Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Dobry Pasterz

Jezus powiedział:

„Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, do którego owce nie należą, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza. Najemnik ucieka dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach.

Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia i jeden pasterz.

Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je potem znów odzyskać. Nikt mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca”. (J 10,11-18)

Żyjemy w czasach wielu sprzeczności. Z jednej strony nie lubimy, gdy inni nami kierują, mówią jak powinniśmy postępować, którą droga iść. Wolimy sami o sobie stanowić, chodzić własnymi, niewydeptanymi ścieżkami, żyć niekonwencjonalnie. Z drugiej strony zadziwiający jest fenomen różnych idoli telewizyjnych, gwiazd muzyki pop, niekończących się seriali, programów rozrywkowych, transmisji sportowych, które tak łatwo wpływają na porządek i styl naszego dnia.

Podobne tendencje możemy zauważyć także w naszym osobistym życiu. Nie lubimy być pouczani, ale chętnie pouczamy innych. Nie znosimy krytyki, ale innych chętnie krytykujemy. Inaczej myślących uważamy za błądzących, a siebie za jedyną i słuszną wyrocznię we wszelkich możliwych sprawach.

Jakby na przekór temu dzisiejsza Ewangelia stawia przed nami obraz Dobrego Pasterza, chcąc nam uświadomić, że nie jest obojętne za czyim głosem – zwłaszcza my chrześcijanie –  podążamy w życiu.

Dzisiejsza Ewangelia rozróżnia pasterza i najemnika. Jak ich poznać? Pierwszy pamięta o innych, drugi myśli tylko o sobie. Pierwszy służy, drugi domaga się posłuszeństwa. Pierwszy oddaje życie, drugi chce je zachować za wszelką cenę. Pierwszy pomaga, drugi chętnie z pomocy korzysta. Pierwszy daje i dziękuje, drugi bierze i uważa, że mu się wszystko należy. Pierwszy w obliczu niebezpieczeństwa, cierpienia, choroby zostaje, drugi opuszcza i ucieka.

Kim jest ten dobry ewangeliczny pasterz? „Przez Niego ten człowiek stanął przed wami zdrowy” – mówi św. Piotr w katechezie skierowanej do Żydów. W ten sposób wskazuje na Chrystusa, który nie ucieka od ludzkiego dramatu, ale zostaje będąc do końca wiernym człowiekowi za którego oddał swoje życie, choć ze strony człowieka częściej doświadcza niewierności. To Pasterz, który nie domaga się posłuszeństwa za wszelką cenę, ale szanuje ludzką wolność; nie stawia nadzwyczajnych warunków, ale sam uczy przez pokorną służbę i miłość. Nie zabiera życia, choć często bywa o to oskarżany przez ludzi, którzy kogoś tracą ale je daje.

Święty Piotr pragnie nam uświadomić swoją katechezą, że człowiek potrzebuje Chrystusa Dobrego Pasterza, a Chrystus człowieka. Ten pierwszy po to, aby odzyskać zdrowie, Ten drugi, aby objawić ludziom nieskończone dobro Boga.

Piotr, stojąc przed Sanhedrynem, odnosi słowa psalmu (Ps 118 – traktującego o Dobrym Pasterzu) do historii Jezusa. Chrystus jest kamieniem, odrzuconym przez budujących, którymi są ówczesne elity religijne (Dz 4, 11). Piotr nie jest pierwszym, który w ten sposób odczytuje tekst psalmu – sam Jezus używa tych słów w rozmowie z arcykapłanami i uczonymi w Piśmie (Mk 12, 10). Oni, dumni z siebie budowniczy największej w starożytnym świecie świątyni, wspaniałego pomnika ich zdolności i wpływów, i On, który nie pasuje do ich planów. Jak często ta historia powtarza się w naszym życiu? Jesteśmy gotowi iść za Chrystusem, słuchać Jego Ewangelii tak długo, dopóki On i wymagania Jego Ewangelii pasują do naszych planów na życie, ambicji i wyobrażeń. Gdy przestają pasować godzimy się na to, bo odrzucić Jego wymagania i przestać wsłuchiwać się w Jego głos za cenę lichego luksusu i pseudo niezależności, jakie próbuje nam sprzedać ówczesny świat.

