Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: «Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata». (Mt 16, 18-20)
Te czterdzieści dni między zmartwychwstaniem z wniebowstąpieniem Jezusa, to chyba najdziwniejszy czas w życiu Apostołów.
Jest to czas, w którym Chrystus w sposób niezwykły pojawia się wśród nich „mimo drzwi zamkniętych”; spożywa z nimi posiłki, do Marii Magdaleny mówi: „nie dotykaj Mnie”, a do Tomasza: „dotknij Mnie”, czas, kiedy – jeśli „oczy były na uwięzi” – nie rozpoznawali Go, a gdy „otwierały im się oczy”, odkrywali nagle, że „to jest Pan”. Można by powiedzieć, że paradoksalnie to doświadczenie czterdziestu dni przemieni Apostołów bardziej niż wcześniejsze trzy lata, które spędzili u boku Mistrza. Absurdalne, zdałyby się, słowa skierowane do Apostołów w Galilei, gdzieś na peryferiach cywilizacji: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody”, gdyby w tym czasie nie wydarzyło by się coś wprost fenomenalnego. Gdyby nie dotknęła ich przemieniająca moc Zmartwychwstałego!
Właśnie to doświadczenie – spotkania ze Zmartwychwstałym – przekształci gromadkę prostych wieśniaków w nauczycieli całego świata; zwykłych rybaków w łowców ludzi, zalęknionych uczniów – w nieustraszonych świadków Jezusa, którzy stając przed realnymi groźbami ze strony Sanhedrynu, odpowiedzą z prostotą i mocą: „przecież nie możemy nie mówić o tym, co widzieliśmy i słyszeliśmy”, więcej świadków gotowych dla Jego imienia ponieść śmierć męczeńską.
Kiedy o. Aleksandra Mienia, prawosławnego kapłana i filozofa, zapytano, jakie zdanie w Ewangelii uważa za najważniejsze, odpowiedział bez wahania, że jest nim obietnica dana uczniom przez Jezusa: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”.
Obietnica ta świadczy o tym, że chrześcijaństwo to nie tylko nowa nauka, która daje nam wskazówki, jak żyć. To nie tylko zespół pewnych doktrynalnych treści, dogmatów, czy moralnych zasad, które mamy przyjąć. Chrześcijaństwo – to sam Chrystus, który pozostał ze swoim ludem. On jest z nami do skończenia świata. Są to słowa wyrażające radykalną wierność raz danym obietnicom. Bóg nie opuszcza człowieka.
Wniebowstąpienie, które dzisiaj świętujemy, jest jeszcze pełniejszym zbliżeniem Boga do człowieka. Historyczna misja Jezusa zakończyła się. Wraca do Ojca, jednak wraz z Jego wniebowstąpieniem rozpoczyna się inny, szczególny sposób Jego obecności wśród nas dzięki działaniu Ducha Świętego. To, co kiedyś było udziałem garstki apostołów, staje się przeznaczeniem wszystkich nas. I to jest Dobra Nowina dzisiejszego święta, którą powinniśmy sobie mocno wziąć do serca.
Owszem powinniśmy spoglądać ku niebu, bo tam jest cel naszych dążeń, który pomaga ustalić nam życiowe priorytety. Ale jesteśmy też zaproszeni, by szukać Jezusa obecnego w codzienności, pośród nas. On ma moc wchodzić ze swoja łaską przez niejednokrotnie zamknięte drzwi naszego serca. Za każdym razem, gdy przychodzimy na Msze świętą – On chce z nami zasiadać do stołu. Gdy słuchamy Słowa Bożego – On chce otwierać nasze oczy i uczyć nas patrzeć na życie z Jego perspektywy.
