgodnych z Jego wolą” – napisze św. Jan (1 J 5, 14).

Jednak dzisiejsze słowo odkrywa przed nami nieoczekiwaną zmianę ról. To Jezus jest tym, który staje przed nami i prosi nas, byśmy trwali w Jego miłości, byśmy się wzajemnie miłowali i traktowali Go jak przyjaciela. Byśmy odpowiedzieli miłością na miłość, lojalnością na lojalność i gotowością oddania życia za Niego na Jego oddanie życia za nas. Prosząc mnie o miłość, Bóg ma tylko jeden argument: swoją miłość do mnie.

Bóg niczego nie chce na nas wymusić lub nam nakazać, bo tylko jako wolni możemy kochać.

Chrystus pragnie nam dzisiaj uświadomić, że reguła miłości jest prosta i przypomina system naczyń połączonych: kochamy tak, jak zostaliśmy pokochani. 
Owocem miłości jest radość: «To wam powiedziałem, aby radość moja w was była» (J 15,11). Jeśli nasze życie nie odzwierciedla radości, której źródłem jest świadomość bezinteresownej miłości Boga, jeśli pozwalamy dusić się omamom, nie widząc iż Pan jest obecny jako Przyjaciel, który chce troszczyć się o nas i nasze  życie, to tylko dlatego ponieważ nie poznaliśmy wystarczająco Jezusa.

Bóg zawsze ma inicjatywę. Mówi nam to bezpośrednio w słowach: «Ja was wybrałem» (J 15,16). Mamy pokusę myślenia, że to my wybraliśmy Boga, wiarę, ale tak naprawdę nie zrobiliśmy nic ponad odpowiedzenie na wezwanie. Wybrał nas bezinteresownie byśmy byli jego przyjaciółmi: «Już was nie nazywam sługami (…) ale nazwałem was przyjaciółmi» (J 15,15).

Dlatego może warto odwrócić perspektywę i przestać się skupiać na ocenianiu swojej miłości, zawsze znajdziesz w niej braki, niedoskonałości i niewierności. Dziś trzeba, byśmy na nowo odkryli, jak jesteśmy kochani. Bo bez tej świadomości nie ma prawdziwie przeżywanego chrześcijaństwa.

W początkach Bóg rozmawia z Adamem niczym z przyjaciel rozmawia z przyjacielem. Chrystus, nowy Adam, nie tylko odzyskał ówczesną przyjaźń, ale też intymność z Bogiem, który jest Miłością. Pytanie czy chcę odwzajemnić tę przyjaźń i uczynić z tej miłości sens i siłę napędowa mojego życia?

Wszystko się skupia w słowie: „kochać”. Przypomina nam to słowa św. Augustyna: «Dobry Pan przypomina nam tak często miłość, jako jedyne możliwe przykazanie. Bez miłości wszystkie inne dobre cechy niczemu nie służą. Miłość w rzeczy samej, prowadzi człowieka ku innym cnotom, które czynią go dobrym».

Maryja – Królowa

Obok krzyża Jezusa stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena.

Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: „Niewiasto, oto syn Twój”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.(J 19,25-27)

Może nas trochę dziwić ten powrót pod Krzyż, pomimo iż trwamy w okresie wielkanocnym a ponadto obchodzimy uroczystość Maryi Królowej – którą można zaliczyć do radosnych i szczęśliwych obchodów. Skąd zatem Krzyż? Czy obraz umierającego Chrystusa nie burzy trochę radości dzisiejszego święta?

Sądzę, że każdy, kto ma choćby minimalną świadomość religijną wie, że my – chrześcijanie bez Krzyża nie mamy nic! Nikt piękniej nie ujmuje tego niż św. Paweł, który mówi: „Będę się chlubił z Krzyża mojego Pana Jezusa Chrystusa” a dzisiaj dodaje, że to właśnie dzięki tej jedynej w swoim rodzaju ofierze Krzyża: On, czyli Chrystus, „uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie, odpuszczenie grzechów”.

