Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Św. Szczepan – wierność do końca

Szczepan pełen łaski i mocy działał cuda i znaki wielkie wśród ludu. Niektórzy zaś z synagogi, zwanej synagogą Libertynów i Cyrenejczyków, i Aleksandryjczyków, i tych, którzy pochodzili z Cylicji i z Azji, wystąpili do rozprawy ze Szczepanem. Nie mogli jednak sprostać mądrości i Duchowi, z którego natchnienia przemawiał. (Dz 6,8-10)

Każde dziecko, które przychodzi na świat, to zapalony płomyk, radość rodziców i świata. A cóż dopiero, kiedy to dziecko jest Synem Bożym, a zarazem Synem Człowieczym! Ta radość to esencja świąt Bożego Narodzenia.

W tym dniu nie ma czasu na głębszą refleksję, choć niezmiernej radości, że oto Dziecię nam się narodziło, towarzyszy bezbrzeżne zdumienie Maryi, że Słowo stało się ciałem.

Refleksja nadejdzie później, wraz z kolejnymi proroctwami dotyczącymi tego Dziecięcia, które sukcesywnie zaczną się wypełniać. Wraz z nią pojawi się pytanie: po co to Dziecię przyszło na świat?

Liturgia Kościoła da na nie odpowiedź w czasie świąt Wielkanocy. Na odpowiedź liturgii nie trzeba jednak czekać tak długo. Ona pojawia się już w drugim dniu świąt Bożego Narodzenia, kiedy to wspominamy męczeństwo św. Szczepana, pierwszego męczennika. To święto nie jest przypadkowe, to jakby antycypacja Wielkanocy. Nic w tym dziwnego, bo liturgia Kościoła zanurzona jest w wieczności, gdzie przeszłość, przyszłość i teraźniejszość dzieją się w jednym wszechogarniającym teraz.

Jaka jest więc racja przyjścia na świat Jezusa? Powiedzmy to jaśniej Jego własnymi słowami: „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” (J 18, 37).

Te słowa Jezus skierował do Piłata, a przez niego do całego świata w dzień swej męczeńskiej śmierci. Piłat nie zrozumiał słów Jezusa, ale doskonale pojął je św. Szczepan, który z natchnienia i mądrości Ducha przemawiał do swych prześladowców, dając świadectwo tej samej prawdzie.

O to świadectwo chodzi również Jezusowi, kiedy wysyła swoich uczniów z misją głoszenia Dobrej Nowiny. Jest ono tak ważne, że Jezus godzi się na poniewierkę, prześladowania, a nawet na śmierć swoich uczniów. „Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia”. Zadaniem uczniów jest być wiernym prawdzie. Również współczesnych uczniów!

Jezus nie zostawia ich jednak w tej arcytrudnej misji samych. Posyła im Ducha Świętego, aby wiedzieli, w jaki sposób mają świadczyć. I daje obietnicę: „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”.

Męczeństwo świętego Szczepana opowiada o jego miłości do Boga i jego bezgranicznym zaufaniu do Chrystusa. W chwili śmierci, kamienowany przez mieszkańców Jerozolimy modlił się: „Panie Jezu, przyjmij ducha mego!”, oraz „Panie, nie poczytaj im tego grzechu!” (por. Dz 7, 58-60). Krótkie słowa jego modlitwy, zapisane przez autora Dziejów Apostolskich, są świadectwem tego, jak bardzo stał się Chrystusowy. U boku apostołów nauczył się, na czym polega chrześcijańska miłość. Być może, gdyby wiedział, jakie będą owoce jego ofiary, dużo łatwiej przyszłoby mu cierpieć za Chrystusa. Tym większy podziw może budzić postawa św. Szczepana, bo trudno było mu dostrzec sens w cierpieniu. Gdybyśmy tylko mogli poznać przyszłe owoce naszych obecnych zmagań, o ile łatwiej byłoby nam się z nimi mierzyć.

Greckie przysłowie mówi, że wspólnota wzrasta i się rozwija, gdy starzy ludzie sadzą drzewa, w których cieniu nigdy nie usiądą. Podobnie bywa w naszym życiu, wielokrotnie przychodzi nam umierać dla przymnożenia innego dobra, poświęcić się bez miary dla bliźnich, wcale nie oczekując korzyści dla siebie.

