Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Być posłańcem

Pojawił się człowiek posłany przez Boga, Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości.(J 1,6-7)

Obchodzimy dzisiaj już trzecią niedzielę adwentu – Niedzielę Gaudete. Radość dotyka naszych serc z racji zbliżania się do Prawdy – Prawdy o naszym pełnym uniżenia Bogu, a zarazem Prawdy o nas samych, jako dzieciach samego Boga. Powiedzmy sobie szczerze: nasz świat jest jakże często przepełniony obłudą i kłamstwem. Ścieżki kłamstwa są ciemne i kręte. Kroczenie po nich nigdy nie owocuje radością. Prawda jest zaś zawsze jasna i prosta, choć czasem trudna do przyjęcia.

Zagubieni na swych krętych ścieżkach życia Judejczycy szukali Jana Chrzciciela, wiedząc, że on zna prawdę o Bogu, o świecie, o nich samych. Kto zaś zna prawdę, dysponuje ogromną siłą. Najniebezpieczniejszym człowiekiem dla świata jest właśnie ten, kto zna całą prawdę, kto potrafi ją odważnie wypowiedzieć i usiłuje nią konsekwentnie żyć. Takiego człowieka świat najbardziej się boi, obawia się go, deprecjonuje i za wszelką cenę usiłuje się pozbyć. Ci, którzy szukali wybawienia, szli nad Jordan do Jana, wyznawali swoje winy, przyznawali się do popełnionego zła, przyjmowali chrzest pokuty i powracali radośni drogą wiodącą ku Bogu. Inni w tym samym czasie zastanawiali się, jak zamknąć te mówiące prawdę usta proroka znad Jordanu.

Św. Jan Chrzciciel uczy nas, jak świadczyć o Jezusie. Pełen wyrzeczenia nieustannie wzywa do nawrócenia. Świadczy o Prawdzie i sam przyjmuje postawę „bycia w prawdzie”. Przecież mógł powiedzieć, że jest Mesjaszem, prorokiem, Eliaszem. Zapewne wtedy byłby przynajmniej przez jakiś czas uwielbiany przez Żydów, noszony na rękach, czułby się jak celebryta w otoczeniu swych wiernych fanów. On jednak nie uległ pokusie próżnej sławy. Dalej trwał w prawdzie, jako „głos wołającego na pustyni”.

Jan wzywa, aby przygotować drogę Panu, wyprostować ścieżki naszego życia dla Tego, który jest jedyną Prawdą – Jezusa Chrystusa. Jest to równoznaczne ze zmianą swojego życia. To jeden z warunków, aby moje życie było świadectwem. Jeżeli uwierzę w Niego i przyjmę Go jako najwyższą Prawdę mojego życia, to nie ulegnę pokusie pychy tego żywota, lecz stanę się świadkiem Jego Dobrej Nowiny.

Franz Kafka w jednym ze swych opowiadań opisuje agonię pewnego króla. To już ostatnie oddechy, ostatnie uderzenia jego serca. Król jednak chce jeszcze przed śmiercią przekazać bardzo ważną wiadomość. Wzywa do swego zamku posłańca i przekazuje mu zadanie. W małym domku za miastem mieszka człowiek, który musi usłyszeć tę ostatnią wiadomość od króla. „Zanieś mu tę nowinę!” – mówi król. Posłaniec chce iść, ale przed zamkiem stoi tłum, setki ludzi tłoczy się przed pałacem i zapełnia przyległe uliczki. Posłaniec nie może się przedostać, a przecież tam za miastem wciąż człowiek czeka na wiadomość od króla…

Oto dziś nasz Król, nasz kochający Bóg, chce przekazać światu bardzo ważną wiadomość. Wzywa posłańców: proroka Izajasza oraz Apostoła Narodów. Obaj mają do przekazania pilną wiadomość: Pan jest blisko, dlatego prostujcie Mu drogę i zawsze się radujcie…. Człowiekiem z domku za miastem jest zaś każda i każdy z nas. Czy jednak dotrze do nas wieść o Bożej bliskości, czy uwierzymy kolejny raz w jeszcze jedno Boże Narodzenie i czy będzie to motywem naszej głębokiej i szczerej radości?

