Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Praktyka ratunku

Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść:

«Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy.

Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: „Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam”. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił.

Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: „Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?” Odpowiedzieli mu: „Bo nas nikt nie najął”. Rzekł im: „Idźcie i wy do winnicy”.

A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych”. Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze.

Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: „Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzy znosiliśmy ciężar dnia i spiekotę”. Na to odrzekł jednemu z nich: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czyż nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje, i odejdź. Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi». (Mt 20, 1-16)

Piękna i dużo mówiąca przypowieść. Także o nas. O ile ktoś ma odwagę odnieść ją do swojego życia.

Przypowieść tę często określa się mianem przypowieści o robotnikach ostatniej godziny. Warto ją jednak czytać w szerszym kontekście, gdyż jest ona zwieńczeniem nauczania, która zaczyna się dialogiem Jezusa z bogatym młodzieńcem, który pyta Jezusa o sposób na osiągnięcie zbawienia. Niestety wymagania, które Jezus mu postawił – jak pamiętamy – okazały się zbyt duże, dlatego odchodzi zasmucony i rozczarowany. Jezus komentując to wydarzenie mówi o niebezpieczeństwach uwikłania w bogactwa i przywołuje „przypowieść o wielbłądzie i uchu igielnym”. Jego słowa na tyle intrygują apostołów, że w konsekwencji i oni pytają o to, co otrzymają, skoro poszli za Jezusem zostawiając wszystko – innymi słowy będąc wolni od przywiązań, które cechowały bogatego młodzieńca. Bardzo logiczne wydaje się, że skoro są ubożsi, to łatwiej im będzie osiągnąć zbawienie.

I tu właśnie pojawia się przypowieść o robotnikach ostatniej godziny, której kontekstem jest pytanie o życie wieczne a właściwie o to, komu będzie łatwiej je osiągnąć. W nas samych często pokutuje takie myślenie, że skoro poszliśmy za Jezusem już dawno, bo żyjemy wiarą przez większość naszego życia „należy się” trochę większe docenienie przez Gospodarza, który symbolizuje w tej przypowieści Boga niż tym, którzy nawracają się w ostatnim momencie. Niestety Jezus – zresztą już nie pierwszy raz – burzy taki sposób myślenia swoją przypowieścią odwracając kolejność, która tworzy pewien porządek: „Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi”.

Pięknie komentuje to Merton: „Jeśli działam dla Boga, gdyż chcę być nagrodzony, albo zauważony, jest to zawsze niewłaściwa motywacja z perspektywy życia duchowego. Ci, co oczekują nagrody wprawdzie bardziej się starają i dążą do osiągnięcia jakiejś cnoty, którą osiąga się przez ćwiczenie, powtarzalność – co może być też dla nas aluzją do praktyki medytacji (dopisek xMD) – lecz trzeba uważać, gdyż może się tu zrodzić perfekcjonizm, który nie tylko unika zła, ale każe robić więcej niż trzeba, prowadząc nas do fałszywych wniosków: im bardziej się postaram, tym większa będzie nagroda. I tu wpadamy w pułapkę robotników z winnicy z przypowieści Jezusa, którzy cały dzień pracowali sądząc, że więcej zarobią niż ci, co tylko godzinę. Niestety, otrzymali tyle samo. Dlatego nie warto w życiu duchowym pracować dla nagrody, bo się rozczarujemy…” [konferencje dla sióstr zakonnych]

Dlatego św. Paweł tak mocno będzie podkreślał: „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę, i to nie jest z was, jest to dar Boga. Nie z uczynków, aby nikt się nie chlubił. Jesteśmy bowiem jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych uczynków, które Bóg wcześniej przygotował, abyśmy w nich postępowali” [Ef. 2,8-10]

Innymi słowy im większa będzie w nas świadomość, że wszystko jest łaską a więc darem danym nam przez Boga za darmo, z miłości a nie z powodu naszych zasług: zarówno zbawienie, wiara jak i – co stwierdza św. Paweł – nawet dobre uczynki, które jesteśmy w stanie zrobić a którymi tak często się chlubimy, tym mniej będzie w nas pretensji do Pana Boga i tym bardziej mamy szansę uniknąć niebezpiecznej dla życia duchowego postawy porównywania się z innymi, która w konsekwencji prowadzi jedynie do próżności lub zgorzknienia.

