
Niedziela Palmowa rozpoczyna w Kościele czas szczególny, kilka dni nabrzmiałych treścią wyrażoną przez słowa, znaki i symbole. Wszystko po to, abyśmy mogli wejść w tajemnicę Paschy Chrystusa. Słuchamy Ewangelii o ostatniej ziemskiej drodze Jezusa nie tylko po to, aby się dowiedzieć, jak to było kiedyś, lecz i po to, aby się znaleźć w centrum tego wydarzenia. Liturgia przypomina bramę, przez którą możemy wejść, by stać się już nie widzami, ale uczestnikami Paschy Syna Bożego. Kluczem otwierającym tę bramę jest nasza wiara.
Życia Jezusa nie da się rozdzielić od Jego bycia z innymi, z tymi, których sam sobie wybrał, aby Mu towarzyszyli. Im powierzył swoje tajemnice, przede wszystkim zaś tajemnicę swej męki. To dotyczy nie tylko Apostołów, czy tych, którzy towarzyszyli Jezusowi za czasów Jego ziemskiego życia. To wybranie dotyczy każdej i każdego z nas, którzy przyjęliśmy chrzest zanurzający nas w tajemnicę Chrystusa. To tajemnica nie tylko Jego zwycięstwa nad grzechem i śmiercią, co jest owocem sakramentu chrztu, ale też tajemnica Jego męki i śmierci, do uczestnictwa w której także jesteśmy wezwani. Innymi słowy: nie ma udziału w zwycięstwie Chrystusa bez zgody na wzięcie krzyża, bez zgody na udział w Jego krzyżowej drodze, w którą w ten czy w inny sposób wpisane są także nasze osobiste drogi krzyżowe.
Oczywiście droga krzyżowa Jezusa była jedyna i niepowtarzalna. Boleśnie doświadczył tego św. Piotr, kiedy się zaparł Jezusa, choć wcześniej był niemal pewien, że pójdzie za swoim Mistrzem aż do końca. W cieniu Golgoty pewność zamieniła się w lęk, a wiara wielu w trwogę opuszczenia i śmierci. Dopiero po zmartwychwstaniu uczniowie, a z nimi cały Kościół, czyli również my, otrzymujemy możliwość naśladowania Chrystusa przez świadectwo naszego życia i śmierci. „I w życiu i w śmierci należymy do Pana” (Rz 14, 8). Odtąd stajemy się uczestnikami Jego Paschy – chwały zmartwychwstania, którą poprzedza droga uniżenia się i krzyż. Paschy, której nie ma bez krzyża i uniżenia!
W liturgia Niedzieli Palmowej słyszymy dwie Ewangelie – w jednej tłumy wiwatują na cześć Jezusa, w drugiej, stojąc przed Piłatem, krzyczą: „Ukrzyżuj Go!”. Ten nagły zwrot akcji szokuje, sprzeczne reakcje wydają się co najmniej nielogiczne. Odwróćmy jednak na chwilę wzrok od krzyczącego tłumu i zobaczmy, dokąd Jezus chce nas dzisiaj zaprowadzić i czego chce nas nauczyć.
Oskarżenie Jezusa tylko z pozoru było nieczystą grą, albo pomyłką, wynikającą z niezrozumienia Jego nauki. Tak naprawdę miało dużo głębsze źródło.
Dramat Wielkiego Piątku polega na tym, że Jezus na końcu swojej drogi objawia się jako ktoś, kogo chciały w Nim widzieć tłumy – jako król, jako Mesjasz i wyzwoliciel. Jednak to, co ze sobą niesie Jego nauka nie pokrywa się w pełni z oczekiwaniami ludu. On mówił o królestwie Bożym, które „nie jest z tego świata”; oni natomiast chcieli widzieć w Mesjaszu doczesnego króla i władcę. Jezus przynosi prawdę o Bogu, który ma królować w ludzkich sercach; jemu współcześni natomiast oczekiwali wskrzeszenia własnego państwa, którego doczesna wolność i potęga będą oznaką królowania Boga.
To ciekawe, że Jezus, który często nie spełniał oczekiwań tych, którzy żądali od Niego znaku spełnia jednak to ostatnie z oczekiwań – nie tylko karmi, uzdrawia, wskrzesza, ale wreszcie pozwala się obwołać królem.
