Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Zasłuchać się w słowo Mistrza

Jezus rzekła do swoich uczniów: Wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. (Mt 23,8 – 10).

Czas Wielkiego Postu jest czasem dany nam po to, abyśmy w postawie głębokiego nawrócenia odnowili czy odkryli na nowo wartości na których pragniemy opierać nasze życie w tym celu, aby ono stawało się pełniejsze i dojrzalsze. Jednym z narzędzi jakie mamy do tego wykorzystywać jest modlitwa. Mówiliśmy już wielokrotnie, również w minionym tygodniu, że modlitwa to przede  wszystkim budowanie relacji.

Papież Benedykt w swoim ostatnim wywiadzie przypomina, że: „Żyjemy w świecie, który podsuwa nam niezliczone wzorce postępowania, które zamiast prowadzić człowieka do pokoju serca wzbudzają jego niepokój, powodują zagubienie i prowadzą do egzystencji zawrotnej, w której brakuje czasu na to, co najważniejsze dla naszego ducha, osłabiając poczucie transcendencji. Dlatego przypomina, że chrześcijanin nie może sobie pozwolić, aby te fałszywe odniesienia sprawiły, że stracimy z oczu prawdziwego mistrza: JEZUSA” Dzisiaj Chrystus przypomina: «Jeden tylko jest wasz Mistrz; (…) jeden jest wasz Ojciec; (…) jeden wasz Nauczyciel: Chrystus» (Mt 23,8.9.10).

A skoro tak, to jest On a przynajmniej powinien być w którego wsłuchujemy się w pierwszym rzędzie, którego słowo staje się dla nas drogowskazem w codziennym postępowaniu. Medytacja uczy nas właśnie takiej postawy zasłuchania. Uczy nas siadania codziennie u stóp Mistrza, po to, aby karmić się Jego słowem.

Ostatnio moja znajoma z kościoła ewangelickiego, która prowadzi podobną do naszej wspólnotę medytacyjną napisała, że medytacja pozwala jej: „widzieć więcej, czuć głębiej, rozumieć sercem”. Sądzę, że to piękne i bardzo prawdziwe świadectwo tego co rozwija w nas praktyka medytacji.

Modlitwa a zwłaszcza medytacja, która jest modlitwą opartą o słowo ma wymiar dynamiczny, przemieniający, stwarzający. Taka jest bowiem moc słowa, które kieruje do nas Chrystus. Ono nie może nas nie przemieniać, jeśli otwieramy się na jego działanie. Kiedy przychodzimy na modlitwę i spotykamy się z żywym Bogiem, to bez względu na to, czy to czujemy, czy też nie, przenika nas Boże światło – przenika powoli nasz umysł i serce, zaczyna coraz bardziej pokazywać, kim jest Bóg i kim jestem ja. Pozwala nam widzieć więcej, czuć głębiej, rozumieć sercem…

Współczesny, zabiegany człowiek musi pozwolić sobie odejść na modlitwę, ze świadomością, ona jest nam potrzebna, że nie jest nigdy stratą czasu, że dopiero bez niej człowiek nawet gdyby osiągnął niebywałe sukcesy zaczyna się degradować w tym, co najistotniejsze w jego człowieczeństwie – w wymiarze duchowym. Trawestując stare powiedzenie chciałoby się rzec: „Pokaż mi, jak się modlisz a powiem ci, jakim jesteś człowiekiem”.

Wykorzystajmy Post, aby umocnić nasze przekonania, że jesteśmy uczniami Jezusa a domeną ucznia jest codzienne zasłuchanie w słowo, które kieruje do niego Mistrz i Nauczyciel. Pamiętajmy, że czas medytacji, to święty czas w naszym życiu, gdzie spotkamy się z sobą samym i z naszym prawdziwym Wzorcem i Mistrzem. A w obliczu konkretnych sytuacji, w których często nie wiemy jak zareagować znajdujemy w tym czasie światło dla naszych wyborów i decyzji.

