Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Pascha, Eucharystia i Kapłaństwo

Było to przed Świętem Paschy. Jezus widząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował.

W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty, syna Szymona, aby Go wydać, widząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło, nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. (J 13,1-5)

Wielki Czwartek. Pamiątka ustanowienia Eucharystii i Kapłaństwa. To dzień, w którym szczególnie myślę o tych wszystkich, których Pan Bóg postawił na drodze mojego kapłańskiego powołania. Dlatego pozwólcie na początku tych rozważań na taką osobistą refleksję: Zawsze mówiłem, że Pan Bóg dał mi wyjątkowych rodziców chrzestnych, o których nie waham się powiedzieć, że to święci ludzie, choć w zasadzie różniło ich wszystko. Mój ojciec chrzestny był (bo przed 20 laty odszedł do domu Ojca) profesorem, historykiem, badaczem a przy tym do końca zachował dziecięca wiarę i ufność Panu Bogu. Nigdy nie wstydził się przyznawać do swojej wiary i jej bronić, chociaż w żył w czasach gdy takim osobom, nie ułatwiano naukowej kariery.

Z kolei moja chrzestna, to kobieta, która skończyła zaledwie szkołę podstawową i zawodową, ale całe jej życie, wszystko, co robiła, jak pracowała, jak służyła innym było przeniknięte wielką miłością i wiarą. Dla obojga jednym z najważniejszych punktów dnia była zawsze obecność na Mszy św. I oboje zgodnie mówili, że w kościele, na Eucharystii czują się jak u siebie.

Piszę te słowa, bo one skłaniają nas do postawienia sobie pierwszego ważnego pytania, które powinno paść przy okazji Wielkiego Czwartku, przy okazji tego Wieczernika, do którego nas wszystkich Chrystus dzisiaj zaprosił: Czy ja w kościele, na Mszy świętej czuję się jak u siebie? Każda Eucharystia będzie dla nas tym bardziej owocna, kiedy odkryjemy, że jesteśmy u siebie; że stół, który Pan Bóg dla nas zastawia jest stołem przygotowanym nie dla jakiegoś anonimowego tłumu, ale dla ciebie i dla mnie, których Bóg zaprosił tu po imieniu.

Bóg nie chce, abyśmy przychodząc na Mszę świętą byli obserwatorami, kimś, kto tylko przygląda się temu, co się tu dzieje, ale aby każdy zaangażował się w to całym sercem, bo tu jest Wieczernik a w Wieczerniku jest miejsce dla każdego. W Wieczerniku jest miejsce na każdą historię życia.

I kolejne pytanie, które warto sobie dziś zadać: Dlaczego przychodzę na Msze świętą? Co nas tu zbiera, co nas zbiera w każdą niedzielę; co nas zbiera tu dzisiaj? Myślę, że prawdziwa odpowiedź jest tylko jedna: zbiera nas tu fakt, że jesteśmy głodni, każdy na swój sposób. JESTEŚMY GŁODNI MIŁOŚCI! Bo tylko miłość jest w stanie nadawać sens naszemu życiu z jego trudami, zmaganiami, z jego przemijaniem, cierpieniem i radością. I nie mam wątpliwości, że są tutaj tacy, którzy tę miłość przeżywają. Są tacy, którzy za miłością tęsknią. Są tacy, którzy usilnie jej poszukują. Są tacy, którzy wątpią w to, że Bóg rzeczywiście kocha ich bez względu na wszystko. Są też tacy, którzy miłość zdradzili i tacy, którzy w miłości zostali zdradzeni. Są wreszcie tacy, którzy zbudowali sobie mur w sercu, aby więcej nie doświadczyć zranienia w miłości, żeby miłość już więcej nie bolała.

I bez względu na to w jakim miejscu dzisiaj jesteś Bóg chce cię dzisiaj spotkać, aby przeżyć z tobą Paschę. Bo Pascha to jest przejście. To jest doświadczenie wyjścia z tego, co jest niewolą do tego, co jest wolnością. Aby móc cieszyć się wolnością muszę jednak chcieć zrezygnować z tego, co mnie zniewala. Muszę zgodzić się, aby Bóg, który pragnie abym żył w wolności, wszedł w moje życie i pokonał to, co tej wolności dziecka Bożego zagraża.

