Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Wielki Czwartek – z wdzięcznością

Strażnik serca

Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: «Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam?» A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać.

W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: «Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali wieczerzę?»

On odrzekł: «Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka i powiedzcie mu: „Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie urządzam Paschę z moimi uczniami”». Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę.

Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu uczniami. A gdy jedli, rzekł: «Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was Mnie wyda».

Bardzo tym zasmuceni, zaczęli pytać jeden przez drugiego: «Chyba nie ja, Panie?»

On zaś odpowiedział: «Ten, który ze Mną rękę zanurzył w misie, ten Mnie wyda. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził».

Wtedy Judasz, który miał Go wydać, rzekł: «Czyżbym ja, Rabbi?» Odpowiedział mu: «Tak, ty». (Mt 26, 14-25)

W przeddzień Triduum Paschalnego, którego obchód zaczniemy jutro wieczorem Mszą Wieczerzy Pańskiej Ewangelia wprowadza nas coraz głębiej w dramat poprzedzający Mękę i Śmierć Chrystusa.  Ewangelia wprowadza nas też w tragiczną historię jednego z najbliższych uczniów Jezusa, który sprzedaje Mistrza za trzydzieści srebrników – Judasza. To, co najbardziej boli w historii Judasza to prawda o tym, jak tanio można sprzedać miłość i przyjaźń. To historia, która wcale nie jest odosobniona, ale która – jak pisze Jean d’Ormesson w Historii Żyda Wiecznego Tułacza – przewija się przez pokolenia. Dramat Judasza jest tym większy, że jak pokazuje Ewangelia on szuka sposobności do ciężkiego grzechu. To ważna nauka dla każdego, kto na serio traktuje swoje życie duchowe, że szukanie okazji do grzechu zawsze kończy się dla człowieka tragicznie, choć początkowo może zacząć się niewinnie: od pierwszej myśli, którą zasiejemy i będziemy pielęgnować w naszym umyśle i sercu. Dlatego Ewargiusz z Pontu nawiązując do myśli, jako ziarna działania złego ducha zachęca, abyśmy stali zawsze na straży naszych serc, bo to, co tam wpuścimy zostanie zasiane niczym ziarno, by w swoim czasie i przy sprzyjających warunkach zapuścić korzenie a następnie wydać owoce grzechu. Ewargiusz mówi w sumie o ośmiu głównych [złych] myślach, do których sprowadza się każda [grzeszna] myśl. Z czasem w teologii duchowości zmieniły swoją nazwę i dzisiaj znamy je pod nazwą „siedmiu grzechów głównych”. Dla wyjaśnienia ta ósma, która nie znalazła się w katalogu grzechów głównych to acedia – nazywany przez Ewargiusza także demonem południa (zob. Ps 91[90],6), jest najuciążliwszym spośród wszystkich demonów a w teologii duchowości został powiązany z grzechem lenistwa, bo rzeczywiście acedia jest pewnego rodzaju duchowym lenistwem prowadzącym do zniechęcenia, stąd mówimy o siedmiu nie o ośmiu grzechach głównych.

Jak naucza Ewargiusz to, czy owe myśli dręczą naszą duszę, czy nie, to nie do końca musi zależeć od nas. Ale to czy trwają, czy nie, czy wzniecają, czy też nie wzniecają namiętności w naszym wnętrzu, to już zależy od nas i naszej woli.

Praktyka medytacji monologicznej jest zaproszeniem do wyciszenia naszych myśli i stała się już dla Ojców Pustyni – o czym pisze zarówno Jan Kasjan jak i Ewargiusz – skuteczną praktyką ascetyczną do walki duchowej, która zawsze bierze swój początek w umyśle i sercu człowieka. Myśl zasiana w umyśle – pisze Ewargiusz – jeśli nie natrafia na przeszkodę w postaci modlitwy i czystego serca szybko zakorzenia się w nim i zapuszcza korzenie oplatające wewnętrznie nasza duszę. Dlatego dużo łatwiej jest nie dopuścić złej myśli do swego serca niż potem wyrzucić ją stamtąd, gdy już się zakorzeni. Skutecznym strażnikiem stojącym na straży naszego serca – jak mówią, Ojcowie Pustyni – jest słowo, krótki werset, który powtarzamy w rytmie oddechu, czyniąc go nieustanną modlitwą a przez ten fakt nieprzebytą tamą dla złego ducha, zwłaszcza gdy powiązana jest ona z imieniem Jezus.

