Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie. (J 12,30-33)
Od dnia odejścia Chrystusa z tego świata, po wypełnieniu Jego zbawczej misji i powrocie do Ojca, chrześcijanie wszystkich pokoleń szukają sposobów na poznanie Go i zbliżenie się do Niego. Zwłaszcza, że jak sam mówi, mimo, że idzie do Ojca, to „pozostanie z nami, przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. A zatem poszukiwanie bardzo realnej więzi z Chrystusem tu na świecie jest jak najbardziej na miejscu. Ta więź różni się od więzi, jaka była udziałem Apostołów, bo pozostaje więzią duchową a nie fizyczną, jak w ich przypadku, ale nie znaczy to, że mniej realną czy mniej silną. Napisano o tych duchowych sposobach nawiązywania relacji z Jezusem tysiące dzieł i traktatów, z których możemy korzystać, choć musimy pamiętać, jak mówi dzisiejsze pierwsze czytanie, że poznanie Boga jest darem Bożym, co nie znaczy, że zwalnia nas od naszych osobistych poszukiwań prowadzących do lepszego poznania Jezusa. Dzisiejsza Ewangelia daje nam w tej kwestii trzy fundamentalne wskazówki, które warto wziąć do serca:
Pierwsza to ludzie. Święty Jan pisze o Grekach, którzy przyszli, żeby „ujrzeć Jezusa”. Od ucha do ucha, od słowa do słowa prośba w końcu trafia do samego Chrystusa. Warto w poszukiwaniu relacji z Jezusem korzystać z doświadczenia tych, którzy już Go znają, którzy szukali Go przez całe życie i mogą innych ku Niemu pokierować. Nikt oczywiście tej relacji nie zbuduje za nas, ale nie warto odkrywać czegoś, co już dawno jest poznane, i wyważać drzwi już dawno otwartych.
Druga wskazówka to radykalizm. Jezus na prośbę Greków odpowiada opowieścią o obumierającym ziarnie i nienawiści do tego świata. Nie chodzi tu oczywiście o pesymistyczną wizję życia skoncentrowanego na cierpieniu, ale o radykalizm decyzji o poszukiwania Jezusa. Trzeba wszystko postawić na jedną kartę i być gotowym na zrezygnowanie ze wszystkiego, co miałoby się sprzeciwiać temu poszukiwaniu. Mówiąc inaczej: nie da się szukać Boga tylko trochę.
Dzisiejsza niedziela niesie ze sobą również ważny symbol, który warto dobrze odczytać. Od dzisiaj bowiem do Wielkiego Piątku zostają zasłonięte krzyże w kościołach. Warto spoglądając na zasłonięty krzyż pytać siebie, co w moim życiu przysłania mi Jezusa, co sprawia, że zamiast być pierwszym w moim życiu, jak przystało na Jego ucznia, spycham Go na dalszy plan?
Trzecia wskazówka, którą przynosi dzisiejsza Ewangelia, to właściwa perspektywa. Jezus kończy swoje słowa zapowiedzią wywyższenia na krzyżu, w którym przyciągnie wszystkich do siebie. Czyli ostatecznie to On sam sprawia, że zbliżenie się do Niego jest w ogóle możliwe. To Jego miłość wyrażona najpełniej śmiercią na krzyżu przyciąga nas do Niego i nawet największe nasze wysiłki na nic się zdadzą, jeśli nie będziemy żyli w przekonaniu, że to On sam prowadzi nas do siebie i Jego pragnienie bycia z nami jest nieskończenie większe od naszej chęci poznania Go i jest dla nas największą łaską.
