Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Dar i wdzięczność

Wielki Czwartek – szczególny dzień, w którym dziękujemy Bogu za dar Eucharystii i Kapłaństwa. Dziękując Panu Bogu za dar mojego powołania zawsze myślę ciepło i serdecznie w tym dniu o tych wszystkich, których Pan Bóg postawił na drodze mojego kapłańskiego powołania i którzy jesteście dla mnie darem od Pana Boga.
Dziękuję za Was wszystkich, za Waszą obecność, pamięć w Modlitwie i dobro jakie otrzymuję od Was i przez Was. Dziękuję też za wiele gestów i słów życzliwości , jakie do mnie napłynęły. Noszę w sercu modlitewną pamięć o Was i w duchu wdzięczności zawierzałem Was wszystkich Panu Bogu i opiece Maryi Matki Kapłanów podczas Mszy sprawowanej wspólnie z prezbiterium warszawskim w archikatedrze św. Jana Chrzciciela. 
Dziękuję Wam i Bogu, że jesteście!!!

Medytacja – relacja wzniesiona na poziom serca

Pan Bóg mnie obdarzył językiem wymownym, bym umiał przyjść z pomocą strudzonemu przez słowo krzepiące. Każdego rana pobudza me ucho, bym słuchał jak uczniowie. Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja się nie oparłem ani się nie cofnąłem. (Iz 50,4-5)

Chciejmy zatrzymać się na tych pierwszych wersetach z dzisiejszego czytania zaczerpniętego z proroka Izajasza, gdyż wydają się być wymownym tekstem odnoszącym się do tego, co jest naszym udziałem w medytacji.

Pierwsza rzecz, o której mówi Izajasz, to dar wymowy, dar słowa. Warto czasem zapytać siebie, czy słowa, które wypowiadamy jako uczniowie Chrystusa niosą pokrzepienie, jak chce tego Izajasz? A jeśli nie, to dlaczego tak jest? Czyż nie jest tak, że zarówno Chrystus jak i inni mają prawo spodziewać się tego po nas, chrześcijanach, których wiara wyrasta właśnie ze Słowa (wcielonego) i to Słowa, które jest miłością. Czy nie jest tak, że uczeń Chrystusa, który jest zaproszony do nieustannego zasłuchania i karmienia się słowem Bożym, słowem miłości, powinien być także w swoim sposobie mówienia odbiciem tego słowa, w które się wsłuchuje?

Izajasz pisze, że Pan Bóg każdego rana obdarza nas szczególną łaską („Każdego rana pobudza me ucho, bym słuchał jak uczniowie”). Jest to łaska słuchania, gdyż słuchanie jest domeną ucznia. Można by zaryzykować pytanie: Czy ktoś, dla kogo wsłuchiwanie się w słowo Chrystusa i to wsłuchiwanie się nie z obowiązku, ale z potrzeby serca  nie jest codzienną praktyką może jeszcze mówić o sobie, że jest uczniem Jezusa? 

Izajasz uzupełnia swoją wypowiedź mówiąc, że nie opiera się ani nie cofa przed słuchaniem, co oznacza, że można się oprzeć słowu, które Bóg do nas kieruje. Cofnięcie się wobec słowa, które kieruje do nas Bóg jest niczym innym jak wycofaniem się z relacji, do której Bóg nas zaprasza posyłając do nas swoje słowo. Jest tak dlatego, że słowo, które Bóg do nas kieruje jest czymś więcej niż jednym ze słów, które do nas docierają każdego dnia. Św. Jan powie wprost: że Słowo, które było u Boga i było Bogiem, stało się ciałem. Jest to Słowo, które ma w sobie życie. I co więcej św. Jan stawia warunek: to Słowo musi być przez nas przyjęte, abyśmy mogli stać się dziećmi Bożymi. [por. J 1, 1-12]