Ewangelia mówi dziś także o tym, że uczniowie przygotowują wieczerzę paschalną– szczególne spotkanie z Jezusem. Pytają Jezusa: „Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali wieczerzę?” innymi słowy: „Gdzie chcesz się spotkać z nami?”

Warto w tym kontekście pamiętać, że pierwszym miejscem, gdzie Jezus chce się z nami spotykać jest nasze serce. Jeśli nasze serca będą miejscem spotkania z Bogiem, to każde miejsce, w którym się znajdziemy może stać się dogodnym miejscem budowania relacji z Bogiem. Kiedy natomiast nasze serca będą wyobcowane od Boga, to żadne, nawet najbardziej święte miejsce może okazać się niewystarczające, żeby móc czerpać w nim radość spotkania z Bogiem (tak między innymi działa opisany przez Ewargiusza demon acedii).

Wejdźmy w nasze serca, niech panuje w nich klimat Wieczernika. Zatrzymajmy się przy słowach Jezusa. Kontemplujmy Jego spojrzenie pełne miłości dla nas – Jego uczniów i przyjaciół. Przylgnijmy do Niego, jak Jan, który podczas Ostatniej Wieczerzy spoczywał na piersi Jezusa. Niech ta kontemplacja trwa w nas pozwalając nam jak najgłębiej przeżyć nadchodzące dni misterium paschalnego, gdyż w pełni ich tajemnice można zrozumieć tylko sercem.

Szukamy trwania przy imieniu Jezus.

Jezus powiedział do Żydów, którzy Mu uwierzyli: «Jeżeli trwacie w nauce mojej, jesteście prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli». (J 8, 31)

Dzisiejsza Ewangelia jest oczywiście dłuższa, bo ma aż dziesięć wersetów, ale ograniczamy się do pierwszego z nich, bo w zasadzie on zawiera, to co wydaje się najważniejsze.

Jednym z istotnych warunków by być prawdziwym uczniem Chrystusa, jest trwanie w Jego nauce. To właśnie staramy się robić w medytacji. Nauka Jezusa różni się jednak zasadniczo od tej, którą pobieramy w szkole, potem na studiach. Ona nie polega na przyswojeniu coraz większej ilości wiedzy teoretycznej na temat Pana Boga czy Jezusa. Nauka, o której mówi Chrystus jest bardziej odkrywaniem prawdy o Nim na płaszczyźnie serca. Dlatego wbrew pozorom nie potrzeba tu za dużo słów a raczej otwartości na łaskę i prawdę, która wraz z nią przenika do naszego serca stając się źródłem jego wolności – jak mówi dziś Jezus.

Trwanie w nauce Jezusa jest gwarancją poznania prawdy. Jest coś takiego, co moglibyśmy określić: „zakorzenianiem się w prawdzie”. Jeżeli będziemy trwać w nauce Pana Jezusa, to Jego prawdę będziemy poznawać coraz głębiej i głębiej, będziemy ją chłonąć zarówno naszym umysłem, jak i sercem aż kiedyś doprowadzi nas ona do pełnego zjednoczenia serca z Nim i z Ojcem. Bo dopiero zjednoczenie serca z Bogiem daje człowiekowi prawdziwą wolność!