Pascha to nie jednokrotne doświadczenie, ale to droga, do której Jezus nas zaprasza jak mówi dzisiejsza Ewangelia: „Jezus widząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował”. Jest to droga, którą Jezus prowadzi nas do Ojca, do zjednoczenia z Bogiem. Droga, która prowadzi przez mękę i krzyż, ale na cierpieniu się nie kończy. Pascha to zgoda na to, aby Jezus, który nas do końca umiłował wszedł w nasze życie i poprowadził nas od tego, co jest iluzją do tego, co jest spełnieniem naszych najskrytszych pragnień i marzeń; marzeń o miłości, marzeń o spełnieniu. Bo ten świat choć próbuje nas przekonywać, mamić, świecić, to przecież nas nie nasyci. Świat nie ma w sobie odpowiedzi na te pragnienia, które Bóg złożył w naszych sercach. Nie ma takiej mocy. Choćby się bardzo świat starał, to nie ma. Bo Bóg tak stworzył nasze serca, że one są skierowane ku Niemu. I Jezus chce nas zabrać w tę podróż do Ojca, który jako jedyny może odpowiedzieć na pragnienia naszego serca. On chce zabrać nas przechodząc przez to co nasze. Przez to, co najbardziej w nas i w naszym życiu szlachetne i przez to, co najbardziej bolesne i grzeszne. Te wydarzenia paschalne, które rozpoczynają się dzisiejszą liturgią a zakończą się w Niedzielę Zmartwychwstania to nie wspomnienie czegoś, co wydarzyło się w przeszłości, ale to rzeczywistość, która się dzieje tu i teraz. Bóg chce teraz wejść w twoje i moje życie i zabrać nas ze sobą w duchową podróż, której celem jest zbawienie. Pytanie tylko czy ja Mu na to pozwolę? Czy pozwolę mu wejść w moje radości, w moje słabości, cierpienia, zwątpienia?

I tu pozwólcie, że wrócę na chwilę do mojej osobistej historii i wspomnianego już przeze mnie mojego ojca chrzestnego a zarazem wuja, który jako pierwszy mając w sobie wielką wrażliwość człowieka wierzącego domyślił się, że chcę wstąpić do seminarium. Nikt o tym jeszcze nie wiedział, nikomu o tym nie mówiłem, ale on pierwszy to czuł. I potem, gdy byłem w seminarium zawsze towarzyszył mi modlitwą i pytał przy każdej okazji: Jak mi tam jest? Czy jestem szczęśliwy? Czy mam co jeść. Czy mam pieniądze? Czy mamy w seminarium ciepło. To były pytania zatroskanego człowieka. Ale zadawał też pytania, które mnie często rozkładały. I kiedyś, przy okazji kolejnej rozmowy telefonicznej, kiedy już powiedziałem, że wszystko mam, że niczego mi nie brakuje, że jest mi dobrze on zapytał mnie: „A szyneczkę taką dobrą, swojską masz?” – Szyneczki dobrej nie mam – odpowiedziałem. „A widzisz – mówi wujek – to ja ci przywiozę”. I przywiózł. I raczyliśmy się tą wiejską szyneczką z kolegami przez kolejne dni.

Oczywiście nie przywołuję tej historii po to, aby się chwalić dobrym chrzestnym, choć rzeczywiście był takim człowiekiem, ale dlatego, że w tej jego postawie ja odkrywałem prawdę o moim Bogu i o mnie. O Bogu, który prawdę o swojej miłości ukazuje przez miłość drugiego człowieka. O moim Bogu, który szuka cały czas takiej przestrzeni, w której się może zmieścić w moje życie. Bo ja często mówię: Tu Cię nie potrzebuję; tu mam; tu sobie radzę; tu jestem samowystarczalny; tu jest dobrze, tu O.K. A Bóg cierpliwie czeka aż Mu powiem: tu Cię potrzebuję! I pozwolę Mu wejść w moje życie. Potrzebuję Cię, bo tylko Ty potrafisz znaleźć odpowiedź na daną sytuację. Bo tylko Ty jesteś w stanie nadać naszemu życiu taki smak, jakiego nie da mu nic na świecie. I kiedy spoglądam na moje życie, to myślę, że na szczęście rok za rokiem takich zaproszeń Boga do mojego życia, do sytuacji, z którymi sobie nie radzę jest coraz więcej. I rok po roku odkrywam, że coraz bardziej Go potrzebuję z Jego mocą i Jego łaską.

