Pan Bóg mnie obdarzył językiem wymownym, bym umiał przyjść z pomocą strudzonemu przez słowo krzepiące. Każdego rana pobudza me ucho, bym słuchał jak uczniowie. Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja się nie oparłem ani się nie cofnąłem. (Iz 50,4-5)
Chciejmy zatrzymać się na tych pierwszych wersetach z dzisiejszego czytania zaczerpniętego z proroka Izajasza, gdyż wydają się być wymownym tekstem odnoszącym się do tego, co jest naszym udziałem w medytacji.
Pierwsza rzecz, o której mówi Izajasz, to dar wymowy, dar słowa. Warto czasem zapytać siebie, czy słowa, które wypowiadamy jako uczniowie Chrystusa niosą pokrzepienie, jak chce tego Izajasz? A jeśli nie, to dlaczego tak jest? Czyż nie jest tak, że zarówno Chrystus jak i inni mają prawo spodziewać się tego po nas, chrześcijanach, których wiara wyrasta właśnie ze Słowa (wcielonego) i to Słowa, które jest miłością. Czy nie jest tak, że uczeń Chrystusa, który jest zaproszony do nieustannego zasłuchania i karmienia się słowem Bożym, słowem miłości, powinien być także w swoim sposobie mówienia odbiciem tego słowa, w które się wsłuchuje?
Izajasz pisze, że Pan Bóg każdego rana obdarza nas szczególną łaską („Każdego rana pobudza me ucho, bym słuchał jak uczniowie”). Jest to łaska słuchania, gdyż słuchanie jest domeną ucznia. Można by zaryzykować pytanie: Czy ktoś, dla kogo wsłuchiwanie się w słowo Chrystusa i to wsłuchiwanie się nie z obowiązku, ale z potrzeby serca nie jest codzienną praktyką może jeszcze mówić o sobie, że jest uczniem Jezusa?
Izajasz uzupełnia swoją wypowiedź mówiąc, że nie opiera się ani nie cofa przed słuchaniem, co oznacza, że można się oprzeć słowu, które Bóg do nas kieruje. Cofnięcie się wobec słowa, które kieruje do nas Bóg jest niczym innym jak wycofaniem się z relacji, do której Bóg nas zaprasza posyłając do nas swoje słowo. Jest tak dlatego, że słowo, które Bóg do nas kieruje jest czymś więcej niż jednym ze słów, które do nas docierają każdego dnia. Św. Jan powie wprost: że Słowo, które było u Boga i było Bogiem, stało się ciałem. Jest to Słowo, które ma w sobie życie. I co więcej św. Jan stawia warunek: to Słowo musi być przez nas przyjęte, abyśmy mogli stać się dziećmi Bożymi. [por. J 1, 1-12]
A zatem wsłuchiwanie się w słowo, które kieruje do nas Bóg pozwala nam na nawiązanie osobowej relacji z Bogiem. W ten sposób Bóg realizuje swoją obietnicę, którą między innymi przyniósł na blisko osiem wieków przed narodzeniem Chrystusa właśnie przez proroka Izajasza a następnie potwierdził ją przez proroka Jeremiasza. Jest to obietnica mówiąca o tym, że Bóg wzniesie relację z człowiekiem na zupełnie inny poziom, poziom serca. Jest to obietnica o tym, że Bóg umieści swoje prawo w głębi naszego jestestwa i wypisze je w naszym sercu. Jak pisze znany teolog i kaznodzieja Domu Papieskiego o. Raniero Cantalamessa: „Nie chodzi już w tym wypadku o zewnętrzne prawo, ale o prawo miłości, prawo, któremu na imię Jezus.”