Dlatego gdy przychodzi nam ponieść jakąś ofiarę, zdobyć się na trudne dobro nie pytajmy: „Dlaczego?”, bo jeśli Pan Bóg nas do tego zaprasza to z pewnością ma głęboki sens w wymiarze zbawczym.

Święta Noc Narodzenia

Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie. (Łk 2,6-7)

Jest taka anegdota o proboszczu małej parafii, który chcąc przygotować jak najpiękniejszą procesję eucharystyczną doglądał we wszystkich szczegółach przygotowań. Pań, niosących chorągwie i feretrony; dał ostatnie wytyczne dziewczynkom sypiącym kwiaty. Przygotował asystę liturgiczną, zadbał o piękne śpiewy. Wszystko wydawało się perfekcyjnie przygotowane. I ruszyła procesja w idealnym porządku. Nagle jeden mały ministrant zaburzył ten porządek, podszedł i pociągnął go za ornat. Na co proboszcz odparł; „Nie przeszkadzaj, widzisz, że jest procesja!” Kiedy ministrant nie ustępował, dodał: „Poczekaj aż się skończy procesja, to porozmawiamy! Nie teraz!” Na co mały chłopiec odparł: „Przepraszam, może to mało ważne, ale Ksiądz Proboszcz nie włożył Pana Jezusa do monstrancji”.

Historia opowiedziana żartem, może być jednak wcale nie żartobliwym obrazem naszych świąt. Możemy bowiem w przygotowaniu do świąt pamiętać o wszystkim: przygotować, upiec i posprzątać wszystko; kupić choinkę i prezenty. Ale… zapomnieć o tym, co najważniejsze, o Bogu!

Z pewnością o Bogu zapomnieli ci, których święta nie skłoniły do spowiedzi, którzy nawet dzisiaj, mimo że wielu przypomina sobie o kościele, nie przyjdą na żadną Mszę świętą.

Nie do nich jednak kieruję to kazanie, bo go nie usłyszą. Kieruję je do nas wszystkich, obecnych w świątyni. Mówię je dlatego, że już po świętach wiele osób zwierza się, że w ferworze wyjazdów, rodzinnych spotkań, obdarowywania się prezentami można tak naprawdę nie spotkać Boga a przynajmniej nie przeżyć tego spotkania głęboko, jak nakazywała by nasza wiara i miłość do Chrystusa.

Święty Paweł w Liście do Tytusa pisał: „Poucza nas, abyśmy wyrzekłszy się bezbożności i żądz światowych, rozumnie i sprawiedliwie, i pobożnie żyli na tym świecie.” (Tt 2,12)

Zauważmy, że pisze to do ludzi Kościoła. Zatem będąc w Kościele ciągle trzeba toczyć w sobie walkę i zmagać się z własną bezbożnością, z własnymi żądzami, z własnym lenistwem czy rutyną, których my jesteśmy przyczyną.

Chciałbym zatrzymać się na tej bezbożności, o której mówi św. Paweł, zwłaszcza, że kieruje on swoje słowa nie do pogan, ale do ludzi wierzących.

I nie chodzi tu o to, że odmówimy złą modlitwę, lub raz, czy drugi o niej zapomnimy, czy też że przeczytamy nie ten tekst, nie tę litanię, pomylimy „zdrowaski” w różańcu. Istota, jak bardzo często, kryje się w ludzkim sercu a właściwie w jego rozdwojeniu.

Św. Paweł przestrzega, że nasza pobożność może przybrać formę niewłaściwą. Na czym ona polega? Pan Jezus wyjaśnił taką postawę prosto w przypowieści o faryzeuszu i celniku, którzy modlili się w świątyni: Modlitwa celnika była pełna pokory a faryzeuszowi zaś zdawało się, że się modli, a jedynie chwalił się: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam.” Jezus stwierdza, że „modlitwa” faryzeusza i jego „pobożne życie” niewiele są warte. (por. Łk 18,10-14)

Dlatego św. Paweł przestrzega, żeby nasze pobożne praktyki nie stały się nigdy zasłoną dymną naszej bezbożności a więc życia, w którym nie ma miejsca na miłość, miłosierdzie, przebaczenie, gotowość do pojednania.

