Z racji 91 rocznicy urodzin dziękujemy papieżowi Benedyktowie za Jego posługę dla Kościoła a dzisiaj szczególnie za Jego modlitwę, jaką otacza Kościół i życzymy zdrowia, wielu Bożych łask i opieki Matki Bożej.

Dzieci moje, piszę wam to dlatego,
żebyście nie grzeszyli.
Jeśliby nawet kto zgrzeszył,
mamy Rzecznika wobec Ojca –
Jezusa Chrystusa sprawiedliwego.
On bowiem jest ofiarą przebłagalną
za nasze grzechy,
i nie tylko nasze,
lecz również za grzechy całego świata. (J 2, 1-2)
Dokładne brzmienie listu św. Jana jest nieco inne niż to, którym posługujemy się w liturgii. „Rzecznik” (adwokat), którego mamy, nie jest naszym „rzecznikiem” wobec Boga, ale u Boga. Nie jest to różnica bez znaczenia. Tym, kto nas oskarża, nie jest bowiem Bóg, lecz – jak to napisano w Księdze Apokalipsy – szatan (Ap 12, 10). W związku z tym warto pamiętać o dwóch sprawach.
Po pierwsze, oskarżenia szatana nie odnoszą się jedynie do perspektywy sądu, który następuje po śmierci człowieka. Szatan jest tym, który oskarża nieustannie, „dniem i nocą”. Jest tym, który stale widzi nasze życie i który formułuje coraz to nowe oskarżenia mające wykazać zło naszych uczynków i zło nas samych.
Po drugie zaś, szatan nie oskarża nas jedynie bezpośrednio wobec Boga, lecz także w sposób pośredni – w obrębie naszej psychiki. Oskarżycielska działalność szatana jest bardziej perfidna niż można by przypuszczać na podstawie tradycyjnych przedstawień, w których występuje jako rozpoznawalny przeciwnik człowieka. Szatan ukrywa przed nami swoją twarz. Działa, podszywając się pod nasze myśli i uczucia. Perfidia sięga granic, gdy podszywa się pod samego Boga, chcąc nam Go przedstawić jako tego, który chce naszej zguby, który stale szuka sposobności, by skazać nas w swoim sądzie.
Ostatecznie szatan usiłuje nas przerazić tym, kim jesteśmy. Przerysowuje naszą grzeszność, zaburza właściwą proporcję grzechów, które popełniamy. Oskarża naszą przeszłość i teraźniejszość. A kiedy wpadamy w przerażenie, tracimy nadzieję na przyszłość. Wobec złej nowiny o nas samych, horyzonty nadziei naszego życia stają się coraz węższe, coraz bardziej skrojone na miarę przestępcy-recydywisty, który niesie w sobie smutną wiedzę o sobie samym, o swojej niemożności życia w inny sposób niż dotychczas. To dlatego potrzebujemy potężnego Obrońcy.
Chrystus nie jest tym, który broni nas przed naszym Ojcem. Nie jest nim, bo takiego obrońcy nie potrzebujemy. Chrystus broni nas przed tymi naszymi myślami, które inspiruje szatan. Chrystus występuje w obronie nas i nadziei, którą w sobie nosimy. Jego światłość – i tylko ona – jest w stanie rozpraszać mroki oskarżeń, które zostają w nas podstępnie złożone. „Wnieś ponad nami światłość Twoją, Panie”. Wołajmy o nią do Boga, bo tylko w obecności tego światła mrok smutku nie jest w stanie odebrać nam nadziei.
Jezus powiedział do Nikodema: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. (J 3,16-21)
Kanwą dzisiejszego rozważania, które ma nas wprowadzić do medytacji jest rozmowa Jezusa z Nikodemem, w którą wsłuchujemy się w tym tygodniu w ramach Ewangelii. Dla mnie osobiście to jedna z najbardziej intrygujących i najgłębszych rozmów, jakie znajdujemy na kartach Pisma Świętego. Mówi nam ona przede wszystkim o doświadczeniu Boga, przestrzegając jednocześnie przed błędami, które możemy w poszukiwaniu Boga popełnić. Jednym z nich i chyba najczęstszym jest próba patrzenia na Pana Boga poprzez pryzmat naszych wyobrażeń o Nim. To jest to, o co potyka się właśnie Nikodem.