Ewangelia św. Jana potwierdza tę prawdę, że wszystko co chrześcijańskie, rodzi się właśnie wtedy, gdy Jezus umiera na Krzyżu. I to dlatego Jan jako jedyny z Ewangelistów pisząc o ostatnich chwilach życia Jezusa ostro zarysowuje Jego uczucie do dwóch najbliższych Mu osób, tych, którzy poznali odgłos bicia Jego serca. Wpierw patrzy na Matkę, a raczej na to, co jest między Nim a Nią, na bosko-ludzką relację z człowiekiem-matką. Potem widzi ukochanego ucznia, który przyszedł na Golgotę wbrew wszelkiej logice lęku i ucieczce starszych apostołów. Przyszedł z powodu potężnego i świętego pragnienia, które w nim zamieszkało w czasie Ostatniej Wieczerzy. Jak pięknie komentuje tę scenę jeden z najwybitniejszych współczesnych teologów Hans Urs von Balthasar: „Chrystus w obliczu miłości do Matki i do Jana w piąty dzień nowego tygodnia stworzenia dopełnia dzieła, które rozpoczął wraz ze stworzeniem człowieka ogłaszając każdemu z osobna nową, najintymniejszą relację między sobą-Bogiem, umierającym na krzyżu z miłości do człowieka a tymi, których kocha”. Przestrzenią w której od tej chwili będzie się realizowała ta relacja jest Kościół. Kościół, który zostaje zrodzony z przebitego boku Chrystusa.

I przez wieki będziemy słyszeli różne opinie o Kościele i jego wyznawcach, raz pochlebne innym razem mniej, ale trzeba powiedzieć sobie wyraźnie: nie ma innej przestrzeni na świecie  która w takim wymiarze jak Kościół może odpowiedzieć na pragnienie ludzkiego serca tęskniącego za miłością Boga; nie ma innej przestrzeni, która może nakarmić człowieka Bogiem przez sakramenty; nie ma innej przestrzeni, w której do końca będzie można usłyszeć bicie bosko-ludzkiego Serca…

Tych dwoje ludzi spod Krzyża stworzyło – jako pierwsi – relację opartą na wierze w Chrystusa i miłości do Niego i do siebie, która będzie od tej pory sednem relacji w Kościele. I bez względu na to, jak jesteśmy ułomni czy grzeszni Kościół będzie istniał tak długo jak długo choćby jedna osoba będzie widziała sens budowania relacji z Bogiem i z człowiekiem opartych na wierze w Chrystusa i miłości. Ta wiara i miłość są mocą Kościoła, dzięki którym moce piekielne go nie przemogą, dlatego, że  ich źródłem i zabezpieczeniem  jest Duch Święty, którego Chrystus rozlał w naszych sercach i dzięki któremu możemy naszą wiarę i miłość wznosić na zupełnie inny – duchowy poziom.

Wspominamy dzisiaj Maryję, jako Królową. Ona wpisuje się w dzieło swojego Syna, który jako Król uczył nie, jak rządzić – to potrafi lepiej lub gorzej każdy – ale jak uklęknąć przed drugim człowiekiem i wydobyć z niego dobro, blask, jak oczyścić mu stopy i patrzeć na niego z zachwytem. I tak Ona – w wizji apokaliptycznej św. Jana ukazana jako Królowa, choć jednocześnie Służebnica Pańska, nie przestaje wydobywać dobra z ludzi, którzy wierzą w Chrystusa i poznają Jego miłość.

Maryja Królowa dzięki Chrystusowi dostąpiła między innymi łaski królowania nad grzechem. To znaczy, że taki stan jest możliwy także w naszym życiu. Z Chrystusem możemy panować nad grzechem i nie dać się mu zniszczyć. Nawet jeśli nam się grzech przydarzy, to nie dopuścimy, by w nas zakrólował. Zgrzeszyć jest bowiem rzeczą ludzką, ale trwać w grzechu – czyli oddać mu nad nami władzę – jest rzeczą szatańską.

Często jest tak, że w obecności niektórych osób, naszych przyjaciół i ludzi Bożych, czujemy się lepsi (w tym pozytywnym sensie). Kiedy jesteśmy obok kogoś, kto nas kocha, nabieramy odwagi, możemy czynić więcej niż tylko tyle, na ile wydaje nam się, że nas stać.