Jeśli sprowadzimy chrześcijaństwo do zasad, które trzeba wypełniać i obowiązków, które należy zrealizować wówczas bardzo szybko modlitwa, przykazania czy Msza święta staną się ciężarem. Kiedy jednak zobaczymy, że są one szansą spotkania Chrystusa wówczas modlitwa stanie się dla nas najlepszym czasem w ciągu dnia, czasem wytchnienia obecności Przyjaciela. Nasza Msza święta stanie się za każdym razem niezwykłą uczta z Bogiem; przykazania – znakiem Jego troski o nas a sakrament pokuty żywym dotykiem Jego miłosiernej miłości.
Każda i każdy z nas znajduje się pomiędzy ziemią i niebem. Tu jest nasze miejsce, ale jeszcze nie cel. I to właśnie tutaj możemy spotkać żywego i obecnego pośród nas Jezusa, zanim już na zawsze będziemy w Nim w niebie.
Otwierajmy się zatem na Jego obecność i pozwólmy, by ona przemieniała nas, tak jak przemieniała Apostołów po zmartwychwstaniu. A może dzięki temu inni spotkawszy nas – przemienionych Jego obecnością w naszym życiu – odnajdą dawno zagubiona drogę do Niego.
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. (J 16,12-13)
Fenomenalna jest ta dzisiejsza Ewangelia, bo w kilku zdaniach dotyka tego, co jest istotą relacji między chrześcijaninem a Jezusem. Przede wszystkim być chrześcijaninem, to być posłusznym Duchowi Świętemu, pozwolić Mu się prowadzić, słuchać Go. Paradoks polega na tym, że w naszym życiu jest często odwrotnie: zamiast kierować się Duchem Świętym (ten wielki nieznajomy w naszym życiu!), to co robimy? Albo Go pomijamy, albo sami podjąwszy decyzje stawiamy Go przed faktem dokonanym.
Medytacja jest doświadczeniem, które uczy nas to zmieniać! To ta szczególna modlitwa, gdzie uczymy się słychać i uczymy się zgody na Jego prowadzenie. Inaczej możemy zapomnieć o prawdziwych duchowych owocach medytacji. Co najwyżej zostaną one jedynie na jakimś doczesnym poziomie.
Owoce medytacji dotyczą bowiem kilku obszarów naszego życia. Niektóre osoby zaczynają praktykę medytacji mając zasadniczo na celu poradzenie sobie ze stresem i odnalezienie wewnętrznego spokoju. Ale to za mało, aby mówić jeszcze o chrześcijańskiej medytacji, choć bez wątpienie pokój jest jednym z darów, jakich pragnie nam udzielić Chrystus.
Ponadto medytacja ćwicząc naszą uważność sprawia, że potrafimy być dużo bardziej skoncentrowani w ciągu dnia. Nie tylko na pracy, ale generalnie na wszystkim. Gdy czytam książkę, jestem w 100% w świecie tej książki. Gdy rozmawiam z drugą osobą, jestem całym sobą w tej rozmowie. Bez ciągłego rozpraszania chaotycznymi myślami. Innymi słowy możemy być tam, gdzie Pan Bóg nas stawia i robić to, do czego nas w danej chwili zaprasza. A to bardzo ważna cecha, o której mówi wielu świętych (można ją określić duchowością chwili obecnej). To owoc, który znaczący sposób poprawia jakość naszego życia, nie tylko dlatego, że z większym zaangażowaniem pozwala nam wykonywać nasze zadania, ale też pogłębia i wyostrza nasze doświadczenie. Mam tu na myśli nie tylko fakt, o którym mówi św. Paweł, że dzięki temu możemy lepiej wykonując nasze zadania czynić je na Bożą chwałę, ale też odkrywać Bożą obecność w tym, co robimy, co niejednokrotnie umyka naszemu doświadczeniu.
Dlaczego tak jest? Jedną z nieodłącznych cech ludzkiej natury są automatyzm.
Większość naszych zachowań dokonuje się tak naprawdę automatycznie (czyli poza udziałem naszej świadomości (tak abyśmy nie musieli cały czas myśleć o tym, jak oddychać, myć zęby, czy reagować na trudne sytuacje). Zwykle dopiero po fakcie zauważamy, że zrobiliśmy coś, nad czym nie myśleliśmy.