Pragniemy na własne uszy usłyszeć tę wieść od naszego Boga! Dosyć mamy własnej bylejakości i panoszącego się wokół kłamstwa. Nasze serce szuka dobrej nowiny na nadchodzące Święta. Przeszkodą jest tłum naszych lęków i kompleksów, a także obojętności, bowiem przeciwieństwem miłości wcale nie  jest tylko nienawiść. Jakże często w naszych czasach jest to także obojętność. Nie ustawajmy jednak w drodze! Nieśmy tę radosną prawdę o naszym Bogu, który posłał właśnie nas, byśmy głosili dobrą nowinę ubogim, byśmy opatrywali rany serc złamanych.

Brzemię modlitwy

Z Ewangelii według świętego Mateusza.

Jezus przemówił tymi słowami:

„Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźmijcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”. (Mt 11,28-30)

Przeżywamy czas adwentu. Piękną definicję tego okresu liturgicznego dał kiedyś papież Benedykt XVI: „Adwent – w tym słowie kryje się wezwanie, które sprowadza się do nowiny: Bóg tu jest. Nie wycofał się z tego świata. Nie zostawił nas samymi. Nie możemy Go zobaczyć ani dotknąć, ale jest tutaj. I nawiedza nas na wiele sposobów”. (papież Benedykt XVI, 2005)

Nasze doświadczenie życia codziennego pokazuje nam, jak mało mamy czasu dla Pana i mało czasu dla siebie samych. Pochłania nas całkowicie robienie czegoś. Czy nie jest prawdą, że często jesteśmy posiadani przez aktywizm.

Jezus w dzisiejszej Ewangelii mówi o jarzmie, o brzemieniu a więc o tym co jest ciężarem, trudem, wymiarem krzyża w naszym doświadczeniu  życia. Bez wątpienia do takich doświadczeń, którym towarzyszy trud jest modlitwa. Jest to trud znalezienia na nią czasu, na przekór opinii, że tego czasu dzisiaj nie mamy; jest to – zwłaszcza w przypadku medytacji – trud zawalczenia o ciszę, na przekór hałasowi, który panuje wokół nas a często i w nas; jest to trud rezygnacji z naszego „ego”, które lubi zajmować pierwsze miejsce, aby to miejsce zostawić Bogu; jest to wreszcie trud zaufania i zawierzenia, na przekór przekonaniu, że my wiemy lepiej…

Jan Kasjan zwykł mawiać, że modlitwa, to szczególna przestrzeń zmagania o milczenie przed Bogiem, by zrodziła się w nas zdolność słuchania Jego woli, Jego natchnień, Jego słowa. To milczenie ma różne wymiary. Pierwszym z nich jest milczenie fizyczne a głownie milczenie mowy. Bez milczenia towarzyszącego modlitwie niewiele jesteśmy w stanie się dowiedzieć o sobie i o Bogu, bo hałas skutecznie zagłusza głos Boga w naszym wnętrzu.  

Jest taka historia o Abba Agatonie, że przez trzy lata nosił w ustach kamyk, dopóki nie wyćwiczył się w milczeniu.

Bez milczenie nie ma słuchania! Milczymy by słuchać i usłyszeć. By przyjąć słowo. By uczyć się posłuszeństwa temu słowu. Umiejętność milczenia i słuchania jest wielkim testem naszej dojrzałości w modlitwie. Słuchanie jest wielką dyspozycją serca, które chce przyjąć i podjąć drugą osobę – Boga, który wychodzi nam w modlitwie na spotkanie. Bez umiejętności właściwego słuchania nie ma zdolności otwarcia się na drugiego.

Niech zatem medytacja, która zaprasza nas do wejścia w ciszę, uczy nas dyspozycyjności na Boga, który w ciszy naszego serca kieruje do nas swoje słowo.