A zatem wsłuchiwanie się w słowo, które kieruje do nas Bóg pozwala nam na nawiązanie osobowej relacji z Bogiem. W ten sposób Bóg realizuje swoją obietnicę, którą między innymi przyniósł na blisko osiem wieków przed narodzeniem Chrystusa właśnie przez proroka Izajasza a następnie potwierdził ją przez proroka Jeremiasza. Jest to obietnica mówiąca o tym, że Bóg wzniesie relację z człowiekiem na zupełnie inny poziom, poziom serca. Jest to obietnica o tym, że Bóg umieści swoje prawo w głębi naszego jestestwa i wypisze je w naszym sercu. Jak pisze znany teolog i kaznodzieja Domu Papieskiego o. Raniero Cantalamessa: „Nie chodzi już w tym wypadku o zewnętrzne prawo, ale o prawo miłości, prawo, któremu na imię Jezus.”

I jak mówi dalej Bóg: „nie będą się musieli wzajemnie pouczać mówiąc jeden do drugiego: >>Poznajcie Pana!<< Wszyscy bowiem od najmniejszego do największego poznają Mnie – wyrocznia Pana” [Jr 31,34]

Ta obietnica została ostatnio przywołana aż dwukrotnie w liturgii Wielkiego Postu, aby uświadomić nam, że została już spełniona. Dzięki Chrystusowi Bóg wznosi nas na zupełnie inny poziom poznania Go i relacji z Nim. A czyni to dzięki tajemnicy Chrystusa, w którą jesteśmy zanurzeni. Chrystus zresztą sam zapewnia, że kto poznał Jego, poznał i Ojca. [por. J 14,9]

Można zatem śmiało powiedzieć, że doświadczenie medytacji pozwala nam uczestniczyć w tej obietnicy właśnie dlatego, że zanurza nas w obecność Chrystusa i przez wsłuchiwanie się w słowo i odpowiedź daną z naszej strony na płaszczyźnie serca buduje jedyną w swoim rodzaju relację miłości między nami a Bogiem. Każdy zaś, kto raz pozwolił Chrystusowi włączyć się w tę relację nie będzie potrafił już bez niej żyć. Będzie ona kształtowała jego życie zarówno na płaszczyźnie rozumu, jaki na płaszczyźnie serca, co oznacza, że będzie ogarniała całego człowieka, pozwalając na to, by dzięki życiu słowem Bożym wciąż na nowo rodził się w nas nowy człowiek, stworzony według Boga w sprawiedliwości i świętości o czym pisze św. Paweł w Liście do Efezjan [por. Ef 4,22-24] To jest także owoc doświadczenia paschalnego, którego tajemnicę przynoszą nam dni, które są przed nami. Dobrze by stały się okazją do głębszego niż zwykle, wręcz medytacyjnego zasłuchania w to, co Pan Bóg chce nam w tych dniach powiedzieć.

Zdrada i przebaczenie

Jezus w czasie wieczerzy z uczniami swoimi doznał głębokiego wzruszenia i tak oświadczył: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeden z was Mnie zdradzi”. (J 13,21-22)

Dzisiejsza scena ewangeliczna ma miejsce chwilę po wymownej scenie umycia nóg uczniom przez Jezusa. Jest to gest, który pięknie wprowadza w tajemnice Eucharystii ustanowionej podczas Ostatniej Wieczerzy i uświadamia nam, że jest ona przede wszystkim ucztą miłości.

Na jej tle wyraźniej zostaje ukazany dramat dwóch postaci a w zasadzie wszystkich uczniów.

Jezus mówi wprost do swoich uczniów o zdradzie. Z jednej strony mamy Judasza, który przyjmie od Jezusa ostatni gest miłości i braterstwa – kawałek umoczonego chleba – zanim stanie po stronie ciemności i przeciwnika Boga. Ta scena jest mocno zaznaczona w opisie św. Jana. Z drugiej strony mamy Piotra, który składa deklaracje – niestety pustą, co Jezus mu boleśnie uświadamia – że gotów jest oddać życie na swojego Mistrza.

