Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Bóg bogaty w miłosierdzie

Jezus powiedział do Nikodema: „Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. (J 3,14)

Większość z nas od dzieciństwa jest przyzwyczajonych do obecności krzyża. Inną jednak sprawą jest to, jak traktujemy ów symbol. Dla jednych – zgodnie z nauczaniem św. Pawła z 1 Listu do Koryntian – krzyż będzie głupstwem, dla innych zgorszeniem. Jeśli jednak mówić o spojrzeniu wynikającym z wiary, to winien on być w pierwszym rzędzie znakiem miłosiernej miłości Boga. [por. 1 Kor 1, 23-24]

Prawda o Bogu, który jest „bogaty w miłosierdzie” w tajemnicy krzyża osiągnęła swój szczyt. Dla niektórych wręcz jest to miłosierdzie posunięte aż do absurdu, dlatego tak trudno wielu ludziom wciąż przyjąć dlaczego Jezus wybrał tak skrajne niezrozumienie i w konsekwencji odrzucenie? Dlaczego Bóg dla swojego umiłowanego Syna wybrał taką a nie inną śmierć? Jest tylko jeden powód: „Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”.

Można powiedzieć, że w tym jednym zdaniu streszcza się cały sens i treść Ewangelii. Gdybyśmy byli gotowi przyjąć tę prawdę zarówno umysłem jak i sercem i uwierzyć w nią bez zastrzeżeń, nie byłoby już nic innego do dodania. Pozostałoby tylko adorować tajemnicę tak wielkiej miłości Boga, który nie cofnie się przed niczym, aby zbawiać człowieka. Na tym uwielbieniu zresztą będzie polegała wieczność, gdy w pełni pojmiemy czym jest prawdziwa miłość Boga. „Gdybyśmy pojęli to dzisiaj – mówił św. Augustyn – nie popełnili byśmy więcej żadnego grzechu!” Zresztą tradycja mówi, że po nawróceniu nie popełnił już nigdy grzechu ciężkiego.

Chciałbym jednak abyśmy się zatrzymali przy trzech prawdach ukazanych w dzisiejszej Ewangelii.

Pierwsza prawda, to prawda o wszechmocy i wolności Boga, które są podstawą Jego miłości. Bóg jest Tym, który stworzył świat, kocha ten świat i chce go zbawić. Jego działaniu nic nie może przeszkodzić – ani szatan, ani grzech. Czasami jest w nas pokusa dualistycznego myślenia, zgodnie z którym Bóg stworzył świat, ale szatan będąc prawie tak potężny jak Bóg pokrzyżował Mu plany i wobec tego Bóg musi teraz walczyć z szatanem i grzechem, który jest owocem jego działania. Ale to nieprawda: Boże działanie nie zostało zakłócone, bo nikt nie może go zakłócić: Tak jak kiedyś, tak i dzisiaj Bóg stwarza, kocha i zbawia człowieka. Oczywiście nie może tego zrobić bez nas, bo uczynił nas wolnymi. Do uświęcenia i zbawienia nas Bóg potrzebuje naszego „tak”. Dlatego szanuje nasz wolę nawet wówczas, gdyby ona odwróciła się od Niego i wzgardziła Jego miłością. Choć to wielki paradoks, że człowiek, który został stworzony do miłości i nieustannie jej szuka, potrafi odwrócić się od Tego, który jest jej Źródłem!

Z tą pierwszą prawdą związana jest kolejna: Bóg nie potępia! Potępienie jest odrzuceniem Boga przez człowieka a nie odwrotnie! Człowiek potępia się przez to, że nie chce przyjąć Bożej miłości i łaski. Dla tego, kto żyje w jedności z Chrystusem, nie ma już potępienia! Ale musi to być prawdziwa jedność, na Jego warunkach a nie na naszych! My niestety mamy czasem pokusę, aby kogoś potępić: zerwać wspólnotę z osobą, której postępowanie nam się nie podoba. Bóg tak nie może, bo to byłoby zaprzeczeniem Jego miłości do człowieka.

