Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Medytacja i czuwanie

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie przyjść ma złodziej, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie».

Wtedy Piotr zapytał: «Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich?»

Pan odpowiedział: «Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoim mieniem, żeby rozdawał jej żywność we właściwej porze? Szczęśliwy ten sługa, którego pan, powróciwszy, zastanie przy tej czynności. (Łk 12, 39 – 42)

Jezus chce skupić naszą uwagę na chwili obecnej, gdyż każda z nich może być a zarazem jest chwilą Jego przyjścia.

Jednak kluczem wydają się być w dzisiejszej Ewangelii słowa: „bądźcie gotowi”. Owa gotowość, którą ja nazywam dyspozycyjnością serca ale często określana jest też mianem uważności jest warunkiem niezbędnym, żeby rozpoznać Jezusa, który przychodzi.

Mam na myśli zarówno Jego przychodzenie w ciągu całego naszego życia, które dokonuje się na różne sposoby: przez łaskę chwili, przez obecność drugiego człowieka, przez słowo w które się wsłuchujemy, przez sakramenty…, jak i przyjście Jezusa na końcu czasów (choć te również należy rozumieć bardzo osobiście, gdyż dla nas takim ostatecznym czasem przyjścia Jezusa jest moment śmierci). Zapewne wielu z nas tu obecnych zna słowa piosenki „jakie życie taka śmierć” śpiewaną przez Edytę Geppert. Zresztą nie tylko ten wspomniany werset piosenki jest godny uwagi.

Ale wracając do sedna można powiedzieć, że ta dzisiejsza Ewangelia uczy nas jak przeżywać swój czas na ziemi. I jest tylko jeden właściwy wybór: z głębokim wewnętrznym przekonaniem, że wszystko jest w rękach Boga. Wówczas – znów odnosząc się do słów rzeczonej piosenki – „Nie zdziwi nas nic!” a naszemu doświadczaniu, choć chciałoby się powiedzieć smakowaniu codzienności chwila po chwili będzie towarzyszył „cały spokój serca” (to też z tej piosenki) a bez wątpienia mniej napięć, które rozbijają się o ufność i zawierzenie z jaką składamy nasze życie w ręce Boga.

Dla nas miejscem uczenia się takiego zawierzenia i ufności, że wszystko jest w ręku Boga jest medytacja, gdzie – i tu znów użyję słów wspomnianej piosenki „całym zapasem słów” jest wezwanie: „Jezu, ufam Tobie”, lub „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”.

Dzisiejszy fragment Ewangelii stanowi kontynuację mowy, której część słyszeliśmy już wczoraj w liturgii.

Jak mantra powtarzają się w niej słowa Jezusa: „Syn Człowieczy przyjdzie”.

To obietnica, która nieustannie spełnia się na naszych oczach. Praktyka medytacji to nic innego jak trwanie w wierze, że Jezus przychodzi na każde wezwanie, które wypływa wraz z oddechem z naszego serca: MARANATHA – Przyjdź Panie!

Medytacja uczy nas, że nasza pamięć o Jego przyjściu ma być aktem miłości – oczekiwaniem na Tego, który pragnie być w głębokim zjednoczeniu z nami zarówno tutaj jak i przez całą wieczność. Medytacja chce nas bowiem nauczyć tego, by nie przeoczyć Jego nieustannego przychodzenia do nas, gdyż tylko żyjąc w świadomości Jego nieustannej obecności, w której zanurzone jest nasze życie będziemy realnie doświadczali wpływu tej Jezusowej obecności na nasze życie, na nasze wybory, sposób myślenia! To właśnie medytacja uczy mnie w szczególny sposób uważności na tę Jezusową obecność.

Jezus postawił nas nad swoim mieniem o czym przypomina w dzisiejszej Ewangelii. Innymi słowy życie i czas są wianem, które otrzymaliśmy od Niego. Powierzył je nam, to znaczy, że nam ufa. Medytacja uczy mnie odpowiedzialności za otrzymany czas i życie, ucząc przeżywania go z głęboką intensywnością.