Dlatego dzisiejsza Ewangelia to Dobra Nowina, nie tylko dla tych, którzy wiernie idą za Chrystusem przez całe życie, ale nawet dla tych, którzy z tych czy innych przyczyn dali się uwieść różnym współczesnym guru czy idolom i od Niego odeszli. O nich także Chrystus nigdy nie zapomina, nawet jeśli oni już zapomnieli o Nim. Ich także pragnie przyprowadzić do Ojca i dlatego często potrzebuje do tego nas, którzy uwierzyliśmy w Niego i mamy być odwagę świadkami Jego miłości wobec innych, także tych, którzy wedle naszej oceny na tę miłość nie zasługują. 

Dzisiejsza Ewangelia to Dobra Nowina o tym, że nawet najbardziej ciemne zakątki naszego życia mogą być rozświetlone światłem Zmartwychwstałego Chrystusa, jeśli otworzymy się na światło Jego łaski. I nawet najgłębsze rany, jakie w sobie nosimy, mogą być uzdrowione, jeśli tylko zaufamy Dobremu Pasterzowi, pozwolimy Mu się wziąć na ramiona i zanieść w pełne miłości objęcia Ojca.

 

Medytacja uczy zawierzenia

Jezus powiedział do ludu:

„Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie. (…) Wszystko, co Mi daje Ojciec, do Mnie przyjdzie, a tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę, ponieważ z nieba zstąpiłem nie po to, aby czynić swoją wolę, ale wolę Tego, który Mnie posłał. (J 6,35-38)

Otwartość Jezusa, o jakiej słyszymy w Ewangelii zachęca nas, abyśmy przychodzili do Niego (a przez Niego do Boga) bez lęku, gdyż jak sam obiecuje nikogo nie odrzuci. Te słowa powinny nas skłaniać do wielkiej ufności. A każdy akt zawierzenia Bogu przyniesie owoce i to często większe niż się spodziewamy (potwierdzają to także świadectwa wielu świętych).

Na czym polega owo zawierzenie? Jest to postawa, jakiej uczy nas właśnie medytacja monologiczna: zachęca nas ona do rezygnacji z walki, niepotrzebnego zajmowania się sprawami (bez względu na to czy wydają się one w danej chwili ważne czy też nie ważne), lecz prowadzi nas przez zamknięcie oczu, odsunięcie niespokojnych myśli i wewnętrznego zamętu do zdania się z zaufaniem jedynie na Boże działanie, czego wyrazem jest powtarzane w wewnętrznej ciszy wezwanie: „Jezu ufam Tobie” ( lub „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”, czy też „Marana-tha” – „Przyjdź Panie Jezu”. Równie piękne i pełne zawierzenia jest wezwanie, jakiego uczy swoje duchowe dzieci o. Dolindo Ruotolo: „Jezu, Ty się tym zajmij”). Ostatnio miałem szczęście odwiedzić grób tego niezwykłego kapłana i zasłuchać się w jego przesłanie pełne pokory i zaufania tak bardzo przypominające przesłanie św. Faustyny Kowalskiej. Modląc się przy grobie tego wielkiego świadka zawierzenia pozwoliłem sobie zanieść przez jego wstawiennictwo także te intencje, które nosicie w sercach. Myślę, że jego nauka i jego życie jest też pięknym komentarzem do tego, czego chce nas nauczyć praktyka medytacji.

Medytacja uczy nas byśmy dali się ponieść prądowi Bożej łaski, która przychodzi – jak wierzymy wraz ze słowem Bożym, wraz z imieniem JEZUS, do którego odwołuje się ta modlitwa. Uczy nas ona także zanurzenia w chwile obecną, uwalniając nas od presji myślenia i niepokojenia się o przeszłość i przyszłość. Uczy wreszcie, że trwanie przy Bogu jest najlepszą forma odpoczynku dla ducha, dla ciała i dla naszej często zmęczonej psychiki.