„Prawda nas wyzwoli”. Tę zasadę zdaje się potwierdzać także praktyka medytacji, w której towarzyszące jej cisza i bezruch budują przestrzeń i atmosferę wewnętrznego wglądu w siebie. Cisza medytacji jest miejscem, w którym ujawnia się ta prawda o nas samych, która bywa nierzadko ukryta przed naszą świadomością. A stara maksyma Ewargiusza z Pontu mówi, że: „Im bardziej jesteśmy zakorzenieni w prawdzie o nas samych, tym więcej jesteśmy panami samych siebie”. Łatwiej bowiem nam panować nad odruchami, emocjami, czy namiętnościami, których jesteśmy świadomi niż nad tymi, których świadomości nie mamy.  Zatem im więcej w nas prawdy o nas samych, tym mniej rządzą nami namiętności, nałogi i strachy, które pozbawiają nas naszej wolności.

Ale droga do wewnętrznej wolności, która prowadzi przez prawdę potrzebuje – jak mówi dziś Chrystus – czegoś jeszcze. Tym czymś jest trwanie w nauce Jezusa, czyli karmienie się Jego  słowem. A to dlatego, że słowo to ze swej natury ma niezwykłą moc. Przypomnijmy prawdę, którą przywołuje List do Hebrajczyków: „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek” [Hbr 4, 12-13]. Bez światła i mocy tego słowa bardzo trudno byłoby dotrzeć do najgłębszych zakamarków naszego serca i naszej duszy, gdzie dotrzeć może jedynie łaska i odkryć ukrytą tam prawdę o nas, ale też o naszych najgłębszych tęsknotach.

W tym kontekście warto powiedzieć o ostatnim z omawianych przez nas w czasie Wielkiego Postu aspektów medytacji, mianowicie właśnie o słowie, które jej towarzyszy, czyli o powtarzanym w rytmie oddechu Imieniu Jezus. To wezwanie jest drogą do zjednoczenia się z Bogiem, który w tym Imieniu zarazem objawia się, jak i się ukrywa.   Stary Testament zajmuje pod tym względem inną postawę, pragnąc podkreślić świętość i wyjątkowość imienia JAHWE – zabrania go wypowiadać. Dopiero Jezus odsłania przed nami zupełnie inne rozumienie tego imienia, określając Boga słowem – ABBA. W tej nieskończenie bliskiej relacji do Boga, jako Ojca kryje się i objawia najgłębszą tajemnicę Jezusa, jako Syna Bożego. Pragnieniem Jezusa jest włączyć nas – swoich uczniów i duchowych braci i siostry w tę intymną relację z Bogiem. Jak naucza w swoich Listach o Modlitwie Jan Kasjan: „wzywając imienia Jezus zostajemy włączeni mocą obecnego w nas Ducha Świętego w tę synowska relację Jezusa z Ojcem, tak że sami możemy wołać Abba, Ojcze!, zaś Duch Święty działający w naszej modlitwie wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi (por. Rz 8, 14nn)” Ta prawda o naszym dziecięctwie Bożym jest również istotnym aspektem prawdy, o której mówi dziś Jezus w Ewangelii, która przynosi nam wolność.

Jest jeszcze jeden aspekt tej wolności związanej ze słowem a dosłownie z Imieniem Jezus, o którym mówił kiedyś w jednej ze swoich konferencji ojciec Jan Bereza, a który warto w tym miejscu przywołać: „Praktyka medytacji monologicznej oparta w swej zasadniczej postaci na skupieniu na powtarzanym wraz z oddechem imieniu Jezus nie wymaga już żadnych innych czynności. Bowiem prawdziwy postęp na drodze medytacji jest już tylko owocem trwania w zjednoczeniu z Jezusem i otwartości na Jego łaskę. W medytacji monologicznej szukamy bowiem ostatecznie jednego – trwania przy imieniu Jezus. O resztę nie musimy się martwić. To, co ważne przyjdzie się w swoim czasie” [Lubiń, 1991].

Oddech – najprostsza modlitwa

Żydzi prześladowali Jezusa, ponieważ uzdrowił w szabat.

Lecz Jezus im odpowiedział: «Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam».

Dlatego więc Żydzi tym bardziej usiłowali Go zabić, bo nie tylko nie zachowywał szabatu, ale nadto Boga nazywał swoim Ojcem, czyniąc się równym Bogu.