Nikodemowi trudno jest przyjąć słowa, które słyszy od Jezusa, pomimo iż jest przecież ekspertem w badaniu Pisma świętego i nauczycielem Izraela. Tymczasem – jak mogliśmy usłyszeć wczoraj – Jezus wyrzuca mu właśnie to, że mimo iż czyta codziennie słowo Boże, to niestety go nie rozumie. Nikodem czytając Pismo święte jest bardziej zasłuchany i przywiązany do swoich wyobrażeń o Bogu i Jego działaniu niż do zgody na to, aby to sam Bóg prowadził go do rozumienia tajemnicy Jego zamysłów i działania.
Wspominam o tym, bo jest to niebezpieczeństwo, które grozi każdemu z nas. Sam przez wiele lat życia wspólnotowego a potem seminaryjnego wdrażałem się w medytacji tzw. dyskursywnej, która polega najprościej rzecz biorąc na mocnym zaangażowaniu naszego rozumu i wyobraźni. Potem towarzyszyłem osobom, które taką formę medytacji praktykują. Nie chcę powiedzieć, że medytacja dyskursywna jest złą praktyką, ale wymaga od nas szczególnej pokory i świadomości jak łatwo i często nieświadomie próbujemy nakładać na nasze poszukiwanie Boga kalki naszych osobistych przeżyć, doświadczeń, wyuczonych – niekoniecznie najlepszych teorii. Nie znaczy to, że w medytacji niedyskursywnej nie czyhają na nas także różne niebezpieczeństwa. Dla mnie jednak osobiście medytacja, która ogranicza zaangażowanie mojego rozumu do minimum i zaprasza do pewnego rodzaju ascezy wyobraźni jest prawdziwym wybawieniem. I jest to doświadczenie, które potwierdza wiele osób, podążających ścieżką medytacji niedyskursywnej.
Dla mnie osobiście medytacja niedyskursywna (czy inaczej monologiczna) była i jest synonimem wolności. Przy czym nie chodzi mi o wolność od (np. czasem trudnego a wymaganego np. w medytacji ignacjańskiej wyobrażenia sobie sceny biblijnej i znalezienia siebie i swojej sytuacji egzystencjalnej w jej kontekście). Przeciwnie medytacja monologiczna była dla mnie synonimem wolności do… Pozwalała mi zawsze stawać w wolności wobec Pana Boga, i zgody na Jego prowadzenia (również w rozumieniu Jego słowa) taką droga jaką On chce, bez wymyślania czegoś na siłę.
Medytacja monologiczna jest bowiem przede wszystkim droga prostoty. Jezus daje nam swoje słowo, nie przede wszystkim po to, abyśmy skoncentrowali się na nim, ale po to, aby one prowadziły nas do poznania i doświadczenia Jego miłości. To jest to, o co potknął się Nikodem. Słowo, które znajduję w Piśmie świętym jest tylko potwierdzeniem Jego miłości: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”. Jeśli zatrzymamy się tylko na słowie może ono pozostać dla nas zwykłą, teorią. Piękną utopią – jak usłyszałem ostatnio od jednego z deklarujących się jako wierzący chrześcijanin, w odpowiedzi na zachętę dożycia przykazaniem miłości. Tylko wówczas, gdy słowo, po które sięgam w medytacji potwierdza nam, że warto iść drogą miłości i pozwala to przekonanie przekłuć w doświadczenie będzie prawdziwą i owocna medytacją.
