Warszawska grupa medytacji chrześcijańskiej

Pozwólmy Bogu iść na przedzie

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On odwrócił się i rzekł do nich: «Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.

Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem». (Łk 14, 25-33)

W zasadzie można bez zbytniej przesady powiedzieć, że medytując idziemy w tłumie ludzi, którzy starają się podążać za Jezusem. Twarze i imiona jednych znamy, inni, choć podążają tą samą ścieżką duchowości modlitwy monologicznej są nam nieznani. Każda z tych osób niesie własną historię życia, własne pragnienia. Jezus w dzisiejszej Ewangelii odwołuje się pośrednio do naszego stanu ducha.

Mówi dzisiaj o rzeczach tak podstawowych w każdej duchowości, że aż oczywistych: o potrzebie wyrzeczenia, zaparcia się siebie…

Jezus uczy nas mądrego podchodzenia do naszych wyborów. Także a zwłaszcza do miłości, choć w dzisiejszej perykopie używa porównania negatywnego: „kto nie ma w nienawiści…” Bliższa nam jest ta Ewangelia w odsłonie św. Mateusza: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10,37-42)

Słowa, które wydają się trudne do przetrawienia… Ale może właśnie nie o przetrawienie – zwłaszcza na poziomie intelektu tu chodzi a o przyjęcie tego słowa sercem, jak uczy nas medytacja monologiczna. Przecież Jezusowi wcale nie chodzi o zrywanie więzi rodzinnych… O zaniedbywanie bliskich…

Chodzi o postawienie sobie priorytetów. Bóg nie może być na końcu kolejki! Tak jak mówi dzisiejsza Ewangelia – Jezus idzie na przedzie i tak powinno być w naszym życiu!

Bóg zawsze powinien być pierwszy, bo to On jest Panem naszego życia. I tego uczy nas właśnie modlitwa monologiczna. Wyrzekania się siebie, po to by dać pierwszeństwo Bogu – najpierw w modlitwie a potem w życiu!

To jest droga prowadząca do zharmonizowania naszego wnętrza a następnie do wprowadzenia harmonii w naszym życiu zgodnie ze słynnym zdaniem św. Augustyna: „Jeżeli Bóg jest na pierwszym miejscu, wszystko jest na właściwym miejscu”.

Bo jeśli Bóg nie będzie naszą „pierwszą miłością”, Jego miejsce szybko zajmą inni. Rodzina, dzieci, zdrowie, praca, które łatwo stają się bożkami, przed którymi bezwiednie klękamy i które zaczynamy adorować. A najbardziej ubiegającym się o pierwsze miejsce w naszym życiu jest nasze ego

Dzisiejsza Ewangelia uświadamia nam, że w życiu duchowym musimy mieć głębszy kontakt z samym sobą, z własnymi motywacjami, z potrzebami, z wewnętrznymi konfliktami. Takiego kontaktu uczy nas medytacja monologiczna. A to dlatego, że pozwala nam ona korzystać z narzędzi, jakie są owocami Ducha działającego przez słowo, które nam towarzyszy w medytacji.

Jak to pięknie ujął Merton: „Nigdy nie dorównamy Bogu w uwadze, z jaką On skupiony jest na nas” (Nowy posiew kontemplacji). My jedynie próbujemy niedoskonale naśladować tę uważność.

Medytacja jest praktycznym doświadczeniem tego, o czym św. Paweł pisze w Liście do Rzymian, że sam Duch modli się w nas nieustannie w naszym imieniu [por. Rz 8, 27].

Dlatego my sami nie musimy się zbytnio napinać sądząc, że wartość i skuteczność modlitwy zależą od nas i od naszych wysiłków.

Medytacja monologiczna zaprasza nas do całkowitego oparcia się na obecności Boga działającego w naszym wnętrzu, którego synonimem obecności jest słowo, które nam tej medytacji towarzyszy.

Uczy nas wyrzeczenia się siebie na rzez powierzenia się prowadzeniu przez Boga, który idąc na „przedzie” modlitwy pozwala nam przez swoje słowo i współdziałającą z nim łaskę coraz głębiej zapuszczać korzenie w tym, co w nas niezmienne: czyli w Bogu i Jego miłości oraz przekonaniu, że ona jest pewna i niewzruszona, po to by odkryć, że jedynym fundamentem, na którym warto oprzeć swoje życie jest Bóg i że wyrzekając się wszystkiego innego ze względu na Niego niczego nie tracimy, lecz dopiero wszystko odzyskujemy, choć w zupełnie innej perspektywie niż ta, którą próbuje nam narzucić nasze zaborcze „ja”.

Dzięki temu ten, kto traci swoje życie dla Jezusa… znajdzie je!

Wąska ścieżka życia i ciasna brama śmierci

Jezus przemierzał miasta i wsie, nauczając i odbywając swą podróż do Jerozolimy.

Raz ktoś Go zapytał: «Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?»