A ucząc odpowiedzialności za otrzymany czas i życie uczy również przezwyciężania pokusy zajmowania się rzeczami niepotrzebnymi i przez to rozmieniania naszego życia na drobne, bo jak przypomina św. Paweł: „ Czas jest krótki!” [1 Kor 7,29]

Jezus zapewnia: „Szczęśliwy sługa, którego pan, powróciwszy, zastanie przy tej czynności”. Myślę sobie, że dobrze byłoby, żeby gdy przyjdzie, zastał nas medytujących.

Medytacja – dziesięcina czy hojność serca?

Jezus powiedział:

«Biada wam, faryzeuszom, bo dajecie dziesięcinę z mięty i ruty, i z wszelkiej jarzyny, a pomijacie sprawiedliwość i miłość Bożą. Tymczasem to należało czynić, i tamtego nie pomijać. Biada wam, faryzeuszom, bo lubicie pierwsze miejsce w synagogach i pozdrowienia na rynku. Biada wam, bo jesteście jak groby niewidoczne, po których ludzie bezwiednie przechodzą».

Wtedy odezwał się do Niego jeden z uczonych w Prawie: «Nauczycielu, słowami tymi także nam ubliżasz». On odparł: «I wam, uczonym w Prawie, biada! Bo nakładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami nawet jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie». (Łk 11, 42-46)

Dzisiejsza Ewangelia jest potwierdzeniem tego, że Jezus wie, co się kryje w człowieku. Zna nas do głębi, lepiej niż my znamy siebie. Zawsze widzi nas w prawdzie, która my lubimy często podkoloryzować, żeby lepiej wyjść w ocenie swojej lub innych… 

Ale poza spojrzeniem w prawdzie, Jezus widzi nas w miłości. Można powiedzieć, że to podwójny warunek właściwego sposobu patrzenia.

Ale Jezus też chce nas nauczyć takiego sposobu patrzenia. Czyni to przez swoje słowo i łaskę. Noszę w sobie głębokie przekonanie, że medytacja uczy nas takiego sposobu widzenia. Praktyka medytacji konfrontuje nas z prawdą o nas samych. Również tą, która nie do końca jest dostępna dla naszego wglądu a która ujawnia się z czasem, w  miarę pogłębiania sią medytacji. Każda osoba, która ma za sobą już pewną drogę medytacji wie doskonale, jak to pozornie proste wezwanie, które towarzyszy naszej praktyce dosłownie przenika głębiej niż się spodziewaliśmy, ujawniając i uzdrawiając doświadczenia, które głęboko zakopaliśmy w naszej podświadomości. To jakby osobiste doświadczenie tego o czym pisze autor Listu do Hebrajczyków: „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” [Hbr 4,12], lub jak to ładnie określił Merton: „Medytacja ma moc odkrywać przed nami samymi zamysły naszych serc” [Źródła kontemplacji].

Kolejny raz Jezus mówiąc o zewnętrznej stronie naszego życia przypomina, że bierze ono swój początek i czerpie swoją jakość z wnętrza, z serca… Dyskusja z faryzeuszami przypomina o trosce o wnętrze człowieka, ale też o tym, że tym, któremu przede wszystkim winniśmy dać je kształtować jest Pan Bóg. Medytacja monologiczna jest drogą tej duchowej formacji, w której chcemy powiedzieć: „W Twoje ręce Panie oddaję moje wnętrze i serce, ukształtuj je wedle swojej woli”.