Medytacja oparta na jednym prostym wezwaniu, chce nam uświadomić, że słowo Boże jest nam dane przede wszystkim po to abyśmy doświadczali Bożej miłości i dzięki niej umacniali naszą wiarę i zaufanie do Niego. Trudno bowiem wierzyć i zaufać komuś, kogo się nie kocha. Ale w rozmowie z Nikodemem Chrystus uświadamia nam, że to umacnianie naszej miłości i wiary ma się dokonywać według Jego woli, a nie naszej.
I w tym względzie medytacja monologiczna jest niezastąpiona: zmusza nas ona czy tego chcemy czy nie do zawieszenia naszego wyobrażenia o tym jak Bóg działa lub powinien działać w naszym życiu; do rezygnacji z oceny jakości naszej modlitwy w zależności od tego, czy się w niej coś dzieje czynie (czy mam piękniejsze duchowe przeżycia lub czy miałem lepsze przemyślenia nad Ewangelią czy nie) na rzecz pełnego prostoty zwierzenia się Bożemu prowadzeniu. Jak słyszeliśmy we wczorajszej części rozmowy Jezusa z Nikodemem: „Duch wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha”. (J 3,7-8) Medytacja monologiczna uczy nas, że nie musimy wiedzieć, jaką drogą Bóg nas prowadzi, ale musimy zgodzić się na bezgraniczne zawierzenie się Mu w tym prowadzeniu, bo w przeciwnym razie daleko nie zajdziemy.
W Zwiastowaniu Syn Boży bezpośrednio wkracza w historię ludzkości. Nazwa ikony upamiętniającej to zdarzenie po rosyjsku brzmi Благовещение (Błagowieszczenije), co dosłownie można przetłumaczyć jako „dobre wieszczenie” (Благо – dobre, вещение – wieszczenie), czyli po prostu Dobra Nowina.

Na pierwszym planie widzimy dwie postacie: Maryję i Archanioła Gabriela. Gabriel obwieszcza Maryi ową Dobrą Nowinę o Jej wybraniu i poczęciu Zbawiciela w Jej dziewiczym łonie. Problem tylko w tym, że cała postać Maryi zdaje się reagować na tą Dobrą Nowinę nie wybuchem radości, ale wręcz przeciwnie: jej postawa i gesty (np. mocno skłoniona głowa) świadczą raczej o powadze, uniżeniu i pogodzeniu się z tym, co najgorsze. Sam tekst Ewangelii również świadczy, że Maryja na widok Anioła zmieszała się i zaczęła odczuwać obawę, po czym jako pokorna służebnica zgodziła się (przyjęła) wszystko, co Bóg na nią zesłał („Niech mi się stanie”; Łk 1,38).
Przestrach wspomniany przez Łukasza Ewangelistę i zaznaczony na ikonie nie dziwi, zważywszy na kontekst całego wydarzenia. Maryja jest młodą kobietą (dziewicą) zaślubioną Józefowi, która jeszcze „nie zna męża”. Stan błogosławiony, w którym znalazła się za sprawą Ducha Świętego, oznacza dla niej perspektywę posądzenia o cudzołóstwo, co mogło sprowadzić na nią karę śmierci. Jednak nie tylko o ten ludzki strach tutaj chodzi.
Maryja na ikonie jest przedstawiona jako królowa zasiadająca na tronie. Odziana jest w purpurowe, czyli królewskie szaty. Kolor ten jest jednak również barwą męczeństwa. A więc i tron, na którym siedzi, jest tronem jej Syna – pełnym cierpienia i bólu. Spod czerwonej, wierzchniej szaty przebija błękit, który jest kolorem wskazującym zarówno na głębię ducha, jak też na poznanie wielkich tajemnic Bożych. To poznanie sprawia, że Maryja jednocześnie poznaje ogrom spoczywającej na niej odpowiedzialności i przyszłego cierpienia, ale też daje jej wewnętrzną siłę do tego, żeby zgodzić się na każdy Boży plan.