I dzisiaj jest taki dobry dzień, abyśmy zobaczyli, gdzie potrzebujemy tej obecności Boga, choć może dotąd oszukiwaliśmy siebie samych, że sobie z tym poradzimy. Dzisiaj jest ten moment, w którym warto zobaczyć, gdzie zaprosić Jezusa, by On wszedł w moje życie i przeprowadził mnie do nowego życia.

I zobaczmy od czego Jezus zaczyna. Nie od słów. To my jesteśmy przyzwyczajeni, że często zaczynamy od słów i deklaracji, z których później równie często nic nie wynika. Jezus zaczyna od czynu, od gestu, który ma w sobie dużo mocy i którego nie sposób zlekceważyć.

I to ciekawe, że św. Jan Apostoł w swojej Ewangelii robi coś zupełnie innego niż pozostali ewangeliści. Tam gdzie inni ewangeliści opisują ustanowienie Eucharystii, Jan opisuje gest umycia uczniom nóg. I nie bez powodu Kościół Wschodni nazywa św. Jana teologiem. Bo dla nich jest to apostoł, który widział więcej, patrzył głębiej, który dotykał sedna i istoty.

Dlaczego Jan zamiast zamieścić opis ustanowienia Eucharystii zamieszcza ten opis umycia nóg? Bo on w ten sposób chce nam pokazać, że Eucharystia kiedy ją głęboko przeżyjemy i się nią karmimy nie może pozostawić nas obojętnymi. Innymi słowy Jan pokazał czym Eucharystia ma dla nas być i jak ma się przekładać na nasze życie. Bo jeżeli się nie przekłada, to znaczy że się nią słabo karmimy, albo nie pojmujemy co się w niej dzieje.

Św. Augustyn w komentarzu do dzisiejszej sceny ewangelicznej napisze: „Czemu się dziwisz, że Jezus zdjął z siebie szaty i przepasał się prześcieradłem. Czemu się dziwisz? On wcześniej zdjął z siebie bóstwo i przepasał się człowieczeństwem”. To my mamy zwyczaj się przyodziewać, stroić bogactwem, tytułami odznaczeniami, żeby coś znaczyć; żeby mieć coś, co doda nam wartości i splendoru. Mamy zwyczaj zakładać różne maski.

Jezus pokazuje coś innego. Nalał wody do miednicy i klęknął przed człowiekiem, żeby nic nie krępowało Jego miłości do mnie. Żeby nic nie stało na przeszkodzie Jego miłości. Choć Piotr wzbrania się przed tym, chcąc instruować Jezusa jak powinien czynić, bo on miał swój pomysł na to, jak powinien postępować Mesjasz. Niby wiele się nauczył, ale nadal nic nie rozumie, że nawet jeśli nie rozumiemy Bożej miłości, to warto za nią pójść, warto jej zaufać, bo ona nas nigdy nie zawiedzie.

A Bóg klęka przed człowiekiem, dlatego, że tylko tu, gdzie jest miłość możemy i odkryć, że służba, to nie jest upokorzenie. Że nie służymy naprawdę, bo tak trzeba, ale dlatego, że kochamy. Bo tylko miłość potrafi nadać służbie nową jakość, nowy smak. Jezus obmywa nogi wszystkim Apostołom, nie tylko wybranym, ale także Judaszowi. W tym geście jest wielka symbolika, bo to nogi niosą nas przez życie, często bywają zmęczone, obolałe, spuchnięte. A Jezus dotyka najpierw tego, co obolałe, co zabrudzone, co zbrukane, tego, czego być może się wstydzimy. Czyni to dlatego, żebyśmy się nie przerażali Jego miłością. I myślę, że im bardziej Mu na to pozwolimy, tym bardziej będziemy doświadczali, że ta miłość nadaje sens i przemienia to, co musi być w nas przemienione i uzdrowione. I tym łatwiej będziemy tę miłość nieść innym.

I na koniec tych rozważań niech mi będzie wolno przywołać tekst mojego ulubionego autora duchowego, znanego trapisty, Thomasa Mertona, który pisał: „Często wydaje się ludziom, że mają kochać. I to prawda. Lecz sednem chrześcijańskiej miłości nie jest wola kochania, ale wiara w to, że jest się kochanym”.

I życzę Wam moi drodzy, aby kolejne, daj Boże jak najgłębsze przeżycie Triduum Paschalnego pozwoliło nam na nowo odkryć tę miłość Boga do nas i na nowo się nią zachwycić.