Na końcu mówiąc o perspektywie warto pamiętać, że poznanie Jezusa odbywa się na drodze życia wewnętrznego a nie zewnątrz, wedle słów: „Niebo jest w tobie. Powstrzymaj próżny bieg, Bóg nie jest tam, gdzie sądzisz. On trwa w tobie a ty wciąż dokoła błądzisz.” (Angelus Silesius)
Ojciec bowiem nie sądzi nikogo, lecz cały sąd przekazał Synowi, aby wszyscy oddawali cześć Synowi, tak jak oddają cześć Ojcu. Kto nie oddaje czci Synowi, nie oddaje czci Ojcu, który Go posłał. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie idzie na sąd, lecz ze śmierci przeszedł do życia. (J 5,20-25)
Wśród rzeczy, które mówi dziś Pan Jezus są takie, które odnoszą się szczególnie do wszystkich tych, którzy w ciągu historii w Niego uwierzą: słuchać Jezusa i wierzyć w Niego to mieć już życie wieczne. Oczywiście, to nie jest jeszcze ostateczne życie, ale już uczestnictwo w obietnicy. Trzeba, żebyśmy tym żyli i żebyśmy czynili wysiłek słuchania słowa Jezusa jako tego, czym w istocie jest: Słowem Boga, które zbawia.
Innymi słowy medytacja Słowa Bożego musi stanowić nawet nie część, lecz fundament naszych zwyczajnych praktyk religijnych. Słowo Boże to nie tylko to, co nas formuje, jako Jego uczniów: kształtuje nasz sposób mylenia, nasz sposób widzenia świata i wydarzeń, czy nasze działanie; słowo Boże to także fundament naszej wiary, bo jak mówi Pismo Święte w innym miejscu: „Wiara rodzi się ze słuchania, a tym, co się słyszy jest słowo Chrystusa (Rz. 10,17)
Przywoływany tu często Mistrz Eckhart zwykł mawiać, że „słowo Jezusa jest kluczem, który otwiera nam drzwi do życia wiecznego, pod warunkiem wszakże, że żyjemy tym słowem a nie jesteśmy tylko jego słuchaczami”.
Zaś święty Efrem Syryjczyk nauczał że, „nawet jedno Słowo Boże jest niewyczerpanym źródłem życia”. Tej prawdy doświadczamy właśnie w medytacji monologicznej. Ograniczamy się w niej do skupienia na jednym słowie (jednym wersecie). Pragnąc jednak, aby ono nie tylko dotarło do naszych uszu, ale też zakorzeniło się w naszym sercu powtarzamy je przez cały czas trwania tej modlitwy, bo jak mówi stare łacińskie przysłowie: „Powtarzanie jest matką uczących się”. Powtarzamy je, aż słowo to przylgnie do naszego serca, aż zacznie żyć swoim życiem, które ma w sobie a przy tym ożywiać nas samych od wewnątrz, począwszy od naszego serca; od tego, co stanowi nasze centrum i miejsce spotkania z Bogiem.
To nie przypadek, że wezwanie, po które sięgamy w medytacji monologicznej jest ściśle związane z imieniem Jezus. Czynimy to dlatego, iż wierzymy że w tym Imieniu jest nasze zbawienie i uzdrowienie i że mocą tego Imienia Bóg stworzył wszechświat a zatem w tym jednym Imieniu, które było pierwszym Słowem wypowiedzianym przez Boga zamykają się wszystkie inne słowa, które możemy znaleźć w Biblii. W tym Słowie zawarta jest cała mądrość potrzebna nam do dobrego i świętego życia i potrzebna do osiągnięcia zbawienia.
Warto pamiętać jednak, że maksyma mówiąca, że wiara rodzi się ze słuchania dotyczy nie tylko wiary w Boga. Dotyczy to każdego rodzaju wiary. Wsłuchując się bezkrytycznie w narrację świata, również z czasem zaczynamy przyjmować sposób myślenia, który próbuje nam narzucić świat. Dlatego im bardziej świat pragnie nas zarazić swoim sposobem myślenia i widzenia, często przez nachalny i głośny krzyk dochodzący do nas różnymi kanałami, tym bardziej trzeba nam uciekać w doświadczenie ciszy, w której jedynym słowem, którym pragniemy się karmić jest słowo Boże.
Na szczęście jest to słowo, które ma większą moc niż słowo świata i jeżeli z wsłuchiwania się w nie w ciszy naszego serca uczynimy praktykę naszej codziennej modlitwy, doświadczymy, że jego moc nie tylko objawia się w naszym codziennym doświadczeniu przez to, że staje się ono w nas zaczynem naszego myślenia i działania, ale też że potrafi uzdrowić w nas to, co zostało skażone poprzez nasze fałszywe ja i jego sposób postrzegania rzeczywistości.