Jedną z konsekwencji tej formacji jest wolność, którą Bóg wlewa w nasze serce. Medytacja czyni nas uczniami Jezusa, który wewnętrznie wolny i czysty nie boi się o to, jak będzie odebrany przez ludzi z zewnątrz. Jest wolny od ludzkiej opinii, które wyrażają faryzeusze. Dlatego tym bardziej im bardziej dostrzegamy, że świat, w którym żyjemy chętnie odebrałby nam wolność serca winniśmy widzieć potrzebę tej wewnętrznej formacji, która dokonuje się mocą słowa i łaski, które działają w medytacji.

Zaintrygowało mnie także to Jezusowe zdanie, w którym mówi do faryzeuszy: „dajecie dziesięcinę”… Pomyślałem, że możemy to odnieść do naszego życia. Co jest dzisiaj moją dziesięciną dla Pana Boga? Czy patrząc na ilość mojej modlitwy, medytacji mogę ją określić jako „dziesięcinę”, czyli przynajmniej dziesiątą część życia, które spędzam na modlitwie?

Utkwiło mi w pamięci pewne spotkanie, które jako klerycy mieliśmy z Matką Teresą z Kalkuty w naszym warszawskim seminarium na Bielanach. Jeden z alumnów zapytał Matkę skąd czerpać siły do tak intensywnego i zaangażowanego życia, jakie prowadzi Matka? Wówczas padła bardzo prosta i jak można by sądzić dla Matki Teresy oczywista odpowiedź: „Kiedy będzie się ksiądz modlił sześć godzin dziennie może być ksiądz pewien, że sił księdzu nie zabraknie!”

Sześć godzin dziennie, to nie dziesięcina, to prawdziwa hojność serca, na którą pewnie niewielu z nas stać. Niemniej jestem przekonany, że medytacja uczy nas czegoś więcej – uczy nas przeżywać całe nasze życie w głębokim przeświadczeniu, że wszystko, co robimy (czy jemy, czy pijemy, czy cokolwiek innego czynimy – por. 1 Kor 10,31)  jest zanurzone w Bogu; prowadzi nas drogą ku modlitwie nieustannej, ku temu by ofiarować Bogu już nie tylko dziesięcinę ze swojego życia, ale całe swoje serce i całe swoje życie.

 

Uczyć się modlitwy od Jezusa

Jezus, przebywając w jakimś miejscu, modlił się, a kiedy skończył, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów».

A On rzekł do nich: «Kiedy będziecie się modlić, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto przeciw nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie». (Łk 11, 1-4)

Jezus był człowiekiem modlitwy. Dzisiejsza Ewangelia, to tak naprawdę jedna z wielu lekcji o modlitwie, jakich udziela swoim uczniom. Z pewnością Apostołowie często widzieli Jezusa, który się modli. Być może właśnie ta obserwacja i wrażenie, jakie na nich wywarła modlitwa Jezusa skłoniła ich do dzisiejszej prośby: „Panie, naucz nas się modlić”.

Przypomina mi się w tym miejscu książka Lorenza Marti p. t. „Jak mistyk sznuruje buty”, w której autor stawiając wielkie, ale też zwykłe i powszednie pytania o życie duchowe i drogę wiary, która wiedzie przez codzienność przywołuje pewne piękne wydarzenie, które stało się inspiracją do tytułu książki. „Uczeń słynnego żydowskiego rabina Maggida pozostawił po sobie takie zdanie: Nie poszedłem do Maggida, żeby studiować u niego Torę, tylko żeby popatrzeć, jak sznuruje buty.”

Słynny mędrzec wiąże buty. Uczeń przygląda mu się uważnie. Pozwala, aby poruszyło go to, co widzi. Podobnie było z apostołami: Przyglądali się Jezusowi, jak się modli. I z pewnością poruszało ich, to co widzą, wszak sami byli ludźmi modlitwy – wierzącymi i praktykującymi Żydami. Można powiedzieć, że nie interesowała ich abstrakcyjna nauka – zwłaszcza, że byli w większości prostymi ludźmi – interesowało ich konkretne życie ich Mistrza i to, co z tego przykładu mogli wcielić we własne życie, aby móc żyć tak jak On.

