Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze. A wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: „Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?” I powątpiewali o Nim. (…) I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. (Mk 6,1-6)
Bóg pragnie także w naszym życiu dokonywać cudów, pragnie nas uzdrawiać, pragnie przemieniać nasze serca, nasz sposób myślenia. Paradoks polega jednak na tym, że działanie Boga, który jest wszechmocny i dla którego – jak powie Jezus w Ewangelii – nie ma nic niemożliwego, ograniczone jest naszą wiarą lub jej brakiem i naszą wolnością.
Dlatego zawsze gdy stajemy do modlitwy trzeba, abyśmy pytali siebie, czy wierzę, że Bóg może we mnie dokonać nawet tego, co wydaje się niemożliwe? Czy stając do modlitwy i spodziewając się, że przyniesie ona w naszym życiu owoce nie powątpiewam – podobnie jak mieszkańcy rodzinnego miasta Jezusa – że On rzeczywiście może uczynić wszystko!?
Medytacja jest modlitwą, która podobnie jak każda inna wymaga od nas zawierzenia. Szczególnie medytacja monologiczna, gdzie świadomie rezygnujemy z własnych przemyśleń, własnych oczekiwań, co do owoców tej modlitwy, z formułowania konkretnych próśb czy intencji. To modlitwa, która wymaga od nas pełnego zawierzenia mocy Bożej i mocy Bożego słowa, które staje się formułą tej modlitwy.
Oczywiście nie znaczy to, że do medytacji przystępujemy zupełnie bez intencji. Nigdy tak nie jest, gdy mówimy o chrześcijańskiej modlitwie. Istotą medytacji w rozumieniu chrześcijańskim a więc i jej intencją jest trwanie w miłości Trójcy Świętej. Medytacja chrześcijańska jest jakby „naśladowaniem” a przez to uczeniem się odzwierciedlania w naszym życiu relacji Osób Trójcy Świętej, które „nieustannie” wzajemnie siebie kontemplują. Każda z Nich stanowi oddzielną Osobę, a jednocześnie trwa w nieskończonej jedności i wspólnocie miłości.
Podstawową zatem intencją medytacji chrześcijańskiej jest więc dążenie do jedności i to w trzech wymiarach. Te wymiary są proporcjonalne do tego, na co wskazuje nam przykazania miłości. Intencją zatem medytacji jest budowanie komunii z Bogiem, z innymi ludźmi, jak i komunii wewnętrznej – określanej przez karmelitę Wilfrida Stinissena, jako komunię serca.
Stinissen w jednej ze swoich książek p. t. „Ani joga, ani zen. Chrześcijańska medytacja głębi” polemizując z teoretykami piszącymi o zagrożeniach samej medytacji chrześcijańskiej, twierdzi, że dużo poważniejszym zagrożeniem dla chrześcijaństwa jest brak medytacji, jako ważnego wymiaru życia duchowego.
Brak medytacji w życiu chrześcijanina – jak pisze ów belgijski karmelita – rodzi niebezpieczeństwo duchowego zubożenia. Dla niego medytacja, jako modlitwa prowadząca w głąb naszego jestestwa jest kładzeniem fundamentu pod nasze życie duchowe. To przekonanie wypływa nie tylko z wieloletniego, osobistego doświadczenia duchowego, ale też z faktu, że człowiek potrzebuje czasu, aby móc zbudować relację miłości, zarówno z człowiekiem jak i z Bogiem. Jeżeli ludzie, którzy siebie nawet głęboko kochają, nie mają dla siebie czasu, to ich miłość, choćby największa i najpiękniejsza stopniowo będzie zamierać, stawać się coraz płytsza. Przez analogię możemy tę prawdę przenieść także na grunt naszej relacji z Bogiem.
Istotą życia duchowego jest miłość. Doświadczenie miłości Boga i otwarcie się na tę miłość bez zastrzeżeń wymaga czasu. Medytacja jest przestrzenią, która daje nam ten czas a jednocześnie uczy otwierać nas na działanie Bożej miłości, burząc jednocześnie wszelkie przeszkody, które wyrastają z naszych kalkulacji rozumowych, z naszym emocji czy naszych przeszłych doświadczeń. A więc pierwszą intencją a zarazem szansą, jaką daje nam medytacja chrześcijańska jest coraz głębsza jedność z Bogiem. Dopiero z tej jedności z Bogiem wyrastają wszystkie inne owoce, jakie niesie modlitwa: wewnętrzna spójność człowieka oraz jedność z bliźnimi.