Gdy medytujemy, nasza świadomość się poszerza. Wewnętrzny spokój, większa koncentracja i umiejętność życia w teraźniejszości stają się częścią naszej codzienności.
Stajemy się bardziej uważni – nie tylko w trakcie samej praktyki medytacji, ale w ciągu całego dnia. Zaczynamy dostrzegać swoje myśli i stajemy się bardziej świadomi naszych emocji i mamy z nimi lepszy kontakt, co przekład się na nasze zachowania, bo przestajemy być ich narzędziami. Zauważamy swoje zachowania – już nie tylko po fakcie, ale jeszcze w trakcie lub nawet zanim jeszcze coś zrobisz (na przykład uświadamiasz sobie, że chcesz na kogoś nakrzyczeć na chwilę przed tym, jak to zrobisz).
Wiele osób dzieli się tym, że medytacja uwalnia od destrukcyjnych i często krzywdzących reakcji będących owocem naszych emocji. Jest to zresztą doświadczenie, które dotyczy nie tylko emocji ale i innych sfer naszego życia ( jak banalne obgryzanie paznokci, nawyk samokrytyki, rozpraszanie się w pracy portalami społecznościowymi, co dzisiaj jest nagminne).
Medytacja kształtuje w nas pewnego rodzaju samoświadomość. Ta samoświadomość i uważność, to cechy, które możemy odkryć u Jezusa, gdy czytamy Ewangelię. Wielu biblistów i psychologów na te cechy wskazywało, jako na konkretne przejawy duchowej dojrzałości, której wzór odnajdujemy w Chrystusie.
Pozwólmy zatem by praktyka medytacji, przez którą na nowo odnajdujemy właściwe sobie miejsce – uczniów Jezusa – którzy wsłuchują się w Jego słowo i pozwalają się prowadzić Jego Duchowi, godzą się by On przy współpracy z naszą wolą i sercem kształtował w nas tę dojrzałość, która była Jego udziałem.
Bo w medytacji – jak wierzymy – wraz ze słowem w które się wsłuchujemy przychodzi Jego łaska i dar Ducha, który mówi do naszego serca w imieniu Jezusa, bez których ukształtowanie w nas nowego człowieka – jak to określa św. Paweł – który wciąż się odnawia ku głębszemu poznaniu Boga (por. Kol 3, 10).
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej!”(J 15,9-10)
Dzisiaj świętujemy ostatnią niedzielę przed uroczystościami Wniebowstąpienia i Zesłania Ducha Świętego, które to kończą czas wielkanocny. Jak wcześniej poprzez kolejne niedziele ukazywał nam się Zmartwychwstały Jezus jako Dobry Pasterz, czy winny krzew, w który musimy być wszczepieni niczym gałązki winorośli, tak dziś otwiera na oścież swoje serce. Naturalnie, w Jego sercu można znaleźć tylko miłość. To co stanowi najgłębsze misterium Boga to fakt, że jest Miłością. Wszystko co uczynił od stworzenia po odkupienie jest owocem miłości. I to czego jedynie oczekuje, jako odpowiedź na Jego działanie, to jest miłość. Dlatego to dziś wybrzmiewają Jego słowa: «Wytrwajcie w miłości mojej!» (J 15,9). Miłość domaga się wzajemności, jest niczym dialog który wzywa nas do odpowiedzi miłością rosnącą wraz z byciem obdarowywanym Jego miłością.