Medytacja monologiczna w tym względzie można się dla nas okazać „praktyką ratunku”, jak ją kiedyś ładnie nazwał jeden benedyktynów ojciec Jan Paweł Konobrodzki, bo jest dla nas bardzo konkretnym doświadczeniem, które pokazuje jak wiele zależy od łaski a jak niewiele od nas samych. W medytacji doświadczamy właśnie tego odwrócenia porządku, o którym mówi dzisiejsza przypowieść, ponieważ jest ona przestrzenią działania Boga, więc to, co osiągamy na drodze praktyki nie jest w naszych rękach.

A jak dodaje św. Maksym Wyznawca: „Dla Boga nie ma nic bardziej przyjemnego, jak nawrócenie człowieka, przy udziale szczerej skruchy”. A właśnie to staramy się robić powtarzając w sercu wezwanie „Panie Jezu Chryste, ulituj się nade mną grzesznikiem”.

I przenosząc tę modlitwę z medytacji w naszą codzienność możemy doświadczyć – jak w przypowieści – że każda godzina dnia jest chwilą, w której Bóg wychodzi nam na spotkanie. Trzymając się tego punktu widzenia możemy się uczyć spędzania całego dnia z Panem Bogiem.

Ta przypowieść tak naprawdę ukazuje dobroć Gospodarza winnicy i Jego miłosierdzie. Wszyscy jesteśmy robotnikami ostatniej godziny. Bóg daje każdemu z nas możliwość uczestnictwa w swoim planie zbawienia. Każdego z nas zaprasza do siebie o właściwej sobie porze. Bylebyśmy tylko chcieli odpowiedzieć na Jego zaproszenie i nie przeoczyli chwili, w której przychodzi ze swoim zaproszeniem.

Obumrzeć…

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity.

Ten, kto miłuje swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne.

A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec». (J 12, 24-26)

Medytacja jest doświadczeniem, w którym siadamy w gronie uczniów Jezusa, tak jak kiedyś czynili to Apostołowie, aby wsłuchiwać się w Jego słowo. Śmiem twierdzić, że poprzez doświadczenie medytacji stajemy się bliżsi Jezusa. Jezus mówi nam dzisiaj coś bardzo ważnego, co dotyczy najgłębszego sensu i kierunku naszej wiary i naszego życia.

Jezus mówi dziś o ziarnie, które wpadłszy w glebę obumiera, aby wydać plon. Spróbujmy najpierw to ziarno odnieść do medytacji a dosłownie do wezwania, które jej towarzyszy. Ono jest jak ziarno padające w głębię naszego serca. Nie zatrzymujemy się na mim. Pozwalamy, aby wypowiedziane zjednoczyło się z naszym sercem, dosłownie obumarło tam, po to by z niego mogła się zrodzić łaska, która to serce przemienia.

Wierzymy bowiem iż nie bez znaczenia jest wezwanie – słowo, które nam towarzyszy w medytacji. To, które ma odniesienie do imienia Jezus jest dla nas nośnikiem Jego obecności i łaski, dlatego ma moc przemieniać nasze serce, jeśli się na nie otworzymy.

Tych słów wezwania w trakcie jednej medytacji wypowiadamy wiele, ale to także symbol tego, że Bóg jest hojnym Siewcą. Chce w naszym sercu zasiać jak najwięcej swojej łaski, bo wówczas jest szansa, że będzie ona na nie bardziej oddziaływała. Taka zresztą była od samego początku idea Modlitwy Jezusowej, jako modlitwy nieustannej, aby jej wypowiadania nie ograniczać tylko do czasu ściśle poświęconego modlitwie, ale aby wracać do niej w każdej możliwej i okoliczności, bo jak czytamy w Opowieściach Pielgrzyma „Serce, które jest zajęte recytacją słów Modlitwy Jezusowej jest odporne na to, aby zaśmiecały je sprawy świata”.

Dlatego abp. Anthony Bloom – prawosławny metropolita Londynu i wielki nauczyciel modlitwy przyrównuje Modlitwę Jezusową do zbroi, która chroni nasze serce od ataków złego ducha.

Rzeczone ziarno z dzisiejszej Ewangelii można też rozumieć, jako symbol naszego życia.