Jedna z często powtarzanych teorii mówi, że człowiek wypiera się Boga, ponieważ On nie spełnia jego oczekiwań. Ale dzisiaj Ewangelia pokazuje nam coś wręcz przeciwnego: jesteśmy skłonni odrzucić Boga nawet wtedy, kiedy On te oczekiwania spełnia. I zamiast wolności, której całym sercem pragniemy, wybieramy niewolę. Ten ostatni akt ziemskiej wędrówki Zbawiciela odsłania pewien dramat ludzkiej kondycji. Dlatego nie dziwią nas słowa ostatniej modlitwy zanoszonej przez Chrystusa już z wysokości krzyża: „Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą co czynią”
Jak straszny jest dramat człowieka, który odrzucając Boga w Jego miłości i prawdzie o Nim, jaką przyniósł Jezus wie tylko Bóg. Trawestując słynne powiedzenie św. Augustyna można powiedzieć, że serce człowieka, które nie spocznie w Bogu pozostanie na zawsze sercem nieszczęśliwym, choćby nie wiem gdzie człowiek tego szczęścia poszukiwał. Ten, kto odrzuca Boga i Jego miłość wcześniej czy później przekona się, że nie ma nic. I właśnie dlatego Jezus chcąc uratować człowieka za wszelką cenę przyjmuje na siebie to totalne ogołocenie, sięgająca w zenicie tego doświadczenia również totalnego opuszczenia przez Boga.
Tę drogę ogołocenia streszcza św. Paweł gdy pisze: „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi” (Flp 2, 6-7). W ten sposób liturgia Niedzieli Palmowej zawiera już w sobie pełny wymiar męki. Jest to Pascha Jezusa Chrystusa, która staje się jednocześnie naszą drogą. Oby Wielki Tydzień pozwolił nam dotknąć tej tajemnicy.
Jezus powiedział do Żydów, którzy Mu uwierzyli: „Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli. (J 8,31)
Wskazanie dzisiejszej Ewangelii wydaje się proste: Trwanie w nauce Chrystusa prowadzi do prawdy a ta z kolei do wolności. Nie ma bowiem wolności bez prawdy i bez odwagi jej uznania i wypowiedzenia. Warto w tym miejscu przywołać słowa wypowiedziane przez papieża Benedykta XVI w czasie Światowych Dni Młodzieży w Sidney w 2008 r: „Wolność i tolerancja oderwane od prawdy nie są przejawem postępu życia społecznego, lecz stanowią dla niego poważne zagrożenie. Relatywizm, oparty na modnym dziś twierdzeniu, że nie istnieją prawdy absolutne, nie prowadzi do autentycznej wolności, lecz do moralnego i intelektualnego zagubienia”.
Dla nas chrześcijan źródłem tej prawdy jest Bóg i Jego słowo. Dlatego medytacja, która kładzie nacisk na zasłuchanie w słowo Boże jest drogą do prawdy: prawdy o Bogu i prawdy o człowieku. Te dwie prawdy istnieją nierozerwalnie. Ci, którzy mają za sobą pewne doświadczenie medytacji monologicznej wiedzą dobrze, że cisza, która jest tłem tej modlitwy i zasłuchanie w jedno, wciąż powtarzane w rytmie oddechu wezwanie ma zdolność pewnego zawieszenia aktywności naszego umysłu a wraz z nim mechanizmów obronnych, którymi się on posługuje, pozwalając by z głębi naszego jestestwa wyzwoliło się to, co wcześniej tam zapchnęliśmy i trzymaliśmy w zamknięciu „pod kluczem” naszego intelektu. Dlatego też często emocje, czy dawne przeżycia, wcześniej zepchnięte do naszej podświadomości, które w trakcie medytacji ponownie znajdują ujście, stają się otwarciem na to, co jest w nas prawdziwe, choć czasem nie dopuszczane do naszej świadomości. Stąd pewnego rodzaju „terapeutyczne” działanie medytacji, która wyzwala nas z tego, co drzemie w głębi nas i co często nieświadomie oddziałuje na nasze życie i zachowania.