Jezus powiedział do Nikodema: „Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. (J 3,14)
Większość z nas od dzieciństwa jest przyzwyczajonych do obecności krzyża. Inną jednak sprawą jest to, jak traktujemy ów symbol. Dla jednych – zgodnie z nauczaniem św. Pawła z 1 Listu do Koryntian – krzyż będzie głupstwem, dla innych zgorszeniem. Jeśli jednak mówić o spojrzeniu wynikającym z wiary, to winien on być w pierwszym rzędzie znakiem miłosiernej miłości Boga. [por. 1 Kor 1, 23-24]
Prawda o Bogu, który jest „bogaty w miłosierdzie” w tajemnicy krzyża osiągnęła swój szczyt. Dla niektórych wręcz jest to miłosierdzie posunięte aż do absurdu, dlatego tak trudno wielu ludziom wciąż przyjąć dlaczego Jezus wybrał tak skrajne niezrozumienie i w konsekwencji odrzucenie? Dlaczego Bóg dla swojego umiłowanego Syna wybrał taką a nie inną śmierć? Jest tylko jeden powód: „Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”.
Można powiedzieć, że w tym jednym zdaniu streszcza się cały sens i treść Ewangelii. Gdybyśmy byli gotowi przyjąć tę prawdę zarówno umysłem jak i sercem i uwierzyć w nią bez zastrzeżeń, nie byłoby już nic innego do dodania. Pozostałoby tylko adorować tajemnicę tak wielkiej miłości Boga, który nie cofnie się przed niczym, aby zbawiać człowieka. Na tym uwielbieniu zresztą będzie polegała wieczność, gdy w pełni pojmiemy czym jest prawdziwa miłość Boga. „Gdybyśmy pojęli to dzisiaj – mówił św. Augustyn – nie popełnili byśmy więcej żadnego grzechu!” Zresztą tradycja mówi, że po nawróceniu nie popełnił już nigdy grzechu ciężkiego.
Chciałbym jednak abyśmy się zatrzymali przy trzech prawdach ukazanych w dzisiejszej Ewangelii.
Pierwsza prawda, to prawda o wszechmocy i wolności Boga, które są podstawą Jego miłości. Bóg jest Tym, który stworzył świat, kocha ten świat i chce go zbawić. Jego działaniu nic nie może przeszkodzić – ani szatan, ani grzech. Czasami jest w nas pokusa dualistycznego myślenia, zgodnie z którym Bóg stworzył świat, ale szatan będąc prawie tak potężny jak Bóg pokrzyżował Mu plany i wobec tego Bóg musi teraz walczyć z szatanem i grzechem, który jest owocem jego działania. Ale to nieprawda: Boże działanie nie zostało zakłócone, bo nikt nie może go zakłócić: Tak jak kiedyś, tak i dzisiaj Bóg stwarza, kocha i zbawia człowieka. Oczywiście nie może tego zrobić bez nas, bo uczynił nas wolnymi. Do uświęcenia i zbawienia nas Bóg potrzebuje naszego „tak”. Dlatego szanuje nasz wolę nawet wówczas, gdyby ona odwróciła się od Niego i wzgardziła Jego miłością. Choć to wielki paradoks, że człowiek, który został stworzony do miłości i nieustannie jej szuka, potrafi odwrócić się od Tego, który jest jej Źródłem!
Z tą pierwszą prawdą związana jest kolejna: Bóg nie potępia! Potępienie jest odrzuceniem Boga przez człowieka a nie odwrotnie! Człowiek potępia się przez to, że nie chce przyjąć Bożej miłości i łaski. Dla tego, kto żyje w jedności z Chrystusem, nie ma już potępienia! Ale musi to być prawdziwa jedność, na Jego warunkach a nie na naszych! My niestety mamy czasem pokusę, aby kogoś potępić: zerwać wspólnotę z osobą, której postępowanie nam się nie podoba. Bóg tak nie może, bo to byłoby zaprzeczeniem Jego miłości do człowieka.