Jezus przypomina, że nasze życie może wydać obfity plon albo też zostać samo. Wszystko zależy od tego, czy gotowe jest obumierać. To obumieranie oczywiście dotyczy naszego ego a w praktyce jest nim nasza miłość – czyli życie dla innych. Jej brak i skupienie się jedynie na sobie i miłości własnej, do czego nieustannie kusi nas nasze ego skazuje nas na samotność. Tę samotność Merton w komentarzu do dzisiejszej Ewangelii określa: „usychaniem życia w skorupie egoizmu”.

Jezus uczy nas na własnym przykładzie, że nasza zdrowa miłość do własnego życia ujawnia się przez to, że nie będziemy się bali go tracić, co w języku semickim oznaczało znane powiedzenie: „jeśli wyzbędę się życia dla siebie zaowocuję tym, że oddam je dla innych”.

Jezus chce nas przekonać, że prawdziwa miłość jest wieczna, stąd jedynie życie nasycone miłością staje się wieczne a jednocześnie gotowe iść pod prąd egoistycznym trendom świata.

Można powiedzieć, że dobrze przeżyta medytacja uczy nas tracenia: tracimy czas; tracimy okazję by spełniać zachcianki naszego ego; tracimy też kontrolę nad naszą modlitwą pozwalając, aby przejął ją w pełni Jezus, któremu z całkowitym zawierzeniem oddajemy się wypowiadając słowa: „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”, lub „Jezu ufam Tobie”.

Jak to ładnie określił benedyktyn o. John Main, że dzięki medytacji stajemy się dla Jezusa jak słudzy: gdzie On jest, tam i my. Niech wezwanie modlitwy serca pomaga nam obumierać dla siebie aby bardziej żyć dla Jezusa i dla innych.

Medytacja – próba charakteru i ducha

Jezus podążył w okolice Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron, wołała: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko nękana przez złego ducha». Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem.

Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: «Odpraw ją, bo krzyczy za nami».

Lecz On odpowiedział: «Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela».

A ona przyszła, padła Mu do nóg i prosiła: «Panie, dopomóż mi».

On jednak odparł: «Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom».

A ona odrzekła: «Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów».

Wtedy Jezus jej odpowiedział: «O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!» Od tej chwili jej córka była zdrowa. (Mt 15, 21-28)

Mocna jest ta dzisiejsza Ewangelia i w pierwszym odruchu możemy zgorszyć się obcesowością Jezusa, który wydaje się lekceważyć Syrofenicjankę, która przychodzi do Niego z prośbą. W ten sposób Jezus wpisuje się w myślenie, które cechowało Izraelitów i zgodnie z którym zbawienie, które miał przynieść oczekiwany Mesjasz ograniczało się jedynie do Narodu Wybranego. Kobieta kananejska była poganką, z którą pobożny Żyd nie powinien nawet rozmawiać a cóż dopiero mówić o zgodzie na wyświadczenie przez Boga łaski takiej osobie. Dla samej kobiety to również trudna sytuacja. Aby dotrzeć do Jezusa, musi ona pokonać społeczno-kulturową barierę separacji. Prośba, którą kieruje pod adresem Jezusa jest dla niej zarówno próbą charakteru, jak i próbą ducha. Jezus wykorzystuje spotkanie z tą kobietą do tego, aby udzielić nam ważnej lekcji. Po pierwsze: że wiara musi być wytrwała, jeśli ma przynosić owoce w naszym życiu. Po drugie: ważne są uwarunkowania, ale jeszcze ważniejsze jest w doświadczeniu wiary serce. Po trzecie: można społecznie przynależeć do grupy ludzi wierzących, ale i tak mieć bardzo ograniczone wyobrażenie Boga i Jego działania. I po czwarte wreszcie: jak pięknie to ujmuje autor Listu do Hebrajczyków „Wiara zaś jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy” (Hbr 11, 1). Innymi słowy wiara, jeśli nie jest podtrzymywana przez nadzieję, może osłabnąć.

Kobieta kananejska pokłada swą ufność i nadzieję w Jezusie, którego nazywa Panem i Synem Dawida. Tym samym uznaje w Jezusie oczekiwanego Mesjasza. Prawdopodobnie wie, że misja Mesjasza kieruje się najpierw do domu Izraela. A mimo to jest wytrwała, nie zniechęca się. Jej wyobraźnia o otwartości Boga na każdego człowieka okazuje się większa niż ograniczona przez stereotypy wiary wyobraźnia Izraelitów.  W dzisiejszej Ewangelii otrzymujemy odpowiedź na pytanie dlaczego nasza wiara nie przynosi oczekiwanych owoców? Dlatego, że łatwo się zniechęcamy.