Prostowanie ścieżek naszego życia

Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Jak jest napisane u proroka Izajasza: Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki. (Mk 1,1-2)

„Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego”. Żydom pustynia kojarzyła się jednoznacznie z najważniejszym wydarzeniem w historii narodu wybranego – z wyjściem z Egiptu i wędrówką do Ziemi Obiecanej. Jak doskonale pamiętamy, pustynia okazała się dla Żydów miejscem niewierności, grzechu i braku nadziei. Pan Bóg jednak przeprowadził swój lud przez pustynię przede wszystkim po to, aby okazać mu swoje miłosierdzie – miłosierdzie, które jest większe od każdego grzechu, niewierności czy beznadziei.

Św. Jan Chrzciciel wzywa dziś każdego z nas do wyjścia na pustynię. Chociaż rozumiemy ją w sensie duchowym, to podobnie jak Żydzi, mamy się tam udać, aby przekonać się o naszej niewierności, grzechu i braku nadziei. Jednakże jesteśmy zaproszeni na pustynię przede wszystkim po to, aby zostać obdarowani Bożym miłosierdziem.

(Nadzieja na to Boże miłosierdzie pobrzmiewa w dzisiejszej liturgii słowa już od pierwszych jego wersów (Ps. 85). Świadomość naszych grzechów każe nam wołać o Boże miłosierdzie. Take wołanie nie może pozostać bez echa – bo czyż Bóg nie jest Bogiem obietnicy, którą zawarł z Abrahamem i całym jego potomstwem? Przychodzi więc wizja pociechy: „Łaskawość i wierność spotkają się ze sobą, ucałują się sprawiedliwość i pokój” (w. 11 psalmu).

Schemat wydaje się prosty: z jednej strony mamy grzeszników głośno wołających o miłosierdzie, z drugiej zaś Boga, który musi pozostać wierny własnej obietnicy. Czy zatem Bóg jest niejako zmuszony do wybaczenia człowiekowi? Czy nasza relacja z Nim jest relacją osoby (człowieka) i jakiejś maszynki do produkcji miłosierdzia, z której po naciśnięciu guzika z napisem „Obietnica” musi wypaść odpowiedni dar?. Na szczęście słowo Boże chroni nas przed takim myśleniem. Dar musi być bowiem przyjęty. Musimy mieć dyspozycję do przyjęcia tego daru a więc chęć nawrócenia.)

Warto może sobie uświadomić, że gdy przed świętami po dłuższym lub krótszym czasie uklękniemy przy konfesjonale, to nie po to (a przynajmniej nie głównie po to), aby wyznać grzechy, ale przede wszystkim, aby wyznać miłość. Sakrament pojednania jest wyznaniem miłości! Miłość ta jest odpowiedzią na obdarowanie nieskończonym Bożym miłosierdziem.

Oczywiście, podobnie jak Żydzi Janowi, tak i my wyznamy Panu Jezusowi nasze grzechy i będziemy próbowali się nawrócić.

Nie łudźmy się jednak, że uda nam się przygotować we właściwy sposób drogę dla Pana. To nie jest tak, że my się nawracamy i przestajemy grzeszyć, a wtedy Pan Bóg zaczyna nas kochać i wchodzi na drogę pięknie przygotowaną dla Niego w naszych sercach.

Jest dokładnie na odwrót: Bóg nas kocha, mimo że nasze drogi są nadal nierówne i niegotowe na Jego przyjście.

Przychodzi, a Jego miłość sprawia, że nasze serca się przemieniają.

Prorok Izajasz mówi, że mamy budować drogę dla Pana na pustyni. Pustynia jest miejscem całkowitej bezradności. Dopiero gdy zgodzimy się na własną bezradność, grzeszność i pogubienie, gdy przestaniemy polegać na sobie i swojej wyimaginowanej doskonałości, gdy otworzymy się całkowicie bezgranicznie i bezwarunkowo na Boże miłosierdzie, Pan Bóg będzie mógł wreszcie działać w naszych sercach, obdarować nas swoim miłosierdziem i wprowadzić do Ziemi Obiecanej.