W odpowiedzi na to Jezus im mówił: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Syn nie może niczego czynić sam z siebie, jeśli nie widzi Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni. Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje Mu to wszystko, co sam czyni, i jeszcze większe dzieła ukaże Mu, abyście się dziwili.

Albowiem jak Ojciec wskrzesza umarłych i ożywia, tak również i Syn ożywia tych, których chce. Ojciec bowiem nie sądzi nikogo, lecz cały sąd przekazał Synowi, aby wszyscy oddawali cześć Synowi, tak jak oddają cześć Ojcu. Kto nie oddaje czci Synowi, nie oddaje czci Ojcu, który Go posłał. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie idzie pod sąd, lecz ze śmierci przeszedł do życia. (J 5, 17-30)

„W życiu chodzi o życie” – zwykł mawiać zmarły z powodu pandemii koronawirusa o. Włodzimierz Zatorski. Cała duchowość jest zaproszeniem do odkrywania prawdy o tym, że nasze życie jest ukierunkowane ku Życiu i to nie tylko temu, które dokonuje się tu i teraz, między naszymi narodzinami a śmiercią, ale też ku wieczności. To prawda, którą odnajdujemy we wszystkich religiach. My, jako chrześcijanie wiemy – ze słowa, które Bóg do nas skierował i nieustannie kieruje – że to Bóg jest źródłem tego życia. Ale On jest też Kimś więcej… Bóg, jest Tym, który uczy nas właściwego rozumienia istoty naszego życia. To bardzo ważne przypomnienie dla nas. Bo dzisiaj wielu ludzi szuka sensu swojego życia, szuka jego rozumienia, ale niekoniecznie tam, gdzie jest ich Źródło. Oczywiście – dobrze jest – jeśli znajdą na swojej drodze specjalistów (psychologów, coachów itp.), którzy ich do tego Źródła, jakim jest Bóg przybliżą. Gorzej, jeśli sprawią, że człowiek ostatecznie z tym Źródłem, jakim jest Bóg się rozminie…

Jezus mówi dziś o skuteczności swojego działania i nauczania, której źródłem jest to, że Ojciec i On są jednością. Co On czyni, to czyni także Ojciec Niebieski – i odwrotnie. Ale słuchacze w to nie wierzą, nie chcą tego przyjąć. To prawda, która staje się faktem w kolejnych pokoleniach. Jezus zresztą za tę prawdę zostanie skazany.

To, co wyróżnia osoby medytujące, to właśnie to, że chcemy słuchać Jezusa i Mu uwierzyć. Zresztą Jezus składa nam niezwykłą obietnicę: Kto słucha Jego słów i wierzy w Niego, ten ma życie wieczne. Jeśli Jezus i Ojciec są jedno, to ten kto słucha słów Jezusa, wsłuchuje się w głos samego Boga. Praktyka medytacji uczy nas żywić się tym Słowem na co dzień, z tego Słowa czerpać siły i mądrość; dzięki niemu rozwijać i kształtować nasza wiarę.

Medytacja jest doświadczeniem przylgnięcia do Jezusa, przez które mocą Słowa, które jej towarzyszy i Jego łaski Chrystus wprowadza nas w intymne doświadczenie zażyłej relacji z Ojcem. Nasza więź z Nim – obecnym w słowie – jest także więzią z Ojcem.

Syn ożywia tych, których chce – mówi dziś Jezus. Życie łączy się z oddechem. I dzisiaj chciałbym, żebyśmy powiedzieli sobie jeszcze dwa słowa właśnie o oddechu, jako o kolejnym aspekcie naszej medytacji.

Mówiliśmy o tym, że medytacja jest doświadczeniem cielesno-duchowym i że nasze ciało (jego bezruch, postawa, wyciszenie) jest także narzędziem skupienia. Do wymiaru naszej cielesności należy bez wątpienia oddech, ale jest on jedocześnie czymś, co wykracza poza cielesność, stając się znakiem jedności cielesno-duchowej.