Przeczytałem ostatnio w książce będącej zapiskami rozmów z Jezusem polskiej mistyczki Alicji Lenczewskiej piękne słowa: „Gdy stajesz na modlitwie, stajesz na progu nieba, przez ciebie płynie błaganie i ból świata i przez ciebie spływa Miłosierdzie Boga na ziemię. Każda modlitwa jest wymianą nędzy świata na Miłosierdzie Boże. Jest kanałem, dzięki któremu ta wymiana może istnieć”. Czy dla człowieka wierzącego może być lepszy argument na to, aby się modlić?

Eucharystia – nasza Góra Przemienienia

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden wytwórca sukna na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem.(Mk 9,2-4)

Gdy św. Jan Ewangelista mówi: „Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec” (1 J 3, 1), to mam wrażenie, że odnosi się do rzeczy oczywistej, wręcz namacalnej, czegoś, na co wystarczy spojrzeć, aby się przekonać, że jest właśnie tak, jak mówią te słowa.

Skąd zatem w sercu człowieka bierze się pokusa, aby obarczać Boga odpowiedzialnością za nasze cierpienie, ilekroć w życiu spada na nas jakieś ciężkie doświadczenie: choroba, śmierć kogoś bliskiego, krzywda? Skoro Bóg o wszystkim wie, to wnioskujemy błędnie z tego, że tego wszystkiego chciał.

Nieufność wobec Boga jest chyba największą raną, jaką pozostawił w nas grzech pierworodny. Ona jest dowodem na to, że ten grzech nie jest czymś wymyślonym czy wmówionym nam, lecz że określa naszą kondycję duchową i ludzką. Nasza nieufność wydaje się wprost proporcjonalna do Bożych zapewnień o miłości do nas. Dlatego, trudno ze spokojem czytać historię Abrahama, który prowadzi swego ukochanego syna Izaaka do kraju Moria, by złożyć go w ofierze (dobremu?) Bogu. Ta opowieść staje się dla wielu dowodem nieludzkich wymagań, jakie Bóg stawia człowiekowi.

Dopiero Jezus pozwala nam zobaczyć pogodne oblicze Ojca, który „nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał” (Rz 8,32). W scenie przemienienia na Górze Tabor dostrzegamy, że ofiara Izaaka jest nie tylko zapowiedzią ofiary Chrystusa, ale też ofiarą samego Abrahama i ten fakt uświadamia nam, że w obu tych ofiarach wraz z Synem Ojciec składa w ofierze samego siebie. Ofiara Jezusa jest dowodem na miłość Boga, który ukochał nas do końca.

Może nie wszystko rozumiemy z drogi, którą prowadzi nas przez życie Pan Bóg i dlatego właśnie potrzebna nam Góra Przemienienia. To jest to miejsce w którym objawiona nam zostaje miłość Jezusa do Ojca i miłość Ojca do Jezusa.

To objawienie nie jest tylko ukazaniem prawdy o Jezusowym bóstwie, lecz wprowadza nas w głębię miłości, jaką Ojciec miłuje swego Syna, a w Nim i nas samych, skoro przez ofiarę Chrystusa staliśmy się Jego przybranymi dziećmi.

Dlatego warto stanąć na górze przemienienia, którą dla nas jest każda Msza święta. Trzeba przyjść ze wszystkimi naszymi lękami i wątpliwościami – tak samo jak apostołowie – i spojrzeć na Jezusa. Spojrzeć na Baranka, którego kapłan trzyma w swoich dłoniach, ukrytego w białej hostii, która przypomina szatę jaśnieje bielą miłowania z Góry Tabor i posłuchać słów św. Pawła: Czy Bóg, który wydał się za nas, mógłby być naszym przeciwnikiem? Czy Bóg, który stając się człowiekiem, zgodził się na śmierć, mógłby być naszym oskarżycielem? Czy Bóg, który nie cofnął się przed niczym, który poszedł w miłości do końca, aby wybawiać nas od grzechu, mógłby nas potępić? Dla Pawła odpowiedź jest zbyt oczywista, aby trzeba było ją wypowiadać.