Niepokalana i Godzina łaski

Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! (Łk 1,38)

Świętowanie Bożego Narodzenia poprzedza okres przygotowawczy, zwany Adwentem, w którym mocno wybrzmiewa pragnienie i wołanie o Zbawiciela.

Zarówno oczekiwanie na przyjście na świat Zbawiciela, jak i Jego narodzenie łączą się ściśle z Matką Bożą. Już na początku Adwentu czcimy zapowiedź Jej narodzenia w uroczystość Niepokalanego Poczęcia. Pierwotnie ta wielka uroczystość nie miała żadnego związku z Adwentem. Została wyznaczona na dzień 8 grudnia z uwagi na okres dziewięciu miesięcy dzielących Niepokalane Poczęcie od Narodzenia Maryi – 8 września. Uroczystość ta łączy się jednak z myślą przewodnią Adwentu. Bowiem w okresie, który przygotowuje nas na przyjście Zbawiciela, chętnie zwracamy wzrok ku Jego Matce – Maryi. Widzimy w Niej jak w jutrzence porannej bliski już brzask dnia przed wschodzącym słońcem narodzenia Jezusa Chrystusa.

Maryja od chwili zwiastowania żyła jedynie ze względu na Chrystusa. Towarzyszyła Mu przez całe życie, jak nikt z ludzi. Z tej ścisłej łączności z Chrystusem wypływają przedziwne Jej przywileje i łaski, a wśród nich łaska Niepokalanego Poczęcia, czyli łaska całkowitej wolności od grzechu pierworodnego od chwili poczęcia. Wszak sama godność Macierzyństwa Bożego wymagała, aby Matka Zbawiciela była ” cała piękna i bez żadnej zmazy” (Pnp 4,7). Wierzymy, że otrzymała tę łaskę uprzedzająco, ze względu na przyszłe zasługi zbawczej męki i śmierci Jej Syna. Takie przekonanie było żywe wśród wiernych od początku istnienia Kościoła.

Kościół Wschodni nigdy prawdy o Niepokalanym Poczęciu Maryi nie ogłaszał, gdyż była ona na Wschodzie powszechnie uznawana. Co więcej, właśnie tam w VII w. zaczęto obchodzić Święto Niepokalanego Poczęcia.

W Kościele Zachodnim święto to przyjęło się w IX w., ale aż do XIX wieku dojrzewano do tego, by ogłosić tę prawdę jako dogmat wiary (bł. Pius IX, 8 grudnia 1854 r. w bulli „Ineffabilis Deus” – Niewyrażalny Bóg). W bulli tej papież pisze:

„Powagą Pana Naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła oraz Naszą ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmocnego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć”.

Jednak niezwykłe jest to, że w cztery lata po ogłoszeniu dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Matka Boża ukazuje się św. Bernardecie Soubirous (25 marca 1858 r) i zapytana, jakie jest Jej imię, odpowiedziała: „Jam jest Niepokalane Poczęcie”. W ten sposób nie tylko potwierdziła ogłoszenie dogmatu o Jej Niepokalanym Poczęciu, ale dała także do zrozumienia, jak drogi jest Jej ten przywilej i łaska.

Z tym świętem związane jest jeszcze jedno ważne wydarzenie: Matka Boża, objawiając się w Święto Niepokalanego Poczęcia, 8 grudnia 1947 r., pielęgniarce Pierinie Gilli w Montichiari we Włoszech wyraziła następujące pragnienie: Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia, w południe obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata. Dzięki modlitwie w tej godzinie ześlę wiele łask dla duszy i ciała. Będą masowe nawrócenia. Dusze zatwardziałe i zimne jak marmur poruszone będą łaską Bożą i znów staną się wierne i miłujące Boga. Pan, mój Boski Syn Jezus, okaże wielkie miłosierdzie, jeżeli dobrzy ludzie będą się modlić za bliźnich. Jest moim życzeniem, aby ta Godzina była rozpowszechniona. Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny łaski. Jeśli ktoś nie może w tym czasie przyjść do kościoła, niech modli się w domu.