Medytacja chrześcijańska integruje człowieka wewnętrznie, czyni go coraz bardziej spójnym, ponieważ podporządkowuje to, co psychiczne i zmysłowe wymiarowi duchowemu. Medytacja wprowadza w ludzkie życie harmonię i wewnętrzną jedność. „To jeden z owoców medytacji chrześcijańskiej – pisze Stinissen – który jest niezwykle ważny w naszych czasach a jednocześnie jest to wymiar, którego człowiek nie może osiągnąć jedynie o własnych siłach, bez pomocy łaski”.
W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką; uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie.
Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: „Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży”. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: „Milcz i wyjdź z niego”. Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego.
A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: „Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są mu posłuszne”. I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej. (Mk 1,21-28)
Uwolnienie opętanego ma istotne znaczenie dla ewangelicznego orędzia. Dlatego nie jest bez znaczenia, że wydarzenie to ma miejsce u progu publicznej działalności Chrystusa. Jednoznacznie wskazuje, że „Jezus jest Panem”, Panem nieba i ziemi, tym, który ma moc nie tylko nad siłami natury – o czym przypomniała chociażby wczorajsza Ewangelia o uciszeniu burzy na jeziorze, ale i nad siłami duchowymi, w tym nad szatanem.
Można powiedzieć, że dzisiejsza scena z Ewangelii uświadamia nam, że Bóg wyznaczył granicę złu. Polecenie „Milcz”, które Jezus wydaje złemu duchowi jest tym samym słowem w języku aramejskim, którym uciszył wzburzone jezioro. Oto władza, jaką ma tylko Bóg.
Tym samym słowem Jezus pragnie uciszać też wszystkie nasze lęki o siebie, po to, aby w głębokim pokoju człowiek mógł stanąć wolny od utrapień wobec tajemnicy Boga, który przychodzi do nas w Jezusie Chrystusie
„Co to jest?” – pytają obserwatorzy tego wydarzenia. „Jakaś nowa nauka z mocą?”
Pytanie, które wydaje się niepozorne, wręcz peryferyjne dla całego opisu zdarzenia. Tymczasem jest to pytanie, które odsłania istotę dzisiejszego ewangelicznego przesłania!
Ta „nowa nauka z mocą”, to nic innego jak przykazanie miłości: „Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem”. I nawet jeśli wydaje się ono znanym przykazaniem, to ciągle szokuje nas Bóg, którego stać aż na taka miłość. To właśnie dzięki tej nowej nauce św. Paweł może powiedzieć, że ważne mogą być i wielkie i małe strategie naprawy tego świata, ale miłość jest najważniejsza.
Święty Paweł osobiście doświadczył, że granicą tej Boskiej miłości jest jej bezgraniczność. Stary Testament mówił, że „jak śmierć potężna jest miłość”. Tymczasem Jezus objawia „miłość potężniejszą niż śmierć”. Jest to nowe objawienie miłości. „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg przez proroków, a w tych ostatnich dniach przemówił do nas przez Syna”.
To już nie tylko zapowiedzi, ale rzeczywistość: Bóg, który przyjął postać człowieka, bo ukochał go tak bardzo, że gotów był wziąć na siebie ciężar ludzkich grzechów i zapłacić za nie, po to, aby człowiek mógł znów odzyskać nadzieję na życie wieczne.
Jest to miłość, która tym, którzy ją przyjmują, daje moc, aby się stali dziećmi Bożymi, po to, aby stali się świadkami tej miłości przed światem.
To ciekawe, że w dzisiejszej Ewangelii ta możliwość złożenia świadectwa o Jezusie zostaje odmówiona duchowi nieczystemu, którego Jezus wyrzuca z opętanego. A to dlatego, że bez miłości wyznanie wiary – jak powie św. Augustyn – nie ma żadnej wartości.
Życie przykazaniem miłości na co dzień – oto nowość Ewangelii! Wypełniła się w Jezusie Chrystusie, „który umiłowawszy swoich, którzy byli na świecie, do końca ich umiłował”. Ale Chrystus chce, aby to przykazanie wypełniało się także w naszym życiu, Jego uczniów. Dzieje Apostolskie powiedzą, że to właśnie miłość była znakiem rozpoznawczym chrześcijan w Imperium Romanum.