Kiedy bezbożność dotyka chrześcijańskiego życia najmocniej? Staje się tak wtedy, gdy następuje rozdzielenie w życiu człowieka jego sfery duchowej i rzeczywistości, w której żyje.

Praktyki religijne, modlitwa, sakramenty to jedno. A życie to drugie.

I jedno z drugim się nie styka, nie przeplata się, nie oddziałuje na siebie. Modlitwa jedno a życie to drugie. Dwie sfery zupełnie od siebie oddalone.

Na współczesnego człowieka, także chrześcijanina wywiera dziś wpływ tak wiele rzeczy, które próbują zagłuszyć w nas delikatny głos sumienia, głos Boga, że trzeba prawdziwej batalii, aby ten głos w sobie ocalić.

Im mniejszy wpływ na nasze wybory, decyzje, na nasze relacje i ogląd rzeczywistości będzie miał głos Boga, tym bardziej – jak powie św. Paweł będziemy niebezpiecznie zbliżali się do bezbożności. Bo ostatecznie bezbożność to sytuacja, w której w naszym życiu Bóg nie jest żadną siłą oddziałującą na nie i z czasem Jego wola zaczyna się liczyć coraz mniej.

Każdego dnia podejmujemy masę decyzji. Nasze życie, podobnie jak nasza miłość i wiara składają się z drobiazgów, choć drobiazgiem nie są. I to właśnie z tych drobiazgów budujemy nasze relacje z Bogiem i z bliźnimi. Chwila naszej codziennej modlitwy, to drobiazg w skali tego na co na co dzień poświęcamy czas a znaczy tak wiele, bo buduje – lub gdy jej nie ma – niszczy naszą relację z Bogiem.  Odrobina czasu, serca, uwagi, życzliwości, którą gotów jestem poświęcić drugiej osobie buduje nasze dobre relacje z ludźmi; ale też drobiazgi, drobne zaniedbania, niewierności, złośliwości czy obojętność stają się przyczyną burzenia tych relacji i ranienia innych.

Dlatego nie bez przyczyny Chrystus zachęca do docenienie tych drobnych spraw, do wierności w rzeczach małych…

Sceneria Bożego Narodzenia także była czymś mało istotnym w skali ówczesnego świata, jakimś drobiazgiem, na który nie zwróciły uwagi inne podania historyczne poza Ewangeliami. A przecież to z pozoru drobne wydarzenia wstrząsnęło posadami świata i na zawsze wpłynęło na jego dzieje. Scena Bożego Narodzenia, z całą jego prostotą, ubóstwem i delikatnością przypomina nam, że Bóg wszedł w nasze życie i że chce być w tym życiu obecny. Nie na marginesie, ale w jego centrum. Nie narzuca się jednak. On czeka w swojej delikatności i pokorze aż Go tam zaproszę. Aż zabiorę go z chłodu stajenki, która jest pewnym symbolem odrzucenia Boga, do ciepła mojego serca, które stanie się Jego domem. Domem, gdzie będzie chciany i kochany.

Ale czy tak jest? Czy mogę powiedzieć, że moje serce jest takim małym Betlejem, gdzie pozwalam się Chrystusowi rodzić przez łaskę i miłość.

Każdy czas jest dobry, by Bogu dać miejsce w swej duszy. Dzisiaj jednak ten czas jest może szczególny? Rodzi się Jezus, Boży Syn, Zbawiciel. Czy pozwolisz, aby w te święta na nowo narodził się w twoim sercu?

Jeśli dzisiaj masz wrażenie, że za mało jest w twoim życiu pokoju, szczęścia, miłości i radości, to może dlatego, że za mało jest w nim miejsca dla Boga? I może te święta, to dobry czas, by to zmienić!?

A jeśli żyjesz z Bogiem na co dzień, to może jest dziś okazja, by dać Mu jeszcze więcej miejsca niż dotąd, by oddać Mu kolejne sfery swojego życia, które jeszcze nie zostały Mu powierzone, które może spowija mrok.

Bóg przyszedł  na świat, aby walczyć o nas, ale nigdy z nami. Odchodzi, gdy go wypraszasz, przychodzi, gdy dajesz mu miejsce.