I tak jest z Maryją: będąc blisko Niej, możemy poczuć się lepsi, nabrać odwagi, bo Ona pomaga nam swoim przykładem uwierzyć, że tacy możemy być; Że nie musimy czynić zła, bo jesteśmy dziećmi Króla i Królowej – Jezusa i Maryi, zrodzonymi przez chrzest po to, aby kiedyś królować wraz z Nimi w niebie. A Oni przez całe życie służą nam pomocą, abyśmy mogli ten cel osiągnąć. Bo ich panowanie, to służba!

Tę cichą, pokorną służbę dziś świętujemy. Królowanie nad ufnymi i wiernymi, zmagającymi się z wątpliwościami i zagubionymi, a także nad niewierzącymi i zgorszonymi…

Maryja z nas wszystkich od wieków wyciąga dobro sobie tylko wiadomymi sposobami, bo wraz ze swoim Synem ma niezwykłą zdolność pisania prostymi zgłoskami na krzywych liniach naszego życia niezwykłych, bożych historii. 

Ekonomia św. Józefa

W brewiarzowym wprowadzeniu do dzisiejszego wspomnienia czytamy, że św. Józef był z zawodu cieślą i opiekunem Najświętszej Rodziny z Nazaretu, a dzisiaj jest patronem ludzi pracy. W Kościele katolickim wspomnienie św. Józefa Rzemieślnika zostało wprowadzone do kalendarza liturgicznego przez papieża Piusa XII w 1955 r. jako alternatywa dla laickiego Święta Pracy. Św. Józef, Oblubieniec Najświętszej Maryi Panny, zawsze fascynował chrześcijan, którzy darzyli go niezwykle wielkim nabożeństwem.

W każdej epoce był odkrywany jako wzór ojcostwa i pracowitości, a sama Święta Rodzina jako wzór dla rodziny chrześcijańskiej. Spróbujmy odkryć św. Józefa na nowo jako patrona dla naszych czasów.

Hebrajski wyraz charasz określający zawód św. Józefa oznacza rzemieślnika, wykonującego pracę w drewnie, w metalu lub w kamieniu. Św. Mateusz mówi o Jezusie wprost: «syn cieśli» (Mt 13, 55). Zachowało się też świadectwo Św. Justyn (ok. 100-166), który stworzył pierwszą biografię świętego Józefa i pisał, że wykonywał on między innymi drewniane pługi i jarzma wołów. Odpowiada to bardzo dobrze rolniczemu charakterowi Nazaretu i wskazują na to wykopaliska. W ten sposób piszą o św. Józefie też Ojcowie Kościoła.

Ciekawy natomiast jest grecki termin użyty na określenie Józefa u św. Marka jest to słowo: tékton. Określenie to oznacza coś więcej niż tylko prostego pracownika w drewnie. U Homera słowo to występuje na określenie kogoś, kto potrafił budować statki, domy i świątynie. Był to rodzaj mistrza w danej dziedzinie, który nie tylko potrafi zrobić z drewna wszystko przy pomocy prostych narzędzi, ale potrafi też projektować poważne budowle. Te informacje pomagają zrozumieć lepiej, kim był św. Józef.

Ewangeliści nic nie wspominają o kłopotach finansowych Świętej Rodziny. Św. Józef musiał więc sobie dobrze radzić jako cieśla, prowadząc własny warsztat. Ale św. Józef znakomicie potrafił poradzić sobie również jako ojciec rodziny, która była wyjątkowa. Pod jednym dachem zamieszkał Bóg i człowiek. Musiał sam z pomocą Bożej łaski stawiać czoła przeciwnościom i wyzwaniom, które niosło życie w tamtych czasach. Nie mógł też nikomu powiedzieć prawdy o Jezusie, gdyż i tak nikt w to by nie uwierzył. Może dlatego wybrał milczenie, jako najlepszy środek do zrealizowania celu, czyli opieki nad Świętą Rodziną.