Niedługo potem zarówno pierwszy, jaki i drugi zdradzą Jezusa. Ta tragedia uczniów staje się jednak  tłem kolejnej prawdy: ukazuje nam bowiem niezrozumiałą dla nas logikę Boga. Jezus do końca obdarza człowieka gestami swojej miłości (chleb podany Judaszowi, nieudawany pocałunek w ogrodzie Gethsemani, pełne miłości spojrzenie na Piotra już po jego zaparciu się Mistrza i wreszcie trzy pytania o jego miłość, które Jezus zadaje Piotrowi już po zmartwychwstaniu). Wszystkie te gesty świadczą o wielkim boju, jaki Jezus toczy o każdego człowieka. Bóg zrobi wszystko, aby go ocalić. Reszta zależy od człowieka – czy podda się przebaczającej miłości Boga.

Św. Jan od Krzyża napisze, że: „Pod wieczór naszego życia będziemy sądzeni w miłości”.

Rzeczywistość zdrady w taki czy inny sposób jest doświadczeniem nas wszystkich. Pod koniec swojej ziemskiej wędrówki i nauczania, jakie pragnął na m przekazać Jezus znajduje się szczególna lekcja, w której pragnąc w osobach swoich uczniów przed nami odkryć słabą duchową kondycję każdej i każdego z nas chce nas utwierdzić, że to nie zdrada jest największą przegraną ucznia Chrystusa, ale to gdy nie potrafimy wrócić, by przyjąć przebaczającą i uzdrawiająca miłość, jaką Bóg pragnie nas obdarować.

Wielki Tydzień – ostatnia prosta

Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta posługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku. 
Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z uczniów Jego, ten, który Go miał wydać: „Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim?” Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano. 
Na to Jezus powiedział: „Zostaw ją! Przechowała to, aby Mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze macie”. (J 12,1-9)

Mogłoby się z pozoru wydawać, że protest Judasza, który wybrzmiewa z dzisiejszej Ewangelii przeciw marnotrawstwu ze strony Marii, siostry Łazarza, która olejkiem za trzysta denarów namaszcza stopy Jezusa jest słuszny. Więcej, moglibyśmy uznać, że uwaga Judasz jest nawet ewangeliczna. Bo któż bardziej niż Jezus zalecał ubóstwo; któż bardziej niż On potrafił poprzestawać na małym; kto bardziej potrafił współczuć cierpiącym?

Trzysta denarów to bowiem w czasach Jezusa niebagatelna suma. Był to roczny zarobek przeciętnego robotnika. Skąd zatem w postawie Marii tak wielka rozrzutność? Odpowiedź na to pytanie może być oczywiście jedna: z miłości!

Tego rodzaju gest można by po ludzku uznać za luksus, za coś ponad potrzebę czy konieczność. Postawa Marii jest symbolem takiego daru, do jakiego człowiek nie jest zobowiązany z żadnego tytułu, zatem daru, którzy zwykło się określać mianem „czystego daru”. I taki dar może zrozumieć jedynie ktoś, kto bardzo kocha. Nie pojmie go człowiek małoduszny, gdyż to wykracza poza jego ogląd rzeczywistości.

Jezus uznał ten gest za wstęp do bliskiego już swego pogrzebu, gdyż do grobu za czasów Jemu współczesnych składano namaszczone zwłoki. Ale oczywiście w tym geście jest znacznie więcej, skoro w Ewangelii według św. Marka, która czytaliśmy wczoraj Jezus mówi o tym samym geście Marii, że nie zostanie zapomniany i gdziekolwiek będzie głoszona Ewangelia zawsze będzie przywoływane to, co uczyniła.