Dlatego sens naszego życia to nie tyle sprawa tego, czy zrobimy większą czy mniejszą karierę zawodową (z czego nie wynika, że nie należy jej robić!); nie tego, czy będę bardziej czy mniej zamożny, a nawet, czy będę bardziej czy mniej zdrowy. Sens naszego życia zależy przede wszystkim od tego, czy uwierzę, że zrodziło się ono z miłości Boga i będę chciał uczynić je konsekwencją tej miłości i wiary przez moje dobro, które potrafię na każdym kroku ofiarować innym. Bo tylko wtedy moje życie będzie dla innych znakiem miłości Boga, podobnie, jak znakiem tej miłości był symbol węża lub krzyż. To wielka nobilitacja i wielka odpowiedzialność być w świecie znakiem miłości Boga. Bo pamiętajmy, że ostatecznie właśnie z miłości będziemy sądzeni! (św. Jan od Krzyża)

Medytacja – nawiązywanie serdecznego kontaktu z Bogiem

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. (Mt 5,17-19)

Mając świadomość, że Prawo żydowskie zawierało 613 przepisów, nie licząc Dekalogu i innych generalnych nakazów jak chociażby nakaz miłości bliźniego trudno byłoby sobie wyobrazić jak Jezus wypełnia je wszystkie szczegółowo, dodając do tego jeszcze zalecenia proroków (mając świadomość, że wiele z tych szczegółowych przepisów ku wściekłości faryzeuszy ostentacyjnie przekraczał właśnie w imię dobrze pojętej miłości). Musi być zatem jakiś inny sposób wypełniania Prawa i wezwań kierowanych w nauczaniu Proroków o jakim mówi Chrystus. I oczywiście, że jest! Całe Bowiem Prawo (zwłaszcza, jeśli jest Bożym prawem) i przesłanie proroków łączą się w jednym – realizacji woli Bożej. I Chrystus wielokrotnie przyrównywał wypełnianie woli Ojca do pokarmu, który się karmi.

Można by zapytać, co to ma wspólnego z medytacją? Otóż wszystko!

Nie chcę powtarzać tego, o czym wspominaliśmy już niejednokrotnie, że jednym z zadań stojących przed każdym chrześcijaninem, pragnącym naśladować Jezusa jest wpisywanie się (a w szerszym rozumieniu całego swojego życia) w naśladowanie Chrystusa w wypełnianiu woli Bożej. Doświadczenie wiary uświadamia nam, że są różne „kanały” przez które Pan Bóg komunikuje człowiekowi swoją wolę. Jednak bez wątpienie pierwszym, najważniejszym i stałym punktem odniesienia dla rozeznawania woli Bożej jest słowo Boże, jakie znajdujemy w Biblii. A medytacja, to nic innego jak właśnie sztuka wsłuchiwania się w słowo Boże. Bez względu na to czy weźmiemy na tapetę medytację monologiczną czy też odprawianą w formie lectio divina lub w jej szerszych formach medytację suplicjańską czy karmelitańską wszędzie istota tej formy modlitwy jest taka sama: wsłuchać się w słowo Boże po to, aby ostatecznie mogło się ono zakorzenić w sercu, jako fundament naszego sposobu myślenia i postępowania.

Aby jednak mogła zaistnieć medytacja musimy przede wszystkim być. Musimy chcieć stanąć w obecności Boga, pozwalając, aby wszystko inne zeszło na ten czas na dalszy plan. Jest to postawa, która wymaga od nas zaangażowania, skupienia określanej inaczej mianem uważności, jeśli w ogóle mamy doświadczyć owoców medytacji. Wbrew pozorom postawa uważności również otwiera nas na odkrywanie woli Bożej, która poza słowem jakie znajdujemy w Piśmie Świętym objawia się w m. in. wydarzeniach dnia codziennego, w naszych przeżyciach, w natchnieniach pochodzących z naszego wnętrza czy sumienia. Aby jednak umieć wychwycić te sygnały, poprzez które przychodzi do nas rozeznanie tego, co jest wolą Bożą trzeba nam właśnie uważności i wrażliwości, które wypracowuje się właśnie w praktyce medytacji.  Fenomen modlitwy medytacyjnej polega na tym, że czyni nas ona bardziej wrażliwymi i uważnymi na ten rodzaj mowy Boga, który łatwo nam umyka, gdy mamy rozproszony umysł i zamiast skupić się na chwili obecnej, na tym co jest tu i teraz (bo tylko tu i teraz przeżywamy realnie nasze życie) miotamy się między przeszłością, której już nie ma i nie wróci a przyszłością, o której nie wiemy czy w ogóle będzie.