Dlatego sens naszego życia to nie tyle sprawa tego, czy zrobimy większą czy mniejszą karierę zawodową (z czego nie wynika, że nie należy jej robić!); nie tego, czy będę bardziej czy mniej zamożny, a nawet, czy będę bardziej czy mniej zdrowy. Sens naszego życia zależy przede wszystkim od tego, czy uwierzę, że zrodziło się ono z miłości Boga i będę chciał uczynić je konsekwencją tej miłości i wiary przez moje dobro, które potrafię na każdym kroku ofiarować innym. Bo tylko wtedy moje życie będzie dla innych znakiem miłości Boga, podobnie, jak znakiem tej miłości był symbol węża lub krzyż. To wielka nobilitacja i wielka odpowiedzialność być w świecie znakiem miłości Boga. Bo pamiętajmy, że ostatecznie właśnie z miłości będziemy sądzeni! (św. Jan od Krzyża)
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. (Mt 5,17-19)
Mając świadomość, że Prawo żydowskie zawierało 613 przepisów, nie licząc Dekalogu i innych generalnych nakazów jak chociażby nakaz miłości bliźniego trudno byłoby sobie wyobrazić jak Jezus wypełnia je wszystkie szczegółowo, dodając do tego jeszcze zalecenia proroków (mając świadomość, że wiele z tych szczegółowych przepisów ku wściekłości faryzeuszy ostentacyjnie przekraczał właśnie w imię dobrze pojętej miłości). Musi być zatem jakiś inny sposób wypełniania Prawa i wezwań kierowanych w nauczaniu Proroków o jakim mówi Chrystus. I oczywiście, że jest! Całe Bowiem Prawo (zwłaszcza, jeśli jest Bożym prawem) i przesłanie proroków łączą się w jednym – realizacji woli Bożej. I Chrystus wielokrotnie przyrównywał wypełnianie woli Ojca do pokarmu, który się karmi.
Można by zapytać, co to ma wspólnego z medytacją? Otóż wszystko!
Nie chcę powtarzać tego, o czym wspominaliśmy już niejednokrotnie, że jednym z zadań stojących przed każdym chrześcijaninem, pragnącym naśladować Jezusa jest wpisywanie się (a w szerszym rozumieniu całego swojego życia) w naśladowanie Chrystusa w wypełnianiu woli Bożej. Doświadczenie wiary uświadamia nam, że są różne „kanały” przez które Pan Bóg komunikuje człowiekowi swoją wolę. Jednak bez wątpienie pierwszym, najważniejszym i stałym punktem odniesienia dla rozeznawania woli Bożej jest słowo Boże, jakie znajdujemy w Biblii. A medytacja, to nic innego jak właśnie sztuka wsłuchiwania się w słowo Boże. Bez względu na to czy weźmiemy na tapetę medytację monologiczną czy też odprawianą w formie lectio divina lub w jej szerszych formach medytację suplicjańską czy karmelitańską wszędzie istota tej formy modlitwy jest taka sama: wsłuchać się w słowo Boże po to, aby ostatecznie mogło się ono zakorzenić w sercu, jako fundament naszego sposobu myślenia i postępowania.
Aby jednak mogła zaistnieć medytacja musimy przede wszystkim być. Musimy chcieć stanąć w obecności Boga, pozwalając, aby wszystko inne zeszło na ten czas na dalszy plan. Jest to postawa, która wymaga od nas zaangażowania, skupienia określanej inaczej mianem uważności, jeśli w ogóle mamy doświadczyć owoców medytacji. Wbrew pozorom postawa uważności również otwiera nas na odkrywanie woli Bożej, która poza słowem jakie znajdujemy w Piśmie Świętym objawia się w m. in. wydarzeniach dnia codziennego, w naszych przeżyciach, w natchnieniach pochodzących z naszego wnętrza czy sumienia. Aby jednak umieć wychwycić te sygnały, poprzez które przychodzi do nas rozeznanie tego, co jest wolą Bożą trzeba nam właśnie uważności i wrażliwości, które wypracowuje się właśnie w praktyce medytacji. Fenomen modlitwy medytacyjnej polega na tym, że czyni nas ona bardziej wrażliwymi i uważnymi na ten rodzaj mowy Boga, który łatwo nam umyka, gdy mamy rozproszony umysł i zamiast skupić się na chwili obecnej, na tym co jest tu i teraz (bo tylko tu i teraz przeżywamy realnie nasze życie) miotamy się między przeszłością, której już nie ma i nie wróci a przyszłością, o której nie wiemy czy w ogóle będzie.
