Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Przylgnąć do tego, co najważniejsze

W pierwszy dzień tygodnia dwaj uczniowie Jezusa byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni ze sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali ze sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. (Łk 24,13-35)

Doświadczenie medytacji nigdy nie jest doświadczeniem jednorazowym. Przypomina raczej drogę. Drogę, którą odbywamy razem z Jezusem. I w tym sensie wędrówka uczniów idących do Emaus może być dobrym obrazem medytacji.

Modlitwa monologiczna, do której zalicza się praktykowana przez nas forma medytacji od początku – od egipskich ojców pustyni, którzy byli jej prekursorami – chciała być odpowiedzią na wezwanie do modlitwy nieustannej, jaką znajdujemy zarówno w Ewangelii jak i u św. Pawła Apostoła. A modlitwa nieustanna, to nic innego jak właśnie nieprzerwana świadomość obecności Jezusa, który wraz z nami podąża drogą naszego życia. Bywa, że tego nie dostrzegamy – podobnie jak uczniowie idący do Emaus – bo nasze oczy, podobnie jak ich, są niejako na uwięzi. W wymiarze duchowym zagraża nam wiele przeszkód, które nie pozwalają nam dostrzec obecności i działania Pana Boga w naszym życiu. Takimi przeszkodami mogą być pycha; brak wiary (to zresztą przeszkoda, którą Jezus wypomina także uczniom idącym do Emaus); taką przeszkoda mogą być fałszywe wyobrażenia o Bogu, jakie w sobie nosimy; szukanie w modlitwie jakichś niezwykłych doświadczeń; czy wreszcie brak należytej dyspozycji (skupienia, wewnętrznej ciszy etc.) Przeszkód, które osłabiają w nas zdolność dostrzegania Bożej obecności można by wymieniać wiele…

Ważniejsze jednak jest to, że medytacja pragnie być drogą, która krok po kroku pozwala nam te przeszkody pokonywać, dzięki swej wytrwałości, pokorze, prostocie, zaufaniu i ciszy, które jej towarzyszą.

Medytacja nastawia nas na to, co najważniejsze dla naszej wiary: na słuchanie! „Ponieważ wiara rodzi się ze słuchania, a tym co się słyszy jest słowo Boże” – napisze św. Paweł [Rz 10,17] Z punktu widzenia chrześcijańskiej modlitwy nie jest najważniejsze to, co ja mówię do Pana Boga. Bóg i tak zna nasze serca i żadne słowa, nawet najpiękniejsze nie przyćmią ani nie upiększą tego, co w nich się znajduje. Dlatego – jak mawiała św. Teresa z Avila – w modlitwie najważniejsze jest to, by być, by trwać przed Bogiem. Bo modlitwa to przede wszystkim sprawa serca, które pała miłością do Boga. I żeby słuchać… Bo to, co nas kształtuje, uświęca, przemienia i uzdrawia przychodzi wraz z Jego słowem. Medytacja monologiczna pozwala, abyśmy w modlitwie przylgnęli do tego co najważniejsze do Słowa, do Imienia, które jest synonimem obecności Boga, który nieustannie towarzyszy nam w naszej wędrówce przez życie.

Ważne byśmy pytali siebie w doświadczeniu medytacji czy nasze serce pała w nas, gdy Jezus do nas mówi przez swoje słowo. A jeśli nie, to jest na to jedna rada ojca Dolindo Ruotolo: „Kiedy się modlisz i nie widzisz skutków modlitwy, przylgnij jeszcze mocniej do Jezusa, zaufaj jeszcze bardziej, wpraw Go w zakłopotanie jeszcze większą wiarą”.

Niech zatem wzywanie imienia Jezus w ciszy naszego serca sprawia, że jeszcze mocniej przylgniemy do Chrystusa a z zasłuchania w Jego Słowo niech wyrasta nasza głęboka wiara i pewność, że On idzie z nami przez życie stając się dla nas Przewodnikiem, Nauczycielem i Przyjacielem.