Kobieta kananejska zostaje sprawdzona jeszcze w jednym, delikatnym punkcie – własnej wartości. Jezus, stawiając ostatnią trudność, odwołuje się do obiegowego przekonania Izraelitów widzących w poganach „niewierne psy”. To określenie, które dotkliwie uderza w miłość własną, ale też odsłania istnienie w kobiecie innej miłości, która jest większa niż własne znaczenie. Jest to miłość do własnego dziecka. Nawet okruchy ze stołu Pana wystarczą, aby pomóc jej córce. W ten sposób Jezus uczy nas, że miłość, która wszystko zniesie, wygrywa! Taka zresztą jest miłość Jezusa.

Wsłuchując się w to słowo możemy także odrobić lekcję, która pod obrazem dzisiejszej Ewangelii odnosi się do naszej medytacji:

Po pierwsze: praktyka medytacji także jest próbą charakteru, gdyż wymaga od nas codziennej dyscypliny i wytrwałości, w przeciwnym razie nie przyniesie owoców w naszym życiu.

Po drugie: jest próbą ducha, gdyż w swojej prostocie, w której odwołuje się do jednego wezwania, które towarzyszy tej modlitwie wymaga od nas głębokiego zakorzenienia w wierze i nadziei. Sprawia też, że zawieszając działanie wyobraźni w praktyce medytacji monologicznej uczymy się ufać bardziej w działanie łaski niż naszych władz umysłowych.

Po trzecie: praktyka medytacji uświadamia nam, że dla tej modlitwy ważne są uwarunkowania, ale jeszcze ważniejsze w doświadczeniu owoców tej praktyki jest serce. Stąd często określa się ją mianem modlitwy serca.

Po czwarte wreszcie: dla naszej praktyki medytacji ważna jest społeczna przynależeć do grupy wierzących chrześcijan, ale jednocześnie jest to praktyka, która ma moc pokonywać społeczno-kulturowe bariery i odnajdywać jedność i sens medytacji z przedstawicielami innych kultur i religii, czyniąc nasze serca bardziej otwartymi na innych, jak chociażby doświadczamy tego w comiesięcznej medytacji w intencji pokoju.

I na koniec wreszcie wołanie kobiety kananejskiej do złudzenia przypomina treść Modlitwy Jezusowej. To zapewne nie przypadek, bo jak mówią mnisi Kościoła wschodniego: „Najważniejszą modlitwą jest wołanie o miłosierdzie. Gdy będziemy to robić Bóg wraz z nim udzieli nam wszelkich innych potrzebnych łask” [św. Jan z Wałaamu]

Medytacja jak odkrywanie skarbu ukrytego w roli

Jezus opowiedział tłumom taką przypowieść:

«Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę.

Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją». (Mt 13, 44-46)

Jezus opowiada przypowieść o swoim królestwie. Porównuje je do skarbu i perły. On sam chce być dla nas najcenniejszym skarbem i perłą.

Idąc przez życie nierzadko kolekcjonujemy to, co można by określić jako skarby i perły naszego życia. Z każdym z nich jesteśmy związani emocjonalnie. Ewangelia dzisiejsza zdaje się pytać: Jakie miejsce wśród tych skarbów, do których przywiązane jest moje serce zajmuje Jezus?

Jezus uświadamia nam dwukrotnie, że Jego królestwo w życiu chrześcijanina winno przewyższać wszystkie inne wartości. Innymi słowy dla kogoś, kto znalazł i zasmakował życia w Bogu, wszystko inne staje się mniej ważne. Medytacja jest tym doświadczeniem, które chce nas zanurzyć w tym smakowaniu życia zanurzonego w Bogu. Czy możemy powiedzieć o doświadczeniu medytacji, jako o chwili, w której przeżywamy więź z Bogiem jako największą wartość?

Życie Boże jest jak ukryty skarb i znaleziona perła. To życie ukryte jest w nas przez łaskę. Bóg pragnie być szukany i znajdywany. Medytacja bez wątpienia jest takim poszukiwaniem, które pozwala nam zstępować w głąb, do naszego wnętrza i  serca, gdzie znajduje się ukryty skarb. „Królestwo Boże jest w was” – powie w innym miejscu Jezus. [por. Łk 17, 20-21].  Nie odnajdziemy go jednak bez wielkodusznego zaangażowania naszego serca w poszukiwanie go a bez wątpienia medytacja daje nam po temu bezcenne narzędzie.