Nie bez znaczenia jednak jest to, że ten proces wewnętrznego oczyszczenia dokonuje się w obecności Boga i Jego słowa. To słowo bowiem nie tylko otwiera nas na czasem bolesną prawdę o nas, ale także przypomina nam prawdę o miłości Boga, który przyjmuje nas takimi, jakimi jesteśmy i uświadamia nam, że prawdę o nas, naszej grzeszności, naszej, często słabej duchowej i psychicznej kondycji możemy udźwignąć jedynie wówczas, gdy nosimy w sobie głęboko zakorzenioną świadomość tej Bożej miłości.
To właśnie dlatego medytacja w pierwszym rzędzie zaprasza nas do wsłuchiwania się w słowo Boże, które dla nas jest źródłem łaski, zapewnieniem o Bożej miłości i Jego nieustannej obecności przy nas a także źródłem pokoju serca, jakiego Chrystus – w którego imię się wsłuchujemy w medytacji – pragnie nam udzielić.
To nie przypadek, że Jezus po zmartwychwstaniu pozdrawia uczniów słowami: „Pokój wam!” [por. J 20, 19.26] On doskonale wie, czego zarówno apostołom jak i nam najbardziej potrzeba. Dlatego medytacja jest zaproszeniem do trwania w Jego obecności, po to, aby On wraz z wybrzmiewającym w naszym sercu wezwaniem Jego imienia mógł składać w nim swój pokój.
Doświadczenie medytacji podpowiada nam, że chwile, które spędzamy razem z Chrystusem w ciszy naszego serca przynoszą o wiele więcej dobra niż możemy sobie wyobrazić.
Dlatego każdy czas medytacji warto by był czasem złożonym przez nas w ofierze miłości Jezusowi, gdyż będzie on zawsze owocował Jego błogosławieństwem. „Medytacja – jak naucza jezuita Granz Jalics – tworzy więź, która łączy nas z Chrystusem i przemienia nas od wewnątrz. Gdy bowiem w tej modlitwie jesteśmy skupieni na Jezusie On sprawia, że możemy się stawać tym, kim On chce byśmy się stali”. [F. Jalics SJ, Droga Kontemplacji}
Skoro imię Jezusa jest tym Imieniem, mocą którego Bóg stworzył wszystko, to tym bardziej wsłuchując się w modlitwie w to Imię, powtarzane w ciszy naszego serca możemy poddać się Jego stwórczemu działaniu. Nie chciejmy niczego przyśpieszać, cieszmy się każdym oddechem wypełnionym brzmieniem Jezusowego imienia, pozwalając by ono nadawało rytm naszemu sercu i naszemu życiu, którego domeną powinno być wsłuchiwanie się w głos Boga.

Końcówka okresu Wielkiego Postu zaprasza nas do zatrzymania się przy postaci św. Józefa i wejścia z nim w duchowy dialog. Jego osobiste doświadczenie może okazać się dla nas bezcenne w przeżywaniu wielkiej tajemnicy wiary, jaką jest nasza osobista relacji z Chrystusem.
Papież Benedykt XVI w swojej książce p. t. „Jezus z Nazaretu” podejmuje piękną refleksję na temat postawy i roli św. Józefa. Warto odnosząc się do papieskiej medytacji wskazać na kilka szczególnych cech św. Józefa, które również dla nas pozostają wyzwaniem w kontekście bycia uczniami Jezusa.
Pierwszą z cech jest milczenie. To milczenie św. Józefa jest najbardziej pokornym stanięciem wobec tajemnicy Chrystusa obecnego w jego życiu. Milczenie Józefa, to nic innego jak kontemplacja tej tajemnicy, zaś kontemplacja, to najbardziej zaangażowana postawa wiary. Swoją postawą św. Józef wpisuje się także w rolę, jaką Ewangelia przypisuje Maryi: strzegą oboje Bożego Słowa. Dobrze byłoby pozwolić się „zarazić” milczeniem Świętego Józefa. Współczesny, rozkrzyczany człowiek bardzo tego potrzebuje, choć się tej ciszy często. My wszyscy potrzebujemy ciszy tym bardziej im bardziej wszechobecny hałas nie sprzyja skupieniu i wsłuchaniu się w głos Boga.
Święty Józef uczy nas jednak, że to milczenie nie zatrzymuje się na samym akcie kontemplacji, lecz stając się doświadczeniem pogłębiającym naszą wiarę i bliskość z Chrystusem uczy nas jak przyjmować bez zastrzeżeń Jego wolę objawiającą się w historii naszego życia.