Warto zadać sobie pytanie: Czy mnie w środowisku, w którym żyję i pracuję można rozpoznać dzięki miłości, przez którą chce się upodobnić do Chrystusa? Powołanie do życia miłością Boga i bliźniego, jak siebie samego, to niezwykłe powołanie. Powołanie niełatwe. Trzeba „porzucać starego człowieka, z jego wadami i przyzwyczajeniami”. Trzeba decydować się na otwarcie serca. Trzeba zmierzyć się ze strachem, że jak zaczniemy dawać świadectwo miłości, to posądzą nas o naiwność. Trzeba zmierzyć się z egocentryzmem, który tak łatwo zamyka nas na potrzeby innych.
Miłość jest w nas. Jesteśmy do niej stworzeni. Jest „rozlana w naszych sercach przez Ducha”. Uczynienie z miłości reguły naszego życia jest możliwe. Jeśli tylko tego chcemy!
Jezus uczył wiele w przypowieściach i mówił im w swojej nauce:
„Słuchajcie: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedno padło na drogę; i przyleciały ptaki, i wydziobały je. Inne padło na miejsce skaliste, gdzie nie miało wiele ziemi, i wnet wzeszło, bo gleba nie była głęboka. Lecz po wschodzie słońca przypaliło się i nie mając korzenia, uschło. Inne znów padło między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je, tak że nie wydało owocu. Inne w końcu padły na ziemię żyzną, wzeszły, wyrosły i wydały plon: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny”. I dodał: „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”. (Mk 4,2-9)
Jezus wyjaśniając uczniom znaczenie przypowieści o siewcy podkreśla, że jest ona przede wszystkim obrazem słowa, które Pan Bóg kieruje do człowieka. Gdybyśmy po ludzku tylko chcieli ocenić postawę siewcy z ewangelicznej przypowieści moglibyśmy bez przesady powiedzieć, że najdelikatniej mówiąc jest rozrzutny. Kto bowiem siejąc ziarno rzuca je na miejsca skaliste, na drogę, czy między ciernie, mając świadomość, że w takich miejscach ziarno raczej się zmarnuje? Jednak obraz ewangeliczny jest obrazem miłującego Boga, którego stać na rozrzutność i który swoją miłość pragnie ofiarować każdemu, nawet tym, którzy z ludzkiej perspektywy nie są gotowi na jej przyjęcie.
Nasz Bóg jest Bogiem nadziei. I nadzieja, to jeden z głównych przejawów naszej religijności. Można nawet zaryzykować stwierdzenia, że nadzieja poprzedza nawet wiarę i miłość, poprzedza też akt nawrócenia, stając się często jego motorem.
Podobnie jest z ubóstwem medytacji monologicznej, tej modlitwy serca, drogą której staramy się podążać w naszej praktyce. Ubóstwo tej formy modlitwy bowiem także rodzi nadzieję. Papież Franciszek określił nadzieję jako „siłę wiernego trwania, które wyraża się milczącym pogodzeniem się z wolą Bożą w wierze”. Godzimy się na nią nie dlatego, że traktujemy wolę Bożą jako „dopust Boży”, ale jako najlepszy plan, jaki Pan Bóg ma dla nas i naszego życia i który pragnie z naszą pomocą i przy naszej zgodzie realizować dla naszego dobra.
Brak tej zgody w naszym życiu staje się często przyczyną wielkiego wewnętrznego chaosu i hałasu, który skutecznie zakłóca modlitwę a jednocześnie zamyka nas na przyjęcie tego ziarna słowa Bożego, przez które Pan Bóg chce nas prowadzić w codzienności.
Przyjęcie woli Bożej jest przestrzenią naszego zjednoczenia z Chrystusem, który najpełniej w swoim życiu wypełnił tę wolę i uczy nas ją wypełniać. Natomiast brak zgody na przyjęcie woli Bożej utrudnia to zjednoczenie. Odwołując się do obrazu z dzisiejszej Ewangelii: jeśli potrafimy zgodzić się na realizację woli Bożej w naszym życiu, która między innymi przychodzi przez słowo, w które się wsłuchujemy, mamy okazję wydać prawdziwe duchowe owoce naszego życia, stając się przez to narzędziami działania Boga w świecie. I odwrotnie zamykając się na wolę Bożą ograniczamy możliwość przynoszenia dobrych plonów naszego życia, których jakość jest ściśle związana z nasza otwartością na Bożą łaskę i współpracy z nią.