Uczynek Marii kieruje naszą uwagę ku wielu ofiarnym duszom, które przez stulecia hojnie potrafią ofiarować Jezusowi swój czas i swoje siły. Człowiek małoduszny bowiem powiada: „wystarczy mi jedna spowiedź raz do roku; wystarczy obecność w kościele raz na tydzień; wystarczy modlitwa odmówiona na prędce dwa razy w ciągu dnia. Więcej nie mam obowiązku dawać…”

Oczywiście osoby, które spowiadają się co tydzień, lub co dwa tygodnie; uczestniczą we Mszy świętej codziennie, traktując stół Eucharystyczny, który zastawia dla nich Jezus, jak swój własny stół; spędzają długie godziny na modlitwie i adoracji Najświętszego Sakramentu też nie mają obowiązku tego robić. Czynią to, co jest ponad obowiązek z miłości. O tych osobach św. Augustyn powie, że „ich oddanie i czas spędzony w obecności Jezusa są niczym namaszczanie stóp Jezusa przez Marię”.

Świat oczywiście powie, że lepiej byłoby ten czas poświęcić na jakieś pożyteczne zajęcia, obdarzając takie osoby bolesnym określeniem „dewotki”. Jednak nikt bardziej nie doceni ich czasu spędzonego u stóp Mistrza niż on sam i ci , którzy kochają Go czystą miłością. Chojna ofiara ich serca i czasu nie zostanie zapomniana. Św. Jan Paweł II powie: „kilka chwil prawdziwej adoracji Najświętszego Sakramentu ofiarowanych z miłości posiada niepomiernie większą wartość i przynosi więcej owoców, niż najbardziej wytężona działalność apostolska”.

Dlatego może warto u progu tego Wielkiego Tygodnia zapytać siebie: Ile czasu poświęcam na trwanie w obecności Jezusa i jak to świadczy o mojej miłości do Niego?

Dotknąć tajemnicy Wielkiego Tygodnia

Niedziela Palmowa rozpoczyna w Kościele czas szczególny, kilka dni nabrzmiałych treścią wyrażoną przez słowa, znaki i symbole. Wszystko po to, abyśmy mogli wejść w tajemnicę Paschy Chrystusa. Słuchamy Ewangelii o ostatniej ziemskiej drodze Jezusa nie tylko po to, aby się dowiedzieć, jak to było kiedyś, lecz i po to, aby się znaleźć w centrum tego wydarzenia. Liturgia przypomina bramę, przez którą możemy wejść, by stać się już nie widzami, ale uczestnikami Paschy Syna Bożego. Kluczem otwierającym tę bramę jest nasza wiara.

Życia Jezusa nie da się rozdzielić od Jego bycia z innymi, z tymi, których sam sobie wybrał, aby Mu towarzyszyli. Im powierzył swoje tajemnice, przede wszystkim zaś tajemnicę swej męki. To dotyczy nie tylko Apostołów, czy tych, którzy towarzyszyli Jezusowi za czasów Jego ziemskiego życia. To wybranie dotyczy każdej i każdego z nas, którzy przyjęliśmy chrzest zanurzający nas w tajemnicę Chrystusa. To tajemnica nie tylko Jego zwycięstwa nad grzechem i śmiercią, co jest owocem sakramentu chrztu, ale też tajemnica Jego męki i śmierci, do uczestnictwa w której także jesteśmy wezwani.  Innymi słowy: nie ma udziału w zwycięstwie Chrystusa bez zgody na wzięcie krzyża, bez zgody na udział w Jego krzyżowej drodze, w którą w ten czy w inny sposób wpisane są także nasze osobiste drogi krzyżowe.

Oczywiście droga krzyżowa Jezusa była jedyna i niepowtarzalna. Boleśnie doświadczył tego św. Piotr, kiedy się zaparł Jezusa, choć wcześniej był niemal pewien, że pójdzie za swoim Mistrzem aż do końca. W cieniu Golgoty pewność zamieniła się w lęk, a wiara wielu w trwogę opuszczenia i śmierci. Dopiero po zmartwychwstaniu uczniowie, a z nimi cały Kościół, czyli również my, otrzymujemy możliwość naśladowania Chrystusa przez świadectwo naszego życia i śmierci. „I w życiu i w śmierci należymy do Pana” (Rz 14, 8). Odtąd stajemy się uczestnikami Jego Paschy – chwały zmartwychwstania, którą poprzedza droga uniżenia się i krzyż. Paschy, której nie ma bez krzyża i uniżenia!