W Księdze Rodzaju mamy dwa opisy stworzenia człowieka. W pierwszym podkreśla się różnicę między człowiekiem a resztą stworzenia: człowiek stworzony jest na obraz i podobieństwo Boga (Rdz 1,26-27), natomiast w drugim otrzymuje od Niego „tchnienie życia” (Rdz 2,7).

Biblia podkreśla, że życie może istnieć tylko dzięki nieustannemu „tchnieniu” Boga: (…) gdy im oddech odbierasz, marnieją i powracają do swojego prochu (Ps 104,29). A zatem kiedy Bóg wstrzymuje tchnienie, życie zamiera. Śmierć często opisywana jest jako ustanie tej aktywności Boga (Rdz 6,17; 7,15.21-23; Mk 15,37).

Można powiedzieć zatem, że każdy oddech jest darem od Pana Boga. Wraz z nim Bóg podtrzymuje nasze życie, które tu na ziemi skończy się z ostatnim oddechem, jaki wydamy. Mimo iż oddech stanowi pewnego rodzaju dynamikę, ruch, bo składa się z dwóch faz: wdechu i wydechu, to w praktyce przeżywamy go, jako jedność a w medytacji staje się skutecznym narzędziem skupienia naszej uwagi, która ma wpływ na wyciszenie naszego ciała i umysłu.

Z chwilą gdy nasz oddech towarzyszący medytacji uspokaja się i pogłębia wyraźnie możemy odczuć tego skutki w naszym ciele, które uspokaja się i rozluźnia i w naszym umyśle, który się wycisza dzięki skupieniu na spokojnym rytmie oddechu. To doświadczenie oddechu, który stając się spokojniejszym, pogłębia się w praktyce sięgając aż do przepony określa się czasem jako „ruchomy bezruch”, dzięki czemu ma on zdolność skupiania na sobie najpełniej naszej uwagi i dlatego służy jako skuteczne narzędzie wprowadzenia w ciszę jako przestrzeń spotkania z sobą samym i z Bogiem, będącej także przestrzenią udziału w oddechu Boga – jak pisze w swojej książce Maria Miduch – skoro nasze życie jest owocem Jego tchnienia, którego nam udziela.

Schodzenie do serca

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem, powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni.

Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim». (Mt 5, 17-19)

 


Tak sobie pomyślałem czytając dzisiejszą Ewangelię, że dobrze, że jest takie prawo, które jest niezmienne, które nie podlega dyskusji, co oczywiście nie oznacza, że ludzie nie starają się z nim dyskutować. Na dobrą sprawę tę dyskusję z Prawem Bożym – bo to oczywiście mam na myśli rozpoczęli już pierwsi rodzice w raju, po nich tradycję przejął ich syn Kain, który już mocniej zaznaczał swoją dezaprobatę wobec ustalonych przez Boga zasad. I tak trwa ta dyskusja do dziś. W każdym pokoleniu są tacy, którzy chcieliby zmienić coś w tym Prawie, znieść niewygodne zasady.

Słowa Jezusa są ciągle w konfrontacji ze światem, z myśleniem tych wszystkich, którzy chcieliby zmian w prawie ustanowionym przez Boga. Tymczasem, jak pisał o tym św. Augustyn „im bardziej świat domaga się zmiany prawa Bożego, tym większa jest konieczność wierności temu prawu przez nas – wierzących”. [De Civitate Dei]