Zmartwychwstały

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus miłował, i rzekła do nich: „Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono”. (J 20,1-3)

„Miarą naszej miłości jest nasza tęsknota.” – napisze znany współczesny teolog Hans Urs von Balthasar. To właśnie tęsknota nie pozwoliła Marii Magdalenie siedzieć spokojnie, czekać w ciemności i pustce nocy aż do poranka. To właśnie tęsknota każe jej mimo doświadczenia smutku pobiec do grobu, choć nie może spodziewać się, że spotka tam zmartwychwstałego Pana. Gdyby nie ta tęsknota, nie wyruszyłaby w najważniejszą drogę swojego życia. Tęsknota Marii Magdaleny to dla nas dowód,  na potwierdzenie słów z księgi Pieśni nad Pieśniami, że „jak śmierć potężna jest miłość”. Miłość nie godzi się ze śmiercią. Dla niej miłość do Jezusa nie umarła, choć przecież widziała Jego śmierć na własne oczy.

Kiedy więc szukamy znaków zmartwychwstania w nas samych, nie wolno nam nigdy zlekceważyć tęsknoty, którą w sobie nosimy. To właśnie ona jest pierwszym odruchem i pierwszym wyznaniem wiary, nieśmiałym znakiem światła Zmartwychwstałego, które przenika nasze życie, nawet gdy w nas i wokół nas jest jeszcze ciemno z powodu grzechu, jaki w sobie nosimy.

Co ciekawe, Jezus nie zaspokaja natychmiast tęsknoty Marii Magdaleny. Po pierwsze, pokazuje, że nie ma Go tam, gdzie Maria Magdalena Go szuka. Dlatego i my nie powinniśmy się lękać i popadać w zwątpienie, gdy odkrywamy, że nie ma Go tam, gdzie, spodziewaliśmy się Go spotkać. Zmartwychwstały jest tym, który wymyka się naszym wyobrażeniom o Nim, naszym definicjom, w które chcielibyśmy ująć prawdę o Bogu. On zaskakuje zawsze nowością: „Oto czynię wszystko nowe” (Ap 21, 5). Najważniejsze, abyśmy jak Maria Magdalena nie przestawali Go szukać a On pozwoli się zawsze znaleźć, ale w chwili, którą On uzna za najbardziej dla nas dogodną.

Po drugie, postawa Marii Magdaleny uczy nas, że naszej wiary nie możemy przeżywać w pojedynkę, gdyż ona ze swej natury jest wspólnotowa.

Tęsknota za Jezusem popycha Marię Magdalenę do spotkania z Apostołami. To dzięki nim jeszcze raz biegnie do pustego grobu. I dopiero wtedy spotyka Zmartwychwstałego. W ten sposób począwszy od poranka wielkanocnego wypełnia się obietnica Pana: „Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam Ja jestem pośród nich”.

Tęsknota przeżywana w samotności, podobnie jak wiara przeżywana bez wspólnoty nie prowadzi nas do spotkania z Panem. Dlatego potrzebujemy braci i sióstr, potrzebujemy Kościoła, by nasza tęsknota za Bogiem nie przerodziła się w zbiór roszczeń, iluzorycznych oczekiwań i rozczarowań.

Droga Marii Magdaleny, może stać się drogą każdej i każdego z nas i nawet, jeśli rozpocznie się ona w ciemności grzechu, to jeśli nie zlekceważymy naszej tęsknoty za lepszym życiem, za prawdziwą  wolnością serca i za świętością – skończy się podobnie jak jej droga – spotkaniem w światłości, twarzą w twarz ze Zmartwychwstałym.

Do tej tęsknoty odwołuje się dzisiaj także św. Paweł, który przypomina w Liście do Kolosan, że wiara w zmartwychwstanie Chrystusa i chęć podążania za Nim powinny owocować nową jakością życia. Skoro bowiem wierzymy, że Jezus umarł i zmartwychwstał dla nas, to winniśmy ku Niemu kierować nasze dążenia i nasze pragnienia. Innymi słowy Zmartwychwstały Chrystus powinien wyznaczać kierunek i cel naszych aspiracji zarówno tych małych, codziennych, jak i wielkich.

Warto pytać siebie, czy nas współczesnych uczniów Chrystusa przenika ta sama tęsknota, która cechowała pierwszych chrześcijan? Choć byli ludźmi twardo stąpającymi po ziemi, to zawsze swój wzrok mieli utkwiony w Chrystusie, aby przypadkiem nie przestać odbijać w swoim życiu światła Jego miłości. „Szukajmy tego, co w górze” – podpowiada nam św. Paweł. Dla ucznia Chrystusa ziemia jest jedynie etapem przejściowym, celem jest niebo. Nigdy o tym nie zapominajmy!