Medytacja monologiczna, to szkoła zwierzenia, bo wyrasta z dziecięcego przekonania, że Bóg jest Ojcem, pragnącym dla nas jedynie dobra i kiedy poddamy się Jego prowadzeniu, On poprowadzi nas najlepszą drogą (myślę tu zarówno o drodze duchowej jak i o drodze życia, choć obie te drogi się ze sobą łączą i na siebie mocno oddziałują) i nawet jeśli jest to droga inna, niż sobie sami zaplanowaliśmy, to On sam staje się dla nas najlepszym Przewodnikiem.

Wspomniany już ojciec Dolindo zwykł mawiać, że to często nasz racjonalizm, sposób rozumowania, zamartwianie się setkami spraw i chęć załatwiania ich po swojemu, bez pytania Boga o Jego wolę i bez zdania się na Jego prowadzenie wprowadza zamęt i wyrastający z niego ból psychiczny i duchowy. Bywają one jednocześnie przeszkodą Bożego działania w naszym życiu. Bóg może dużo więcej zdziałać zarówno w sprawach duchowych jak i materialnych, kiedy człowiek zwróci się do Niego z ufnością i podda się Jego prowadzeniu.

Podobną naukę znajdujemy także u ojców pustyni. Abba Pojmen, zwykł często mawiać do tych, którzy przychodzili do niego z prośbą o radę w tym, jak rozwiązać trudna sprawę, aby rzucili ją z ufnością przed Bogiem przez akt modlitwy pełnej zaufania i za bardzo się nią nie troskali.

„Otrzymujemy niewiele, kiedy się zbytnio zamartwiamy, natomiast gdy nasza modlitwa jest pełna zawierzenia i oddania się Bogu jej owocem będzie zawsze obfitość łask” – pisze św. Tersa od Dzieciątka Jezus.

Medytacja monologiczna to szkoła, w której uczymy się właśnie takiej postawy. Staramy się wyłączać nasz sposób rozumowania i analizowania tak bardzo ulubiony przez nasze „ego”, by całkowicie i bez zastrzeżeń zdać się na Boże prowadzenia i Jego łaskę, dla której modlitwa jest kanałem, przez który przechodzi ona, aby wypełnić sobą nasze serca i nasze życie.

Niech zatem ta prosta modlitwa oparta na pełny ufności wezwaniu, płynącym wprost z pełnego ufności i miłości serca stanie się doświadczeniem, które zanurza nas w Bożą obecność i Bożą miłość. Niech uświadamia nam, że idąc przez życie w zjednoczeniu z Bogiem o nic nie musimy się już obawiać i niczego ani tez nikogo nie musimy się lękać.