Ojciec Raniero Cantalamessa pisze, że odkrywanie woli Bożej nie jest niczym innym jak umiejętnością albo darem nawiązania serdecznego kontaktu z Jezusem obecnym w naszym życiu. Medytacja daje nam tę szczególną możliwość, że intuicyjnie pozwala nam się skupiać się na rzeczywistości Bożej (którą może być świadomość Bożej obecności; jakiś przymiot Boga, tajemnica z życia Jezusa, czy –  jak w przypadku medytacji monologicznej czy w Modlitwie Jezusowej – na jednym konkretnym wersecie), które pozwalają nam nawiązać relację z Bogiem i radować się prostotą tej relacji. „W medytacji – jak zaznacza o. Cantalamessa – poszukujemy prawdy i radujemy się, że odnaleźliśmy ją w słowie Bożym, które zakorzenione w naszym sercu sprawia, że prawda ta zaczyna w coraz większym stopniu przenikać nasze życie. W ten sposób niepostrzeżenie jednoczymy się z wolą Bożą.  A co nie mniej istotne, gdy źródłem odkrywania woli Bożej staje się spotkanie, które cechuje wolność, miłość i radość bycia w obecności Boga, wola ta wydaje się mniej opresyjna, gdyż dzięki medytacji przychodzi do nas przez pośrednictwo serca niż w wypadku gdy odkrywamy te wolę Bożą jako coś narzuconego z zewnątrz (np. w postaci przykazań) przy braku osobistej zażyłości z Bogiem.

Ostatnio przeczytałem proste zdanie oddające myślę istotę medytacji: „ Nie trzeba nawet nic mówić, wystarczy trwać w milczeniu, w obecności Boga, będąc pewnym, że On jest tu jest ze swoją miłującą obecnością – to pod każdym względem dobrze robi!”

Serce – przestrzeń spotkania z Bogiem

Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie oraz siedzących za stołami bankierów. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powyrzucał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: „Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu Ojca mego targowiska”. Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: „Gorliwość o dom Twój pożera Mnie”. (J 2,13-17)

Słuchając Ewangelii o oczyszczeniu świątyni, można popełnić szereg błędów.

Można na przykład zrozumieć to wydarzenie na wzór handlarzy i tych, którzy czerpali zysk z wypracowanego przez nich utargu. Ci ludzie wydają się słusznie oburzeni na Jezusa, ze względu na to, że swoją gwałtowną reakcją psuje im interes. Są przekonani, że ich usługi są cenione i potrzebne. Tymczasem jakiś szalony kaznodzieja próbuje zburzyć to przekonanie.

Wbrew pozorom to nie jest postawa abstrakcyjna, taka, która by nie dotyczyła ludzi współczesnych. Dla chrześcijan ta scena jest przestrogą by nie „czerpać zysku” z Jezusa, co do którego jesteśmy przekonani, że zawsze jest delikatny, pokorny, cichy, przyjmuje grzeszników i celników bez żadnego „ale”. Lokowanie swoich przekonań i wiary w obrazie Jezusa pozbawionego surowości może nas uspokajać. Nieustannie dobre samopoczucie towarzyszące wierze to jednak znak, że nasza wiara została niebezpiecznie zakonserwowana. A to z kolei oznacza, że zamyka się ona na tajemnicę, że nie przyjmuje niczego, co może ją zaskoczyć, również Boga i buntuje się przeciw Niemu, gdy Ten zaskakuje człowieka krzyżując jego plany na życie, chcąc go poprowadzić inną – czytaj lepszą drogą do zbawienia. Jak często w naszym życiu wiary jest tak, że jesteśmy gotowi iść bez zastrzeżeń za Jezusem, dopóki Ten nie burzy ustalonego przez nas porządku tej wiary?