Bardzo trudno jest prosić o ważne rzeczy. Gdy prosimy, musimy bowiem przyznać, że potrzebujemy drugiej osoby. Mocny cios otrzymują wtedy nasza samowystarczalność i egocentryzm. Prosząc, jesteśmy bezradni, możemy jedynie czekać na to, co z naszą prośbą zrobi druga osoba. Ryzykujemy też, bo nie wiemy, jaką otrzymamy odpowiedź. Również Bóg staje się adresatem wielu naszych próśb. Prosimy, wierząc, że otrzymamy: „Ufność, którą w Nim pokładamy, polega na przekonaniu, że wysłuchuje On wszystkich naszych próśb zgodnych z Jego wolą” – napisze św. Jan (1 J 5, 14).
Jednak dzisiejsze słowo odkrywa przed nami nieoczekiwaną zmianę ról. To Jezus jest tym, który staje przed nami i prosi nas, byśmy trwali w Jego miłości, byśmy się wzajemnie miłowali i traktowali Go jak przyjaciela. Byśmy odpowiedzieli miłością na miłość, lojalnością na lojalność i gotowością oddania życia za Niego na Jego oddanie życia za nas. Prosząc mnie o miłość, Bóg ma tylko jeden argument: swoją miłość do mnie.
Bóg niczego nie chce na nas wymusić lub nam nakazać, bo tylko jako wolni możemy kochać.
Chrystus pragnie nam dzisiaj uświadomić, że reguła miłości jest prosta i przypomina system naczyń połączonych: kochamy tak, jak zostaliśmy pokochani.
Owocem miłości jest radość: «To wam powiedziałem, aby radość moja w was była» (J 15,11). Jeśli nasze życie nie odzwierciedla radości, której źródłem jest świadomość bezinteresownej miłości Boga, jeśli pozwalamy dusić się omamom, nie widząc iż Pan jest obecny jako Przyjaciel, który chce troszczyć się o nas i nasze życie, to tylko dlatego ponieważ nie poznaliśmy wystarczająco Jezusa.
Bóg zawsze ma inicjatywę. Mówi nam to bezpośrednio w słowach: «Ja was wybrałem» (J 15,16). Mamy pokusę myślenia, że to my wybraliśmy Boga, wiarę, ale tak naprawdę nie zrobiliśmy nic ponad odpowiedzenie na wezwanie. Wybrał nas bezinteresownie byśmy byli jego przyjaciółmi: «Już was nie nazywam sługami (…) ale nazwałem was przyjaciółmi» (J 15,15).
Dlatego może warto odwrócić perspektywę i przestać się skupiać na ocenianiu swojej miłości, zawsze znajdziesz w niej braki, niedoskonałości i niewierności. Dziś trzeba, byśmy na nowo odkryli, jak jesteśmy kochani. Bo bez tej świadomości nie ma prawdziwie przeżywanego chrześcijaństwa.
W początkach Bóg rozmawia z Adamem niczym z przyjaciel rozmawia z przyjacielem. Chrystus, nowy Adam, nie tylko odzyskał ówczesną przyjaźń, ale też intymność z Bogiem, który jest Miłością. Pytanie czy chcę odwzajemnić tę przyjaźń i uczynić z tej miłości sens i siłę napędowa mojego życia?
Wszystko się skupia w słowie: „kochać”. Przypomina nam to słowa św. Augustyna: «Dobry Pan przypomina nam tak często miłość, jako jedyne możliwe przykazanie. Bez miłości wszystkie inne dobre cechy niczemu nie służą. Miłość w rzeczy samej, prowadzi człowieka ku innym cnotom, które czynią go dobrym».
Obok krzyża Jezusa stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena.
Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: „Niewiasto, oto syn Twój”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.(J 19,25-27)
Może nas trochę dziwić ten powrót pod Krzyż, pomimo iż trwamy w okresie wielkanocnym a ponadto obchodzimy uroczystość Maryi Królowej – którą można zaliczyć do radosnych i szczęśliwych obchodów. Skąd zatem Krzyż? Czy obraz umierającego Chrystusa nie burzy trochę radości dzisiejszego święta?