Pielgrzymka do grobu duchowego giganta

I tak oto udało mi się wraz z gronem kilkorga Przyjaciół szczęśliwie (z Bożą pomocą) zakończyć niezwykłą duchową podróż do grobu niezwykłego kapłana ojca Dolindo Ruotolo. Dziękuję Wam wszystkim, Kochani, którzy zabraliście mnie na tę pielgrzymkę i przez te dni cierpliwie i z wielką miłością mnie znosiliście. O samym wyjeździe napisze może innym razem, ale dzisiaj pozwólcie że skupie się na osobie tego duchowego giganta jakim był, coraz bardziej popularny w Polsce (choć we Włoszech nie zawsze i nie koniecznie) o. Dolindo. Swoją drogą uważam, że to piękne, że dzięki odkryciu postaci ojca Dolindo, która zaczęła się na dobra sprawę od pojawienia się na naszym rynku książki – biografii tego kapłana napisanej przez panią Joannę Bątkiewicz-Brożek zaczął się prawdziwy ruch pielgrzymkowy z Polski do grobu tego Sługi Bożego, który zaskakuje samych mieszkańców Neapolu. Ufam, że przyczyni się on do wyniesienia o. Dolindo na ołtarze.
Dolindo Ruotolo (ur. 6 października 1882 w Neapolu, zm. 19 listopada 1970 tamże) – włoski ksiądz oraz tercjarz franciszkański. Był piątym z jedenaściorga dzieci Raphaela, inżyniera i matematyka oraz Silvi Valle, potomkini neapolitańskiej arystokracji.
Ufam, że mój serdeczny kolega ks. Prof. Robert Skrzypczak nie obrazi się, jeśli w tych rozważaniach przywołam jego słowa, jakie można znaleźć w pierwszej wydanej po polsku biografii ojca Dolindo napisanej przez Joannę Bątkiewicz-Brożek „Jezu, Ty się tym zajmij! Życie i cuda o. Dolindo Ruotolo”, którą serdecznie polecam. Pojawiłą się też na naszym rynku druga pozycja autorstwa samego ks. Roberat Skrzypczaka: „W twojej duszy jest niebo”, która poza świadectwem jednej z duchowych córek o. Dolindo zawiera też szereg wygłoszonych przez niego konferencji.
Ale ad rem!
„Dolindo znaczy ból” – wyjaśnił swoje życie ks. Ruotolo. I rzeczywiście, tego bólu było aż ponad wszelką wyobrażalną miarę: ból chorób dzieciństwa, ból rozpadu rodziny i wiążącej się z tym nędzy materialnej w pierwszych latach życia, ból trudnych wojennych i powojennych warunków jego ojczystych Włoch, a przede wszystkim trudny do zrozumienia, choć łatwy do osądzania z zewnątrz ciąg utrapień, jakie spadły na Dolindo ze strony Kościoła, który ponad wszystko kochał i któremu okazywał heroiczną uległość. Aby zrozumieć życie tego neapolitańskiego kapłana i jego drogę krzyżową, potrzeba spojrzenia wiary i swoistego rodzaju wtajemniczenia w sekret świętych. Inaczej czytelnik wzruszy ramionami na absurdalność doświadczeń tego niezwykłego kapłana. Tymczasem nad życiem uczniów Chrystusa – dopowiedzmy: niektórych, wybranych – rozciąga się pewien rodzaj paradoksu egzystencji, o którym sam Jezus mówił w Ewangelii: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 16, 24-25). Ten paradoks może gorszyć bądź oburzać, zwłaszcza tych, którzy znajomość z Chrystusem traktują jako okazję do załatwienia sobie spokojnego i religijnie bezpiecznego życia. Jezus jednakże nie krył przed swymi uczniami, jakie konsekwencje mogą się wiązać z decyzją o zgodzie na pójście za Nim bez zastrzeżeń: „Jeżeli was świat nienawidzi, wiedzcie, że Mnie pierwej znienawidził” (J 15, 18).