Można też spojrzeć na to wydarzenie przez pryzmat tych, którzy przybyli do świątyni z pobożności, żeby złożyć ofiarę. Korzystają oni z usług handlarzy, bo dokonany u nich zakup gwarantuje, że dar składany w świątyni nie będzie odrzucony przez kapłana składającego ofiarę. Noszą jednak w sercu tęsknotę, której boją się wprost wyrazić, dlatego czują respekt przed Jezusem, który ma odwagę uczynić to za nich.  Jest to tęsknota za spotkaniem z Bogiem w ciszy, w skupieniu, na którą nie pozwala wszechobecny zgiełk. Chrystus swoim gestem wstrząsa nie tylko targowiskiem, ale również ich sumieniami.

I znowu moglibyśmy zapytać: Czy jest to spojrzenie odległe od doświadczenia nas – współczesnych chrześcijan świadomych grzechów, z którymi się pogodziliśmy? Widzimy różne złe i grzeszne zachowania w naszym otoczeniu: w domu, w miejscu pracy, na uczelni, ale nie mamy odwagi powiedzieć, że to nie w porządku, żeby się komuś nie narazić. Najlepiej gdyby ktoś uczynił to za nas!

Wówczas chętnie schowali byśmy się za jego plecami udając słuszny gniew – tak jak pobożni Żydzi schowali się w świątyni za plecami Jezusa, który jako jedyny miał odwagę nazwać rzeczy po imieniu. Ta dzisiejsza Ewangelia jest rachunkiem sumienia z naszej wolności i niezależności, jako ludzi Boga, którzy w świecie powinni być znakiem lub jak kto woli solą ziemi i światłem świata. Tylko czy nimi rzeczywiście jesteśmy?

Ale obraz, który próbujemy zinterpretować byłby niepełny, gdyby zabrakło jeszcze jednego punktu widzenia – Jezusowego. Zobaczmy, że Chrystus działa bardzo rozważnie – nie niszczy klatek z gołębiami, ale domaga się, by je wyniesiono. Gniew Go nie zaślepia, bo kieruje się gorliwością o coś większego niż zadośćuczynienie swoim emocjom. Po długiej podróży do świątyni, w miejscu, w którym chce spotkać się z Bogiem, napotyka zgiełk, ryk bydła i krzyk handlarzy. Chce zanurzyć się w cichą obecność Ojca, a staje wobec jej profanacji.

To, co robi, obok fundamentalnego znaczenia – przywrócenia właściwej roli tej przestrzeni przeznaczonej do modlitwy – jest wskazanie na ciało jako świątynię. Mówiąc o swoim Ciele jako świątyni, którą odbuduje w ciągu trzech dni objawia swoją Boską chwałę, choć Apostołowie zrozumieją tę lekcję dopiero z perspektywy Jego zmartwychwstania. Ale przypomina nam również to, co potem w swojej teologii podkreśli święty Paweł, że nasze ciała są także a może przede wszystkim świątyniami, gdzie spotykamy się z Bogiem bardzo osobiście i bardzo intymnie.  Warto zatem zadać sobie – w połowie wielkiego postu pytanie – jak wyglądają te świątynie i jak wyglądają nasze spotkania z Bogiem na modlitwie? Czy przypadkiem nasze serce nie przypomina często pełnej zgiełku świątyni, w której każdy – nasze emocje, nasze ego, nasze pragnienia mogą dojść do głosu – lecz paradoksalnie cichy głos Boga, który powinien być najważniejszy jest najmniej dla nas słyszalny?

Nieraz narzekamy na rozproszenia, które towarzyszą naszym modlitwom. Warto więc zapytać co robię, aby przygotować moje serce do tego by stało się przestrzenią prawdziwego spotkania z Bogiem. Jeśli nie będziemy mieli odwagi – tak jak Jezus – powyrzucać z naszego serca te głosy „przekupniów”, które skutecznie zagłuszają głos Boga, nie dziwmy się, że nie słyszymy Go, gdy On pragnie mówić do naszego serca.

Zasłuchać się w słowo Mistrza

Jezus rzekła do swoich uczniów: Wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. (Mt 23,8 – 10).

Czas Wielkiego Postu jest czasem dany nam po to, abyśmy w postawie głębokiego nawrócenia odnowili czy odkryli na nowo wartości na których pragniemy opierać nasze życie w tym celu, aby ono stawało się pełniejsze i dojrzalsze. Jednym z narzędzi jakie mamy do tego wykorzystywać jest modlitwa. Mówiliśmy już wielokrotnie, również w minionym tygodniu, że modlitwa to przede  wszystkim budowanie relacji.