ŻYCZĘ WAM KOCHANI Z OKAZJI ŚWIĄT WIELKANOCNYCH, ABYŚMY WIERZYLI W ZMARTWYCHWSTANIE CHRYSTUSA, ABYŚMY TĄ PRAWDĄ ŻYLI I ABYŚMY MIELI ODWAGĘ BYĆ ŚWIADKAMI TEJ PRAWDY I NADZIEI JAKĄ ONA NIESIE WŚRÓD TYCH, DO KTÓRYCH CHRYSTUS POSYŁA NAS JAKO SWOICH ŚWIADKÓW.

Wielka Sobota – dzień ciszy, modlitwy i zadumy

cisza

to jej dzień

nie popędzaj więc jej

nie poganiaj siebie

przed grobem Syna Bożego

jej oddaj głos

nie patrz na zegarek

cierpliwie pozostań przy zmarłym

dzięki któremu żyjesz

po naszej stronie kamienia leżącego przed grobem

od samego rana poruszenie

modlitwa na lewo koszyczki na prawo

albo odwrotnie

bo to bez znaczenia

już odświętne stroje

obowiązkowe życzenia

a wieczorem Wigilia Paschalna

i

mecz towarzyski w piłkę nożną

za kamieniem też wiele się dzieje

zmarli są poruszeni bo nadszedł wyzwoliciel

wreszcie mogą odetchnąć

nabrać powietrza pełną zbawioną piersią

już są gotowi do alleluja

wiedzą jak zabrzmi

ale harfy trąby i cymbały

jeszcze nie otrzymały rozkazu

i głosy jednak jeszcze w nieoptymalnej dyspozycji

bo Jego oczy są wciąż zamknięte

kiedy otworzy to będzie znak

świece rozświetlą mrok

kadzidło uniesie modlitwę

dzwony ogłoszą życie

po tej i tamtej stronie ten sam hymn zabrzmi

alleluja

Krzyż

Wielki Piątek. To dzień ogołocenia. Jezus Chrystus ogołocił się ze wszystkiego. Wszystko zostało Mu zabrane. A wszystko to dla nas. Dlatego to my, każdy jak może, bierzemy udział w Jego ogołoceniu: poprzez post, modlitwę, jałmużnę, umartwienia…

Jesteśmy dziś z naszym Panem w Jego uniżeniu. Także nasze świątynie ogołocone są z wszelkich ozdób, nie sprawuje się Eucharystii. W centrum stoi krzyż – symbol ogołocenia – najstraszliwsza kara śmierci, jaką wymyśliła starożytność. To nie jest gloryfikacja cierpienia, jak nas niektórzy oskarżają, bo też nie cierpienie i śmierć Jezusa nas zbawiły. To gloryfikacja miłości, która w ten sposób się wyraziła. Czy mogło być inaczej, albo raczej, czy może być inaczej, bo przecież krzyż jest stałą rzeczywistością w życiu ludzi, w naszym życiu? Najwidoczniej nie, bo Bóg jest Miłością i gdyby się dało inaczej, nie sięgałby po takie środki.

Krzyż jest też obrazem miłości, która nie cofa się przed niczym, nawet przed największymi ofiarami, która kocha także nieprzyjaciół. Jezusowe słowa „Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34) brzmią przez całe wieki i są wyrazem tej miłości, która nie tylko przebacza, ale modli się i usprawiedliwia oprawców, zarówno tych z czasów ziemskiego życia Jezusa, jak i wszystkich, którzy na przestrzeni wieków przez świadomie wybrany grzech i zło zadają kolejne rany cierpiącemu Bogu.

Krzyż jest obrazem starcia sił ciemności z Miłością Boga. To straszliwa walka, w której my również uczestniczymy. To naprawdę walka na śmierć i życie i kto ją lekceważy, już przegrał.

Krzyż jest wreszcie wyrazem logiki Bożej w zbawianiu świata i każdego z nas. Każdy z nas ma swój własny krzyż, który – powiedzmy sobie to szczerze – jest w naszym życiu czymś, co wydaje się absurdalne i kompromitujące nas, a zarazem stojącym w samym centrum naszego życia i powołania. Szatan używa go w naszym życiu, by nas przekonywać, że Bóg je źle urządził, że nie jest Miłością. Ale i nasze krzyże są wyrazem miłości i mądrości Bożej. Przyjmijmy to z wiarą patrząc na krzyż Jezusa. Nasza dzisiejsza adoracja krzyża Jezusowego będzie mieć w sobie coś z fałszu, jeśli nie akceptujemy naszego własnego krzyża. Adorując krzyż prośmy Pana, abyśmy pokochali tę Jego logikę zbawiania świata i nas samych i abyśmy w niej zgodnie z naszym powołaniem uczestniczyli.