Można powiedzieć, że nasza wytrwałość i systematyczność w praktyce medytacji jest jakimś rodzajem miernika naszego wysiłku w życiu duchowym. Medytacja jest zaproszeniem do odkrywania w naszej codzienności takiego czasu, w którym uczymy się zostawiać wszystko dla Jezusa: dla naszego największego skarbu.

Ojciec Maksymilian wielokrotnie powtarza, że sercem medytacji jest „praktyka miłosnego przylgnięcia”. Ta „droga miłującej obecności” – jak często określa się praktykę medytacji niedyskursywnej polega na byciu z Jezusem, wobec którego wszystko inne zaczyna być mniej ważne. Jezus opowiada o człowieku szczęśliwym z odnalezionego skarbu. To szczęście jest konsekwencją mocnego przylgnięcia do Jezusa.

Koncentracja na byciu z Bogiem, której pozwala nam doświadczyć medytacja jest o tyle ważna, że właśnie w czasach, w jakich żyjemy, coraz silniejsza staje się pokusa przesadnej aktywności. W życiu chcemy zdobywać, posiadać i doświadczać, i to najlepiej od razu. Żyjemy w kulturze pragmatycznej, która zniewala naszą wyobraźnię przekonaniem, że dobrze wykorzystany czas, to czas aktywności i działania lub myślenia a nie „byciem”. W ten sposób przez działanie, myślenie, aktywność gromadzimy perły świadczące o naszej wartości.  Niestety często doświadczenie to przenosimy w sferę życia duchowego. Rodzi to jednak ogromne ryzyko szukania sukcesów i owoców za cenę prawdziwego spotkania, które nie dokona się bez konieczności zatrzymania się bycia po prostu. Dotyczy to zarówno spotkania z człowiekiem jak i z Bogiem!

Wspomniana postawa pragmatyzmu, która próbuje nam wdrukować świat rodzi jednak pokusę by bardziej kontrolować nasze życie, niż dać się zaskoczyć, zaś to czego nie możemy kontrolować, nad czym nie panujemy rodzi w nas frustrację i napięcia.

Tymczasem szukanie skarbu z zasady zaprasza nas do przyjęcia postawy zgodny na zaskoczenie. Innymi słowy uczy nas właściwego podejścia do życia, które ze swej natury jest dynamiczne, często nieprzewidywalne i zaskakujące. Dotyczy to zarówno życia w ogóle jak i życia duchowego. W życiu duchowym chodzi przede wszystkim o uchwycenie momentu tego Bożego przychodzenia. Nie możemy go zaprogramować, czy narzucić. Możemy się jedynie nań otworzyć. Bóg sam wybiera czas.  A kiedy dzięki medytacji nauczymy się to doświadczenie przenosić na nasza codzienność wówczas całe życie będzie nas zachwycało, gdyż będzie ono przestrzenią, w której ciągle na nowo będziemy uczyli się odkrywać Boga wcielonego w życie. Boga, który zawsze zaskakuje i zachwyca człowieka. Bo jak pisze ojciec Maksymilian taki właśnie jest nasz Bóg:  „Obecny i przychodzący. Inny i zaskakujący”.

Medytacja uczy świadomości nas trwania w ciągłej Obecności, która nie ogranicza się jedynie do czasu medytacji, ale rozciąga się na całe nasze życie. Czy taka świadomość, która zmienia dosłownie wszystko, nie przypomina skarbu odnalezionego w roli?

Duchowa higiena umysłu i serca

Owego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami:

«Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedne ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na grunt skalisty, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne wreszcie padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny.

Kto ma uszy, niechaj słucha! (Mt 13, 1-9)

Obraz Siewcy bardzo dobrze nawiązuje do praktyki medytacji monologicznej, w której pozwalamy, aby słowo, które powtarzamy w rytmie oddechu było nieustannie zasiewane w naszych sercach. Jezus jest hojnym Siewcą – nie wybiera terenu, lecz  rzuca ziarno słowa na każdą glebę, nawet jeśli wie, że być może nie przyniesie to stokrotnego plonu.