Istotne przesłanie możemy odczytać także z ułożenia Jej dłoni. Prawa wykonuje gest wyrażający zarówno modlitwę, jak i pytanie skierowane do anioła. Lewa jest opuszczona. W bardzo wielu wersjach tej ikony Maryja w trzyma w tej ręce nić lub włóczkę, co nie oznacza jedynie czynności przędzenia, ale daje wyraz teologicznej prawdzie, że z własnej krwi i własnego ciała utkała Ona Ciało Zbawiciela. Nie dziwi zatem to, że w cerkwiach ikonę Zwiastowania umieszcza się zazwyczaj na Carskich Wrotach otwierających dostęp do ołtarza, a więc do miejsca, na którym uobecnia się Najświętsze Ciało i Krew Chrystusa.
Anioł natomiast jest przedstawiony tak, jakby robił nienaturalnie duży krok w kierunku Maryi, co mówi zarówno o jego naturze (posłany), jak i o tym, że przekracza ogromną przepaść dzielącą niebo i ziemię. Jego lewa noga jest lekko zgięta, co sugeruje gest pokłonu i adoracji, co świadczy zarówno o królewskiej godności Maryi, jak i uznaniu przez anioła jej wyższości, bo w oczach Boga człowiek pełen łaski jest istotą aniżeli najwyższy anioł. Gabriel w jednej ręce trzyma laskę, która jest symbolem władzy. Maryja jednak, o czym świadczy Ewangelia, doskonale rozumie naturę anioła. Wie, że jest on posłańcem i reprezentantem Jahwe, chociaż więc rozmawia z Nią anioł, ona wyraźnie odpowiada Bogu.
To przenikanie obecności samego Boga przez postać anioła jest zaznaczone tutaj również przez barwę szat posłańca. Niebieski kolor świadczy, że anioł jest spowity obecnością Boga. Barwa ta wpada w zieleń – kolor Ducha Świętego i życia, co koresponduje z wewnętrzną szatą Maryi, bo przecież w tym wydarzeniu za sprawą Ducha począł się w niej Syn Boży. Także gest drugiej dłoni anioła wskazuje na uobecnienie w Jego postaci mocy Boga. Anioł bowiem błogosławi, wyciągając rękę w kierunku Maryi. Co jest ciekawe, jego wyciągnięta dłoń jest ułożona w taki sposób, że poprowadzony od niej promień krzyżuje się z Boskim promieniem spływającym na Maryję z góry. Krzyżują się one dokładnie na Jej głowie, co oznacza, że jest Ona rzeczywiście błogosławiona.
Tłem ikony jest miasto – Nowe Jeruzalem. Maryja na przedstawionej scenie dopiero poczęła Słowo, Kamień Węgielny tego Miasta, a jednak Jeruzalem jest już całe w swoim pięknie i ogromie. Nad głową Maryi z kolei wisi materiał (płótno), którego obecność w języku ikon podkreśla bardzo ważne wydarzenia zbawcze. I co ciekawe, splot tych wszystkich elementów, kiedy je kontemplujemy, zaczyna tętnić, pulsować i wirować, odsłaniając coraz głębsze pokłady ukrytego sensu zamkniętego w Zwiastowaniu.
Nie trudno dostrzec tutaj wyraźną analogię do pewnych figur, które mogliśmy zauważyć już w ikonie Błogosławionego Milczenia. Tutaj także, uobecnione przed czasem, Nowe Jeruzalem wskazuje na pewne wątki sofiologiczne. Oznacza to, że cała scena w tym cudownym akcie jest spowita Bożą Mądrością, w której wszystko już się dokonało. We Wcieleniu realizuje się przecież odwieczny zamysł Boga.