Ojciec Raniero Cantalamessa pisze, że odkrywanie woli Bożej nie jest niczym innym jak umiejętnością albo darem nawiązania serdecznego kontaktu z Jezusem obecnym w naszym życiu. Medytacja daje nam tę szczególną możliwość, że intuicyjnie pozwala nam się skupiać się na rzeczywistości Bożej (którą może być świadomość Bożej obecności; jakiś przymiot Boga, tajemnica z życia Jezusa, czy – jak w przypadku medytacji monologicznej czy w Modlitwie Jezusowej – na jednym konkretnym wersecie), które pozwalają nam nawiązać relację z Bogiem i radować się prostotą tej relacji. „W medytacji – jak zaznacza o. Cantalamessa – poszukujemy prawdy i radujemy się, że odnaleźliśmy ją w słowie Bożym, które zakorzenione w naszym sercu sprawia, że prawda ta zaczyna w coraz większym stopniu przenikać nasze życie. W ten sposób niepostrzeżenie jednoczymy się z wolą Bożą. A co nie mniej istotne, gdy źródłem odkrywania woli Bożej staje się spotkanie, które cechuje wolność, miłość i radość bycia w obecności Boga, wola ta wydaje się mniej opresyjna, gdyż dzięki medytacji przychodzi do nas przez pośrednictwo serca niż w wypadku gdy odkrywamy te wolę Bożą jako coś narzuconego z zewnątrz (np. w postaci przykazań) przy braku osobistej zażyłości z Bogiem.
Ostatnio przeczytałem proste zdanie oddające myślę istotę medytacji: „ Nie trzeba nawet nic mówić, wystarczy trwać w milczeniu, w obecności Boga, będąc pewnym, że On jest tu jest ze swoją miłującą obecnością – to pod każdym względem dobrze robi!”
Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie oraz siedzących za stołami bankierów. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powyrzucał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: „Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu Ojca mego targowiska”. Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: „Gorliwość o dom Twój pożera Mnie”. (J 2,13-17)
Słuchając Ewangelii o oczyszczeniu świątyni, można popełnić szereg błędów.
Można na przykład zrozumieć to wydarzenie na wzór handlarzy i tych, którzy czerpali zysk z wypracowanego przez nich utargu. Ci ludzie wydają się słusznie oburzeni na Jezusa, ze względu na to, że swoją gwałtowną reakcją psuje im interes. Są przekonani, że ich usługi są cenione i potrzebne. Tymczasem jakiś szalony kaznodzieja próbuje zburzyć to przekonanie.
Wbrew pozorom to nie jest postawa abstrakcyjna, taka, która by nie dotyczyła ludzi współczesnych. Dla chrześcijan ta scena jest przestrogą by nie „czerpać zysku” z Jezusa, co do którego jesteśmy przekonani, że zawsze jest delikatny, pokorny, cichy, przyjmuje grzeszników i celników bez żadnego „ale”. Lokowanie swoich przekonań i wiary w obrazie Jezusa pozbawionego surowości może nas uspokajać. Nieustannie dobre samopoczucie towarzyszące wierze to jednak znak, że nasza wiara została niebezpiecznie zakonserwowana. A to z kolei oznacza, że zamyka się ona na tajemnicę, że nie przyjmuje niczego, co może ją zaskoczyć, również Boga i buntuje się przeciw Niemu, gdy Ten zaskakuje człowieka krzyżując jego plany na życie, chcąc go poprowadzić inną – czytaj lepszą drogą do zbawienia. Jak często w naszym życiu wiary jest tak, że jesteśmy gotowi iść bez zastrzeżeń za Jezusem, dopóki Ten nie burzy ustalonego przez nas porządku tej wiary?