Sądzę, że każdy, kto ma choćby minimalną świadomość religijną wie, że my – chrześcijanie bez Krzyża nie mamy nic! Nikt piękniej nie ujmuje tego niż św. Paweł, który mówi: „Będę się chlubił z Krzyża mojego Pana Jezusa Chrystusa” a dzisiaj dodaje, że to właśnie dzięki tej jedynej w swoim rodzaju ofierze Krzyża: On, czyli Chrystus, „uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie, odpuszczenie grzechów”.
Ewangelia św. Jana potwierdza tę prawdę, że wszystko co chrześcijańskie, rodzi się właśnie wtedy, gdy Jezus umiera na Krzyżu. I to dlatego Jan jako jedyny z Ewangelistów pisząc o ostatnich chwilach życia Jezusa ostro zarysowuje Jego uczucie do dwóch najbliższych Mu osób, tych, którzy poznali odgłos bicia Jego serca. Wpierw patrzy na Matkę, a raczej na to, co jest między Nim a Nią, na bosko-ludzką relację z człowiekiem-matką. Potem widzi ukochanego ucznia, który przyszedł na Golgotę wbrew wszelkiej logice lęku i ucieczce starszych apostołów. Przyszedł z powodu potężnego i świętego pragnienia, które w nim zamieszkało w czasie Ostatniej Wieczerzy. Jak pięknie komentuje tę scenę jeden z najwybitniejszych współczesnych teologów Hans Urs von Balthasar: „Chrystus w obliczu miłości do Matki i do Jana w piąty dzień nowego tygodnia stworzenia dopełnia dzieła, które rozpoczął wraz ze stworzeniem człowieka ogłaszając każdemu z osobna nową, najintymniejszą relację między sobą-Bogiem, umierającym na krzyżu z miłości do człowieka a tymi, których kocha”. Przestrzenią w której od tej chwili będzie się realizowała ta relacja jest Kościół. Kościół, który zostaje zrodzony z przebitego boku Chrystusa.
I przez wieki będziemy słyszeli różne opinie o Kościele i jego wyznawcach, raz pochlebne innym razem mniej, ale trzeba powiedzieć sobie wyraźnie: nie ma innej przestrzeni na świecie która w takim wymiarze jak Kościół może odpowiedzieć na pragnienie ludzkiego serca tęskniącego za miłością Boga; nie ma innej przestrzeni, która może nakarmić człowieka Bogiem przez sakramenty; nie ma innej przestrzeni, w której do końca będzie można usłyszeć bicie bosko-ludzkiego Serca…
Tych dwoje ludzi spod Krzyża stworzyło – jako pierwsi – relację opartą na wierze w Chrystusa i miłości do Niego i do siebie, która będzie od tej pory sednem relacji w Kościele. I bez względu na to, jak jesteśmy ułomni czy grzeszni Kościół będzie istniał tak długo jak długo choćby jedna osoba będzie widziała sens budowania relacji z Bogiem i z człowiekiem opartych na wierze w Chrystusa i miłości. Ta wiara i miłość są mocą Kościoła, dzięki którym moce piekielne go nie przemogą, dlatego, że ich źródłem i zabezpieczeniem jest Duch Święty, którego Chrystus rozlał w naszych sercach i dzięki któremu możemy naszą wiarę i miłość wznosić na zupełnie inny – duchowy poziom.
Wspominamy dzisiaj Maryję, jako Królową. Ona wpisuje się w dzieło swojego Syna, który jako Król uczył nie, jak rządzić – to potrafi lepiej lub gorzej każdy – ale jak uklęknąć przed drugim człowiekiem i wydobyć z niego dobro, blask, jak oczyścić mu stopy i patrzeć na niego z zachwytem. I tak Ona – w wizji apokaliptycznej św. Jana ukazana jako Królowa, choć jednocześnie Służebnica Pańska, nie przestaje wydobywać dobra z ludzi, którzy wierzą w Chrystusa i poznają Jego miłość.