Problemy, które musiał rozwiązać, a których było nie mało, pojawiły się już na początku jego ojcowskiej misji. Musiał znaleźć miejsce na nocleg dla brzemiennej Maryi i na poród Syna w pasterskiej szopie. Gdy nad Jezusem zawisło niebezpieczeństwo śmierci z ręki Heroda, podjął decyzję o czasowej emigracji z całą rodziną do Egiptu. Gdy niebezpieczeństwo ustało, wrócił, ale nie poszedł do Judei. W obawie o los Jezusa osiadł w Galilei, w Nazarecie. Widzimy, że św. Józef nie bał się podejmować ryzykownych decyzji. Potrafił umiejętnie dobierać dostępne mu środki dla realizacji życiowego celu. A celem tym nie była tylko opieka nad Świętą Rodziną. Św. Józef ufał, że wypełnienie woli Boga pozwoli mu znaleźć środki i siły do osiągnięcia celu.

Ludwig von Mises, austriacki filozof i ekonomista żyjący w ubiegłym stuleciu pisał, że przedsiębiorca to człowiek, który podejmuje decyzje i działa w trudnej do przewidzenia przyszłości. Niepewność towarzyszy każdemu ludzkiemu działaniu. Widzimy więc, że przedsiębiorczość jest atrybutem każdego ludzkiego działania i dotyczy każdego człowieka, gdyż w obliczu nieprzewidywalnej przyszłości wszyscy musimy podejmować ryzyko. Człowiek musi więc dostosować swoje działanie do warunków, w jakich jest ono realizowane. 

Z tego, co wiemy o życiu świętej Rodziny można wnioskować, że św. Józef cieszył się poważaniem lokalnej społeczności. Musiał nie tylko ciężko pracować, ale odznaczał się zapałem, wytrwałością i cierpliwością, gdyż te cechy są niezbędne do zdobycia szacunku innych, ale też zgodnie z izraelską tradycją do obowiązków ojca należało przygotowanie syna do zawodu, przekazując mu wiedzę i doświadczenie zdobyte przez lata. To dom rodzinny w tamtych czasach był pierwszą szkołą dla dzieci.

Nauka społeczna Kościoła uważa dzisiaj przymusową migrację i bezrobocie za prawdziwą klęskę współczesności, nie tylko ze względu na moralne skutki, jakie niesie ono dla życia społecznego, ale przede wszystkim dlatego, że uderzają one w godność osobową człowieka. Zmiana miejsca zamieszkania i pracy nie przeszkodziła jednak św. Józefowi w osiągnięciu świętości. Miał do zrealizowania cel i wszystkie swoje działania podporządkował wypełnieniu powołania, jakie zlecił mu Bóg. Św. Józef nie tylko uciekł przed Herodem do Egiptu, ale później nie wrócił do swojego rodzinnego Betlejem. Wymagało to od niego po raz kolejny zbudowania nowego domu i założenia nowego warsztatu pracy w nieznanym mu wcześniej środowisku. 

Św. Józef rzemieślnik (robotnik) – jak go dzisiaj wspominamy jest patronem przedsiębiorców, ludzi pracy i w tej roli jest także wyzwaniem dla naszych czasów. Dzisiaj żyjemy w świecie, w którym jest coraz mniej przestrzeni dla wolnej przedsiębiorczości, a tym samym do realizacji życiowego powołania. Pod pozorem zabezpieczenia przeciwko podstawowym ryzykom życia, wprowadzono w życie idę państwa opiekuńczego, przez co państwo rości sobie prawa do ingerowania niemalże w każdy aspekt naszego życia. Nie zawsze widzimy, że take podejście ogranicza wiele ludzkich swobód. Jesús Huerta de Soto, hiszpański ekonomista i przedstawiciel austriackiej szkoły ekonomii definiuje taki system ekonomiczny jako antyhumanitarny. Jest on złem, ponieważ uniemożliwia człowiekowi dążenie do odkrytych przez niego celów i z użyciem takich środków, które zgodnie z jego wiedzą są najwłaściwsze do osiągnięcia tych celów, a także są dla niego dostępne.

