Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Wszczepieni w Chrystusa

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który go uprawia. Każdą latorośl, która nie przynosi we Mnie owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was będę trwać. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeżeli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie.

Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, to proście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami». (J 15, 1-8)

Pan Jezus mówi o sobie, że jest krzewem winnym. Do latorośli zaś porównuje tych, którzy są z Nim złączeni i stają się uczestnikami Jego natury przez Ducha Świętego, który został im dany. Albowiem to święty Duch Chrystusa łączy nas z Jezusem. Ta łączność wyraża się na różne sposoby… Pierwszym i najważniejszym jej wymiarem jest chrzest.

Możemy tę łączność realizować także akt woli, na mocy powziętego przez nas postanowienia. Ten akt woli , to nic innego jak łączność z Chrystusem przez wiarę w Niego. Wiara bowiem to nic innego jak chęć budowania relacji z Jezusem, która On odwzajemnię przez swoją miłość i łaskę, jakiej udziela poprzez doświadczenie wiary. 

Jednym z wymiarów w jaki realizujemy relację wiary jest medytacja. Nie tylko przez to, że spełnia ona postawiony przez św. Pawła warunek, o którym mówi on, że wsłuchiwanie się w słowo umacnia tę wiarę (por. Rz 10,17), ale również przez to, że według świętego Pawła ten, kto się łączy z Jezusem, jest z Nim jednym duchem (por. 1 Kor 6, 17).

Cała idea medytacji polega na tym, że zarówno jej nauczycielem, jak i współtwórcą jest Duch Święty. Co więcej jest On także tym, który modli się w nas. Zatem medytacja to nic innego, jak włączenie się w ten nurt modlitwy, której twórcą w naszych sercach jest w Duch Święty.

Jezus zwraca mi uwagę na moc, jaka płynie z Jego Słowa. Ono oczyszcza i pomaga mieć udział w Jego życiu. Trwam w Jezusie, gdy trwam w Jego Słowie. Tego właśnie w praktyce uczy nas medytacja.

Jezus mówiąc tę przypowieść o winnym krzewie chciał nam uświadomić, że trwanie w Nim jest to dla nas wielkim dobrem. A nawet że nasza łączność z Nim to dla nas sprawa życia i śmierci. A to dlatego, że bez żywej łączności z Jezusem prawdziwe życie nie jest możliwe.

Owszem można, rzecz jasna, żyć tak jakby Chrystusa nie było i robić wielką karierę, zyskać wielki poklask u ludzi, być autorem wielkich wynalazków i podejmować wielkie przedsięwzięcia – z perspektywy ludzkiej nawet dobre. Jednak w oderwaniu od Chrystusa te wszystkie dzieła będą miały jedynie wymiar doczesny.

To, co sprawia, że owoce naszego życia mają zarówno wymiar doczesny jak i wieczny, to właśnie nasza łączność z Chrystusem i Jego łaską.

Praktyka medytacji jest tym, co uczy nas dobrze przeżywać nasze życie, ponieważ uczy nas świadomie zanurzać nasze życie w Jezusie, chwila po chwili.

Medytacja pozwala nam trwać w świetle

Jezus tak wołał: «Ten, kto we Mnie wierzy, wierzy nie we Mnie, lecz w Tego, który Mnie posłał. A kto Mnie widzi, widzi Tego, który Mnie posłał.

Ja przyszedłem na świat jako światłość, aby nikt, kto we Mnie wierzy, nie pozostawał w ciemności. A jeżeli ktoś słyszy słowa moje, ale ich nie zachowuje, to Ja go nie potępię. Nie przyszedłem bowiem po to, aby świat potępić, ale by świat zbawić.

Kto Mną gardzi i nie przyjmuje słów moich, ten ma swego sędziego: słowo, które wygłosiłem, ono to będzie go sądzić w dniu ostatecznym. Nie mówiłem bowiem sam od siebie, ale Ojciec, który Mnie posłał, On Mi nakazał, co mam powiedzieć i oznajmić. A wiem, że przykazanie Jego jest życiem wiecznym. To, co mówię, mówię tak, jak Mi Ojciec powiedział». (J 12, 44-50)

Mało kto zdaje sobie sprawę słuchając dzisiejszej Ewangelii, że zaraz po tym fragmencie zaczyna się opis Ostatniej Wieczerzy.