W liturgia Niedzieli Palmowej słyszymy dwie Ewangelie – w jednej tłumy wiwatują na cześć Jezusa, w drugiej, stojąc przed Piłatem, krzyczą: „Ukrzyżuj Go!”. Ten nagły zwrot akcji szokuje, sprzeczne reakcje wydają się co najmniej nielogiczne. Odwróćmy jednak na chwilę wzrok od krzyczącego tłumu i zobaczmy, dokąd Jezus chce nas dzisiaj zaprowadzić i czego chce nas nauczyć.

Oskarżenie Jezusa tylko z pozoru było nieczystą grą, albo pomyłką, wynikającą z niezrozumienia Jego nauki. Tak naprawdę miało dużo głębsze źródło.

Dramat Wielkiego Piątku polega na tym, że Jezus na końcu swojej drogi objawia się jako ktoś, kogo chciały w Nim widzieć tłumy – jako król, jako Mesjasz i wyzwoliciel. Jednak to, co ze sobą niesie Jego nauka nie pokrywa się w pełni z oczekiwaniami ludu. On mówił o królestwie Bożym, które „nie jest z tego świata”; oni natomiast chcieli widzieć w Mesjaszu doczesnego króla i władcę. Jezus przynosi prawdę o Bogu, który ma królować w ludzkich sercach; jemu współcześni natomiast oczekiwali wskrzeszenia własnego państwa, którego doczesna wolność i potęga będą oznaką królowania Boga.

To ciekawe, że Jezus, który często nie spełniał oczekiwań tych, którzy żądali od Niego znaku spełnia jednak to ostatnie z oczekiwań – nie tylko karmi, uzdrawia, wskrzesza, ale wreszcie pozwala się obwołać królem.

Jedna z często powtarzanych teorii mówi, że człowiek wypiera się Boga, ponieważ On nie spełnia jego oczekiwań. Ale dzisiaj Ewangelia pokazuje nam coś wręcz przeciwnego: jesteśmy skłonni odrzucić Boga nawet wtedy, kiedy On te oczekiwania spełnia. I zamiast wolności, której całym sercem pragniemy, wybieramy niewolę. Ten ostatni akt ziemskiej wędrówki Zbawiciela odsłania pewien dramat ludzkiej kondycji. Dlatego nie dziwią nas słowa ostatniej modlitwy zanoszonej przez Chrystusa już z wysokości krzyża: „Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą co czynią”

Jak straszny jest dramat człowieka, który odrzucając Boga w Jego miłości i prawdzie o Nim, jaką przyniósł Jezus wie tylko Bóg. Trawestując słynne powiedzenie św. Augustyna można powiedzieć, że serce człowieka, które nie spocznie w Bogu pozostanie na zawsze sercem nieszczęśliwym, choćby nie wiem gdzie człowiek tego szczęścia poszukiwał. Ten, kto odrzuca Boga i Jego miłość wcześniej czy później przekona się, że nie ma nic. I właśnie dlatego Jezus chcąc uratować człowieka za wszelką cenę przyjmuje na siebie to totalne ogołocenie, sięgająca w zenicie tego doświadczenia również totalnego opuszczenia przez Boga.

Tę drogę ogołocenia streszcza św. Paweł gdy pisze: „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi” (Flp 2, 6-7). W ten sposób liturgia Niedzieli Palmowej zawiera już w sobie pełny wymiar męki. Jest to Pascha Jezusa Chrystusa, która staje się jednocześnie naszą drogą. Oby Wielki Tydzień pozwolił nam dotknąć tej tajemnicy.