Inny znany współczesny ekonomista i filozof i psycholog ekonomii Daniel Kahneman pisze, że: „Współczesna ekonomia nie zajmuje się już realnym ludzkim działaniem, ale wymyślonym przy biurku, nieistniejącym modelem człowieka, który zawsze dąży do maksymalizacji osiąganych zysków i działa wyłącznie z pobudek ekonomicznych. Taki homo oeconomicus jest zdaniem Kahnemana fikcyjnym obrazem człowieka, który nie ma swojego odpowiednika w rzeczywistości. Istnienie wolnej woli i zdolności wyboru wyklucza studiowanie ludzkiego działania w taki sam sposób, jak bada się obiekty nieożywione. W ludzkim działaniu nie ma żadnych stałych i nie odpowiada ono matematycznym zasadom”.

Św. Józef potrafił wyśmienicie połączyć życie zawodowe z życiem rodzinnym i duchowym, dając dowód na to, że praca cieszy najbardziej, gdy realizuje się ją w duchu służby a jej owoce są wprost proporcjonalne do tego, na ile potrafimy ją wpisać w szerszy kontekst – realizacji powołania, jakim obdarzył nas Bóg. Święty Józef swoim życiem uczy, że praca, służba, wolność i duchowość, to sfery życia człowieka, których nie można rozdzielić bez szkody dla samego człowieka. Święty Józef uczy nas także, że człowiek nie funkcjonuje raz jako człowiek pracy, a innym razem jako człowiek religii i modlitwy. Opiekun Świętej Rodziny był człowiekiem, który każdą sferę swojego życia potrafił odnieść do jednego, nadrzędnego celu, któremu ludzkie życie winno być podporządkowane i odniósł sukces, choć może nie na miarę jaką sukces mierzy współczesny świat. Św. Józef swoim cichym i pokornym życiem zrealizował to, co później święty Paweł ujął w jednym prostym zdaniu nawiązującym do tego, czemu powinno być podporządkowane życie człowieka wiary: „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko czyńcie na chwałę Pana” [1 Kor 10,31]

Choć kult świętego Józefa zaczął się szerzyć dużo wcześniej, to – jak wspomniano – dopiero papież Pius XII ogłosił go patronem świata pracy. Może jeszcze długo przyjdzie nam czekać, kiedy św. Józef zostanie ogłoszony patronem przedsiębiorców i ekonomistów, którzy wbrew pozorom mogli by się dużo o pracy i jej etosie nauczyć od tego skromnego cieśli. Niech na razie dla każdej i każdego z nas będzie on patronem dobierania odpowiednich środków, potrzebnych do osiągnięcia zamierzonego celu i zmierzania do niego z wytrwałością w połączeniu z nadzieją pokładaną w Bogu i perspektywą przyszłości. Dla chrześcijanina przyszłością w szerszej perspektywie jest jest życie wieczne, do którego prowadzą różne drogi.

Życie zakorzenione w Bogu

Jezus powiedział do swoich uczniów:

„Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was trwać będę. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie.

Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poprosicie, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami”. (J 15,1-8)

„Czy znasz samego siebie?” – tak brzmiało pytanie umieszczone na frontonie starożytnej świątyni w Delfach.

Człowiek przychodzący na spotkanie z bóstwem, przybywał jednocześnie w celu rozwiązania tej jednej z najbardziej zawiłych zagadek.

Wielki chrześcijański myśliciel – św. Augustyn także nie uciekał przed tym dylematem, przyznając otwarcie: „Sam się stałem dla siebie pytaniem”. Biskup z Hippony, mimo że napisał wiele znakomitych tekstów przybliżających Boga, nie bał się mówić o niepokoju swojego serca. Kim jest Bóg i kim ja właściwie jestem?

Bez zbytniej przesady chyba możemy stwierdzić, że osobą, która nas najbardziej interesuje jesteśmy my sami. Jednak zaglądanie do swojego wnętrza nie zawsze musi wskazywać na egocentryczne skłonności. Zależy to od tego, czego szukamy w nas samych… Gdybyśmy zapatrzenie w siebie utrwalali w swojej świadomości przekonanie, że wszystko w świecie powinno się kręcić wokół nas i naszych pragnień – byłoby to rzeczywiście nie najlepiej. Taka postawa utwierdzała by jedynie naszą próżność – „ulubiony grzech szatana” – jak zwykł o niej mówić rzeczony św. Augustyn.