Jezus zatem po raz ostatni zabiera głos publicznie, po raz ostatni zwracając uwagę swoim słuchaczom na to, że zarówno przyjęcie Go, jak i odrzucenie jest sprawą najwyższej doniosłości.

Jezus ostatni raz nawiedza świątynię w Jerozolimie. Zanim zacznie mówić słowa, które słyszymy w dzisiejszej Ewangelii przechadza się w milczeniu w portyku Salomona w świątyni Jerozolimskiej. Jego milcząca obecność rodzi napięcie wśród Żydów, bo jego ostatnie wystąpienie ma miejsce po uroczystym wjeździe do Świętego Miasta. Poruszające słowa komentarza do tej sceny napisał Thomas Merton: „Milcząca obecność Boga może budzić we mnie napięcie, zwłaszcza gdy czekam na Jego słowo albo gdy trudno mi wejść w milczenie i ciszę. Czy nie wymuszam na Bogu odpowiedzi? Czy w mojej modlitwie jest przestrzeń na przedłużoną ciszę i na cierpliwe słuchanie?” [Nowy posiew kontemplacji]

Czy potrafimy czekać na odpowiedź jakiej udzieli nam Bóg w swoim czasie? W doświadczeniu medytacji możemy bowiem zderzyć się z tym, co Merton określa mianem „milczącej obecności Boga”. Takie doświadczenie może w nas zrodzić poczucie pustki i napięcia. Nasze ego domaga się znaków obecności, skoro już tej obecności poświęca swój czas w medytacji.

Ważną prawdę ukazuje nam dzisiaj Pan Jezus: „kto Mnie widzi, widzi Tego, który Mnie posłał”. Dopiero w Jezusie Chrystusie możemy poznać czystą prawdę o Bogu i skorygować różne wypaczenia, jakie znalazły się w różnych naszych wyobrażeniach na temat Boga. Bóg w Jezusie zyskuje ludzką twarz; staje się kimś bliskim, tego doświadczenia nie miały pokolenia Starego Testamentu.

Całe życie Jezusa było przejrzyste i jako Mistrz i Nauczyciel życia wzywa nas do tego samego. Jaki bowiem byłby sens bycia człowiekiem wierzącym, gdyby ta wiara nie była widoczna w naszym sposobie bycia, mówienia, w naszych wyborach. Warto pytać, czy doświadczenie medytacji zmienia nasze życie? Czyni je bardziej przejrzystym!?

Patrząc na Jezusa, możemy zrozumieć, że w swojej miłości do nas Bóg jest absolutnie bezinteresowny, a jeśli czasem żąda od nas rzeczy trudnych, to dlatego, że prawdziwa miłość musi być wymagająca! Tylko wówczas służy rozwojowi iw wzrostowi osoby kochanej!

Naprawdę warto pamiętać o tym podstawowym kryterium wiary: im uważniej będziemy się wpatrywać w Jezusa, tym bardziej będziemy poznawali Boga i im bardziej będziemy wsłuchiwali się w Jezusa tym bardziej możemy być pewni, że wsłuchujemy się w głos samego Boga. Medytacja jest wsłuchiwaniem się w Jezusa, który nas przemienia mocą swojego słowa i łaski; mocą swojej miłującej obecności.

Ale jak pisze Merton –  „równie tego, kim jest człowiek, możemy się ostatecznie dowiedzieć dopiero w Jezusie Chrystusie. Dzięki Chrystusowi dowiadujemy się, że sens naszego człowieczeństwa zrealizuje się ostatecznie dopiero w życiu wiecznym a tutaj realizuje się przez życie duchowe i że nieszczęsny jest rzeczywiście człowiek, który zyskałby nawet cały świat a zagubi się duchowo” [Chleb żywy].

Bardzo przejmujące są słowa dzisiejszej Ewangelii, że nie rozpoznając Chrystusa jako światła i nie wierząc w Niego, człowiek pozostaje w ciemności. Medytacja jest doświadczeniem, które uczy nas przez zasłuchanie w Jezusa chodzić w świetle.