Nie rozdzielajmy w sobie sfery duchowej i rzeczywistości, w której żyjemy. A wówczas podobnie jak Maryja i Józef będziemy mogli doświadczyć w codziennym życiu, że nasz Bóg, choć wydaje się maleńki i bezbronny jest Bogiem rzeczy niemożliwych. Bogiem dzięki któremu odnajdujemy prawdziwą radość, głęboki sens naszego życia i odnosimy ostateczne zwycięstwo.

Milczenie duchowe

Pan przemówił do Achaza tymi słowami: „Proś dla siebie o znak od Pana, Boga twego, czy to głęboko w Szeolu, czy to wysoko w górze”. Lecz Achaz odpowiedział: „Nie będę prosił i nie będę wystawiał Pana na próbę”.

Wtedy rzekł Izajasz:

„Słuchajcie więc, domu Dawidowy:

Czyż mało wam

naprzykrzać się ludziom,

iż naprzykrzacie się także mojemu Bogu?

Dlatego Pan sam da wam znak:

Oto Panna pocznie i porodzi Syna,

I nazwie Go imieniem Emanuel”. (Iz 7,10-14)

W ostatnim wprowadzeniu mówiliśmy o milczeniu fizycznym. Inną ważną kwestią jest również milczenie duchowe.

Milczenie duchowe to przede wszystkim wewnętrzny pokój i ład, za którym tęsknimy. Jest to ten rodzaj pokoju, który osiągamy raczej dzięki łasce i który jest obietnicą Chrystusa: „Pokój Mój daję wam”, niźli owocem naszego wysiłku. Choć nasz wysiłek w osiągnięciu tej wewnętrznej ciszy także nie jest bez znaczenia. Thomas Merton mówi, że „milczenie duchowe jest niczym Ziemia Obiecana, do której docieramy poprzez zmagania, wędrówkę przez pustynię naszych zmysłów, myśli i namiętności. Osiągnięcie pokoju wymaga od nas często walki i przedzierania się przez wewnętrzny zgiełk, jaki w sobie nosimy.”

W życiu wewnętrznym duże znaczenie odgrywa także pamięć. Ma ona wedle nauczania mistyków nadreńskich ścisły związanej z ubóstwem duchowym i nadzieją. Mistrz Eckhart nucza, że z punktu widzenia modlitwy wewnętrznej ważne jest trwanie tu i teraz. Mistycy nadreńscy nazywają ten stan „sakramentem chwili obecnej”. Sięganie pamięcią wstecz, zwłaszcza takie, które przeradza się w jakieś jałowe wspominki jest godzeniem w dobre przeżywanie naszego życia, jako bycia tu i teraz przed Bogiem. Nasze życie bowiem nie realizuje się w przeszłości, którą trzeba umieć z ufnością zawierzyć Bożemu miłosierdziu, ani w przyszłości, o której nie wiemy, czy w ogóle będzie, lecz w chwili obecnej.  Jednym z owoców modlitwy wewnętrznej jest właśnie uczenie nas życia chwilą obecną.

Kolejną przeszkodą w drodze do duchowego pokoju są marzenia, będące produktem naszej wyobraźni. Najczęściej są one formą ucieczki od rzeczywistości, gdyż marzenia będąc tworzeniem nierzeczywistego świata są jak to określił Mistrz Eckhart „cudzołożeniem z nieprawdą”. Marzenia, są o tyle niebezpieczne w wymiarze duchowym, że w ich tworzeniu główna rolę odgrywa nasze wyidealizowane „ja”.

Milczenie duchowe rodzi się zatem z ubóstwa myśli i wyciszenia namiętności. Walka o nie jest szkołą wypuszczania z rąk wszystkich naszych przeżyć, po to, aby oddać je z ufnością Bogu. Modlitwa wewnętrzna zaprasza nas do stanięcia przed Bogiem jako ubogich duchem. Jednym z wyrazów tego ubóstwa jest ubóstwo wezwania, którym posługujemy się w medytacji. Innym oddanie Bogu naszym przeżyć, tak abyśmy pozostawali wolni od ich wpływu.