Jeśli zatem masz pokusę oskarżenia Boga za trudne doświadczenia, które na ciebie spadają, bądź postrzegania Go Boga jako wroga, czy oskarżyciela i wydaje się, że walczy On przeciwko Tobie, przyjdź na górę ołtarza, na której sprawuje się Eucharystia. Przyjdź i zobaczysz tam tego samego Baranka uwięzionego w hostii z miłości do człowieka, w miłości, która dalej już posunąć się nie może, bo wszystko już przekroczyła.

Ta hostia przypomina nam, że Bóg jest naszym przyjacielem, nie wrogiem, bo tylko przyjaciel potrafi oddać się bez ograniczeń w nasze ręce nie bacząc na to, co z nim zrobimy.

I za każdym razem, gdy spoglądasz na tę białą hostię przypomnij sobie słowa, które Bóg Ojciec wypowiada o swoim Synu: „To jest mój Syn umiłowany”. I pamiętaj, że te słowa są również słowami o Tobie. O każdej i każdym z nas!

Odwrócić się od fałszywego „ja”.

Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i chodzić Jego drogami, pełniąc Jego polecenia, prawa i nakazy, abyś żył i mnożył się, a Pan, Bóg twój, będzie ci błogosławił w kraju, który idziesz posiąść. Ale jeśli swe serce odwrócisz, nie usłuchasz, zbłądzisz i będziesz oddawał pokłon obcym bogom, służąc im – oświadczam wam dzisiaj, że na pewno zginiecie, niedługo zabawicie na ziemi, którą idziecie posiąść, po przejściu Jordanu. Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładąc przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego. [Pwt 30, 15-20]

Przytoczone przed chwilą słowa z Księgi Powtórzonego Prawa zostały wypowiedziane w pierwszym dniu Wielkiego Postu. Są one niczym testament Pana Boga z obietnicą.

Właściwie rzecz biorąc całe nasze życie realizuje się między wyborami dobra i zła i będących ich konsekwencjami błogosławieństwa lub przekleństwa, które ze sobą niosą; a spoglądając głębiej od strony wiary za tymi wyborami idą zawsze życie lub śmierć kojarzona z grzechem.

Nikt z nas nie ma wątpliwości, że wolelibyśmy wybierać, to co przynosi szczęście i błogosławieństwo. Niestety życie pokazuje, że nie zawsze tak się dzieje i to niekoniecznie z powodu naszej nieświadomości. Najlepiej taki stan opisuje św. Paweł w Liście do Rzymian: „Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek [we mnie] ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. [Rz 7, 18-23]

A zatem wezwanie, jakie otrzymujemy w Księdze Powtórzonego Prawa jest tak naprawdę wypowiedzianym innymi słowami wezwaniem do nawrócenia.

Czym jest nawrócenie? Mistrz Eckhart użyje w odpowiedzi szczególnego sformułowania: Nawrócenie, to odwrócenie do naszego fałszywego „ja” i powrót do prawdziwego „ja” danego nam przez Boga. Fałszywe ja jest to oczywiście ciągle to samo ja, dane nam przez Boga, ale – używając języka św. Pawła – zranione przez grzech i naszą grzeszna naturę, która mieszka w nas.

Warto jednak zauważyć, że tekst z Księgi Powtórzonego Prawa daje nam jednocześnie narzędzia służące temu jak wejść na drogę nawrócenia: miłować Pana Boga, zwracając do niego swoje serce, lgnąc do Niego i słuchając Jego głosu. Śmiem twierdzić, że wszystkie te warunki spełniają się w medytacji. Ta modlitwa serca, aby była skuteczna wymaga od nas właśnie przylgnięcia do Boga całym sercem i oparcia się na Jego słowie. Gdy oprzemy naszą modlitwę na tych dwóch filarach, ona poprowadzi nas drogą wewnętrznego oczyszczenia i uświęcenia, detronizując powoli nasze fałszywe „ja” na rzecz prawdziwego „ja” uznającego pierwszeństwa Boga w naszym życiu i Jego wolę. A tam, gdzie nasza wola pokrywa się z wolą Boga nie ma już dylematu między wyborem dobra i zła, błogosławieństwa czy przekleństwa, bo pozostaje jeden wybór.