Zbliżenie do Boga, które ocala

Jezus powiedział do Nikodema:

«Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego.

A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto źle czyni, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby jego uczynki nie zostały ujawnione. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki zostały dokonane w Bogu». (J 3, 16-21)

Lubię tę Ewangelię opowiadającą o spotkaniu Jezusa z Nikodemem. Jest taka… medytacyjna. Nikodem przychodzi, aby w ciszy nocy słuchać słowa Jezusa. Może trochę za dużo gada, jak na postawę medytacyjną i zadaje za dużo pytań. Może gdyby słuchał sercem a nie tylko głową łatwiej byłoby mu zrozumieć tajemnicę do smakowania której Jezus go zaprasza.

Warto zwrócić uwagę na kilka par przeciwieństw, których Jezus używa w rozmowie z Nikodemem: zginąć – mieć życie wieczne, być potępionym – być zbawionym, wierzyć w Jednorodzonego Syna Bożego i nie wierzyć w Niego, umiłować ciemność – umiłować światło, dopuszczać się nieprawości i spełniać wymagania prawdy, nienawidzić światła – zbliżać się do światła.

Pan Jezus używa tych przeciwieństw, żeby pokazać, że oddalenie od Boga człowiekowi – to mało powiedzieć – szkodzi, ale go niszczy, przekreśla sens naszego życia; w oddaleniu od Boga człowiek marnuje samego siebie. I odwrotnie: zbliżenie się do Boga to uratowanie się od bezsensu, to ocalenie tego, co najważniejsze, to otwieranie się na życie wieczne.

I w zasadzie tutaj można by skończyć komentarz, aby usiąść i zastosować to zbliżenie się do Jezusa przez praktykę medytacji.

Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt. Otóż Jezus nie mówi: „Wobec tego zbliżajcie się, kochani, do Boga, a ocalicie samych siebie”. Żeby zobrazować tę sytuację można użyć obrazu człowieka bardzo chorego, który nie ma sił nawet na to, żeby pójść do lekarza. Dlatego lekarz musi przyjść do niego!

Taka właśnie była sytuacja duchowa ludzkości. Wskutek oddalenia od Boga człowiek był pogrążony w swojej bezsilności i do tego stopnia pozbawieni sił duchowych, że zginęlibyśmy, gdyby Boski Lekarz sam nie przyszedł do nas. Na szczęście jednak „tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”.

To bardzo ważne, bo dopiero w świetle tej miłości Boga do ludzi możemy jako tako zrozumieć samych siebie. Możemy zrozumieć, co to znaczy być człowiekiem i jak wielka jest ludzka godność. Człowiek to ktoś tak ważny, że sam Bóg go kocha i chce w nas mieć przyjaciół na wieczność.

Zarazem w dzisiejszej Ewangelii pokazuje Pan Jezus wielkość naszego zagubienia. Oto dokonuje się niepojęte dzieło miłości Boga do nas, sam Syn Boży przychodzi do nas, żeby nas uratować od śmierci wiecznej – a my od Niego uciekamy. „Światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło, bo złe były ich uczynki”.

Poza światłem, które rozświetla nasze życie poprzez słowo i łaskę bardzo łatwo się zagubić. Jak to ładnie określił św. Jan Paweł II stracić orientację kim się jest, jaki  jest sens naszego istnienia i jak jest nasza godność.

Św. Augustyn ujął to w innym zdaniu: „Niespokojne jest serce człowieka dopóki nie spocznie w Tobie – Boże”. A mówił to czerpiąc ze swojego bogatego doświadczenia życiowego.

Medytacja jest właśnie tym doświadczeniem naszego spoczynku w Bogu i zgoda na to, aby słowo, które karmi nas w medytacji stawało się światłem oświecającym nasze życie – najpierw wewnętrzne a potem również zewnętrzne. Po to by móc nieustannie wzrastać w prawdzie, gdyż to prawda czyni nas naprawdę wolnymi..

Emaus

W pierwszy dzień tygodnia dwaj uczniowie Jezusa byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej o sześćdziesiąt stadiów od Jeruzalem. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były jakby przesłonięte, tak że Go nie poznali.

On zaś ich zapytał: «Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze?» Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: «Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało».