Papież Benedykt w swoim ostatnim wywiadzie przypomina, że: „Żyjemy w świecie, który podsuwa nam niezliczone wzorce postępowania, które zamiast prowadzić człowieka do pokoju serca wzbudzają jego niepokój, powodują zagubienie i prowadzą do egzystencji zawrotnej, w której brakuje czasu na to, co najważniejsze dla naszego ducha, osłabiając poczucie transcendencji. Dlatego przypomina, że chrześcijanin nie może sobie pozwolić, aby te fałszywe odniesienia sprawiły, że stracimy z oczu prawdziwego mistrza: JEZUSA” Dzisiaj Chrystus przypomina: «Jeden tylko jest wasz Mistrz; (…) jeden jest wasz Ojciec; (…) jeden wasz Nauczyciel: Chrystus» (Mt 23,8.9.10).

A skoro tak, to jest On a przynajmniej powinien być w którego wsłuchujemy się w pierwszym rzędzie, którego słowo staje się dla nas drogowskazem w codziennym postępowaniu. Medytacja uczy nas właśnie takiej postawy zasłuchania. Uczy nas siadania codziennie u stóp Mistrza, po to, aby karmić się Jego słowem.

Ostatnio moja znajoma z kościoła ewangelickiego, która prowadzi podobną do naszej wspólnotę medytacyjną napisała, że medytacja pozwala jej: „widzieć więcej, czuć głębiej, rozumieć sercem”. Sądzę, że to piękne i bardzo prawdziwe świadectwo tego co rozwija w nas praktyka medytacji.

Modlitwa a zwłaszcza medytacja, która jest modlitwą opartą o słowo ma wymiar dynamiczny, przemieniający, stwarzający. Taka jest bowiem moc słowa, które kieruje do nas Chrystus. Ono nie może nas nie przemieniać, jeśli otwieramy się na jego działanie. Kiedy przychodzimy na modlitwę i spotykamy się z żywym Bogiem, to bez względu na to, czy to czujemy, czy też nie, przenika nas Boże światło – przenika powoli nasz umysł i serce, zaczyna coraz bardziej pokazywać, kim jest Bóg i kim jestem ja. Pozwala nam widzieć więcej, czuć głębiej, rozumieć sercem…

Współczesny, zabiegany człowiek musi pozwolić sobie odejść na modlitwę, ze świadomością, ona jest nam potrzebna, że nie jest nigdy stratą czasu, że dopiero bez niej człowiek nawet gdyby osiągnął niebywałe sukcesy zaczyna się degradować w tym, co najistotniejsze w jego człowieczeństwie – w wymiarze duchowym. Trawestując stare powiedzenie chciałoby się rzec: „Pokaż mi, jak się modlisz a powiem ci, jakim jesteś człowiekiem”.

Wykorzystajmy Post, aby umocnić nasze przekonania, że jesteśmy uczniami Jezusa a domeną ucznia jest codzienne zasłuchanie w słowo, które kieruje do niego Mistrz i Nauczyciel. Pamiętajmy, że czas medytacji, to święty czas w naszym życiu, gdzie spotkamy się z sobą samym i z naszym prawdziwym Wzorcem i Mistrzem. A w obliczu konkretnych sytuacji, w których często nie wiemy jak zareagować znajdujemy w tym czasie światło dla naszych wyborów i decyzji.

Przeczytałem ostatnio w książce będącej zapiskami rozmów z Jezusem polskiej mistyczki Alicji Lenczewskiej piękne słowa: „Gdy stajesz na modlitwie, stajesz na progu nieba, przez ciebie płynie błaganie i ból świata i przez ciebie spływa Miłosierdzie Boga na ziemię. Każda modlitwa jest wymianą nędzy świata na Miłosierdzie Boże. Jest kanałem, dzięki któremu ta wymiana może istnieć”. Czy dla człowieka wierzącego może być lepszy argument na to, aby się modlić?

Eucharystia – nasza Góra Przemienienia

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden wytwórca sukna na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem.(Mk 9,2-4)

Gdy św. Jan Ewangelista mówi: „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec” (1 J 3, 1), to mam wrażenie, że odnosi się do rzeczy oczywistej, wręcz namacalnej, czegoś, na co wystarczy spojrzeć, aby się przekonać, że jest właśnie tak, jak mówią te słowa.