Droga życiowa ks. Dolindo oraz jego doświadczenie cierpienia w Kościele nie jest łatwą lekturą. Blisko dwudziestoletnie odsunięcie go od zadań kapłańskich w następstwie fałszywych oskarżeń, ostracyzm, jakiego doznał w zgromadzeniu zakonnym i rodzinie, długie i, wydaje się, absurdalne przesłuchania i procesy urządzane przez kongregację Świętego Oficjum, umieszczenie jego dzieł biblijnych na Indeksie Ksiąg Zakazanych, liczni, nieraz anonimowi wrogowie, wypisujący paszkwile szargające mu opinię, zdrada doznana ze strony jednej z jego córek duchowych, przymusowe badania psychiatryczne, przycinki ludzkie i złośliwości… „Upokorzenie samo w sobie jest masochizmem, natomiast znoszone dla Ewangelii upodabnia do Chrystusa” – mówił papież Franciszek. Według niego, pycha uczonych w Piśmie i faryzeuszów prowadzi nas do chęci zabijania innych, natomiast pokora, a nawet upokorzenie prowadzi do upodobnienia się do Pana Jezusa. Papież mówił o wielu współczesnych męczennikach, ale także i o ludziach znoszących każdego dnia upokorzenia dla dobra swej rodziny czy społeczności, z zamkniętymi ustami, bez słowa, znosząc je ze względu na umiłowanie Jezusa. „Jedyną drogą, by uciec od pychy uczonych w Prawie i faryzeuszów jest otwarcie serca na pokorę, a nie dociera się do niej nigdy bez upokorzenia. To coś, czego na drodze naturalnej się nie pojmuje. To łaska, o którą musimy prosić – wyjaśnił papież, i dodał: To jest świętość Kościoła, owa radość, jaką daje upokorzenie. Stajemy przed wyborem dwóch postaw: zamknięcia prowadzącego do nienawiści, gniewu, pragnienia zabijania innych, albo postawy otwarcia na Boga drogą Jezusa, który sprawia, że przyjmujemy upokorzenia, także te mocne, z ową radością wewnętrzną, aby być pewnymi, że jesteśmy na drodze Jezusa” (por: Papież Franciszek, Homilia wygłoszona w Domu św. Marty w Watykanie 17 kwietnia 2015 roku).
Sam ks. Dolindo pisał o sobie przed śmiercią: „Jestem ubogie nic, biednym osiemdziesięciopięcioletnim starcem, posiadającym jako skarb własną nicość. Istnieje takie neapolitańskie przysłowie: «Trzech jest mocarzy: papież, król i ten, kto nie ma niczego». Kto niczego nie posiada, niczym nie musi zarządzać, nie musi nic odpisywać, ani płacić podatków, ani mandatów. Żyje codziennym przychodem, jaki mu wpada z łaski tego, kto właśnie przechodził, zaznaje spokoju w swym ubogim domu bez niepokojów o remonty. Jestem całkiem ubogi, ubogim nic, ubogim głupcem, lecz moją siłą jest modlitwa, przewodnikiem wola Boża, której pozwalam się prowadzić za rękę. Moją słodką ostoją na chropowatych ścieżkach życia jest Boża Mama, Maryja! (z zapisków o. Doliondo z 5 lutego 1967 r, za A. Gallo)
Ten niezwykły kapłan Chrystusa pozostawił po sobie ogromną ilość przepięknych tekstów. Miejmy nadzieję, że pewnego dnia trafią one jako duchowy pokarm będąc dostępne dla każdego w formie książkowej, choć proces beatyfikacyjny tego wielkiego, neapolitańskiego świadka wiary został póki co wstrzymany.
Pozwolę sobie na przywołanie pewnej historii z życia a właściwie z relacji dwóch świętych kapłanów: ojca Pio i ojca Dolindo, gdyż dane im było żyć w tym samym czasie, w tym samym kraju, w oddaleniu niecałych trzystu kilometrów. To właśnie ojciec Pio był tym, który dał świadectwo o świętości życia o. Dolindo. Poniżej zamieszczony tekst pochodzi ze wspomnianej już biografii o. Dolindo autorstwa Joanny Bątkiewicz-Brożek „Jezu, Ty się tym zajmij! Życie i cuda o. Dolindo Ruotolo”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Esprit.
„Czemu do mnie przyjeżdżacie? Macie wielkiego kapłana, świętą duszę. Do niego idźcie! – mówił do św. o. Pio do pielgrzymów z Neapolu. Odsyłał ich do o. Dolindo Ruotolo, twórcy potężnej modlitwy „Jezu, Ty się tym zajmij”. Między tymi dwoma duchownymi utrzymywała się silna, duchowa więź. Jak wyglądały ich niezwykłe relacje? Oto fragment książki Joanny Bątkiewicz-Brożek „Jezu, Ty się tym zajmij!”.
Są niemal rówieśnikami. Dolindo ma niecałe pięć lat, kiedy dokładnie 62 kilometry na północ od Neapolu, w Pietrelcinie, rodzi się Francesco Forgione. Odejdą w odstępie dwóch lat, o. Pio w 1968 roku, ks. Dolindo w 1970. W tym samym czasie będą przesłuchiwani przez Święte Oficjum. Kiedy ks. Dolindo przyjeżdża do Rzymu na początku 1921 roku, już toczy się śledztwo w sprawie o. Pio. Kapucyn od dwóch i pół roku nosi stygmaty. Przez kolejne dekady obaj są na celowniku byłej Inkwizycji.