Maryja Królowa dzięki Chrystusowi dostąpiła między innymi łaski królowania nad grzechem. To znaczy, że taki stan jest możliwy także w naszym życiu. Z Chrystusem możemy panować nad grzechem i nie dać się mu zniszczyć. Nawet jeśli nam się grzech przydarzy, to nie dopuścimy, by w nas zakrólował. Zgrzeszyć jest bowiem rzeczą ludzką, ale trwać w grzechu – czyli oddać mu nad nami władzę – jest rzeczą szatańską.
Często jest tak, że w obecności niektórych osób, naszych przyjaciół i ludzi Bożych, czujemy się lepsi (w tym pozytywnym sensie). Kiedy jesteśmy obok kogoś, kto nas kocha, nabieramy odwagi, możemy czynić więcej niż tylko tyle, na ile wydaje nam się, że nas stać.
I tak jest z Maryją: będąc blisko Niej, możemy poczuć się lepsi, nabrać odwagi, bo Ona pomaga nam swoim przykładem uwierzyć, że tacy możemy być; Że nie musimy czynić zła, bo jesteśmy dziećmi Króla i Królowej – Jezusa i Maryi, zrodzonymi przez chrzest po to, aby kiedyś królować wraz z Nimi w niebie. A Oni przez całe życie służą nam pomocą, abyśmy mogli ten cel osiągnąć. Bo ich panowanie, to służba!
Tę cichą, pokorną służbę dziś świętujemy. Królowanie nad ufnymi i wiernymi, zmagającymi się z wątpliwościami i zagubionymi, a także nad niewierzącymi i zgorszonymi…
Maryja z nas wszystkich od wieków wyciąga dobro sobie tylko wiadomymi sposobami, bo wraz ze swoim Synem ma niezwykłą zdolność pisania prostymi zgłoskami na krzywych liniach naszego życia niezwykłych, bożych historii.

W brewiarzowym wprowadzeniu do dzisiejszego wspomnienia czytamy, że św. Józef był z zawodu cieślą i opiekunem Najświętszej Rodziny z Nazaretu, a dzisiaj jest patronem ludzi pracy. W Kościele katolickim wspomnienie św. Józefa Rzemieślnika zostało wprowadzone do kalendarza liturgicznego przez papieża Piusa XII w 1955 r. jako alternatywa dla laickiego Święta Pracy. Św. Józef, Oblubieniec Najświętszej Maryi Panny, zawsze fascynował chrześcijan, którzy darzyli go niezwykle wielkim nabożeństwem.
W każdej epoce był odkrywany jako wzór ojcostwa i pracowitości, a sama Święta Rodzina jako wzór dla rodziny chrześcijańskiej. Spróbujmy odkryć św. Józefa na nowo jako patrona dla naszych czasów.
Hebrajski wyraz charasz określający zawód św. Józefa oznacza rzemieślnika, wykonującego pracę w drewnie, w metalu lub w kamieniu. Św. Mateusz mówi o Jezusie wprost: «syn cieśli» (Mt 13, 55). Zachowało się też świadectwo Św. Justyn (ok. 100-166), który stworzył pierwszą biografię świętego Józefa i pisał, że wykonywał on między innymi drewniane pługi i jarzma wołów. Odpowiada to bardzo dobrze rolniczemu charakterowi Nazaretu i wskazują na to wykopaliska. W ten sposób piszą o św. Józefie też Ojcowie Kościoła.
Ciekawy natomiast jest grecki termin użyty na określenie Józefa u św. Marka jest to słowo: tékton. Określenie to oznacza coś więcej niż tylko prostego pracownika w drewnie. U Homera słowo to występuje na określenie kogoś, kto potrafił budować statki, domy i świątynie. Był to rodzaj mistrza w danej dziedzinie, który nie tylko potrafi zrobić z drewna wszystko przy pomocy prostych narzędzi, ale potrafi też projektować poważne budowle. Te informacje pomagają zrozumieć lepiej, kim był św. Józef.