Ubóstwo wbrew pozorom jest aktem nadziei, która jest siłą wiernego trwania, które wyraża się milczącym pogodzeniem z wolą Bożą, z ufnością, że to, w czym się ona przejawia jest najlepsze dla nas i dla naszego duchowego wzrostu.

Poza tym trwanie w ufnym milczeniu jest aktem wiary, który wyraża się przez wypowiadane w medytacji słowo, które otwiera nas na realną obecność Boga, który przychodzi wraz z każdym z wiarą wypowiadanym wezwaniem imienia Jezus.

Być posłańcem

Pojawił się człowiek posłany przez Boga, Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości.(J 1,6-7)

Obchodzimy dzisiaj już trzecią niedzielę adwentu – Niedzielę Gaudete. Radość dotyka naszych serc z racji zbliżania się do Prawdy – Prawdy o naszym pełnym uniżenia Bogu, a zarazem Prawdy o nas samych, jako dzieciach samego Boga. Powiedzmy sobie szczerze: nasz świat jest jakże często przepełniony obłudą i kłamstwem. Ścieżki kłamstwa są ciemne i kręte. Kroczenie po nich nigdy nie owocuje radością. Prawda jest zaś zawsze jasna i prosta, choć czasem trudna do przyjęcia.

Zagubieni na swych krętych ścieżkach życia Judejczycy szukali Jana Chrzciciela, wiedząc, że on zna prawdę o Bogu, o świecie, o nich samych. Kto zaś zna prawdę, dysponuje ogromną siłą. Najniebezpieczniejszym człowiekiem dla świata jest właśnie ten, kto zna całą prawdę, kto potrafi ją odważnie wypowiedzieć i usiłuje nią konsekwentnie żyć. Takiego człowieka świat najbardziej się boi, obawia się go, deprecjonuje i za wszelką cenę usiłuje się pozbyć. Ci, którzy szukali wybawienia, szli nad Jordan do Jana, wyznawali swoje winy, przyznawali się do popełnionego zła, przyjmowali chrzest pokuty i powracali radośni drogą wiodącą ku Bogu. Inni w tym samym czasie zastanawiali się, jak zamknąć te mówiące prawdę usta proroka znad Jordanu.

Św. Jan Chrzciciel uczy nas, jak świadczyć o Jezusie. Pełen wyrzeczenia nieustannie wzywa do nawrócenia. Świadczy o Prawdzie i sam przyjmuje postawę „bycia w prawdzie”. Przecież mógł powiedzieć, że jest Mesjaszem, prorokiem, Eliaszem. Zapewne wtedy byłby przynajmniej przez jakiś czas uwielbiany przez Żydów, noszony na rękach, czułby się jak celebryta w otoczeniu swych wiernych fanów. On jednak nie uległ pokusie próżnej sławy. Dalej trwał w prawdzie, jako „głos wołającego na pustyni”.

Jan wzywa, aby przygotować drogę Panu, wyprostować ścieżki naszego życia dla Tego, który jest jedyną Prawdą – Jezusa Chrystusa. Jest to równoznaczne ze zmianą swojego życia. To jeden z warunków, aby moje życie było świadectwem. Jeżeli uwierzę w Niego i przyjmę Go jako najwyższą Prawdę mojego życia, to nie ulegnę pokusie pychy tego żywota, lecz stanę się świadkiem Jego Dobrej Nowiny.

Franz Kafka w jednym ze swych opowiadań opisuje agonię pewnego króla. To już ostatnie oddechy, ostatnie uderzenia jego serca. Król jednak chce jeszcze przed śmiercią przekazać bardzo ważną wiadomość. Wzywa do swego zamku posłańca i przekazuje mu zadanie. W małym domku za miastem mieszka człowiek, który musi usłyszeć tę ostatnią wiadomość od króla. „Zanieś mu tę nowinę!” – mówi król. Posłaniec chce iść, ale przed zamkiem stoi tłum, setki ludzi tłoczy się przed pałacem i zapełnia przyległe uliczki. Posłaniec nie może się przedostać, a przecież tam za miastem wciąż człowiek czeka na wiadomość od króla…

Oto dziś nasz Król, nasz kochający Bóg, chce przekazać światu bardzo ważną wiadomość. Wzywa posłańców: proroka Izajasza oraz Apostoła Narodów. Obaj mają do przekazania pilną wiadomość: Pan jest blisko, dlatego prostujcie Mu drogę i zawsze się radujcie…. Człowiekiem z domku za miastem jest zaś każda i każdy z nas. Czy jednak dotrze do nas wieść o Bożej bliskości, czy uwierzymy kolejny raz w jeszcze jedno Boże Narodzenie i czy będzie to motywem naszej głębokiej i szczerej radości?