Z drugiej strony ta przypowieść winna być pewnego rodzaju wyzwaniem dla nas i stawiać przed nami pytanie o owoce, jakie medytacja przynosi w naszym życiu. A także o to, czy nie możemy uczynić nic więcej, co sprawiłoby, aby owoce te były większe…

Przypowieść o Siewcy przesuwa akcent z siewcy na rodzaj gleby. Nie każda gleba przynosi obfity plon. Gleba z przypowieści symbolizuje serce człowieka. Warto pytać; jakie jest moje serce, serce człowieka medytującego? Czy mogę powiedzieć, że jest glebą, w której słowo pada na podatny grunt? A także, czy mogę uczynić coś, aby była gruntem bardziej podatnym na oddziaływanie słowa, które nam towarzyszy w medytacji?

Z jednej strony będziemy borykali się w naszej praktyce z doświadczeniami, które nie zawsze są zależne od nas i naszej dyspozycji: zniechęcenie, pokusy, natłok treści, które dzisiaj atakują ludzki umysł i wywołując w nas taką a nie inną reakcję emocjonalną oddziałują też na nasze serca. To wszystko jest tym rodzajem doświadczenia przed którym nie sposób uciec i z którym nasza praktyka medytacji musi się zmierzyć przez stałość, ale też zaufanie, że w tej walce nie jesteśmy sami, że wraz z nami współpracuje też łaska, która przychodzi wraz ze słowem w które się wsłuchujemy.

Z drugiej strony musimy pamiętać o tym, co zależy od nas starając się dbać o pewnego rodzaju duchowa higienę naszego serca i umysłu. Franciszkanin ojciec Richard Rohr, znany współczesny nauczyciel kontemplacji w swojej książce Kontemplacja w działaniu mówi o praktykowaniu czystości serca i umysłu, która pozwala na zachowaniu pewnej wewnętrznej równowagi sprzyjającej postawie medytacji i kontemplacji. Do tej praktyki zalicza unikanie emanujących lękiem lub gniewem zdarzeń, które starają się zawładnąć ciałem i umysłem, a które Pismo święte zachęca by przezwyciężać ufnością i przebaczeniem. Równie ważnym wymiarem duchowej higieny naszego serca i umysłu jest praktykowanie pewnego porządku społecznego, czyli naszych relacji z innymi, który nie zakłóca naszej równowagi przez wzbudzanie w nas bardzo zdradliwych postaw od których się uzależniamy: złości, zazdrości płynącej z porównywania się z innymi, noszenia w sobie urazów etc. Tym, co w dużym stopniu pozwala nam porządkować ten wymiar jest przykazanie miłości i złota reguła, którą Jezus nam pozostawia w słowach: „Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie!” (Mt 7, 12) Do innych ważnych atrybutów praktykowania czystości serca należy skromność, wdzięczność, współodczuwanie, współtworzenie, czy głębsza chęć zrozumienia.

Można by do tych wskazówek o. Rohra dopisać jeszcze próbę eliminowania z naszego życia tych przestrzeni, które próbują zaśmiecić nasz umysł i serce niepotrzebnymi treściami, które oddziałują na nas podświadomie. Wiele osób, które weszło na drogę medytacji np. świadomie zrezygnowało np. z oglądania telewizji w imię walki nie tylko o czas, ale i o przestrzeń wolną od złego oddziaływania na nas.

Oczywiście te wymienione kwestie to tylko wycinek z całej gamy postaw, na które możemy wpływać naszymi decyzjami i wyborami. Medytacja ucząc nas wsłuchiwania się w stan naszego serca i umysłu najlepiej podpowie nam, co w jej codziennej praktyce może stać się dla niej przeszkodą a tym samym przeszkodą sprawiającą, że słowo, w które się wsłuchujemy nie przynosi takich owoców, jakie by mogło.

Jezus, mówiąc o żyznej glebie ludzkiego serca, wskazuje na ogromne możliwości, jakie drzemią w człowieku, który otworzy się na dar słowa i towarzyszącej mu łaski. Jeśli zatem ze swojej strony zadbamy o duchową higienę naszych serc, wówczas będziemy mogli doświadczyć, że słowo, które pada na dobrą glebę serca ma niezwykłą moc jego przemiany a w ślad za nim także przemiany umysłu i całego naszego życia wraz z uczniem nas nowego – bardziej ewangelicznego – sposobu patrzenia na rzeczywistość.