Pod tym względem nic się nie zmieniło. A przynajmniej nic nie powinno się zmienić w naszych pragnieniach. Być jak On! Być jak nasz Mistrz i Nauczyciel! Uczyć się od Niego sztuki modlitwy i życia. Po to jest medytacja! W praktyce medytacji Jezus nie tylko uczy nas się modlić, ale modli się wraz z nami. Modli się w nas! Czy może być bardziej skuteczna nauka modlitwy!? Przypomina mi to pierwsze lekcje pisania, gdy mama lub tata bierze rączkę dziecka i powoli prowadzi ją, ucząc wprawy w sztuce pisania.

W medytacji Jezus także bierze nas za rękę, by prowadzić nas w głąb doświadczenia modlitwy, której Źródłem jest On Sam, kształtujący mocą swojego słowa i łaski nasze serca, naszą sztukę modlitwy.

Rzeczony bohater książki Lorenza Marti był przekonany, że obserwując swojego nauczyciela w tak prozaicznej czynności, jak sznurowanie butów odkryje więcej z tajemnicy życia niż studiując święte pisma.

Nikt lepiej niż Jezus nie wprowadzi nas w tajemnicę życia, w tajemnicę modlitwy. Byle byśmy chcieli tylko być w Niego zapatrzeni i zasłuchani, czego możliwość daje medytacja.

Jezus uczy nas całym swoim życiem, że duchowość, w tym bardziej modlitwa mają o tyle tylko znaczenie, gdy są związane z bardzo konkretnym życiem. Wówczas mają zarówno moc uświęcania naszych zwykłych czynności, jak i moc przemiany naszych serc. Miejscem tego formowania naszego serca może stać się wszystko. Przypominają mi się tu nauki benedyktyna, ojca Jana Berezy – twórcy Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej w Klasztorze Benedyktynów w Lubiniu o medytacji przy obieraniu ziemniaków czy piciu herbaty…, czy też świadectwo małego brata od Jezusa Carlo Carretto, dla którego miejscem codziennej medytacji było miejsce w kącie pociągu, którym codziennie dojeżdżał do pracy.

A wszystko zaczyna się od bycia blisko Jezusa. Od patrzenia na Niego i zasłuchania w Niego w codziennej wytrwałej praktyce medytacji. Jezus nie daje nam prostych odpowiedzi. Nie wygłasza zbyt długich teorii. To, co robi, to zabiera nas w podróż życia, która prowadzi od naszego serca do codzienności i od codzienności do naszego serca, ucząc tę codzienność widzieć i przeżywać z innej, głębszej perspektywy.

Medytacja strzeże w nas życia

Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim: «Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu».

Powiedział do Niego Natanael: «Skąd mnie znasz?»

Odrzekł mu Jezus: «Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym».

Odpowiedział Mu Natanael: «Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela!»

Odparł mu Jezus: «Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci: Widziałem cię pod drzewem figowym? Zobaczysz jeszcze więcej niż to».

Potem powiedział do niego: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego». (J 1, 47-51)

W minionym tygodniu odbywały się w stolicy Katolickie Targi Książki i poza walką z pokusą wydania zawsze za dużo pieniędzy na książki, była to okazja do spotkania z ciekawymi ludźmi. Jedną z takich osób była moja znajoma ze studiów, ale także „z podwórka”, z którą przegadaliśmy blisko dwie godziny i która na odchodne podarowała mi małą książeczkę ze swoimi przemyśleniami, które od kilku dni są dla mnie inspiracją. Także, jeśli chodzi o medytację. Pozwólcie, że wezmę pierwszy z brzegu cytat: „życie, aby mogło zaistnieć, potrzebuje do tego pewnych warunków i okoliczności”. Reguła ta dotyczy także życia duchowego! I dalej: „życie jest w swej istocie darem i możliwością rozwoju przez doświadczenie zmierzające do jego pełni”. Czyż nie piękne!?