Zjawiska takie jak stygmaty, czytanie w ludzkich duszach czy bilokacje, dary, które choć w różnym stopniu mają zarówno o. Pio, jak i ks. Dolindo, duchowni ze Świętego Oficjum uważają za wymysł, rodzaj autosugestii, zwykłe oszustwo. Trudno ocenić, dlaczego tak się dzieje.
Spotkanie mistyków
Jaka jest relacja tych dwóch mistyków Kościoła? 16 października 1953 roku, San Giovanni Rotondo. Ojciec Pio od wczesnych godzin porannych spowiada w kościele. Przed wejściem jak zawsze długa kolejka. Ksiądz Dolindo w towarzystwie młodszego od siebie, sześćdziesięciojednoletniego wtedy arcybiskupa Giuseppe Maria Palatucciego, ówczesnego metropolity regionu Kampania, przekracza próg klasztoru kapucynów. Dolindo tego samego dnia musi wrócić do Neapolu, gdzie głosi kazania, dlatego wraz z arcybiskupem ruszają spod Wezuwiusza tuż przed czwartą rano.
Z trudem przeciskają się do furty przez tłum penitentów. Gwardianin, który otwiera im drzwi, zapytany o której godzinie o. Pio wyjdzie z konfesjonału, wzrusza tylko ramionami. Kapłani więc, pełni nadziei, że to kwestia niedługiego czasu, odprawiają Mszę, a zaraz po niej kapucyn, który ich powitał, zaprasza duchownych do refektarza na kawę.
– Gdzie zwykle siedzi o. Pio? – pyta o. Dolindo, kiedy tylko wejdą do niewielkiej jadalni kapucynów. To jedno z niewielu miejsc w klasztorze, gdzie jest trochę spokoju i ciszy, z dala od napierającego tu od wielu już lat tłumu.
– Padre? Tutaj – wskazuje miejsce przy samym oknie, na końcu jednego ze stołów, po lewej stronie od wejścia.
Obaj podchodzą do wskazanej ławy. Ksiądz Dolindo pochyla się i całuje stół, nad którym unosi się „woń pokuty” o. Pio, zapach, który prawdopodobnie czuje tylko neapolitańczyk. Gwardian widząc to, wyciąga z szufladki pod ławą stygmatyka małe tarallini, słone kruche ciasteczka w kształcie precelków, popularną na południu Włoch przekąskę, i wręcza je ks. Ruotolo.
– Chciałbym, by pobłogosławił je o. Pio. Zawiozę je wtedy dla kilku chorych do Neapolu – wyciąga rękę ks. Dolindo.
– O ile uda wam się spotkać… – kapucyn szybko gasi entuzjazm gości.
Ojciec Pio ciągle spowiada. Arcybiskup Palatucci decyduje więc, że obaj z ks. Dolindo odwiedzą oddalone o dwadzieścia pięć kilometrów sanktuarium św. Michała Archanioła na Monte Sant’Angelo i wrócą do San Giovanni Rotondo w południe. Ale i o tej porze współbracia o. Pio nie dopuszczają gości do świętego kapucyna.
– Przed obiadem, teraz, Pio jest w pokoju, trudno będzie się z nim zobaczyć – uprzedza zakonnik. – Ja w każdym razie po niego nie idę…
Cudowny dialog
Ksiądz Dolindo sam podejmuje się tego zadania. „Zapukałem do jego pokoju i poprosiłem, by nas przyjął, tłumacząc, że potem będzie to dla nas niemożliwe. Ze względu na obecność biskupa, o. Pio poprosił go do pokoju na chwilę rozmowy, ja czekałem przed drzwiami”.
Po chwili rozmowy z biskupem, o. Pio wychodzi ze swojej celi i mówi:
– Dolindo! Posiwiałeś, czyżby ci śnieg głowę sprószył?! –rozpościera ramiona i wita się z neapolitańczykiem jak ze starym znajomym, mimo że nigdy wcześniej się nie widzieli. „Zrobił tak, ponieważ znał mnie duchowo, znał moją duszę, i zaraz też dorzucił: «Ale dusza twoja jest ciągle młoda!»” – wspomina ks. Dolindo. Od razu poprosił kapucyna o spowiedź.
– Tobie jej nie potrzeba! Jesteś cały błogosławiony! – stygmatyk poklepuje po ramieniu ks. Dolindo.
„Na moje kolejne pytanie, które chciałem mu zadać w sprawie moich problemów i bolesnej drogi, jaką sprowokowali moderniści, o. Pio odpowiedział, czytając w moich myślach: „Czego się spodziewałeś, synu?”. I z wymownym gestem dłoni dorzucił w dialekcie: Chille tenene chella capa (Ci to mają w głowach…).