Zapytał ich: «Cóż takiego?»

Odpowiedzieli Mu: «To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A my spodziewaliśmy się, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Ale po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Nadto, jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli».

Na to On rzekł do nich: «O, nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?» I zaczynając od Mojżesza, poprzez wszystkich proroków, wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego.

Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: «Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił». Wszedł więc, aby zostać wraz z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili między sobą: «Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?»

W tej samej godzinie zabrali się i wrócili do Jeruzalem. Tam zastali zebranych Jedenastu, a z nimi innych, którzy im oznajmili: «Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi». Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak Go poznali przy łamaniu chleba. (Łk 24, 13-35)

Medytacja jest trochę jak podróż tych dwóch uczniów do Emaus. Gdyż sama medytacja jest drogą, jest duchowa podróżą, zazwyczaj we wspólnocie – którą w Ewangelii symbolizują uczniowie – do których dołącza Chrystus wraz ze swoim słowem, które towarzyszy nam w medytacji jako wezwanie.

Wsłuchiwanie się w słowo rozjaśnia i wyostrza nasze spojrzenie na życie, tak jak słowo Jezusa rozjaśniło widzenie uczniów przygnębionych wielkopiątkowymi wydarzeniami, przez co nie potrafili dostrzec obrazu całości.

Każde,  codzienne siadanie do medytacji sprawia, że łatwiej nam dostrzec tę obecność Jezusa w naszym życiu a jednocześnie a jednocześnie jest zgodą na to, aby Jego słowo stawało się źródłem naszej mądrości, naszego nowego i świeżego  widzenia świata i otaczającej nas rzeczywistości.

Niewłaściwe widzenie rodzi się najczęściej z naszego zranionego serca, które Jezus chce uzdrowić.

Wędrówka uczniów do Emaus uświadamia nam, że Chrystus – nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy – wychodzi człowiekowi naprzeciw. Czyni to poprzez znaki: dla nas – chrześcijan są nimi słowo Boże, sakramenty; do każdego zaś przychodzi w drugim człowieku, przez piękno świata i pod osłoną codzienności. Powód, dla którego czasem nie potrafimy Go rozpoznać jest taki sam jak ten, dla którego nie rozpoznali go uczniowie na drodze do Emaus: „oczy nasze są przesłonięte”. Tym, co je przesłania mogą być nasze troski, lęki, nasze zbytnie skupienie na sobie, czy nasze przywiązania…

Dlatego potrzebna nam jest też otwartość, którą można by określić „gościnnością serca”. Gdyby nie otwartość ze strony Apostołów i przymuszenie niejako Jezusa by został z nimi, Jezus poszedłby dalej, a oni w ogóle nie wiedzieliby, że się z Nim spotkali. Przejmująco skomentował to św. Augustyn: „Boję się, że gdy Chrystus będzie przechodził obok mnie i ja Go nie zauważę, On już może nie wrócić”.

Bez wątpienia Panu Bogu nic nie sprawia większej radości, a nam więcej duchowego pożytku niż to, gdy chcemy Go ugościć w swoim sercu. A bez wątpienia taką otwartością i zaproszeniem do tego, aby On zatrzymał się w naszym sercu jest modlitwa serca – medytacja w której nie pragniemy niczego bardziej niż zatrzymać słowo w naszym sercu pozwalając, aby stąd przenikało ono i przemieniało całe nasze myślenie i życie.

Medytacja ocala

Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: «Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam?» A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać.

W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: «Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali spożywanie Paschy?»

On odrzekł: «Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka i powiedzcie mu: „Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie urządzam Paschę z moimi uczniami”». Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę.

Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu uczniami. A gdy jedli, rzekł: «Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was Mnie wyda».

Bardzo tym zasmuceni, zaczęli pytać jeden przez drugiego: «Chyba nie ja, Panie?»

On zaś odpowiedział: «Ten, który ze Mną rękę zanurzył w misie, ten Mnie wyda. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził».

Wtedy Judasz, który miał Go wydać, rzekł: «Czyżbym ja, Rabbi?» Odpowiedział mu: «Tak, ty». (Mt 26, 14-25)

Pan Jezus do końca walczy o Judasza, tak jak do końca walczy o każdą i każdego z nas. Walczy o wolność naszego serca; o wolność od grzechu; wreszcie o nasze uświęcenie i zbawienie.