Wszyscy nauczyciele medytacji chrześcijańskiej są zgodni, że trwanie w milczeniu, które jest tożsame z otwartością w wierze naszego serca na Bożą obecność stwarza w nas relację. Ta relacja polega na tym, że nasze milczenie staje się miejscem objawienia woli Bożej. Jak wspominaliśmy w jednym z ostatnich wprowadzeń: cisza medytacji nie jest brakiem słowa, ale pełnią Słowa. Jest miejscem, w którym Bóg mówi do naszego serca. Fakt, że medytacja pozwala nam nieco wyciszyć nasz często krytyczny i oceniający umysł sprawia, że w ciszy łatwiej przyjmujemy objawioną przez Boga w jego słowie prawdę. Bo przyjmujemy ją sercem.
Merton doda, że prawdziwe milczenie jest skupieniem, dzięki któremu słowo, jakie przyjmuję staje się odpowiednie do danej sytuacji, rodząc prostotę podążania za Bogiem, który przychodzi w swoim słowie. Ta prostota rodząca się z ufnego podążania za słowem Boga w codzienności uwalnia nas od naszych lęków, od postawy roszczeniowej wobec Boga i ludzi, rodząc ufną radość wypływającą ze świadomości odnalezienia w Bożym słowie światła i prostej ścieżki naszego życia.
Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, Jezus ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: „Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi”. I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. (Mk 1,16-18)
Po chrzcie, którym rozpoczyna swoją publiczną działalność, Jezus szuka tych, których uczyni uczestnikami, współpracownikami swojej zbawczej misji. Spotyka ich zajętych swoją codzienną pracą. Są to ludzie oswojeni z wysiłkiem, prości w swoich zwyczajach. Przechodząc wzdłuż jeziora Galilejskiego zobaczył Piotra i Andrzeja, jak zarzucali sieci, gdyż byli rybakami. Zaprasza do pójścia za Nim. Zmienia życie tych ludzi.
Apostołowie wydają się dyspozycyjni, choć tych czterech uczniów – Piotr, Andrzej, Jan i Jakub – znało już Jezusa, lecz to jest ten moment w którym, odpowiadając na Boże wołanie, decydują się pójść za nim na całego, bez stawiania warunków, bez kalkulacji, bez zastrzeżeń. Czy ja również mam odwagę to zrobić? W ten sposób wielu przez wieki podąża za Chrystusem. Jezus szuka swoich uczniów pośród ich zwyczajnych obowiązków, tak uczynił Bóg z Mędrcami: przyszedł do nich przez to, co było dla nich najbardziej znajome i bliskie, blask gwiazdy; tak też wezwał Anioł pasterzy z Betlejem, kiedy spełniali swój obowiązek doglądania swoich owiec.
Pośród naszej pracy, naszych obowiązków, zaprasza nas Jezus do pójścia za Nim, abyśmy stawiali Go w centrum naszego życia, abyśmy służyli Mu tym, co robimy najlepiej. Wybiera nas i jednocześnie pozostawia tam gdzie jesteśmy: w rodzinach, w tym samym miejscu pracy, w stowarzyszeniach, partiach politycznych czy klubach sportowych do których należymy, abyśmy w tych to miejscach i w tych to środowiskach kochali Go i czynili Go znanym poprzez miłość w rodzinach, dobre relacje w pracy, czy przyjaźnie.
Od momentu, w którym decydujemy się uczynić Chrystusa naszym Panem i Nauczycielem, wszystko co czynimy tak czy owak zostaje dotknięte przez tę decyzję i z niej wypływa. Powinniśmy się zapytać czy jesteśmy konsekwentni wobec tego, co to znaczy i o to czy nasza praca, nasze sumienne wypełnianie obowiązków rodzinnych czyni nasze codzienne życie miejscem wzrastania w naszej przyjaźni z Chrystusem?
Pan Jezus odnajduje nas w naszych środowiskach życia i chce, aby to życie było uświęcane poprzez wierność codziennym obowiązkom: poprzez zwyczajny codzienny uśmiech i życzliwość wobec innych, poprzez prace w biurze, solidne studia na uczelni, kulturalne kierowanie samochodem, sprzątanie domu czy gotowanie obiadu. To właśnie w tych zwykłych czynnościach nasze życie powinno być naśladowaniem do Chrystusa. Powinniśmy skupić naszą uwagę na Synu Bożym, który stał się Człowiekiem i pytać się wielokrotnie w ciągu dnia: co uczyniłby Jezus na moim miejscu?, jak zrealizowałby moje zadanie?, jak zareagował by na spotkanego człowieka? Ewangelia nam mówi, że Jezus wszystko czynił dobrze, po ludzku, bez fuszerki, w duchu miłości służby bliźnim, z zaangażowaniem; myśląc nie o sobie, ale o radości i dobru innych. Czy to naprawdę aż tak trudne i nieosiągalne? Czasem trzeba tak niewiele…
Niech nikt nie myśli, że jego praca jest mało ważna. Tę pracę widzi Bóg i w oczach Bożych ma ona wielką wartość, której nawet nie możemy sobie wyobrazić, bez względu na to, czy inni ją docenią czy nie.