Dar i wdzięczność

Wielki Czwartek – szczególny dzień, w którym dziękujemy Bogu za dar Eucharystii i Kapłaństwa. Dziękując Panu Bogu za dar mojego powołania zawsze myślę ciepło i serdecznie w tym dniu o tych wszystkich, których Pan Bóg postawił na drodze mojego kapłańskiego powołania i którzy jesteście dla mnie darem od Pana Boga.
Dziękuję za Was wszystkich, za Waszą obecność, pamięć w Modlitwie i dobro jakie otrzymuję od Was i przez Was. Dziękuję też za wiele gestów i słów życzliwości , jakie do mnie napłynęły. Noszę w sercu modlitewną pamięć o Was i w duchu wdzięczności zawierzałem Was wszystkich Panu Bogu i opiece Maryi Matki Kapłanów podczas Mszy sprawowanej wspólnie z prezbiterium warszawskim w archikatedrze św. Jana Chrzciciela. 
Dziękuję Wam i Bogu, że jesteście!!!

Medytacja – relacja wzniesiona na poziom serca

Pan Bóg mnie obdarzył językiem wymownym, bym umiał przyjść z pomocą strudzonemu przez słowo krzepiące. Każdego rana pobudza me ucho, bym słuchał jak uczniowie. Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja się nie oparłem ani się nie cofnąłem. (Iz 50,4-5)

Chciejmy zatrzymać się na tych pierwszych wersetach z dzisiejszego czytania zaczerpniętego z proroka Izajasza, gdyż wydają się być wymownym tekstem odnoszącym się do tego, co jest naszym udziałem w medytacji.

Pierwsza rzecz, o której mówi Izajasz, to dar wymowy, dar słowa. Warto czasem zapytać siebie, czy słowa, które wypowiadamy jako uczniowie Chrystusa niosą pokrzepienie, jak chce tego Izajasz? A jeśli nie, to dlaczego tak jest? Czyż nie jest tak, że zarówno Chrystus jak i inni mają prawo spodziewać się tego po nas, chrześcijanach, których wiara wyrasta właśnie ze Słowa (wcielonego) i to Słowa, które jest miłością. Czy nie jest tak, że uczeń Chrystusa, który jest zaproszony do nieustannego zasłuchania i karmienia się słowem Bożym, słowem miłości, powinien być także w swoim sposobie mówienia odbiciem tego słowa, w które się wsłuchuje?

Izajasz pisze, że Pan Bóg każdego rana obdarza nas szczególną łaską („Każdego rana pobudza me ucho, bym słuchał jak uczniowie”). Jest to łaska słuchania, gdyż słuchanie jest domeną ucznia. Można by zaryzykować pytanie: Czy ktoś, dla kogo wsłuchiwanie się w słowo Chrystusa i to wsłuchiwanie się nie z obowiązku, ale z potrzeby serca  nie jest codzienną praktyką może jeszcze mówić o sobie, że jest uczniem Jezusa? 

Izajasz uzupełnia swoją wypowiedź mówiąc, że nie opiera się ani nie cofa przed słuchaniem, co oznacza, że można się oprzeć słowu, które Bóg do nas kieruje. Cofnięcie się wobec słowa, które kieruje do nas Bóg jest niczym innym jak wycofaniem się z relacji, do której Bóg nas zaprasza posyłając do nas swoje słowo. Jest tak dlatego, że słowo, które Bóg do nas kieruje jest czymś więcej niż jednym ze słów, które do nas docierają każdego dnia. Św. Jan powie wprost: że Słowo, które było u Boga i było Bogiem, stało się ciałem. Jest to Słowo, które ma w sobie życie. I co więcej św. Jan stawia warunek: to Słowo musi być przez nas przyjęte, abyśmy mogli stać się dziećmi Bożymi. [por. J 1, 1-12]

A zatem wsłuchiwanie się w słowo, które kieruje do nas Bóg pozwala nam na nawiązanie osobowej relacji z Bogiem. W ten sposób Bóg realizuje swoją obietnicę, którą między innymi przyniósł na blisko osiem wieków przed narodzeniem Chrystusa właśnie przez proroka Izajasza a następnie potwierdził ją przez proroka Jeremiasza. Jest to obietnica mówiąca o tym, że Bóg wzniesie relację z człowiekiem na zupełnie inny poziom, poziom serca. Jest to obietnica o tym, że Bóg umieści swoje prawo w głębi naszego jestestwa i wypisze je w naszym sercu. Jak pisze znany teolog i kaznodzieja Domu Papieskiego o. Raniero Cantalamessa: „Nie chodzi już w tym wypadku o zewnętrzne prawo, ale o prawo miłości, prawo, któremu na imię Jezus.”