I jak mówi dalej Bóg: „nie będą się musieli wzajemnie pouczać mówiąc jeden do drugiego: >>Poznajcie Pana!<< Wszyscy bowiem od najmniejszego do największego poznają Mnie – wyrocznia Pana” [Jr 31,34]
Ta obietnica została ostatnio przywołana aż dwukrotnie w liturgii Wielkiego Postu, aby uświadomić nam, że została już spełniona. Dzięki Chrystusowi Bóg wznosi nas na zupełnie inny poziom poznania Go i relacji z Nim. A czyni to dzięki tajemnicy Chrystusa, w którą jesteśmy zanurzeni. Chrystus zresztą sam zapewnia, że kto poznał Jego, poznał i Ojca. [por. J 14,9]
Można zatem śmiało powiedzieć, że doświadczenie medytacji pozwala nam uczestniczyć w tej obietnicy właśnie dlatego, że zanurza nas w obecność Chrystusa i przez wsłuchiwanie się w słowo i odpowiedź daną z naszej strony na płaszczyźnie serca buduje jedyną w swoim rodzaju relację miłości między nami a Bogiem. Każdy zaś, kto raz pozwolił Chrystusowi włączyć się w tę relację nie będzie potrafił już bez niej żyć. Będzie ona kształtowała jego życie zarówno na płaszczyźnie rozumu, jaki na płaszczyźnie serca, co oznacza, że będzie ogarniała całego człowieka, pozwalając na to, by dzięki życiu słowem Bożym wciąż na nowo rodził się w nas nowy człowiek, stworzony według Boga w sprawiedliwości i świętości o czym pisze św. Paweł w Liście do Efezjan [por. Ef 4,22-24] To jest także owoc doświadczenia paschalnego, którego tajemnicę przynoszą nam dni, które są przed nami. Dobrze by stały się okazją do głębszego niż zwykle, wręcz medytacyjnego zasłuchania w to, co Pan Bóg chce nam w tych dniach powiedzieć.
Jezus w czasie wieczerzy z uczniami swoimi doznał głębokiego wzruszenia i tak oświadczył: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeden z was Mnie zdradzi”. (J 13,21-22)
Dzisiejsza scena ewangeliczna ma miejsce chwilę po wymownej scenie umycia nóg uczniom przez Jezusa. Jest to gest, który pięknie wprowadza w tajemnice Eucharystii ustanowionej podczas Ostatniej Wieczerzy i uświadamia nam, że jest ona przede wszystkim ucztą miłości.
Na jej tle wyraźniej zostaje ukazany dramat dwóch postaci a w zasadzie wszystkich uczniów.
Jezus mówi wprost do swoich uczniów o zdradzie. Z jednej strony mamy Judasza, który przyjmie od Jezusa ostatni gest miłości i braterstwa – kawałek umoczonego chleba – zanim stanie po stronie ciemności i przeciwnika Boga. Ta scena jest mocno zaznaczona w opisie św. Jana. Z drugiej strony mamy Piotra, który składa deklaracje – niestety pustą, co Jezus mu boleśnie uświadamia – że gotów jest oddać życie na swojego Mistrza.
Niedługo potem zarówno pierwszy, jaki i drugi zdradzą Jezusa. Ta tragedia uczniów staje się jednak tłem kolejnej prawdy: ukazuje nam bowiem niezrozumiałą dla nas logikę Boga. Jezus do końca obdarza człowieka gestami swojej miłości (chleb podany Judaszowi, nieudawany pocałunek w ogrodzie Gethsemani, pełne miłości spojrzenie na Piotra już po jego zaparciu się Mistrza i wreszcie trzy pytania o jego miłość, które Jezus zadaje Piotrowi już po zmartwychwstaniu). Wszystkie te gesty świadczą o wielkim boju, jaki Jezus toczy o każdego człowieka. Bóg zrobi wszystko, aby go ocalić. Reszta zależy od człowieka – czy podda się przebaczającej miłości Boga.
Św. Jan od Krzyża napisze, że: „Pod wieczór naszego życia będziemy sądzeni w miłości”.
Rzeczywistość zdrady w taki czy inny sposób jest doświadczeniem nas wszystkich. Pod koniec swojej ziemskiej wędrówki i nauczania, jakie pragnął na m przekazać Jezus znajduje się szczególna lekcja, w której pragnąc w osobach swoich uczniów przed nami odkryć słabą duchową kondycję każdej i każdego z nas chce nas utwierdzić, że to nie zdrada jest największą przegraną ucznia Chrystusa, ale to gdy nie potrafimy wrócić, by przyjąć przebaczającą i uzdrawiająca miłość, jaką Bóg pragnie nas obdarować.