Stygmatyk dodaje jeszcze, że kwestia jest niewarta „spalania się” i… zaprasza ks. Dolindo na obiad. Ręka w rękę, gawędząc po przyjacielsku, suną wąskim korytarzem do refektarza. Tak wspomina ten moment ks. Dolindo:
Gwardian zwrócił się do o. Pio w żartobliwym tonie:
– Muszę oskarżyć przed tobą o. Dolindo, bo zmusił mnie do małej kradzieży z twojej szuflady.
– Niech mi ojciec pozwoli, bym… ukradł z niej jeszcze kilka rzeczy – podchwytuję żart.
– Idź i bierz, co zechcesz – śmieje się o. Pio.
– Ale wszystko to pobłogosławisz?
Kapucyn zatrzymuje się, owiniętą zakrwawionymi bandażami dłoń kładzie na ramieniu neapolitańczyka:
– Cóż to, nie zrozumiałeś jeszcze do tej pory, że od czwartej rano, od kiedy tylko ruszyłeś z Neapolu, przygotowałem dla ciebie i twoich chorych sporo rzeczy: ciecierzycę, ciasteczka, byś mógł każdemu coś dać. I wszystko to już dawno pobłogosławiłem, by zaspokoić twoje pragnienie? […]
Ojciec Pio nie był powiadomiony wcześniej ani o tym, że z biskupem chcemy przyjechać do San Giovanni Rotondo, ani tym bardziej że ruszyliśmy o czwartej rano, ani o moich cho-rych. On ewidentnie mówił dzięki nadprzyrodzonemu światłu.
Uczestnicy spotkania są jeszcze świadkami takiej wymiany zdań między dwoma mistykami:
– „Ojcze Pio, musisz częściej odwiedzać Neapol” – mówi ks. Dolindo. Byłem zaskoczony tym stwierdzeniem Ojca Dolindo. Stojąc blisko niego, z ciekawości nastawiłem uszu, bowiem doskonale wiedziałem, że o. Pio nie ruszał się w tym okresie w ogóle z klasztoru na Gargano. – „Chciałbym przyjechać” – odparł z charakterystycznym dla siebie uśmieszkiem o. Pio – „ciągle jestem tu, u góry”.
– „Nie!” – pośpiesznie zareagował o. Dolindo – „musisz nas odwiedzić tak jak ostatnio, kiedy byłeś przy tej dobrej umęczonej cierpieniem kobiecinie. Była u kresu wytrzymałości, twoja wizyta okazała się dla niej zbawienna. Tak się zapaliła twoim słowem, że była gotowa cierpieć aż do końca, by wypalić się jak lampa […] Powiedziałeś jej, żeby się dosłownie dała «wypalić aż do końca» [z miłości do Boga]. Gdybyś wiedział jak wiele dobra tak czynisz, tyle dusz cię woła!”. Ojciec Pio słuchał tego z żywą uwagą, ciągle uśmiechając się.
„W Twojej duszy jest Raj”
Goście z Neapolu opuszczają klasztor kapucynów po południu. Ksiądz Dolindo myśli jeszcze o tym, by o. Pio pobłogosławił Dzieło, które realizuje w apostolaturze i jako duszpasterz. Nie zdąży jednak powiedzieć słowa, kiedy stygmatyk dodaje: „Dolindo, jesteś łasy na błogosławieństwa, ciągle nienasycony”.
Ojciec Pio, z reguły oschły i z dystansem w kontaktach z ludźmi, rozpościera po raz kolejny szeroko ramiona, przytula ks. Dolindo mocno do serca. W tym uścisku trwają kilka minut. Dolindo nie przytacza dokładnie słów stygmatyka, ale uchyla rąbka tajemnicy. Pio mówi o przeszłości Dolindo, utwierdza go w przekonaniu, że wszystko dzieje się i działo zgodnie z planem Bożym. Że także przyszłość jest w Jego rękach, a trudne chwile, jakie jeszcze czekają Dolindo, przetrwa. Była to prawdopodobnie zapowiedź fizycznych cierpień (paraliżu i śmierci) i diabolicznych ataków, jakich miał doświadczyć ten kapłan tuż przed swoją śmiercią.
Spotkanie tych dwóch mistyków kończy się mocnym i wymownym gestem. Ojciec Pio patrzy w oczy księdza z Neapolu: – W twojej duszy jest Raj. Zawsze tam był, jest i będzie na wieki! Po czym całuje ks. Dolindo. Stygmatyk jest raczej oszczędny w tego typu wyroczniach, a słowa wypowiedziane pod adresem nikomu nieznanego w tych okolicach ks. Dolindo robią spore wrażenie na świadkach tej sceny”.
I na koniec ciekawostka: Nazwiskiem Dolindo Ruotolo jest podpisana prorocza wiadomość z dnia 2 lipca 1965 roku na temat obalenia komunizmu przez polskiego papieża (jej autentyczność poświadczył słowacki biskup Pavel Hnilica)