I jak mówi dalej Bóg: „nie będą się musieli wzajemnie pouczać mówiąc jeden do drugiego: >>Poznajcie Pana!<< Wszyscy bowiem od najmniejszego do największego poznają Mnie – wyrocznia Pana” [Jr 31,34]

Ta obietnica została ostatnio przywołana aż dwukrotnie w liturgii Wielkiego Postu, aby uświadomić nam, że została już spełniona. Dzięki Chrystusowi Bóg wznosi nas na zupełnie inny poziom poznania Go i relacji z Nim. A czyni to dzięki tajemnicy Chrystusa, w którą jesteśmy zanurzeni. Chrystus zresztą sam zapewnia, że kto poznał Jego, poznał i Ojca. [por. J 14,9]

Można zatem śmiało powiedzieć, że doświadczenie medytacji pozwala nam uczestniczyć w tej obietnicy właśnie dlatego, że zanurza nas w obecność Chrystusa i przez wsłuchiwanie się w słowo i odpowiedź daną z naszej strony na płaszczyźnie serca buduje jedyną w swoim rodzaju relację miłości między nami a Bogiem. Każdy zaś, kto raz pozwolił Chrystusowi włączyć się w tę relację nie będzie potrafił już bez niej żyć. Będzie ona kształtowała jego życie zarówno na płaszczyźnie rozumu, jaki na płaszczyźnie serca, co oznacza, że będzie ogarniała całego człowieka, pozwalając na to, by dzięki życiu słowem Bożym wciąż na nowo rodził się w nas nowy człowiek, stworzony według Boga w sprawiedliwości i świętości o czym pisze św. Paweł w Liście do Efezjan [por. Ef 4,22-24] To jest także owoc doświadczenia paschalnego, którego tajemnicę przynoszą nam dni, które są przed nami. Dobrze by stały się okazją do głębszego niż zwykle, wręcz medytacyjnego zasłuchania w to, co Pan Bóg chce nam w tych dniach powiedzieć.

Zdrada i przebaczenie

Jezus w czasie wieczerzy z uczniami swoimi doznał głębokiego wzruszenia i tak oświadczył: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeden z was Mnie zdradzi”. (J 13,21-22)

Dzisiejsza scena ewangeliczna ma miejsce chwilę po wymownej scenie umycia nóg uczniom przez Jezusa. Jest to gest, który pięknie wprowadza w tajemnice Eucharystii ustanowionej podczas Ostatniej Wieczerzy i uświadamia nam, że jest ona przede wszystkim ucztą miłości.

Na jej tle wyraźniej zostaje ukazany dramat dwóch postaci a w zasadzie wszystkich uczniów.

Jezus mówi wprost do swoich uczniów o zdradzie. Z jednej strony mamy Judasza, który przyjmie od Jezusa ostatni gest miłości i braterstwa – kawałek umoczonego chleba – zanim stanie po stronie ciemności i przeciwnika Boga. Ta scena jest mocno zaznaczona w opisie św. Jana. Z drugiej strony mamy Piotra, który składa deklaracje – niestety pustą, co Jezus mu boleśnie uświadamia – że gotów jest oddać życie na swojego Mistrza.

Niedługo potem zarówno pierwszy, jaki i drugi zdradzą Jezusa. Ta tragedia uczniów staje się jednak  tłem kolejnej prawdy: ukazuje nam bowiem niezrozumiałą dla nas logikę Boga. Jezus do końca obdarza człowieka gestami swojej miłości (chleb podany Judaszowi, nieudawany pocałunek w ogrodzie Gethsemani, pełne miłości spojrzenie na Piotra już po jego zaparciu się Mistrza i wreszcie trzy pytania o jego miłość, które Jezus zadaje Piotrowi już po zmartwychwstaniu). Wszystkie te gesty świadczą o wielkim boju, jaki Jezus toczy o każdego człowieka. Bóg zrobi wszystko, aby go ocalić. Reszta zależy od człowieka – czy podda się przebaczającej miłości Boga.

Św. Jan od Krzyża napisze, że: „Pod wieczór naszego życia będziemy sądzeni w miłości”.