Prawdziwa wiara nie ma nic wspólnego z poprawnością religijną czy wypełnianiem religijnych obowiązków, lecz polega na dojrzewaniu do osobistej więzi z Chrystusem. Im głębsza więź tym większe utożsamienie się naszego sposobu myślenia i patrzenia na rzeczywistość z Chrystusowym sposobem patrzenia a skoro tak, to możemy podejrzewać, że i wyborów w naszym życiu dokonywać będziemy podobnych do tych, których na naszym miejscu dokonałby Chrystus. A dla dążenia do coraz głębszej więzi z Chrystusem podobnie jak dla codziennej wytrwałej medytacji jest tylko jedna prawdziwa motywacja: MIŁOŚĆ. Bo ważna jest jak mówi św. Paweł wiara, ważna jest nadzieja, ale najważniejsza jest miłość. [por. 1 Kor 13, 13]

Powrócić do przymierza z Bogiem

Duch wyprowadził Jezusa na pustynię. Czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez szatana. Żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś Mu usługiwali. Po uwięzieniu Jana przyszedł Jezus do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. (Mk 1,12-15)

Św. Ireneusz powie, że: „Człowiek realizuje pełnię swego człowieczeństwa wtedy, gdy żyje w przymierzu z Bogiem”. Tak było „na początku”, czyli taki był zamiar Stwórcy. Jednak człowiek postanowił być jak Bóg i decydować o tym, co jest dobre, a co złe. Konsekwencje tego były ogromne – wygnanie z raju oznaczało zerwanie przymierza z Bogiem, a także zerwanie przymierza z drugim człowiekiem. Karty Księgi Rodzaju opisują postępującą deprawację człowiek, który odwrócił się od przyjaźni z Bogiem. To także ta księga odnotowuje najbardziej dramatyczne słowa, jakie można znaleźć w Biblii: „Kiedy zaś Pan widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe, żałował, że stworzył ludzi na ziemi, i zasmucił się (…)” (Rdz 6, 5-6). Na szczęście w każdym pokoleniu znajdzie się choć jeden człowiek, którego Biblia określa mianem sprawiedliwego, który ratuje honor ludzi stworzonych na podobieństwo Boga. Wtedy był to Noe.

Wiemy, że Bóg w swoim miłosierdziu nie poprzestał na tym pierwszym przymierzu z człowiekiem. Czytamy o kolejnych przymierzach, zawieranych z Jego przyjaciółmi i ich potomstwem: Abrahamem, Mojżeszem. Aż do momentu, kiedy czas się wypełnił do tego, by zawrzeć ostateczne przymierze mocą śmierci i zmartwychwstania Bożego Syna. Ale to pierwsze przymierze zawarte z Noem, którego znakiem była tęcza nie zostało unieważnione.   

W Pierwszą Niedzielę Wielkiego Postu Ewangelia mówi o Jezusie, który wraz z nami zaczyna 40-to dniowy post na pustyni. Osobiście nie doświadczyłem pustyni, choć niejedną widziałem. Podejrzewam jednak – pamiętając o Księdze Wyjścia – że pustynia ma coś wspólnego z pielgrzymką. A na pielgrzymkach parę razy zdarzyło mi się być…

W codziennym życiu zazwyczaj Panu Bogu poświęcamy jedynie dłuższe lub krótsze chwile. Pielgrzymka różni się tym , że podczas jej trwania, 24 godziny na dobę, jest dla Pana Boga. Dla Niego jest nasza modlitwa, nasz wysiłek, zmęczenie, odciski na stopach. W czasie pielgrzymki nasza codzienność jest przeżywana w Bożej obecności i tego między innymi możemy się tam nauczyć, próbując tak żyć już po powrocie do domu.