Kolejną z cech, na którą zwraca uwagę w rzeczonej książce papież Benedykt XVI jest książki sprawiedliwość Józefa. Papież ukazuje tę cechę odwołując się do Psalmu 1, który ukazuje klasyczny obraz człowieka sprawiedliwego. Dla papieża – teologa psalm ten jest streszczeniem duchowej postawy Józefa, który żyje w żywym kontakcie ze słowem Bożym, dlatego „ma on upodobanie w Prawie Pana” (por. Ps 1, 2). „Jest on jak drzewo zasadzone nad płynącą wodą”. Tą wodą jest oczywiście żywe słowo Boga, w którym człowiek sprawiedliwy ma zapuszczone korzenie swej egzystencji. Wola Boża, wyrażająca się w Prawie nadanym Narodowi Wybranemu, nie jest czymś zewnętrznie narzuconym, lecz jest radością wypływająca z pełnej miłości relacji do Boga. Papież podkreśla, że Józef nie przeżywa swojej sprawiedliwości jako swego rodzaju zewnętrznego legalizmu, która to postawa cechowała faryzeuszy. „Józef przeżywa Prawo jak Ewangelię – pisze Ojciec Święty – szuka drogi jedności Prawa z miłością”.
Te wskazówki, które otrzymujemy przez lekturę papieskiego tekstu stają się bardzo cenne w kontekście czasu, jaki przeżywamy. Ważne jest, abyśmy nie przeżywali czasu Wielkiego Postu (ale też w szerszym kontekście wymagań płynących z przykazań czy z Ewangelii) jako jakiegoś narzuconego, zewnętrznego obowiązku, ale abyśmy odkryli w tym wszystkim zaproszenie, pozwalający głębiej zapuścić korzenie naszego jestestwa w żywej wodzie słowa Bożego, które prowadzi do głębszej relacji z Ojcem, któremu uczymy się w ten sposób powierzać siebie bez zastrzeżeń.
Kolejną wartą podkreślenia cechą Józefa jest jego wrażliwości, którą widać chociażby wobec doświadczenia snu, jaki otrzymał za pośrednictwem anioła. Jak wskazuje papież Benedykt – „orędzie Boże może przyjść w ten sposób tylko do człowieka posiadającego ową wewnętrzną czujność i wrażliwość na Boga i Jego drogi”.
Powyższe cechy nie oznaczają jednak, że życie św. Józefa wolne było od duchowych zmagań. Ewangelia opisując wahanie Józefa, gdy dowiedział się, że Maryja, z którą zamierza się pobrać nosi pod swoim sercem nie jego dziecko doskonale podkreśla duchową walkę jaką musiał stoczyć ów mąż z Nazaretu. Józef pomimo pewnego niepokoju, którego wówczas doświadczał, oraz niezrozumienia do końca sytuacji, w której się znalazł (gdyż zapewnienie anioła, który interweniuje pozostaje w pewnym sensie tajemnicze), był całkowicie posłuszny woli Boga.
Postawa św. Józefa jest zatem dobrym wezwaniem dla nas i dobrze, że przychodzi, jako dar w czasie Wielkiego Postu, bo to szczególny czas, abyśmy rozeznawali, co jest wolą Boga w naszym życiu i abyśmy starali się wsłuchiwać (może częściej niż dotąd) w głos Ojca, który jako jedyny ma moc wyrywać nas z naszych lęków i ludzkich ograniczeń.
Na koniec oddajmy głos papieżowi Benedyktowi, który pisze: „Wpatrując się w postać św. Józefa możemy zobaczyć, jak doniosłą rolę Bóg powierzył temu prostemu i bożemu człowiekowi, a zarazem jak jest on zwyczajny i bliski nam. Jesteśmy ludem Boży, Kościołem pielgrzymującym, który trwa na drodze nawrócenia. Wielki Post uzmysławia nam tę drogę, w której nieustannie odkrywamy naszą grzeszność. Bóg w tej drodze przechodzenia ze śmierci do życia (Paschy), dał nam niezwykłego Opiekuna, który towarzyszy i wspiera nas na tej drodze wiary. Nawiążmy więc w tym czasie duchową rozmowę ze św. Józefem, abyśmy mogli głęboko przeżyć tę wielką tajemnicę wiary, która objawi się w noc zmartwychwstania”.
Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie. (J 12,30-33)
Od dnia odejścia Chrystusa z tego świata, po wypełnieniu Jego zbawczej misji i powrocie do Ojca, chrześcijanie wszystkich pokoleń szukają sposobów na poznanie Go i zbliżenie się do Niego. Zwłaszcza, że jak sam mówi, mimo, że idzie do Ojca, to „pozostanie z nami, przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. A zatem poszukiwanie bardzo realnej więzi z Chrystusem tu na świecie jest jak najbardziej na miejscu. Ta więź różni się od więzi, jaka była udziałem Apostołów, bo pozostaje więzią duchową a nie fizyczną, jak w ich przypadku, ale nie znaczy to, że mniej realną czy mniej silną. Napisano o tych duchowych sposobach nawiązywania relacji z Jezusem tysiące dzieł i traktatów, z których możemy korzystać, choć musimy pamiętać, jak mówi dzisiejsze pierwsze czytanie, że poznanie Boga jest darem Bożym, co nie znaczy, że zwalnia nas od naszych osobistych poszukiwań prowadzących do lepszego poznania Jezusa. Dzisiejsza Ewangelia daje nam w tej kwestii trzy fundamentalne wskazówki, które warto wziąć do serca:
Pierwsza to ludzie. Święty Jan pisze o Grekach, którzy przyszli, żeby „ujrzeć Jezusa”. Od ucha do ucha, od słowa do słowa prośba w końcu trafia do samego Chrystusa. Warto w poszukiwaniu relacji z Jezusem korzystać z doświadczenia tych, którzy już Go znają, którzy szukali Go przez całe życie i mogą innych ku Niemu pokierować. Nikt oczywiście tej relacji nie zbuduje za nas, ale nie warto odkrywać czegoś, co już dawno jest poznane, i wyważać drzwi już dawno otwartych.
Druga wskazówka to radykalizm. Jezus na prośbę Greków odpowiada opowieścią o obumierającym ziarnie i nienawiści do tego świata. Nie chodzi tu oczywiście o pesymistyczną wizję życia skoncentrowanego na cierpieniu, ale o radykalizm decyzji o poszukiwania Jezusa. Trzeba wszystko postawić na jedną kartę i być gotowym na zrezygnowanie ze wszystkiego, co miałoby się sprzeciwiać temu poszukiwaniu. Mówiąc inaczej: nie da się szukać Boga tylko trochę.
Dzisiejsza niedziela niesie ze sobą również ważny symbol, który warto dobrze odczytać. Od dzisiaj bowiem do Wielkiego Piątku zostają zasłonięte krzyże w kościołach. Warto spoglądając na zasłonięty krzyż pytać siebie, co w moim życiu przysłania mi Jezusa, co sprawia, że zamiast być pierwszym w moim życiu, jak przystało na Jego ucznia, spycham Go na dalszy plan?
Trzecia wskazówka, którą przynosi dzisiejsza Ewangelia, to właściwa perspektywa. Jezus kończy swoje słowa zapowiedzią wywyższenia na krzyżu, w którym przyciągnie wszystkich do siebie. Czyli ostatecznie to On sam sprawia, że zbliżenie się do Niego jest w ogóle możliwe. To Jego miłość wyrażona najpełniej śmiercią na krzyżu przyciąga nas do Niego i nawet największe nasze wysiłki na nic się zdadzą, jeśli nie będziemy żyli w przekonaniu, że to On sam prowadzi nas do siebie i Jego pragnienie bycia z nami jest nieskończenie większe od naszej chęci poznania Go i jest dla nas największą łaską.