Czasem słyszę w konfesjonale skargę: Mam tak dużo zajęć, że brakuje mi czasu na modlitwę. Co nam przeszkadza modlić się pracą? Skoro Pismo Święte mówi, że „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”, to każdy czas jest dobry, by zamienić go w czas ofiarowany Bogu, nie tylko ten, który spędzamy w Kościele. „Dla chrześcijanina, który żyje w obecności Boga, każda chwila powinna być modlitwą” – zwykł mawiać popularny obecnie mistyk, który podbija serca coraz większej rzeszy osób ojciec Dolindo Ruotolo. Nie chodzi o to, aby w każdej chwili myśleć o Bogu, ale o to, aby każda chwilę przeżyć jak najlepiej.
U progu każdego dnia, powiedzmy Panu, kierując do Niego chociażby kilka słów, mówiąc, że każdą chwilę dnia chcemy przeżyć z miłości dla Niego i poprośmy, aby nam w tym pomagał. A potem starajmy się tą obietnicą żyć…
Jako że miłość jest twórcza, będziemy umieli znaleźć sposoby, które nam pomogą nie zapomnieć o tym, że do Boga mamy iść przez to, co ludzkie, zwykłe i codzienne.
„Samuel bowiem jeszcze nie znał Pana, a słowo Pańskie nie było mu jeszcze objawione.” (1 Sm 3,7)
Czy są chrześcijanie, którzy nie znają Boga? Czy są katolicy, którzy nie znają Boga?
Nie wiem czy są, ale zakładam, że mogą tacy być. Rzeczywiście mogą być ludzie, którzy deklarują się jako chrześcijanie i katolicy, którzy Boga nie znają. Nie chodzi o to, aby bawić się w sędziego i oceniać wiarę innych, ale do takiego wniosku może nas prowadzić liturgia II niedzieli, choć wydaje się to sytuacją co najmniej dziwną.
Można posunąć się nawet dalej w tym rozmyślaniu: Można być księdzem, zakonnikiem a nawet biskupem i nie znać Boga… Oczywiście mam na myśli znajomość, która jest czymś więcej niż wiedzą na temat Pana Boga w teorii. Można skończyć teologię, otrzymywać bardzo dobre oceny na egzaminach i nie znać Boga. Można mówić różne wyuczone teorie o Panu Bogu i nie znać Boga. „Można pisać grube książki o Bogu i nie znać Boga”. To ostatnie zdanie akurat zaczerpnięte jest z refleksji papieża Benedykta XVI, który z bólem serca wypowiadał się o błądzących teologach niemieckich, którzy przysparzali mu wiele troski. Można zatem sądzić, że ten, który znał to środowisko od podszewki wiedział o czym mówi. Boje się wręcz wypowiedzieć zdanie, że można stawać codziennie przy ołtarzu, przyjmować Go do swego serca a jednak nadal Go nie znać…
Czy potrzebujemy dowodu, uzasadnienia tej tezy, pewnie dość kontrowersyjnej? Ci, którzy spoglądają na świat otwartymi oczami pewnie nie potrzebują. Ci zaś, którzy mając oczy nie widzą i mając uszy nie słyszą i tak nie przyjmą żadnych argumentów. Bardzo zabolała mnie ostatnio wypowiedź jednego z polskich biskupów, który mówi wprost: „Jestem antyklerykałem…” Bo co jak co, ale jeśli znamy Boga i wiemy a raczej doświadczyliśmy Go i odkrywamy prawdę o Nim bardziej poprzez relację niż poprzez teorię doskonale wiemy, że On nie jest nigdy anty…, nie jest nigdy przeciw człowiekowi. Pisze te słowa u progu tego szczególnego czasu, który jest czasem spotkań w ramach dialogu ekumenicznego i międzyreligijnego. To szczególny czas, w którym odkrywam ludzi, którzy swoim życiem świadczą o tym, że poznali Boga i pokazują to przez swoją otwartość. Co więcej, doświadczenie pokazuje, że spotykamy ich tam, gdzie się tego nie zawsze wedle naszych ludzkich osądów spodziewaliśmy.