Pielgrzymka uczy nas również stawiania sobie wymagań i zmagania się z trudnościami. Ma to wymiar ofiary, ale również jest czymś, co się przydaje potem w codziennym wzrastaniu w wierze i ludzkiej dojrzałości.

Nie każdy z nas może wyjść na pustynię lub pójść na pielgrzymkę. Dlatego też Kościół daje nam w liturgii okres Wielkiego Postu, abyśmy spróbowali, trwając w codzienności, przeżyć czas pustyni, czas pielgrzymki. Będzie to oczywiście trudniejsze, bez porzucania codziennych obowiązków. Ale z całą pewnością możemy spróbować powalczyć o więcej czasu dla Pana Boga, np. przez codzienne czytanie Pisma Świętego.

Warto również podejmować wielkopostne umartwienia, pamiętając jednak, że – jak napisała św. Teresa od Jezusa – cenniejsze od wymyślanych przez nas umartwień jest przyjmowanie w duchu umartwienia trudności, które przynosi nam codzienne życie. Umartwienia wielkopostne mają nas tego uczyć.

Każda pielgrzymka prowadzi do jakiegoś celu. Pielgrzymka przez Wielki Post prowadzi do uroczystości Zmartwychwstania – zwycięstwa Chrystusa nad grzechem i śmiercią, w którym On chce dać nam swój udział; pielgrzymka przez życie – do wieczności.

Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii mówi: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Czym jest nawrócenie? To nic innego, jak powrót do przymierza z Panem Bogiem; zgoda na Jego prowadzenie przez życie wedle Jego woli. Czy mam w sobie dziecięcą ufność, by powierzyć się Jemu do końca? Jeśli nie weźmiemy do ręki i do serca lampy z Jego światłem, jakim jest Ewangelia, nasze serca pobiegną za błyskotkami współczesnego świata, które tak często odwodzą od Prawdy i drogi Ewangelii, sprowadzając na manowce fałszu.

Jezus zaprasza nad do nawrócenia i wiary w Ewangelię, bo Ewangelia jest jak tęcza podarowana Noemu, jest znakiem nadziei dla tych, którzy utracili nadzieję albo złożyli tę nadzieje w czymś, co jej nie potrafi spełnić.

I nawet gdy błądzą, szukając, to owo szukanie wyrasta z tęsknoty wpisanej głęboko w serce każdego człowieka, które św. Augustyn streścił w jednym prostym zdaniu: „Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu”.

Nawrócić się sercem

Tak mówi Pan: „Nawróćcie się do mnie całym swym sercem, przez post i płacz, i lament. Rozdzierajcie jednak wasze serca, a nie szaty! Nawróćcie się do Pana Boga waszego!  (Jl 2,12-14)

Kolejny Wielki Post w naszym życiu. I kolejny raz słyszymy te same wezwania w Liturgii Słowa: „Nawróćcie się do mnie całym swym sercem” (Jl 2,12). Może tyle razy już próbowaliśmy i się nie udało. Na szczęście nas Bóg jest Bogiem cierpliwym, Kimś, kto się łatwo nie zniechęca i nas również zachęca do tego, że zawsze możemy zacząć od nowa… Tak wiele energii często wkładamy, żeby coś zmienić. A może tym razem warto dać więcej pola do działania Panu Bogu, by nauczyć się bardziej polegać na Nim niż na naszych siłach.

Papież Franciszek za inspirację tegorocznego Wielkiego Postu wybrał słowa z Ewangelii Mateusza: „Ponieważ wzmoże się nieprawość, ostygnie miłość wielu”(Mt 24,12). Rzeczywiście, nieprawość widzimy na co dzień w wielu dziedzinach życia: w świecie, w społeczeństwie, w rodzinach, w parafiach, w Kościele. To wszystko łatwo w nas gasi miłość do Pana Boga, do ludzi. Dziś jedną z głównych pokus, które czyhają na chrześcijanina jest uleganie pesymizmowi, utrata nadziei, której przecież powinniśmy być znakiem w świecie. Pesymizm, brak nadziei są tym, co łatwo gasi w nas entuzjazm wiary i ogień miłości. Może czujemy, że one się jeszcze w nas tlą, ale nie dają już tyle ciepła, radości, zadowolenia, aby starczyło dla nas i aby jeszcze podzielić się nimi z innymi. Co możemy zrobić, abyśmy nie stali się letni lub zimni? Dziś, w Środę Popielcową, Bóg zachęca i podpowiada: NAWRÓĆ SIĘ SERCEM! Jak to zrobić?