Skąd zatem w sercu człowieka bierze się pokusa, aby obarczać Boga odpowiedzialnością za nasze cierpienie, ilekroć w życiu spada na nas jakieś ciężkie doświadczenie: choroba, śmierć kogoś bliskiego, krzywda? Skoro Bóg o wszystkim wie, to wnioskujemy błędnie z tego, że tego wszystkiego chciał.

Nieufność wobec Boga jest chyba największą raną, jaką pozostawił w nas grzech pierworodny. Ona jest dowodem na to, że ten grzech nie jest czymś wymyślonym czy wmówionym nam, lecz że określa naszą kondycję duchową i ludzką. Nasza nieufność wydaje się wprost proporcjonalna do Bożych zapewnień o miłości do nas. Dlatego, trudno ze spokojem czytać historię Abrahama, który prowadzi swego ukochanego syna Izaaka do kraju Moria, by złożyć go w ofierze (dobremu?) Bogu. Ta opowieść staje się dla wielu dowodem nieludzkich wymagań, jakie Bóg stawia człowiekowi.

Dopiero Jezus pozwala nam zobaczyć pogodne oblicze Ojca, który „nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał” (Rz 8,32). W scenie przemienienia na Górze Tabor dostrzegamy, że ofiara Izaaka jest nie tylko zapowiedzią ofiary Chrystusa, ale też ofiarą samego Abrahama i ten fakt uświadamia nam, że w obu tych ofiarach wraz z Synem Ojciec składa w ofierze samego siebie. Ofiara Jezusa jest dowodem na miłość Boga, który ukochał nas do końca.

Może nie wszystko rozumiemy z drogi, którą prowadzi nas przez życie Pan Bóg i dlatego właśnie potrzebna nam Góra Przemienienia. To jest to miejsce w którym objawiona nam zostaje miłość Jezusa do Ojca i miłość Ojca do Jezusa.

To objawienie nie jest tylko ukazaniem prawdy o Jezusowym bóstwie, lecz wprowadza nas w głębię miłości, jaką Ojciec miłuje swego Syna, a w Nim i nas samych, skoro przez ofiarę Chrystusa staliśmy się Jego przybranymi dziećmi.

Dlatego warto stanąć na górze przemienienia, którą dla nas jest każda Msza święta. Trzeba przyjść ze wszystkimi naszymi lękami i wątpliwościami – tak samo jak apostołowie – i spojrzeć na Jezusa. Spojrzeć na Baranka, którego kapłan trzyma w swoich dłoniach, ukrytego w białej hostii, która przypomina szatę jaśnieje bielą miłowania z Góry Tabor i posłuchać słów św. Pawła: Czy Bóg, który wydał się za nas, mógłby być naszym przeciwnikiem? Czy Bóg, który stając się człowiekiem, zgodził się na śmierć, mógłby być naszym oskarżycielem? Czy Bóg, który nie cofnął się przed niczym, który poszedł w miłości do końca, aby wybawiać nas od grzechu, mógłby nas potępić? Dla Pawła odpowiedź jest zbyt oczywista, aby trzeba było ją wypowiadać.

Jeśli zatem masz pokusę oskarżenia Boga za trudne doświadczenia, które na ciebie spadają, bądź postrzegania Go Boga jako wroga, czy oskarżyciela i wydaje się, że walczy On przeciwko Tobie, przyjdź na górę ołtarza, na której sprawuje się Eucharystia. Przyjdź i zobaczysz tam tego samego Baranka uwięzionego w hostii z miłości do człowieka, w miłości, która dalej już posunąć się nie może, bo wszystko już przekroczyła.

Ta hostia przypomina nam, że Bóg jest naszym przyjacielem, nie wrogiem, bo tylko przyjaciel potrafi oddać się bez ograniczeń w nasze ręce nie bacząc na to, co z nim zrobimy.

I za każdym razem, gdy spoglądasz na tę białą hostię przypomnij sobie słowa, które Bóg Ojciec wypowiada o swoim Synu: „To jest mój Syn umiłowany”. I pamiętaj, że te słowa są również słowami o Tobie. O każdej i każdym z nas!