Ewangeliści nic nie wspominają o kłopotach finansowych Świętej Rodziny. Św. Józef musiał więc sobie dobrze radzić jako cieśla, prowadząc własny warsztat. Ale św. Józef znakomicie potrafił poradzić sobie również jako ojciec rodziny, która była wyjątkowa. Pod jednym dachem zamieszkał Bóg i człowiek. Musiał sam z pomocą Bożej łaski stawiać czoła przeciwnościom i wyzwaniom, które niosło życie w tamtych czasach. Nie mógł też nikomu powiedzieć prawdy o Jezusie, gdyż i tak nikt w to by nie uwierzył. Może dlatego wybrał milczenie, jako najlepszy środek do zrealizowania celu, czyli opieki nad Świętą Rodziną.
Problemy, które musiał rozwiązać, a których było nie mało, pojawiły się już na początku jego ojcowskiej misji. Musiał znaleźć miejsce na nocleg dla brzemiennej Maryi i na poród Syna w pasterskiej szopie. Gdy nad Jezusem zawisło niebezpieczeństwo śmierci z ręki Heroda, podjął decyzję o czasowej emigracji z całą rodziną do Egiptu. Gdy niebezpieczeństwo ustało, wrócił, ale nie poszedł do Judei. W obawie o los Jezusa osiadł w Galilei, w Nazarecie. Widzimy, że św. Józef nie bał się podejmować ryzykownych decyzji. Potrafił umiejętnie dobierać dostępne mu środki dla realizacji życiowego celu. A celem tym nie była tylko opieka nad Świętą Rodziną. Św. Józef ufał, że wypełnienie woli Boga pozwoli mu znaleźć środki i siły do osiągnięcia celu.
Ludwig von Mises, austriacki filozof i ekonomista żyjący w ubiegłym stuleciu pisał, że przedsiębiorca to człowiek, który podejmuje decyzje i działa w trudnej do przewidzenia przyszłości. Niepewność towarzyszy każdemu ludzkiemu działaniu. Widzimy więc, że przedsiębiorczość jest atrybutem każdego ludzkiego działania i dotyczy każdego człowieka, gdyż w obliczu nieprzewidywalnej przyszłości wszyscy musimy podejmować ryzyko. Człowiek musi więc dostosować swoje działanie do warunków, w jakich jest ono realizowane.
Z tego, co wiemy o życiu świętej Rodziny można wnioskować, że św. Józef cieszył się poważaniem lokalnej społeczności. Musiał nie tylko ciężko pracować, ale odznaczał się zapałem, wytrwałością i cierpliwością, gdyż te cechy są niezbędne do zdobycia szacunku innych, ale też zgodnie z izraelską tradycją do obowiązków ojca należało przygotowanie syna do zawodu, przekazując mu wiedzę i doświadczenie zdobyte przez lata. To dom rodzinny w tamtych czasach był pierwszą szkołą dla dzieci.
Nauka społeczna Kościoła uważa dzisiaj przymusową migrację i bezrobocie za prawdziwą klęskę współczesności, nie tylko ze względu na moralne skutki, jakie niesie ono dla życia społecznego, ale przede wszystkim dlatego, że uderzają one w godność osobową człowieka. Zmiana miejsca zamieszkania i pracy nie przeszkodziła jednak św. Józefowi w osiągnięciu świętości. Miał do zrealizowania cel i wszystkie swoje działania podporządkował wypełnieniu powołania, jakie zlecił mu Bóg. Św. Józef nie tylko uciekł przed Herodem do Egiptu, ale później nie wrócił do swojego rodzinnego Betlejem. Wymagało to od niego po raz kolejny zbudowania nowego domu i założenia nowego warsztatu pracy w nieznanym mu wcześniej środowisku.