Doświadczenie – to termin, który często przewija się w naszych rozważaniach. Medytacja, aby mogła urzeczywistnić cały swój potencjał potrzebuje praktyki a więc doświadczenia. A ponieważ rzeczona znajoma też medytuje, to podzieliła się ze mną niesamowitą prawdą:

wiesz, im dłużej się modlę i medytuję tym większą mam pewność, że to właśnie medytacja strzeże życia we mnie. Zarówno jeśli chodzi o życie duchowe, którego jest naturalną strażniczką, jak i o życie w ogóle, które dzięki medytacji postrzegam jako dar i uczę się w nim rozsmakowywać z chwili na chwilę. Dzięki medytacji uczę się, że życie jest prezentem od Pana Boga, którym należy się cieszyć i tak naprawdę nie jest istotne, jakie ono jest, bo przecież „darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda”.

Pomyślałem sobie – słysząc te słowa, że mógłbym się pod nimi podpisać oburącz, właśnie dzięki temu, że moje doświadczenie medytacji uczy mnie podobnego podejścia do życia. To podejście dające wiele wolności serca, uzdrawiające ze zbytnich oczekiwań na rzecz wdzięczności za to, co to życie niesie.

Zwłaszcza, że jak zapewnia nas dzisiejsza Ewangelia – jest to życie, które odbywa się pod czujnym okiem Jezusa i tych czystych duchów, których nazywamy aniołami.

„Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego…” (w. 47). On widzi każdy mój krok, który czynię i wie, czy jest to krok w Jego kierunku, czy też krok, który grozi niebezpiecznym zboczeniem z drogi życia.

Jezus zna nas podobnie jak Natanaela. Nigdy nie spuszcza z nas wzroku: czy modlimy się, czy pracujemy, czy śpimy. „Bóg na wiecznym dyżurze! (kocham to porównanie ks. Ala Niewęgłowskiego). Więcej – Jezus znał nas, zanim wzięliśmy pierwszy oddech. Dobrze o tym pamiętać, gdy trwamy skupieni na oddechu w medytacji, że żaden z nich nie dokonuje się poza Nim, bo „w Bogu żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”.

Medytacja daje nam tę niezwykłą szansę bycia skupionymi na spojrzeniu Jezusa i na Jego słowie, w których On odsłania nam prawdę o nas samych.

Zwróćmy uwagę na reakcję Natanaela z Ewangelii. Spojrzenie Jezusa przeniknęło i przemieniło Go do głębi, dzięki czemu wyznaje, że jest Synem Bożym i Królem! To jest to, czego Jezus dokonuje także a nami w medytacji: przemienia nas swoim Słowem i swoim pełnym miłości spojrzeniem.

Jezus składa dziś niezwykłą obietnicę : „Zobaczysz jeszcze więcej niż to” (w. 50). To także obietnica dla nas. Mówiliśmy przed dwoma tygodniami, że medytacja daje nam udział w zupełnie innym – Jezusowym widzeniu rzeczywistości. Życie z Jezusem przekracza nasze wyobrażenia i oczekiwania. Codzienne wytrwałe siadanie do medytacji utwierdza mnie w przekonaniu, że nikt poza Jezusem nie może uczynić mojego życia w pełni szczęśliwym!

Kiedyś św. Augustyn napisał: „Raz wybrawszy, codziennie wybierać muszę” (i mówił to oczywiście w kontekście drogi wiary i Chrystusa). Oby nasze codzienne siadanie do medytacji potwierdzało decyzję wyboru Jezusa na Pana i Króla naszego życia!

Niech aniołowie wspierają nas w tym wyborze każdego dnia, ucząc nas nieustannego zapatrzenia i zasłuchania w Jezusa, które jest ich domeną.