Słowo Boże daje nam na początku Wielkiego Postu trzy pochodnie, które – jeśli ich użyjemy – mogą w nas rozpalić miłości do Boga i do życia: modlitwa, jałmużna i post. Modlitwa dotyczy naszej relacji do Boga, post – relacji do siebie samego, a jałmużna relacji do bliźniego. A zatem zachęcają nas one byśmy przyjrzeli się właśnie naszej miłości w trzech jej aspektach:

Modlitwa – poświęcimy jej więcej czasu. Niech to będzie czas sam na sam z Bogiem, który widzi w ukryciu – np. przez adorację Najświętszego Sakramentu. To pozwoli nam odkryć nasze wewnętrzne kłamstwa oraz źródło naszej pociechy i radości, którym jest kochający nas Bóg. „Wśród różnych praktyk pobożnych adoracja Jezusa sakramentalnego jest pierwsza po sakramentach, najbardziej miła Bogu i najbardziej pożyteczna dla nas” – pisał św. Alfons Maria Liguori. Skorzystajmy z niej.

Jałmużna – wyzwala nas z egoizmu i skupienia na sobie. Zauważamy drugiego człowieka, który jest naszym bliźnim, który jest nam dany przez Opatrzność Bożą jako dar a nie jako dopust Boży czy problem. Umiejmy dzielić się tym, co mamy – nie tylko pieniędzmi, bo nimi czasem podzielić się najłatwiej. Starajmy dzielić się swoim czasem, pomocą, modlitwą a nawet ciszą, która sprawia, że wsłuchamy się w intencję serca osoby, na która dotąd byliśmy zamknięci. Tak bardzo często brakuje nam dzisiaj jałmużny naszego czasu i serca w domach, w miejscach pracy. A to przecież ona buduje jedność i komunię wśród ludzi.

Wreszcie post – czyli rezygnacja z czegoś dobrego na rzecz jeszcze lepszego. Przez post możemy lepiej zrozumieć ludzi, którzy nie mają tego, co my posiadamy: choćby w dziedzinie pożywienia czy rzeczy materialnych. „Post nas przebudza, powoduje, że stajemy się bardziej wrażliwi na Boga i na bliźniego”. Umacnia naszą wolę, która jest fundamentem naszej miłości, wiary i walki z grzechem. Spróbujmy się zmierzyć z jakimś rodzajem wyrzeczenia (nie koniecznie w wymiarze pożywienia, ale tego, co nas najmocniej przywiązuje do siebie: to może być telewizja, Internet etc.).

Ostatnio w mediach głośno jest o wyprawie polskich himalaistów na K2. Wśród różnych komentarzy i informacji dowiadujemy się, że człowiek nawet przy minus 50 stopniach Celsjusza może zdobywać największe szczyty. Jest jednak jeden warunek: nie utracić wewnętrznego ciepła, móc w tych warunkach na palniku zagotować wodę, aby napić się ciepłej herbaty, aby ogrzać swoje ciało.

W dzisiejszym świecie stygnie miłość na wielu poziomach: w rodzinach, wspólnotach, społeczeństwie. Nie możemy jednak się temu poddawać i dopuścić do zlodowacenia naszych serc. Musimy je ciągle na nowo ogrzewać, by nie zamarzły. Mamy do tego środki: modlitwę, post i jałmużnę. Skorzystajmy z nich. One pomogą nam rozpalić miłość Boga i ludzi i w ten sposób zdobywać wielkie szczyty człowieczeństwa i chrześcijaństwa.