Można też spojrzeć na to wydarzenie przez pryzmat tych, którzy przybyli do świątyni z pobożności, żeby złożyć ofiarę. Korzystają oni z usług handlarzy, bo dokonany u nich zakup gwarantuje, że dar składany w świątyni nie będzie odrzucony przez kapłana składającego ofiarę. Noszą jednak w sercu tęsknotę, której boją się wprost wyrazić, dlatego czują respekt przed Jezusem, który ma odwagę uczynić to za nich. Jest to tęsknota za spotkaniem z Bogiem w ciszy, w skupieniu, na którą nie pozwala wszechobecny zgiełk. Chrystus swoim gestem wstrząsa nie tylko targowiskiem, ale również ich sumieniami.
I znowu moglibyśmy zapytać: Czy jest to spojrzenie odległe od doświadczenia nas – współczesnych chrześcijan świadomych grzechów, z którymi się pogodziliśmy? Widzimy różne złe i grzeszne zachowania w naszym otoczeniu: w domu, w miejscu pracy, na uczelni, ale nie mamy odwagi powiedzieć, że to nie w porządku, żeby się komuś nie narazić. Najlepiej gdyby ktoś uczynił to za nas!
Wówczas chętnie schowali byśmy się za jego plecami udając słuszny gniew – tak jak pobożni Żydzi schowali się w świątyni za plecami Jezusa, który jako jedyny miał odwagę nazwać rzeczy po imieniu. Ta dzisiejsza Ewangelia jest rachunkiem sumienia z naszej wolności i niezależności, jako ludzi Boga, którzy w świecie powinni być znakiem lub jak kto woli solą ziemi i światłem świata. Tylko czy nimi rzeczywiście jesteśmy?
Ale obraz, który próbujemy zinterpretować byłby niepełny, gdyby zabrakło jeszcze jednego punktu widzenia – Jezusowego. Zobaczmy, że Chrystus działa bardzo rozważnie – nie niszczy klatek z gołębiami, ale domaga się, by je wyniesiono. Gniew Go nie zaślepia, bo kieruje się gorliwością o coś większego niż zadośćuczynienie swoim emocjom. Po długiej podróży do świątyni, w miejscu, w którym chce spotkać się z Bogiem, napotyka zgiełk, ryk bydła i krzyk handlarzy. Chce zanurzyć się w cichą obecność Ojca, a staje wobec jej profanacji.
To, co robi, obok fundamentalnego znaczenia – przywrócenia właściwej roli tej przestrzeni przeznaczonej do modlitwy – jest wskazanie na ciało jako świątynię. Mówiąc o swoim Ciele jako świątyni, którą odbuduje w ciągu trzech dni objawia swoją Boską chwałę, choć Apostołowie zrozumieją tę lekcję dopiero z perspektywy Jego zmartwychwstania. Ale przypomina nam również to, co potem w swojej teologii podkreśli święty Paweł, że nasze ciała są także a może przede wszystkim świątyniami, gdzie spotykamy się z Bogiem bardzo osobiście i bardzo intymnie. Warto zatem zadać sobie – w połowie wielkiego postu pytanie – jak wyglądają te świątynie i jak wyglądają nasze spotkania z Bogiem na modlitwie? Czy przypadkiem nasze serce nie przypomina często pełnej zgiełku świątyni, w której każdy – nasze emocje, nasze ego, nasze pragnienia mogą dojść do głosu – lecz paradoksalnie cichy głos Boga, który powinien być najważniejszy jest najmniej dla nas słyszalny?
Nieraz narzekamy na rozproszenia, które towarzyszą naszym modlitwom. Warto więc zapytać co robię, aby przygotować moje serce do tego by stało się przestrzenią prawdziwego spotkania z Bogiem. Jeśli nie będziemy mieli odwagi – tak jak Jezus – powyrzucać z naszego serca te głosy „przekupniów”, które skutecznie zagłuszają głos Boga, nie dziwmy się, że nie słyszymy Go, gdy On pragnie mówić do naszego serca.