Chrześcijańska modlitwa, która otwiera drogę do głębszego przeżycia wiary

Jezus zwołał Dwunastu, dał im moc i władzę nad wszystkimi złymi duchami oraz władzę leczenia chorób. I wysłał ich, aby głosili królestwo Boże i uzdrawiali chorych.

Mówił do nich: «Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy; nie miejcie też po dwie suknie. Gdy do jakiegoś domu wejdziecie, pozostańcie tam i stamtąd będziecie wychodzić. Jeśliby was gdzieś nie przyjęli, wychodząc z tego miasta, strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo przeciwko nim!»

Wyszli więc i chodzili po wsiach, głosząc Ewangelię i uzdrawiając wszędzie. (Łk 9, 1-6)

Chciałbym rozpocząć dzisiejsze rozważania od wspomnienia zmarłego w tym roku wybitnego szwajcarskiego teologa, kolegi z akademickiej ławy Josepha Ratzingera a jednocześnie zażartego krytyka Watykanu Hansa Künga. Dla jednych dysydent, dla innych współczesny reformator myśli katolickiej, doczekał się pięknego epitafium podczas ubiegłotygodniowego zjazdu teologów faundamentalnych, który odbywał się w Kalwarii Zebrzydowskiej, podczas którego podsumowując działalność Künga jeden z prelegentów powiedział: ”Mimo wszystkich sporów z hierarchią katolicką, ten wybitny szwajcarski uczony pozostał do końca kapłanem swojego Kościoła. Pełen przekonania podsumował w jednym z ostatnich swoich wywiadów: Mimo całej wiedzy, jaką zdobyłem w międzyczasie o Buddzie, o proroku Mahomecie, o Konfucjuszu, o wielkich religiach, to Jezus z Nazaretu pozostał dla mnie drogą, prawdą i życiem

Tenże sam Küng, człowiek mocno zaangażowany w dialog międzyreligijny dzielił się kiedyś podczas wywiadu dla Deutsche Welle, pięknym opisem medytacji monologicznej:  „Istnieje taka chrześcijańska modlitwa – mówił –  która otwiera drogę do jeszcze głębszego przeżycia wiary. Przybiera ona formę medytacji i pozwala zagubionemu współcześnie człowiekowi zarówno odnaleźć samego siebie, jak również właściwie ustosunkować się do wszystkiego, poczynając od tego, co go otacza a kończąc na samym Bogu, którego ślady obecności możemy odnajdywać niemal na każdym kroku, wszak w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. To jedna z najstarszych modlitw, które uformowały się w łonie kościoła i która otwierając serce człowieka na tajemnicę istnienia, umożliwia modlącemu się swoiste <<oddychanie>> Bogiem”.

Dzisiejsza Ewangelia zdaje się opisywać właśnie ten proces, o którym mówi Küng. Jednak – nie mam co do tego wątpliwości – wspomniana zdolność odnalezienia siebie, Boga i właściwego stosunku do otaczającej rzeczywistości wymaga od tego, kto wchodzi na ścieżkę medytacji porzucenia schematów (zwłaszcza w naszym sposobie myślenia): «Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy; nie miejcie też po dwie suknie.»

Wytrwałe podążanie drogą medytacji pozwala odkryć, że życie ulega stopniowej przemianie, choć w czasie jej trwania można odnieść wrażenie, iż nie zaszły żadne zmiany i tak naprawdę nic się nie dzieje.

Ale właśnie dzięki temu, że na ścieżce medytacji monologicznej pozbywamy się naszych ludzkich zabezpieczeń w postaci wiary w moc intelektu i we własne możliwości na rzecz całkowitego zaufania Jezusowi i oparcia się na Jego słowie i łasce możemy zakosztować konkretnych owoców, jakie podążanie drogą tej modlitwy niedyskursywnej przynosi:

1Najpierw to uczenie się życia w chwilą obecną – medytując, człowiek całkowicie się w niej zanurza, a uważność skierowana na towarzyszący tej modlitwie oddech i modlitewne wezwanie, otwiera nas na tę chwilę. Uczymy się w niej nie myśleć o przeszłości, nie planować rzeczy przyszłych, ale BYĆ całym sobą „tu i teraz”;