Pascha, Eucharystia i Kapłaństwo

Było to przed Świętem Paschy. Jezus widząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował.

W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty, syna Szymona, aby Go wydać, widząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło, nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. (J 13,1-5)

Wielki Czwartek. Pamiątka ustanowienia Eucharystii i Kapłaństwa. To dzień, w którym szczególnie myślę o tych wszystkich, których Pan Bóg postawił na drodze mojego kapłańskiego powołania. Dlatego pozwólcie na początku tych rozważań na taką osobistą refleksję: Zawsze mówiłem, że Pan Bóg dał mi wyjątkowych rodziców chrzestnych, o których nie waham się powiedzieć, że to święci ludzie, choć w zasadzie różniło ich wszystko. Mój ojciec chrzestny był (bo przed 20 laty odszedł do domu Ojca) profesorem, historykiem, badaczem a przy tym do końca zachował dziecięca wiarę i ufność Panu Bogu. Nigdy nie wstydził się przyznawać do swojej wiary i jej bronić, chociaż w żył w czasach gdy takim osobom, nie ułatwiano naukowej kariery.

Z kolei moja chrzestna, to kobieta, która skończyła zaledwie szkołę podstawową i zawodową, ale całe jej życie, wszystko, co robiła, jak pracowała, jak służyła innym było przeniknięte wielką miłością i wiarą. Dla obojga jednym z najważniejszych punktów dnia była zawsze obecność na Mszy św. I oboje zgodnie mówili, że w kościele, na Eucharystii czują się jak u siebie.

Piszę te słowa, bo one skłaniają nas do postawienia sobie pierwszego ważnego pytania, które powinno paść przy okazji Wielkiego Czwartku, przy okazji tego Wieczernika, do którego nas wszystkich Chrystus dzisiaj zaprosił: Czy ja w kościele, na Mszy świętej czuję się jak u siebie? Każda Eucharystia będzie dla nas tym bardziej owocna, kiedy odkryjemy, że jesteśmy u siebie; że stół, który Pan Bóg dla nas zastawia jest stołem przygotowanym nie dla jakiegoś anonimowego tłumu, ale dla ciebie i dla mnie, których Bóg zaprosił tu po imieniu.

Bóg nie chce, abyśmy przychodząc na Mszę świętą byli obserwatorami, kimś, kto tylko przygląda się temu, co się tu dzieje, ale aby każdy zaangażował się w to całym sercem, bo tu jest Wieczernik a w Wieczerniku jest miejsce dla każdego. W Wieczerniku jest miejsce na każdą historię życia.

I kolejne pytanie, które warto sobie dziś zadać: Dlaczego przychodzę na Msze świętą? Co nas tu zbiera, co nas zbiera w każdą niedzielę; co nas zbiera tu dzisiaj? Myślę, że prawdziwa odpowiedź jest tylko jedna: zbiera nas tu fakt, że jesteśmy głodni, każdy na swój sposób. JESTEŚMY GŁODNI MIŁOŚCI! Bo tylko miłość jest w stanie nadawać sens naszemu życiu z jego trudami, zmaganiami, z jego przemijaniem, cierpieniem i radością. I nie mam wątpliwości, że są tutaj tacy, którzy tę miłość przeżywają. Są tacy, którzy za miłością tęsknią. Są tacy, którzy usilnie jej poszukują. Są tacy, którzy wątpią w to, że Bóg rzeczywiście kocha ich bez względu na wszystko. Są też tacy, którzy miłość zdradzili i tacy, którzy w miłości zostali zdradzeni. Są wreszcie tacy, którzy zbudowali sobie mur w sercu, aby więcej nie doświadczyć zranienia w miłości, żeby miłość już więcej nie bolała.

I bez względu na to w jakim miejscu dzisiaj jesteś Bóg chce cię dzisiaj spotkać, aby przeżyć z tobą Paschę. Bo Pascha to jest przejście. To jest doświadczenie wyjścia z tego, co jest niewolą do tego, co jest wolnością. Aby móc cieszyć się wolnością muszę jednak chcieć zrezygnować z tego, co mnie zniewala. Muszę zgodzić się, aby Bóg, który pragnie abym żył w wolności, wszedł w moje życie i pokonał to, co tej wolności dziecka Bożego zagraża.