Wczoraj Ewangelia opowiadając to samo wydarzenie, tylko z perspektywy św. Jana Apostoła pokazała dwie podjęte przez Jezusa próby ratowania Judasza. Podczas Ostatniej Wieczerzy Jezus przekazuje Judaszowi kawałek chleba. W kulturze semickiej taki gest ze strony gospodarza był znakiem wyróżnienia, stanowił jakby komunikat: „Na przyjaźni z tobą szczególnie mi zależy”. Jednak Judasz jest człowiekiem słabym i już nawet taka sytuacja nie doprowadzi go do przytomności. Przyjmuje znak przyjaźni, ale nadal bez wahania myśli o dokonaniu zdrady.

Drugą próbę podejmuje Jezus  dając mu do zrozumienia, że zna zamiary Judasza.

Odnosząc tę scenę do medytacji warto uświadomić sobie, że tym, co uświęca nas jest Słowo, w które się wsłuchujemy wraz z łaską, którą ze sobą niesie. Im większa jest nasza otwartość na to Słowo i łaskę, tym większą stanowią one dla nas ochronę przed tym, co pragnie zniewolić nasze serce.

Problem Judasza polegał na tym, że jego serce było zamknięte na słowo Jezusa i na Jego łaskę. To pokazuje jak skutecznie człowiek może zamknąć się na działanie łaski w swoim życiu.

Medytacja jest także doświadczeniem, które pokazuje niezbicie, że Słowo ma moc odsłonić wszystko, co drzemie w naszym wnętrzu. Ci, którzy praktykują medytację już od jakiegoś czasu zapewne doświadczyli, że w ciszy medytacji łatwiej do głosu dochodzi to, co często przed nami ukryte – także w naszej podświadomości: przeszłe doświadczenie, zranienia, emocje… Słowo ma moc wydobyć je z głębin naszego serca, gdyż jak mówi autor Listu do Hebrajczyków: „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” [Hbr 4,12] Ta prawda w praktyce medytacji staje się czymś, co możemy odkryć w doświadczeniu, w praktyce. Oczywiście Słowo nie wyciąga tego na wierzch, aby nas udręczyć tymi doświadczeniami, ale po to, aby je uzdrowić i uczynić nasze serce prawdziwie wolnym. A uzdrowienie może dokonać się jedynie przez łaskę z która skonfrontujemy nasze nieuzdrowione i często zepchnięte w podświadomość doświadczenia.

Tu mała dygresja:

Niektórych ludzi niepokoi następujące pytanie: czyżby Judasz musiał zdradzić, skoro męka Pana Jezusa, a nawet to, że zostanie zdradzony przez przyjaciela, było zapowiedziane w proroctwach? Warto odrzucić tę myśl, że Bóg mógłby kogokolwiek zaprogramować do grzechu. Boże proroctwa spełniają się tylko i wyłącznie z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że Bóg skrupulatnie wywiązuje się ze swoich obietnic; po wtóre dlatego, że Bóg istnieje poza czasem, więc są Mu wiadome nasze wszystkie wybory, które dokonują się za naszego życia, gdyż dla Niego wszystko: dzieje świata a także nasze  życie jest wiecznym teraz.

Judasz zatem mógł dokonać wolnego wyboru, mógł nie zdradzić Jezusa. Ale historia Judasza ukazuje jeszcze jedną bolesną prawdę: grzech dojrzewa tam, gdzie ludzie oddalają się od Boga. Judasz tylko pozornie był przy Jezusie, był przy Nim wprawdzie fizycznie, ale jego serce było dalekie od Mistrza i miłości do Niego.

Krótko mówiąc: im bardziej nasze serca będą zjednoczone z Jezusem – a bez wątpienia medytacja jako modlitwa serca prowadzi nas ku temu zjednoczeniu – tym większa przestrzeń wolności będzie naszym udziałem i to wolności właściwie przeżytej i wykorzystanej, gdyż najlepszą gwarancją dobrego wykorzystania naszej wolności jest Bóg, który jest jej źródłem i dawcą.