Pragniemy na własne uszy usłyszeć tę wieść od naszego Boga! Dosyć mamy własnej bylejakości i panoszącego się wokół kłamstwa. Nasze serce szuka dobrej nowiny na nadchodzące Święta. Przeszkodą jest tłum naszych lęków i kompleksów, a także obojętności, bowiem przeciwieństwem miłości wcale nie  jest tylko nienawiść. Jakże często w naszych czasach jest to także obojętność. Nie ustawajmy jednak w drodze! Nieśmy tę radosną prawdę o naszym Bogu, który posłał właśnie nas, byśmy głosili dobrą nowinę ubogim, byśmy opatrywali rany serc złamanych.

Brzemię modlitwy

Z Ewangelii według świętego Mateusza.

Jezus przemówił tymi słowami:

„Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźmijcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”. (Mt 11,28-30)

Przeżywamy czas adwentu. Piękną definicję tego okresu liturgicznego dał kiedyś papież Benedykt XVI: „Adwent – w tym słowie kryje się wezwanie, które sprowadza się do nowiny: Bóg tu jest. Nie wycofał się z tego świata. Nie zostawił nas samymi. Nie możemy Go zobaczyć ani dotknąć, ale jest tutaj. I nawiedza nas na wiele sposobów”. (papież Benedykt XVI, 2005)

Nasze doświadczenie życia codziennego pokazuje nam, jak mało mamy czasu dla Pana i mało czasu dla siebie samych. Pochłania nas całkowicie robienie czegoś. Czy nie jest prawdą, że często jesteśmy posiadani przez aktywizm.

Jezus w dzisiejszej Ewangelii mówi o jarzmie, o brzemieniu a więc o tym co jest ciężarem, trudem, wymiarem krzyża w naszym doświadczeniu  życia. Bez wątpienia do takich doświadczeń, którym towarzyszy trud jest modlitwa. Jest to trud znalezienia na nią czasu, na przekór opinii, że tego czasu dzisiaj nie mamy; jest to – zwłaszcza w przypadku medytacji – trud zawalczenia o ciszę, na przekór hałasowi, który panuje wokół nas a często i w nas; jest to trud rezygnacji z naszego „ego”, które lubi zajmować pierwsze miejsce, aby to miejsce zostawić Bogu; jest to wreszcie trud zaufania i zawierzenia, na przekór przekonaniu, że my wiemy lepiej…

Jan Kasjan zwykł mawiać, że modlitwa, to szczególna przestrzeń zmagania o milczenie przed Bogiem, by zrodziła się w nas zdolność słuchania Jego woli, Jego natchnień, Jego słowa. To milczenie ma różne wymiary. Pierwszym z nich jest milczenie fizyczne a głownie milczenie mowy. Bez milczenia towarzyszącego modlitwie niewiele jesteśmy w stanie się dowiedzieć o sobie i o Bogu, bo hałas skutecznie zagłusza głos Boga w naszym wnętrzu.  

Jest taka historia o Abba Agatonie, że przez trzy lata nosił w ustach kamyk, dopóki nie wyćwiczył się w milczeniu.

Bez milczenie nie ma słuchania! Milczymy by słuchać i usłyszeć. By przyjąć słowo. By uczyć się posłuszeństwa temu słowu. Umiejętność milczenia i słuchania jest wielkim testem naszej dojrzałości w modlitwie. Słuchanie jest wielką dyspozycją serca, które chce przyjąć i podjąć drugą osobę – Boga, który wychodzi nam w modlitwie na spotkanie. Bez umiejętności właściwego słuchania nie ma zdolności otwarcia się na drugiego.

Niech zatem medytacja, która zaprasza nas do wejścia w ciszę, uczy nas dyspozycyjności na Boga, który w ciszy naszego serca kieruje do nas swoje słowo.