Pascha to nie jednokrotne doświadczenie, ale to droga, do której Jezus nas zaprasza jak mówi dzisiejsza Ewangelia: „Jezus widząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował”. Jest to droga, którą Jezus prowadzi nas do Ojca, do zjednoczenia z Bogiem. Droga, która prowadzi przez mękę i krzyż, ale na cierpieniu się nie kończy. Pascha to zgoda na to, aby Jezus, który nas do końca umiłował wszedł w nasze życie i poprowadził nas od tego, co jest iluzją do tego, co jest spełnieniem naszych najskrytszych pragnień i marzeń; marzeń o miłości, marzeń o spełnieniu. Bo ten świat choć próbuje nas przekonywać, mamić, świecić, to przecież nas nie nasyci. Świat nie ma w sobie odpowiedzi na te pragnienia, które Bóg złożył w naszych sercach. Nie ma takiej mocy. Choćby się bardzo świat starał, to nie ma. Bo Bóg tak stworzył nasze serca, że one są skierowane ku Niemu. I Jezus chce nas zabrać w tę podróż do Ojca, który jako jedyny może odpowiedzieć na pragnienia naszego serca. On chce zabrać nas przechodząc przez to co nasze. Przez to, co najbardziej w nas i w naszym życiu szlachetne i przez to, co najbardziej bolesne i grzeszne. Te wydarzenia paschalne, które rozpoczynają się dzisiejszą liturgią a zakończą się w Niedzielę Zmartwychwstania to nie wspomnienie czegoś, co wydarzyło się w przeszłości, ale to rzeczywistość, która się dzieje tu i teraz. Bóg chce teraz wejść w twoje i moje życie i zabrać nas ze sobą w duchową podróż, której celem jest zbawienie. Pytanie tylko czy ja Mu na to pozwolę? Czy pozwolę mu wejść w moje radości, w moje słabości, cierpienia, zwątpienia?

I tu pozwólcie, że wrócę na chwilę do mojej osobistej historii i wspomnianego już przeze mnie mojego ojca chrzestnego a zarazem wuja, który jako pierwszy mając w sobie wielką wrażliwość człowieka wierzącego domyślił się, że chcę wstąpić do seminarium. Nikt o tym jeszcze nie wiedział, nikomu o tym nie mówiłem, ale on pierwszy to czuł. I potem, gdy byłem w seminarium zawsze towarzyszył mi modlitwą i pytał przy każdej okazji: Jak mi tam jest? Czy jestem szczęśliwy? Czy mam co jeść. Czy mam pieniądze? Czy mamy w seminarium ciepło. To były pytania zatroskanego człowieka. Ale zadawał też pytania, które mnie często rozkładały. I kiedyś, przy okazji kolejnej rozmowy telefonicznej, kiedy już powiedziałem, że wszystko mam, że niczego mi nie brakuje, że jest mi dobrze on zapytał mnie: „A szyneczkę taką dobrą, swojską masz?” – Szyneczki dobrej nie mam – odpowiedziałem. „A widzisz – mówi wujek – to ja ci przywiozę”. I przywiózł. I raczyliśmy się tą wiejską szyneczką z kolegami przez kolejne dni.

Oczywiście nie przywołuję tej historii po to, aby się chwalić dobrym chrzestnym, choć rzeczywiście był takim człowiekiem, ale dlatego, że w tej jego postawie ja odkrywałem prawdę o moim Bogu i o mnie. O Bogu, który prawdę o swojej miłości ukazuje przez miłość drugiego człowieka. O moim Bogu, który szuka cały czas takiej przestrzeni, w której się może zmieścić w moje życie. Bo ja często mówię: Tu Cię nie potrzebuję; tu mam; tu sobie radzę; tu jestem samowystarczalny; tu jest dobrze, tu O.K. A Bóg cierpliwie czeka aż Mu powiem: tu Cię potrzebuję! I pozwolę Mu wejść w moje życie. Potrzebuję Cię, bo tylko Ty potrafisz znaleźć odpowiedź na daną sytuację. Bo tylko Ty jesteś w stanie nadać naszemu życiu taki smak, jakiego nie da mu nic na świecie. I kiedy spoglądam na moje życie, to myślę, że na szczęście rok za rokiem takich zaproszeń Boga do mojego życia, do sytuacji, z którymi sobie nie radzę jest coraz więcej. I rok po roku odkrywam, że coraz bardziej Go potrzebuję z Jego mocą i Jego łaską.