Ale wracając do tematu i do dowodu na postawioną przeze mnie tezę o możliwości nieznajomości Boga przez zdeklarowanych „wierzących”. Ten dowód znajduje się w pierwszym czytaniu przewidzianym na II niedziele zwykłą obecnego roku. Samuel od dziecka był ofiarowany Bogu. Od małego wychowywał go kapłan Heli. Zapewne się uczył o Bogu. Na pewno temu Bogu służył. Czytanie mówi, że Samuel nawet spał w przybytku (a więc przebywał w obecności Boga). To trochę tak, jakby spał tu w kościele, między ołtarzem a tabernakulum.
Był Samuel tak blisko Boga a nie znał Go! Biblia mówi: „Samuel bowiem jeszcze nie znał Pana.” (1Sm 3,7a)
Druga część tego zdania na szczęście wyjaśnia nam dlaczego Go nie znał. Warto usłyszeć to wyjaśnienie! „Samuel bowiem jeszcze nie znał Pana, a słowo Pańskie nie było mu jeszcze objawione.” (1Sm 3,7)
Klucz do poznania Boga prowadzi przez objawienie.
Pytam zatem: Czy wiedza o Bogu jest potrzebna? Tak i to bardzo, ale kluczowe jest objawienie.
Czy potrzebne są religijne praktyki? Tak, są potrzebne, ale nie wystarczą, gdy nie ma objawienia.
Czy potrzebne jest chrześcijańskie wychowanie, chrześcijańskie świadectwo? Bardzo potrzebne, ale gdy do tego nie dojdzie objawienie, to człowiek dalej NIC nie będzie wiedział o Bogu.
Bez objawienia nigdy nie pozna się Boga.
Co to jest objawienie? Jest to działanie Pana Boga, w którym Bóg daje człowiekowi łaskę poznania i zrozumienia kim jest Bóg, kim jest człowiek, czym jest zbawienie? To poznanie, które bardziej przychodzi przez serce, serce zaangażowane w relację z Bogiem i otwarte na Niego niż przez rozum! Jest to nadprzyrodzona pomoc Boga, by ożyło to, co jest „wkładane” do głowy na kazaniach, na katechezie, poprzez czytanie Biblii czy religijnych książek.
Objawienie to nie jest zbiór informacji podawanych do wierzenia. Objawienie to działanie mocy Boga i z drugiej strony ludzkie otwarcie się na to działanie. Bóg ze swej strony robi wszystko, aby dać się poznać człowiekowi. Nikomu bardziej na tym poznaniu nie zależy niż właśnie Bogu, ale bez otwartości ze strony człowieka Bóg niewiele zdziała. Takie są konsekwencje ludzkiej wolności. Oczywiście otwartość na Boże objawienie także jest łaską, ale i tej łaski mogę nie przyjąć. Najlepszym tego dowodem, że ludzka wolność jest najskuteczniejszym sposobem zamknięcia się na Boże objawienie jest ilość niewierzących, ale też wierzących a nie znających Boga pomimo tylu tysięcy lat trwania Bożego objawienia!
Kiedy jednak człowiek otworzy się na Boże objawienie wówczas potrafi zmienić się, w jednym momencie. Można to porównać z przewrotem, z rewolucją. O tym chociażby świadczy świadectwo dane przez dzisiejszą Ewangelię: „Jan stał z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: Oto Baranek Boży. Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem.” (J 1,35-37) Nie poszli na chwilę, nie poszli na dzień, poszli na całe życie.
Co ich pociągnęło? Objawienie! Dotknęła ich łaska Boga. O tworzyli się na nią i zrozumieli! To nie było zrozumienie na poziomie jedynie umysłu. Zarówno umysł jak i serce mówiły im z całą mocą, że znaleźli Mesjasza, odnaleźli zbawienie.
Pozostaje zatem zadać sobie pytanie: Czy znam Boga? Czy nie brakuje w moim życiu a zwłaszcza w moim sercu otwartości na Niego? Czy nie zaszufladkowałem Boga poprzez wyuczone na Jego temat teorie, które zamiast stać się pomocą, stają się tak naprawdę jakimś stereotypem na temat Boga a jednocześnie skuteczną przeszkodą w poddaniu się Jego działaniu w moim życiu?
Czy mogę powiedzieć, że poznałem Boga? Co o tym mówi moje życie?