Św. Józef rzemieślnik (robotnik) – jak go dzisiaj wspominamy jest patronem przedsiębiorców, ludzi pracy i w tej roli jest także wyzwaniem dla naszych czasów. Dzisiaj żyjemy w świecie, w którym jest coraz mniej przestrzeni dla wolnej przedsiębiorczości, a tym samym do realizacji życiowego powołania. Pod pozorem zabezpieczenia przeciwko podstawowym ryzykom życia, wprowadzono w życie idę państwa opiekuńczego, przez co państwo rości sobie prawa do ingerowania niemalże w każdy aspekt naszego życia. Nie zawsze widzimy, że take podejście ogranicza wiele ludzkich swobód. Jesús Huerta de Soto, hiszpański ekonomista i przedstawiciel austriackiej szkoły ekonomii definiuje taki system ekonomiczny jako antyhumanitarny. Jest on złem, ponieważ uniemożliwia człowiekowi dążenie do odkrytych przez niego celów i z użyciem takich środków, które zgodnie z jego wiedzą są najwłaściwsze do osiągnięcia tych celów, a także są dla niego dostępne.
Inny znany współczesny ekonomista i filozof i psycholog ekonomii Daniel Kahneman pisze, że: „Współczesna ekonomia nie zajmuje się już realnym ludzkim działaniem, ale wymyślonym przy biurku, nieistniejącym modelem człowieka, który zawsze dąży do maksymalizacji osiąganych zysków i działa wyłącznie z pobudek ekonomicznych. Taki homo oeconomicus jest zdaniem Kahnemana fikcyjnym obrazem człowieka, który nie ma swojego odpowiednika w rzeczywistości. Istnienie wolnej woli i zdolności wyboru wyklucza studiowanie ludzkiego działania w taki sam sposób, jak bada się obiekty nieożywione. W ludzkim działaniu nie ma żadnych stałych i nie odpowiada ono matematycznym zasadom”.
Św. Józef potrafił wyśmienicie połączyć życie zawodowe z życiem rodzinnym i duchowym, dając dowód na to, że praca cieszy najbardziej, gdy realizuje się ją w duchu służby a jej owoce są wprost proporcjonalne do tego, na ile potrafimy ją wpisać w szerszy kontekst – realizacji powołania, jakim obdarzył nas Bóg. Święty Józef swoim życiem uczy, że praca, służba, wolność i duchowość, to sfery życia człowieka, których nie można rozdzielić bez szkody dla samego człowieka. Święty Józef uczy nas także, że człowiek nie funkcjonuje raz jako człowiek pracy, a innym razem jako człowiek religii i modlitwy. Opiekun Świętej Rodziny był człowiekiem, który każdą sferę swojego życia potrafił odnieść do jednego, nadrzędnego celu, któremu ludzkie życie winno być podporządkowane i odniósł sukces, choć może nie na miarę jaką sukces mierzy współczesny świat. Św. Józef swoim cichym i pokornym życiem zrealizował to, co później święty Paweł ujął w jednym prostym zdaniu nawiązującym do tego, czemu powinno być podporządkowane życie człowieka wiary: „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko czyńcie na chwałę Pana” [1 Kor 10,31]
Choć kult świętego Józefa zaczął się szerzyć dużo wcześniej, to – jak wspomniano – dopiero papież Pius XII ogłosił go patronem świata pracy. Może jeszcze długo przyjdzie nam czekać, kiedy św. Józef zostanie ogłoszony patronem przedsiębiorców i ekonomistów, którzy wbrew pozorom mogli by się dużo o pracy i jej etosie nauczyć od tego skromnego cieśli. Niech na razie dla każdej i każdego z nas będzie on patronem dobierania odpowiednich środków, potrzebnych do osiągnięcia zamierzonego celu i zmierzania do niego z wytrwałością w połączeniu z nadzieją pokładaną w Bogu i perspektywą przyszłości. Dla chrześcijanina przyszłością w szerszej perspektywie jest jest życie wieczne, do którego prowadzą różne drogi.