Ta umiejętność BYCIA, to kolejny dar tej modlitwy – podczas medytacji o niczym się nie myśli, niczego się nie wyobraża. Istotą tej praktyki jest trwanie w doskonałym uspokojeniu, bezruchu, ciszy. W milczeniu medytacji, wychodząc poza myśli i wyobrażenia, człowiek uczy się bycia sobą, a nie kimś określonym przez pracę, jakikolwiek proces myślowy, czy oczekiwania innych.

Zaproszeni przez medytację do życia w pełni, w chwili obecnej, uświadamiamy sobie, że rzeczywistość stanowi trwanie w Bogu, który jest podstawą naszego istnienia. Stąd rodzi się uwolnienie od natarczywości naszych pragnień, wszechobecnej bieganiny, podejmowania nieustannych zmagań. W ten sposób medytacja uczy nas otwierać się więc na Boży plan względem nas.

Medytacja uczy nas też nieprzywiązywania się – nie chodzi tu o „unikanie” samego siebie, odwracania się od swoich problemów czy aktualnej sytuacji życiowej. „Nieprzywiązywanie się” to w istocie uwalnianie się od ciągłego zaabsorbowania sobą samym, od takiego nastawienia umysłu, w którym moje „ja” umieszczone zostaje w centrum stworzenia. „Nieprzywiązywanie się” pozwala uzdrawiać nasze relacje z Bogiem i z człowiekiem, przestając używać ich instrumentalnie. Ponadto uwalnia nas od niepokoju, którego źródłem jest obawa, że stracimy własne „ja”.

Medytacja zaprasza nas też do odpowiedzi na pytanie, czy potrafimy rozpoznać obraz Boży w nas samych? Bez tego warunku nie będziemy potrafili też rozpoznać obecności Boga w innych!

Regularne medytacja prowadzi do wolność ducha – jest drogą do serca, do głębin jestestwa, gdzie można zwyczajnie „być” – nie usprawiedliwiając i nie tłumacząc siebie, ale radując się i odpowiadając na dar własnego istnienia;

To z kolei prowadzi nas do większej harmonii i głębszego zakorzenienia w Bogu – ta harmonia to nic innego, jak owoc pokoju wyrastającego, którego doświadczamy w naszym sercu, nawiązując w medytacji kontakt z Podstawą naszego istnienia, czyli z Bogiem. A ponieważ stałość praktyki „zakotwicza” nas w głębinach naszego jestestwa, zaczynamy dostrzegać, że przestaje nas interesować powierzchowność, lecz coraz bardziej uczymy się poszukiwać oparcia w Bogu i tylko w Nim. Medytacja będąca nieustannym przywoływaniem imienia JEZUS sprawia, że to On z czasem jest dla nas stałym punktem odniesienia w nieustannie zmieniającej się rzeczywistości.

„Bycie chrześcijaninem – pisał Hans Küng – nie oznacza na pierwszym miejscu wyznawania światopoglądu lub sposobu życia zwanego «chrześcijaństwem» ani przynależności do organizacji określanej jako «Kościół», lecz oznacza znalezienie egzystencjalnej drogi życiowej w naśladowaniu osoby Jezusa Chrystusa i podążanie tą drogą”. Dlatego pod koniec swojego życia mógł powiedzieć: „Po dziesiątkach lat mojej przygody z teologią i doświadczeniem wiary, ale też spotkań z przedstawicielami innych religii i uczenia się rozumienia ich wiary i postrzegania świata, nie mam wątpliwości, że to Jezus Chrystus jest ostatecznym zaspokojeniem tęsknot umysłu i serca człowieka.”  [Fenomen chrześcijaństwa pośród religii i filozofii świata – esej 2004 r]