Nasza modlitwa i obecność przed Bogiem w tym właśnie czasie chce być odpowiedzią miłości na tę prośbę Maryi.

Niech Maryja Niepokalanie Poczęta, która przyszła na świat jako „łaski pełna”, prowadzi nas stale do Chrystusa. Niech będzie światłem naszego Adwentu i niech uczy nas, jak odpowiadać FIAT – „Niech mi się stanie” na każdy przejaw woli Bożej, jaka pragnie realizować się w naszym życiu.

Wszystko winno prowadzić do Boga

Jezus powiedział do swoich uczniów:

„Nie każdy, który Mi mówi: «Panie, Panie», wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie.

Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. (Mt 7,21.24-25)

„Wszystko w naszym życiu powinno prowadzić do Boga” – Ewargiusz z Pontu. To jest też celem modlitwy, jaką Ojcowie Pustyni określali mianem modlitwy nieustannej. Jej owocem jest wewnętrzna dyspozycja.

Św. Bernard nauczał, że: „Modlitwa jest zawsze umiarem. W niej Bóg otrzymuje dostęp do naszego serca, do wewnętrznej ciszy w głębi nas samych, którą może wypełnić tylko On. Z wolna przedzieramy się przez warstwy myśli i uczuć do tego miejsca miłości i pokoju – sanktuarium Trójcy Świętej, którym jest nasze serce”.

Droga modlitwy serca rozpoczyna się milczeniem. Nie chodzi tu tylko o zewnętrzną zmianę sytuacji, która pozwoli nam znaleźć przestrzeń ciszy, ale też o wyciszenie wewnętrzne. Ale również cisza wewnętrzna jest tylko środkiem, który pozwala nam znaleźć to, co jest sednem tej modlitwy – głos Boga w sercu. Usłyszeć ten głos i pójść za nim z ufnością jest początkiem drogi nawrócenia.

Słowo, po które sięgamy w modlitwie wiąże nas z Bogiem. Dlatego właśnie najlepszym słowem pełniącym tę rolę jest imię Jezusa. Przywoływanie tego wezwania uczy nas nie tylko słuchania (posłuszeństwa), ale ma moc oczyścić nasze serce miłością. Moc tego słowa czyni nas wolnymi od przeszkadzających nam myśli i wyobrażeń, pozwala nam zanurzyć się w głębię Bożej miłości, by w wewnętrznym milczeniu doświadczać uzdrowienia mocą przyzywanego Imienia i doświadczać pojednania ze sobą i z Bogiem. Nikt nie może tego uczynić inną drogą niż poprzez łaskę, która jest darem samego Chrystusa.  

Oczyszczone serce zaczyna dostrzegać Boga i zostaje napełnione Jego Miłością i Światłem. Modlitwa wewnętrzna jest określana tym mianem, ponieważ kształtuje ona przede wszystkim wnętrze człowieka dzięki pokojowi i łagodności ducha, które stają się jej owocem. Jest to modlitwa, która zstępując do wnętrza ma za zadanie dotrzeć do ukrytego tam skarbu. Skupienie towarzyszące modlitwie wewnętrznej prowadzi nas do odkrywania naszego, prawdziwego ja.  Modlitwa ta uczy nas zatem życia naszą wewnętrzną prawdą, odsłania nam nasz wewnętrzny świat.

Św. Teresa z Avila pisze: „Poprzez modlitwę Boże działanie obejmuje w posiadania kolejne warstwy naszego wnętrza, a dzieje się to na drodze oczyszczeń. Celem ostatecznym jest zjednoczenie: stan, w którym wszystko w nas będzie przepełnione Bogiem i Jemu posłuszne.”