Benedykt XVI

Z racji 91 rocznicy urodzin dziękujemy papieżowi Benedyktowie za Jego posługę dla Kościoła a dzisiaj szczególnie za Jego modlitwę, jaką otacza Kościół i życzymy zdrowia, wielu Bożych łask i opieki Matki Bożej.

Obrońca

Dzieci moje, piszę wam to dlatego,

żebyście nie grzeszyli.

Jeśliby nawet kto zgrzeszył,

mamy Rzecznika wobec Ojca –

Jezusa Chrystusa sprawiedliwego.

On bowiem jest ofiarą przebłagalną

za nasze grzechy,

i nie tylko nasze,

lecz również za grzechy całego świata. (J 2, 1-2)

Dokładne brzmienie listu św. Jana jest nieco inne niż to, którym posługujemy się w liturgii. „Rzecznik” (adwokat), którego mamy, nie jest naszym „rzecznikiem” wobec Boga, ale u Boga. Nie jest to różnica bez znaczenia. Tym, kto nas oskarża, nie jest bowiem Bóg, lecz – jak to napisano w Księdze Apokalipsy – szatan (Ap 12, 10). W związku z tym warto pamiętać o dwóch sprawach.

Po pierwsze, oskarżenia szatana nie odnoszą się jedynie do perspektywy sądu, który następuje po śmierci człowieka. Szatan jest tym, który oskarża nieustannie, „dniem i nocą”. Jest tym, który stale widzi nasze życie i który formułuje coraz to nowe oskarżenia mające wykazać zło naszych uczynków i zło nas samych.

Po drugie zaś, szatan nie oskarża nas jedynie bezpośrednio wobec Boga, lecz także w sposób pośredni – w obrębie naszej psychiki. Oskarżycielska działalność szatana jest bardziej perfidna niż można by przypuszczać na podstawie tradycyjnych przedstawień, w których występuje jako rozpoznawalny przeciwnik człowieka. Szatan ukrywa przed nami swoją twarz. Działa, podszywając się pod nasze myśli i uczucia. Perfidia sięga granic, gdy podszywa się pod samego Boga, chcąc nam Go przedstawić jako tego, który chce naszej zguby, który stale szuka sposobności, by skazać nas w swoim sądzie.

Ostatecznie szatan usiłuje nas przerazić tym, kim jesteśmy. Przerysowuje naszą grzeszność, zaburza właściwą proporcję grzechów, które popełniamy. Oskarża naszą przeszłość i teraźniejszość. A kiedy wpadamy w przerażenie, tracimy nadzieję na przyszłość. Wobec złej nowiny o nas samych, horyzonty nadziei naszego życia stają się coraz węższe, coraz bardziej skrojone na miarę przestępcy-recydywisty, który niesie w sobie smutną wiedzę o sobie samym, o swojej niemożności życia w inny sposób niż dotychczas. To dlatego potrzebujemy potężnego Obrońcy.

Chrystus nie jest tym, który broni nas przed naszym Ojcem. Nie jest nim, bo takiego obrońcy nie potrzebujemy. Chrystus broni nas przed tymi naszymi myślami, które inspiruje szatan. Chrystus występuje w obronie nas i nadziei, którą w sobie nosimy. Jego światłość – i tylko ona – jest w stanie rozpraszać mroki oskarżeń, które zostają w nas podstępnie złożone. „Wnieś ponad nami światłość Twoją, Panie”. Wołajmy o nią do Boga, bo tylko w obecności tego światła mrok smutku nie jest w stanie odebrać nam nadziei.