Na końcu mówiąc o perspektywie warto pamiętać, że poznanie Jezusa odbywa się na drodze życia wewnętrznego a nie zewnątrz, wedle słów: „Niebo jest w tobie. Powstrzymaj próżny bieg, Bóg nie jest tam, gdzie sądzisz. On trwa w tobie a ty wciąż dokoła błądzisz.” (Angelus Silesius)
Ojciec bowiem nie sądzi nikogo, lecz cały sąd przekazał Synowi, aby wszyscy oddawali cześć Synowi, tak jak oddają cześć Ojcu. Kto nie oddaje czci Synowi, nie oddaje czci Ojcu, który Go posłał. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie idzie na sąd, lecz ze śmierci przeszedł do życia. (J 5,20-25)
Wśród rzeczy, które mówi dziś Pan Jezus są takie, które odnoszą się szczególnie do wszystkich tych, którzy w ciągu historii w Niego uwierzą: słuchać Jezusa i wierzyć w Niego to mieć już życie wieczne. Oczywiście, to nie jest jeszcze ostateczne życie, ale już uczestnictwo w obietnicy. Trzeba, żebyśmy tym żyli i żebyśmy czynili wysiłek słuchania słowa Jezusa jako tego, czym w istocie jest: Słowem Boga, które zbawia.
Innymi słowy medytacja Słowa Bożego musi stanowić nawet nie część, lecz fundament naszych zwyczajnych praktyk religijnych. Słowo Boże to nie tylko to, co nas formuje, jako Jego uczniów: kształtuje nasz sposób mylenia, nasz sposób widzenia świata i wydarzeń, czy nasze działanie; słowo Boże to także fundament naszej wiary, bo jak mówi Pismo Święte w innym miejscu: „Wiara rodzi się ze słuchania, a tym, co się słyszy jest słowo Chrystusa (Rz. 10,17)
Przywoływany tu często Mistrz Eckhart zwykł mawiać, że „słowo Jezusa jest kluczem, który otwiera nam drzwi do życia wiecznego, pod warunkiem wszakże, że żyjemy tym słowem a nie jesteśmy tylko jego słuchaczami”.
Zaś święty Efrem Syryjczyk nauczał że, „nawet jedno Słowo Boże jest niewyczerpanym źródłem życia”. Tej prawdy doświadczamy właśnie w medytacji monologicznej. Ograniczamy się w niej do skupienia na jednym słowie (jednym wersecie). Pragnąc jednak, aby ono nie tylko dotarło do naszych uszu, ale też zakorzeniło się w naszym sercu powtarzamy je przez cały czas trwania tej modlitwy, bo jak mówi stare łacińskie przysłowie: „Powtarzanie jest matką uczących się”. Powtarzamy je, aż słowo to przylgnie do naszego serca, aż zacznie żyć swoim życiem, które ma w sobie a przy tym ożywiać nas samych od wewnątrz, począwszy od naszego serca; od tego, co stanowi nasze centrum i miejsce spotkania z Bogiem.
To nie przypadek, że wezwanie, po które sięgamy w medytacji monologicznej jest ściśle związane z imieniem Jezus. Czynimy to dlatego, iż wierzymy że w tym Imieniu jest nasze zbawienie i uzdrowienie i że mocą tego Imienia Bóg stworzył wszechświat a zatem w tym jednym Imieniu, które było pierwszym Słowem wypowiedzianym przez Boga zamykają się wszystkie inne słowa, które możemy znaleźć w Biblii. W tym Słowie zawarta jest cała mądrość potrzebna nam do dobrego i świętego życia i potrzebna do osiągnięcia zbawienia.
Warto pamiętać jednak, że maksyma mówiąca, że wiara rodzi się ze słuchania dotyczy nie tylko wiary w Boga. Dotyczy to każdego rodzaju wiary. Wsłuchując się bezkrytycznie w narrację świata, również z czasem zaczynamy przyjmować sposób myślenia, który próbuje nam narzucić świat. Dlatego im bardziej świat pragnie nas zarazić swoim sposobem myślenia i widzenia, często przez nachalny i głośny krzyk dochodzący do nas różnymi kanałami, tym bardziej trzeba nam uciekać w doświadczenie ciszy, w której jedynym słowem, którym pragniemy się karmić jest słowo Boże.
Na szczęście jest to słowo, które ma większą moc niż słowo świata i jeżeli z wsłuchiwania się w nie w ciszy naszego serca uczynimy praktykę naszej codziennej modlitwy, doświadczymy, że jego moc nie tylko objawia się w naszym codziennym doświadczeniu przez to, że staje się ono w nas zaczynem naszego myślenia i działania, ale też że potrafi uzdrowić w nas to, co zostało skażone poprzez nasze fałszywe ja i jego sposób postrzegania rzeczywistości.