Nie mniej uważne badanie siebie, docieranie do najgłębszych pokładów osobowości, pilna obserwacja nawet najmniejszych poruszeń ducha jest czymś co winno być wpisane w nasze chrześcijańskie i duchowe dojrzewanie. Wtedy jest szansa, że odnajdziemy w sobie ślady, których autorem i źródłem jest Bóg.

To jest chwila, w której uświadamiamy sobie, że nigdy nie poznamy siebie, jeśli będziemy ślepi na obraz Boga wyryty w naszej duszy, ponieważ tworzymy jedność. „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami”, mówi dzisiaj Jezus.

Początkiem dojrzałego chrześcijaństwa jest dotarcie do swoich korzeni.

Jeżeli tego nie zrobimy, nasze działanie pozostanie na poziomie zwyczajnego aktywizmu, na płaszczyźnie lepiej lub gorzej przeżywanej doczesności; ale tylko doczesności, nie przenikniętej wiecznością, w którą winno być zakorzenione nasze życie. Bez tego odniesienia do wieczności tracimy prawdziwy sens! Owocem zaś utraty tego głębokiego sensu jest to, że, jako chrześcijanie, będziemy się gubić w świecie kultury, obyczajowości czy polityki. „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie może uczynić” – dodaje Chrystus.

Jak często przyglądam się owocom mojego życia i pytam: Jakie one są? Czy odpowiadają temu, czego oczekuje ode mnie, swojego ucznia i naśladowcy Chrystus?

Św. Augustyn radził swoim słuchaczom: „Codziennie przebywaj w obecności Pana!”

Co to znaczy?

Nie jest to kwestia tego, co robimy, ale raczej sposobu bycia przy Bogu. Cokolwiek robisz i gdziekolwiek przebywasz; czy pracujesz, odpoczywasz, martwisz się czy cieszysz – w każdej chwili miej świadomość, że Pan przeżywa to razem z tobą, że jest blisko ciebie, jak w jednym prostym zdaniu mówi o tym autor Dziejów Apostolskich: „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy.”

To lapidarne stwierdzenie powinno uświadomić nam, że całe nasze życie rozgrywa się w obecności Boga, pod Jego miłującym spojrzeniem. Jakże inne byłoby nasze życie i nasze zwykłe codzienne wybory, gdybyśmy żyli tą świadomością!

Taka świadomość, to właśnie owoc zakorzenienia w Chrystusie, którego życie z kolei było zawsze zakorzenione w Bogu.

Chrystus tą świadomością żył i z niej czerpał siły i tego zakorzenienia w Bogu On pragnie także nas nauczyć. Bo zjednoczenie naszego serca z Bogiem dzisiaj, to nic innego, jak przedsmak tego, co będzie naszym udziałem w wieczności.

św. Marek – dobry patron

Marek Ewangelista był pochodzenia żydowskiego. Jego matka, Maria, była zamożną kobietą jerozolimską. Posiadała obszerny dom, w którym gromadzili się pierwsi chrześcijanie. Istnieje przekonanie, że w tym właśnie domu odbyła się Ostatnia Wieczerza Chrystusa z Apostołami. Dlatego żaden z Ewangelistów nie znał tego domu tak doskonale jak Marek. On też w swojej Ewangelii podał najwięcej szczegółów o Wieczerniku (Mk 14,13-17). „Człowiek niosący dzban wody” (Mk 14,13), to właśnie Marek. Za nim szli wysłani przez Chrystusa dwaj uczniowie i trafili do wskazanego im domu, w którym przygotowali Wieczerzą paschalną. On również okryty prześcieradłem szedł za Jezusem, po aresztowaniu Go w Ogrodzie Oliwnym (Mk 14,50-52). Piotr po wyjściu z więzienia jerozolimskiego „poszedł do domu Marii, matki Jana, zwanego Markiem, gdzie zebrało się wielu na modlitwie” (Dz 12,12). Tam Marek zetknął się bliżej z Piotrem, który prawdopodobnie go pouczał i ochrzcił. Dlatego w pierwszym swoim liście nazwał Marka swoim synem (1 P 5,13).