Jeśli jednak całe to wydarzenie jest otulone Boską Mądrością, a samo zwiastowanie jest pierwszym aktem realizacji tego planu, który odwiecznie istnieje w Bożej Mądrości, to również wszelkie gesty Maryi nabierają zupełnie nowego kolorytu. Oto okazuje się, że Wcielenie nie dokonuje się tylko w jej łonie, to znaczy nie jest tylko tak, że w tym wydarzeniu odwieczny Syn Boży poczyna się jedynie w ludzkim ciele niczym zupełnie odrębny i obcy temu światu. Przez ukazane na ikonie Miasto Jeruzalem, które już jest w pełni zbudowane, wydaje się ona mówić, że dzięki Wcieleniu wszystko, co na ikonie jest przedstawione, realizuje w sobie odwieczny zamysł Stwórcy, że Bóg ze swoim stworzeniem nie spotyka się tylko w tym małym, właśnie poczętym ludzkim ciałku, ale dosłownie we wszystkim, a wszystko zaczyna uczestniczyć w odwiecznym planie Boga.
Ikona Zwiastowania nabiera zatem zupełnie nowego wydźwięku w zestawieniu z przedstawieniem Błogosławionego Milczenia. Zestawienie takie nie tylko pomaga nam wydobyć nowe refleksy wybłyskującego z ikony światła, ale wskazuje na specyficzną formę lektury kontekstualnej, która jest jak najbardziej właściwa. Właściwym i pierwotnym miejscem ikony jest przecież ikonostas, zatem każda ikona w swoim naturalnym toposie jest otoczona innymi, co powoduje, że spontanicznie dostrzegamy coraz to nowe treści. Ikonostas jest przestrzenią, która sprawia, że każdy gest umieszczony na danej ikonie spontanicznie odnajduje współbrzmienie w potężnej melodii teologii wyznaczonej przez poszczególne prawdy objawione. I jak każda oddzielna ikona sama w sobie stanowi pewnego rodzaju opowieść lub melodię utkaną z pojedynczych tonów, tak ikonostas jest kompozycją potężnej symfonii objawiającej swoją doskonałą harmonią piękno Stwórcy.
Przypomnijmy sobie zatem jeszcze dokładniej wymowę pierwszej ikony: milczącą zgodę Syna na wszystko, co ma się wydarzyć – Jego błogosławione milczenie. Dokładnie to samo milczenie, ta sama świadomość tego, co nieuchronnie ma się stać, chociaż jest pełne trudu i cierpienia, i ta sama milcząca zgoda w scenie Zwiastowania staje się udziałem Maryi.
Podczas stwarzania świata, w Wielkiej Radzie, to Syn swoim milczeniem powiedział pierwszy: „Niech mi się stanie”. Teraz On wkracza w historię, a Maryja jest pierwszą, która doświadcza pełni Jego obecności i niczym echo powtarza za głosem rozbrzmiewającym w jej sercu: „Niech mi się stanie”.
I staje się: Błogosławionym Milczeniem… błogosławioną milczącą. I od tego momentu już stale w swoim sercu Maryja chowa każde słowo i w milczeniu je rozważa, mówiąc nieustanne „tak”.
(Tekst pochodzi z książki Nadii Miazhevich, Jana P. Strumiłowskiego OCist Ikony Zbawienia Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC)
Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam, gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami. Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: ”Pokój wam!”. A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana. (J 20,19-21)
Każda i każdy z nas został w życiu w ten czy w inny sposób zraniony. Gdyby ktoś zapytał, co jest naszym największym zranieniem najprawdopodobniej opowiedzielibyśmy mu jakąś bolesną historię z naszego życia. Zapewne nikomu z nas nie przyszłoby do głowy by na pytanie: „Co jest twoim największym zranieniem?” Odpowiedzieć: Grzech!
I kiedy zatrzymamy się na chwilę refleksji nad tą odpowiedzią, to nie będziemy mieli wątpliwości, że tak właśnie jest. Nie ma większego zranienia w historii człowieka, zarówno tej indywidualnej, jak i zbiorowej niż grzech. Jest to zranienie które dotyka nas zarówno na płaszczyźnie duchowej, psychicznej jak i egzystencjalnej. Zapyta ktoś dlaczego? Odpowiedź jest prosta: Skutki wszystkich, nawet największych zranień jakich człowiek doświadczył kończą się z chwilą jego śmierci. Z wyjątkiem jednego! Grzech jest zranieniem, który swoimi owocami sięga wieczności.