Każdy, kto ma za sobą jakieś doświadczenie życia w ogóle, ale nade wszystko życia duchowego, które przenika to pierwsze doskonale wie, że bez tego prawa w sercu człowieka rodzi się nieład a stąd prosta droga do nieładu i bezprawia w życiu osobistym, rodzinnym, społecznym. Prawo Boże jest niezmienne dlatego, że Bogu niezmiennie chodzi o dobro człowieka. Ten, kto nie pojmie tej prostej zasady będzie skłonny to prawo kwestionować. Doświadczenie wiary pozwala dopiero odkryć, że właśnie dlatego, że Prawo Boże jest niezmienne mamy stały fundament dla naszego życia. Do tego fundamentu odwołujemy się w naszej praktyce medytacji. Praktyka medytacji jest tą, która uwrażliwia nas na Boże Prawo i na wierność temu prawu w życiu. A to dlatego, że istotą Bożego Prawa jest to, że oddziałuje ono najpierw na serce człowieka. Jeśli tam nie zostanie przyjęte i zaakceptowane z miłością i ufnością sama jego akceptacja na płaszczyźnie umysłu jeszcze niczego nie załatwi. Z ludzkiego umysłu (z głowy) dużo łatwiej coś wyrwać niż z serca. Dlatego już przez proroka Jeremiasza Bóg mówi:  „Oto nadchodzą dni – wyrocznia Pana – kiedy umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu. Będę im Bogiem, oni zaś będą Mi ludem.

I nie będą się musieli wzajemnie pouczać mówiąc jeden do drugiego: Poznajcie Pana! Wszyscy bowiem od najmniejszego do największego poznają Mnie, mówi Pan”. (Jr 31,31-34)

Duchowość monologiczna (hezychastyczna) jest duchowością serca. Mówimy w naszych wielkopostnych wprowadzeniach o poszczególnych aspektach naszej medytacji. Mówiliśmy o ciszy, przed tygodniem o postawie ciała i jego jedności z wymiarem duchowym. Dzisiaj liturgia słowa jakby sama narzuca nam temat serca. W Biblii człowiek jest jednością, a serce jest jego centrum. Przez oddzielenie na Zachodzie rozumu i woli od uczuć nastąpiła redukcja człowieka i rozbicie jego jedności. Chciałoby się powiedzieć tytułem nagrodzonego Oskarem filmu: na Zachodzie bez zmian, ale jednak coś w tej materii się powoli zmienia. Ostatni Katechizm Kościoła Katolickiego wraca do właściwego pojęcia serca. I przytacza je właśnie w części poświęconej modlitwie: Serce jest mieszkaniem, w którym jestem, gdzie przebywam (według wyrażenia semickiego lub biblijnego: gdzie „zstępuję”). Jest naszym ukrytym centrum, nieuchwytnym dla naszego rozumu ani dla innych; jedynie Duch Boży może je zgłębić i poznać. Jest ono miejscem decyzji w głębi naszych wewnętrznych dążeń. Jest miejscem prawdy, w którym wybieramy życie lub śmierć. Jest miejscem spotkania, albowiem nasze życie, ukształtowane na obraz Boży, ma charakter relacyjny: serce jest miejscem przymierza (KKK 2563).

To określenie serca jest niezmiernie głębokie i właściwie wyraża prawdę o nas samych od strony wewnętrznej. Osobiście uważam, że każdy powinien je głęboko przemyśleć, bo dzięki temu będzie lepiej rozumiał siebie i mógł uświadomić sobie, czym jest modlitwa i jaka jest jej rola w życiu. Warto w tym momencie przytoczyć akapit, który w Katechizmie poprzedza samo określenie serca:

Skąd pochodzi modlitwa człowieka? Niezależnie od tego, jaki byłby język modlitwy (gesty, słowa), zawsze modli się cały człowiek. Aby jednak określić miejsce, z którego wypływa modlitwa, Pismo Święte mówi niekiedy o duszy lub o duchu, najczęściej zaś o sercu (ponad tysiąc razy). Modli się serce. Jeśli jest ono daleko od Boga, modlitwa pozostaje pusta (KKK 2562).

W praktyce modlitwa jest nieustannym wysiłkiem schodzenia do serca, aby prawdziwie trwać w wewnętrznym dialogu z Bogiem. Cisza naszej medytacji, postawa ciała, oddech, czy towarzyszące jej słowo mają nam jedynie w tej podróży ku wnętrzu pomóc. Tak musi być, gdyż z Bogiem można się spotkać tylko w sercu. Poza sercem jedynie możemy myśleć o Nim lub spotykać się z naszym wyobrażeniem Boga.