Marek jako nowo ochrzczony, w kontaktach z Apostołami szybko dojrzewał do pracy apostolskiej. Musiała pociągać go ta praca, skoro widzimy go najpierw u boku Pawła w czasie jego pierwszej wyprawy misyjnej, później u boku Piotra. Jako współpracownik Piotra Apostoła napisał drugą Ewangelię.

Współpracownik Pawła

W 45 roku święty Paweł Apostoł odbył swoją pierwszą podróż misyjną. W czasie tej podróży współpracował z nim jego współapostoł Barnaba, lewita z Cypru. Ich pomocnikiem był Marek, który według św. Pawła był kuzynem Barnaby (Kol 4,10). Przeszli oni wtedy całą wyspą Cypr od Salaminy aż do Pafos (obecnie Baffa) i głosili słowo Boże w synagogach żydowskich (Dz 13,2-6). Jan-Marek pełnił tam funkcję, którą można by porównać z posługą diakona: jako wysłannik apostolski zawiadamiał on poszczególne synagogi o przybyciu misjonarzy; pomagał im także przy udzielaniu chrztu i innych czynnościach religijnych.

Z Cypru „Paweł i jego towarzysze przybyli do Perge w Pamfilii, a Jan wrócił do Jerozolimy, odłączywszy się od nich” (Dz 13,13). Teksty milczą o powodach tego odłączenia się. Być może, że wtedy Marek nie rozumiał on jeszcze konieczności podejmowania trudów misyjnych. Paweł bowiem podjął drogę z Perge do Pizy dii, prowadzącą przez góry Taurus. Była to droga uciążliwa i niebezpieczna z powodu napadów grasujących tam rozbójników. Również wybrani słudzy Pana muszą liczyć się początkowo ze słabością ludzką i stopniowo wrastać w trudny urząd apostolski. Paweł szedł odważnie naprzód, bez względu na niebezpieczeństwa, w czym nie każdy był w stanie dotrzymać mu kroku. Trzeba również dodać tęsknotę za domem bardzo młodego jeszcze wtedy Marka.

Na drugą podróż misyjną Barnaba chciał znowu zabrać ze sobą swojego krewnego Marka. Paweł natomiast stanowczo zaprotestował. Nie chciał zabierać ze sobą człowieka, który podczas poprzedniej podróży misyjnej w Pamfilii wycofał się z pracy apostolskiej. Doszło nawet do sprzeczki między Pawłem i Barnaba, w wyniku której Barnaba zabrał Marka i popłynęli na Cypr, natomiast Paweł udał się w zamierzonym kierunku w towarzystwie Sylasa (Dz 15,38-40).

Około 62 roku Marek jest znowu u boku św. Pawła przebywającego wtedy w Rzymie we więzieniu. Tam Marek usługiwał mu (Kol 4,10; Flm 24). Gdy kilka lat później Paweł Apostoł ponownie został uwięziony, w liście prosił Tymoteusza.aby zabrał z sobą Marka i przyprowadził mu go; pisze: „jest mi bowiem przydatny do posługiwania” (2 Tm 4,11). Był zatem zaufanym sługą.

Współpracownik Piotra i Ewangelista

W Rzymie Marek związał się z Piotrem, Głową Kościoła Chrystusowego. Jak w towarzystwie Pawła Apostoła, tak również w towarzystwie Piotra Apostoła, Marek był osobą drugoplanową. Spełniał funkcje skromne, drugorzędne, służebne. Ireneusz (202 r.) nazwał go „uczniem i tłumaczem Piotra”.