W dzisiejszej Ewangelii widzimy skutki tego zranienia, choć jeszcze mocniej były one widoczne w Wielki Piątek. Lęk apostołów zamkniętych w Wieczerniku, szaleństwo nienawiści Sanhedrynu i żydowskich uczonych w Piśmie, którzy za wszelką cenę próbują zamknąć usta zwiastunom prawdy o zmartwychwstaniu pokazuje jak wielką siłę rażenia ma to jedyne w swoim rodzaju zranienie. Co więcej od czasu grzechu pierworodnego jesteśmy jednocześnie ofiarami i sprawcami zranienia i cierpienia jakie niesie ze sobą grzech.
I dzisiaj pośrodku tego całego dramatu, jaki wraz z grzechem wszedł na świat staje Jezus z prostym przesłaniem: „Pokój wam!” Tak jakby chciał nam powiedzieć: od tej pory nie musicie się już lękać! Pokazując nam swoje rany – rany które są skutkiem grzechu całego świata – staje przed Apostołami i przed nami jako jedyny, który może nas uzdrowić ze skutków tego zranienia, któremu na imię grzech.
Zazwyczaj w ludzkim doświadczeniu jest tak, że my mówimy o swoich ranach chcąc albo kogoś oskarżyć za krzywdę, która nam wyrządził, albo oczekując litości. Tymczasem Chrystus pokazując swoje rany nie oskarża nas, że to my jesteśmy temu winni. Jego rany nie są oskarżeniem dla człowieka.
„W Jego ranach jest nasze uzdrowienie” – prorokował Izajasz już IX wieków wcześniej. Jego rany nie są już źródłem śmierci, ponieważ przez nie śmierć została pokonana.
W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus Zmartwychwstały zaprasza wątpiącego Tomasza Apostoła, aby włożył rękę w Jego przebity bok. Włożyć rękę w bok Jezusa to znaczy dotknąć Jego serca. Z sercem natomiast związane jest w sensie etymologicznym, słowo „miłość” i „miłosierdzie”. W piękny sposób przedstawia to obraz, który Pan Jezus kazał namalować św. siostrze Faustynie. Boże miłosierdzie symbolizują na nim dwa promienie wypływające z serca Pana Jezusa.
Jesteśmy dzisiaj, wraz ze św. Tomaszem Apostołem, zaproszeni, aby dotknąć serca Jezusowego, czyli dotknąć tajemnicy Bożego miłosierdzia. Niedziela Miłosierdzia została wybrana przez Pana Jezusa właśnie po to, abyśmy mieli odwagę duchowo wraz z Tomaszem włożyć rękę w bok Jezusa, dotknąć Jego serca i powierzyć się całkowicie Jego miłosierdziu. Tylko wtedy, gdy zawierzymy się Temu Sercu bez reszty będziemy mogli doświadczyć bezgranicznej miłości Pana Boga, miłości niczym niezasłużonej, ale też miłości, która kocha nas takich, jakimi jesteśmy; miłości, której na przeszkodzie nie mogą stanąć nasze słabości i grzechy, a nawet śmierć, gdyż jest to miłość, która ma swe źródło w przebitym boku Chrystusa – Baranka zmartwychwstałego. Jest to miłość, która pokonała nasze słabości, grzech i śmierć.
Dotykając serca Pana Jezusa, dotykamy istoty samego Boga, a jest nią Miłość miłosierna.
Niedziela Miłosierdzia Bożego zaprasza nas do tego, abyśmy w tę Miłość uwierzyli, abyśmy tej Miłości się powierzyli i abyśmy tej Miłości pozwolili się przeniknąć. A wówczas zdanie: „Bóg jest miłością; kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim” będzie nie tylko czymś zasłyszanym, ale stanie się doświadczeniem naszego życia. Stanie się prawdą, która przemieni nasze życie i uczyni z nas świadków i apostołów Bożego Miłosierdzia. O to proszę dzisiaj dla siebie i dla Was. Amen