I dzisiaj jest taki dobry dzień, abyśmy zobaczyli, gdzie potrzebujemy tej obecności Boga, choć może dotąd oszukiwaliśmy siebie samych, że sobie z tym poradzimy. Dzisiaj jest ten moment, w którym warto zobaczyć, gdzie zaprosić Jezusa, by On wszedł w moje życie i przeprowadził mnie do nowego życia.

I zobaczmy od czego Jezus zaczyna. Nie od słów. To my jesteśmy przyzwyczajeni, że często zaczynamy od słów i deklaracji, z których później równie często nic nie wynika. Jezus zaczyna od czynu, od gestu, który ma w sobie dużo mocy i którego nie sposób zlekceważyć.

I to ciekawe, że św. Jan Apostoł w swojej Ewangelii robi coś zupełnie innego niż pozostali ewangeliści. Tam gdzie inni ewangeliści opisują ustanowienie Eucharystii, Jan opisuje gest umycia uczniom nóg. I nie bez powodu Kościół Wschodni nazywa św. Jana teologiem. Bo dla nich jest to apostoł, który widział więcej, patrzył głębiej, który dotykał sedna i istoty.

Dlaczego Jan zamiast zamieścić opis ustanowienia Eucharystii zamieszcza ten opis umycia nóg? Bo on w ten sposób chce nam pokazać, że Eucharystia kiedy ją głęboko przeżyjemy i się nią karmimy nie może pozostawić nas obojętnymi. Innymi słowy Jan pokazał czym Eucharystia ma dla nas być i jak ma się przekładać na nasze życie. Bo jeżeli się nie przekłada, to znaczy że się nią słabo karmimy, albo nie pojmujemy co się w niej dzieje.

Św. Augustyn w komentarzu do dzisiejszej sceny ewangelicznej napisze: „Czemu się dziwisz, że Jezus zdjął z siebie szaty i przepasał się prześcieradłem. Czemu się dziwisz? On wcześniej zdjął z siebie bóstwo i przepasał się człowieczeństwem”. To my mamy zwyczaj się przyodziewać, stroić bogactwem, tytułami odznaczeniami, żeby coś znaczyć; żeby mieć coś, co doda nam wartości i splendoru. Mamy zwyczaj zakładać różne maski.

Jezus pokazuje coś innego. Nalał wody do miednicy i klęknął przed człowiekiem, żeby nic nie krępowało Jego miłości do mnie. Żeby nic nie stało na przeszkodzie Jego miłości. Choć Piotr wzbrania się przed tym, chcąc instruować Jezusa jak powinien czynić, bo on miał swój pomysł na to, jak powinien postępować Mesjasz. Niby wiele się nauczył, ale nadal nic nie rozumie, że nawet jeśli nie rozumiemy Bożej miłości, to warto za nią pójść, warto jej zaufać, bo ona nas nigdy nie zawiedzie.

A Bóg klęka przed człowiekiem, dlatego, że tylko tu, gdzie jest miłość możemy i odkryć, że służba, to nie jest upokorzenie. Że nie służymy naprawdę, bo tak trzeba, ale dlatego, że kochamy. Bo tylko miłość potrafi nadać służbie nową jakość, nowy smak. Jezus obmywa nogi wszystkim Apostołom, nie tylko wybranym, ale także Judaszowi. W tym geście jest wielka symbolika, bo to nogi niosą nas przez życie, często bywają zmęczone, obolałe, spuchnięte. A Jezus dotyka najpierw tego, co obolałe, co zabrudzone, co zbrukane, tego, czego być może się wstydzimy. Czyni to dlatego, żebyśmy się nie przerażali Jego miłością. I myślę, że im bardziej Mu na to pozwolimy, tym bardziej będziemy doświadczali, że ta miłość nadaje sens i przemienia to, co musi być w nas przemienione i uzdrowione. I tym łatwiej będziemy tę miłość nieść innym.

I na koniec tych rozważań niech mi będzie wolno przywołać tekst mojego ulubionego autora duchowego, znanego trapisty, Thomasa Mertona, który pisał: „Często wydaje się ludziom, że mają kochać. I to prawda. Lecz sednem chrześcijańskiej miłości nie jest wola kochania, ale wiara w to, że jest się kochanym”.

I życzę Wam moi drodzy, aby kolejne, daj Boże jak najgłębsze przeżycie Triduum Paschalnego pozwoliło nam na nowo odkryć tę miłość Boga do nas i na nowo się nią zachwycić.