Marek znał doskonale całą treść nauczania Piotra. Z pamięci spisał całą jego katechezę. Jak do tego doszło, dowiadujemy się od Papiasza (160 r.), biskupa Hierapolis. Świadectwo Papiasza zachowało się do naszych czasów, ponieważ Euzebiusz z Cezarei (340 r.) umieścił je w swojej Historii Kościoła. Czytamy tam, że „w sercach słuchaczy Piętrowych światło wiary płonęło takim blaskiem, że było im za mało, iż raz tylko słuchali opowiadania nauki Bożej. Usilnie przeto prosili Marka, towarzysza Piotrowego, by im na piśmie pozostawił pamiątkę ustnie podanej nauki; prosić zaś nie przestawali, póki nie spełnił ich życzenia. W ten sposób spowodowali napisanie ewangelii według Marka. O tym co się stało, miał się Piotr dowiedzieć przez objawienie Ducha Świętego. Cieszyła go ich gorliwość i zgodził się na to, by to pismo czytano w kościołach. Marek, który był tłumaczem Piotra, spisał dokładnie wszystko, co zachował w pamięci, ale nie według porządku tego, co mówił i czynił Pan. Ani bowiem Pana nie słyszał, ani nie należał do Jego grona, i tylko później był towarzyszem Piotra. Otóż Piotr stosował nauki do potrzeb słuchaczy. Nie popełnił więc Marek żadnego błędu jeśli w szczegółach tak pisał, by nic nie opuścić z tego, co słyszał, oraz by nie pisać jakiej nieprawdy”. Przypuszcza się, że Piotr przejrzał i poprawił tekst Marka. Już Klemens Aleksandryjski (211 r.) podaje, iż Piotr zgodził się, aby Ewangelię napisaną przez Marka czytano w kościołach.

Natchniony tekst Ewangelii według świętego Marka skierowany jest do chrześcijan nawróconych z pogaństwa. Dlatego Marek tłumaczy na język grecki wyrazy aramejskie i wyjaśnia wspominane zwyczaje żydowskie. Prostym językiem i dkładnie opisuje on przede wszystkim cuda dokonane przez Chrystusa. Zarówno Piotrowi podczas nauczania pogan, jak i Markowi podczas pisania, chodziło o to, aby wykazać, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym. Inaczej mówiąc, głównym celem, jaki przyświecał świętemu Markowi przy pisaniu Ewangelii, było doprowadzenie czytelnika do wiary w Bóstwo Jezusa Chrystusa. Celowi temu najlepiej służył opis cudów zdziałanych przez Zbawiciela.

Biskup Aleksandrii

Na temat dalszej działalności apostolskiej świętego Marka brak wiadomości pewnych. W tradycji często powtarza się. zdanie, że Piotr wysłał go do Egiptu jako biskupa Aleksandrii, która po Rzymie była wtedy najsłynniejszym miastem, by tam głosił Ewangelię. Swoim życiem i nauczaniem miał on pociągnąć wielu pogan do Chrystusa. W ciągu dwunastu lat miał tam założyć wiele gmin chrześcijańskich na terenie całego Egiptu. Trądycję tą znał, wspomniany już badacz dziejów Kościoła, Euzebius z Cezarei (340 r.). Pisze on: „Marek udał się, podobno jako pierwszy, do Egiptu, opowiadał tam ewangelię, którą też napisał i założył Kościoły, a przede wszystkim w samej Aleksandrii”.

Jak wszędzie, tak również w Egipcie złość wroga Chrystusowego niszczyła pracę apostolską św. Marka. W końcu miał ponieść śmierć męczeńską przez włóczenie go po ulicach Aleksandrii. Stara tradycja utrzymuje, że miało to miejsce 25 kwietnia.

Święty Marek jest patronem katechumenów, pisarzy, notariuszy, murarzy, koszykarzy i szklarzy oraz miast: Bergamo, Wenecji, a także Albanii i wyspy położonej na jeziorze Bodeńskim: Reichenau, gdzie cieszy się specjalnym kultem, którego podstawą są również relikwie Świętego Ewangelisty, które z czcią przechowywane są w specjalnym relikwiarzu. Tradycja mówi, że jego wstawiennictwa przyzywano też podczas siewów wiosennych oraz w sprawach pogody.