Rzeczywistość zdrady w taki czy inny sposób jest doświadczeniem nas wszystkich. Pod koniec swojej ziemskiej wędrówki i nauczania, jakie pragnął na m przekazać Jezus znajduje się szczególna lekcja, w której pragnąc w osobach swoich uczniów przed nami odkryć słabą duchową kondycję każdej i każdego z nas chce nas utwierdzić, że to nie zdrada jest największą przegraną ucznia Chrystusa, ale to gdy nie potrafimy wrócić, by przyjąć przebaczającą i uzdrawiająca miłość, jaką Bóg pragnie nas obdarować.

Wielki Tydzień – ostatnia prosta

Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta posługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku. 
Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z uczniów Jego, ten, który Go miał wydać: „Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim?” Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano. 
Na to Jezus powiedział: „Zostaw ją! Przechowała to, aby Mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze macie”. (J 12,1-9)

Mogłoby się z pozoru wydawać, że protest Judasza, który wybrzmiewa z dzisiejszej Ewangelii przeciw marnotrawstwu ze strony Marii, siostry Łazarza, która olejkiem za trzysta denarów namaszcza stopy Jezusa jest słuszny. Więcej, moglibyśmy uznać, że uwaga Judasz jest nawet ewangeliczna. Bo któż bardziej niż Jezus zalecał ubóstwo; któż bardziej niż On potrafił poprzestawać na małym; kto bardziej potrafił współczuć cierpiącym?

Trzysta denarów to bowiem w czasach Jezusa niebagatelna suma. Był to roczny zarobek przeciętnego robotnika. Skąd zatem w postawie Marii tak wielka rozrzutność? Odpowiedź na to pytanie może być oczywiście jedna: z miłości!

Tego rodzaju gest można by po ludzku uznać za luksus, za coś ponad potrzebę czy konieczność. Postawa Marii jest symbolem takiego daru, do jakiego człowiek nie jest zobowiązany z żadnego tytułu, zatem daru, którzy zwykło się określać mianem „czystego daru”. I taki dar może zrozumieć jedynie ktoś, kto bardzo kocha. Nie pojmie go człowiek małoduszny, gdyż to wykracza poza jego ogląd rzeczywistości.

Jezus uznał ten gest za wstęp do bliskiego już swego pogrzebu, gdyż do grobu za czasów Jemu współczesnych składano namaszczone zwłoki. Ale oczywiście w tym geście jest znacznie więcej, skoro w Ewangelii według św. Marka, która czytaliśmy wczoraj Jezus mówi o tym samym geście Marii, że nie zostanie zapomniany i gdziekolwiek będzie głoszona Ewangelia zawsze będzie przywoływane to, co uczyniła.

Uczynek Marii kieruje naszą uwagę ku wielu ofiarnym duszom, które przez stulecia hojnie potrafią ofiarować Jezusowi swój czas i swoje siły. Człowiek małoduszny bowiem powiada: „wystarczy mi jedna spowiedź raz do roku; wystarczy obecność w kościele raz na tydzień; wystarczy modlitwa odmówiona na prędce dwa razy w ciągu dnia. Więcej nie mam obowiązku dawać…”

Oczywiście osoby, które spowiadają się co tydzień, lub co dwa tygodnie; uczestniczą we Mszy świętej codziennie, traktując stół Eucharystyczny, który zastawia dla nich Jezus, jak swój własny stół; spędzają długie godziny na modlitwie i adoracji Najświętszego Sakramentu też nie mają obowiązku tego robić. Czynią to, co jest ponad obowiązek z miłości. O tych osobach św. Augustyn powie, że „ich oddanie i czas spędzony w obecności Jezusa są niczym namaszczanie stóp Jezusa przez Marię”.

Świat oczywiście powie, że lepiej byłoby ten czas poświęcić na jakieś pożyteczne zajęcia, obdarzając takie osoby bolesnym określeniem „dewotki”. Jednak nikt bardziej nie doceni ich czasu spędzonego u stóp Mistrza niż on sam i ci , którzy kochają Go czystą miłością. Chojna ofiara ich serca i czasu nie zostanie zapomniana. Św. Jan Paweł II powie: „kilka chwil prawdziwej adoracji Najświętszego Sakramentu ofiarowanych z miłości posiada niepomiernie większą wartość i przynosi więcej owoców, niż najbardziej wytężona działalność apostolska”.

Dlatego może warto u progu tego Wielkiego Tygodnia zapytać siebie: Ile czasu poświęcam na trwanie w obecności Jezusa i jak to świadczy o mojej miłości do Niego?