On rzekł do nich: «Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie zdołają. (Łk 13, 22-23)

Jezus przemierzając drogi Palestyny był doskonałym obserwatorem codziennego życia ówczesnych ludzi i często w oparciu o to, co widział budował ewangeliczną narrację, jakby chcąc uświadomić słuchaczom, że Ewangelia nie jest nigdy oderwana od życia, nawet gdy mówi o rzeczach wzniosłych i ostatecznych a Królestwo Boże, które się urzeczywistniło wraz z Jego przyjściem, choć z jednej strony nie jest z tego świata, to jednocześnie jest w nas i pośród nas.

To są te paradoksy, którymi przesiąknięte jest nauczanie Jezusa, dla zrozumienia których trzeba czasem odpuścić na płaszczyźnie intelektu, na rzecz przyjmowania Jezusowego słowa sercem. Tego uczy nas zresztą medytacja monologiczna, modlitwa serca.

Ta dzisiejsza Ewangelia jest także rodzajem paradoksu, choć św. Mateusz zapamiętał to zdanie inaczej: „Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wiele jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znają.” (Mt 7,13–14)

Jezus w tych słowach przedstawia trudną a zarazem paradoksalną wizję. Jest nią obraz „drogi”, którą trzeba pokonać i obraz „bramy” przez którą trzeba przejść, aby ukończyć etap ziemskiej pielgrzymki i otrzymać „dom, nie ludzką ręką zbudowany”. Jest to droga pielgrzyma, który zdąża do miejsca swego przeznaczenia, ale nie jakąś nieznaną drogą, lecz drogą dokładnie wytyczoną przez Chrystusa i co więcej mając Go za Przewodnika i Towarzysza drogi. W medytacji to Jezusowe towarzyszenie uobecnia się w słowie, w Imieniu, które przyzywamy a które w języku Biblii zawsze oznacza obecność. Chciałoby się powiedzieć zatem, że nie sposób się na tej drodze zagubić. A jednak nic bardziej mylnego.

Zwroty „ciasna brama”, „wąska droga” są przenośniami, które oznaczają trudną decyzję i wybór wstąpienia na drogę radykalizmu ewangelicznego, na drogę naśladowania Jezusa. „Niestety – jak komentuje to papież Franciszek – ponieważ jesteśmy wolni a droga, którą proponuje Jezus nie jest jedyną drogą, jaką możemy przejść przez życie, dlatego wielu szuka szerokiej i wygodnej drogi, choć często nie przedstawia ona żadnej wartości. Dąży nieustannie do nadmiernego wygodnictwa, komfortu i przyjemności. Obca takim osobom jest ofiara i umartwienie a dobra doczesne są traktowane jako cel życia. Takiego człowieka cechuje radość na myśl o „szerokiej bramie”, która jawi się w postaci ciągłej, bezkrytycznej konsumpcji, a w sercu gości bezustanny hedonizm. Ale nie jest to nigdy prawdziwa radość, bo wystarczy, że odbierzemy takim osobom przyjemność a stają się sfrustrowane i agresywne. Uważajcie na siebie – kończy swoją katechezę papież – bo droga ta prowadzi do zguby – przestrzega Pan: „…aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych.” (Łk 21,34) Konkludując Franciszek stwierdza, że „… wszystko rozstrzygnie się w „bramie”, która oznacza koniec ziemskiego życia a przez tą bramę poza naszą duszą będą mogły się przecisnąć jedynie owoce naszej wiary, nadziei i miłości.”

Już Jan Kasjan nauczając o modlitwie monologicznej mówił, że przypomina ona raczej przeciskanie się wąską ścieżką i ciasną bramą. Jest tak dlatego, że modlitwa ta wymaga od nas porzucenia bagażu wielu naszych nawyków i przyzwyczajeń zarówno w modlitwie jak i w iluzorycznym  sposobie myślenia o naszym życiu, w którym ciągle kuszą nas władza, prestiż i posiadanie, jako wartości określające nasze życie.

Tymczasem medytacja monologiczna uczy nas czegoś zupełnie odwrotnego: dobrze przeżywane życie jest zawsze wyrazem zawierzenia się i zgody na to, że Bóg poprowadzi nas tam, gdzie On chce i jak chce, bo realnie tylko On ma władzę, ludzki prestiż nie ma najmniejszego znaczenia w Jego oczach a to, co posiadamy i tak nie przejdzie przez ciasną bramę śmierci o ile nie należy do sfery życia wewnętrznego, do sfery serca.

W ten sposób jeden z pierwszych nauczycieli modlitwy monologicznej uczył swoich uczniów wolności serca, która uwalnia nas od frustracji tak bardzo przynależnych owym trzem wspomnianym pokusom: władzy, prestiżu i posiadania.

Mistrz Eckhart mówi, że esencją prawdziwego życia duchowego jest czasownik: ”BYĆ”. I tego być mamy się nieustannie uczyć, bo ono stanowi nasze podobieństwo do Boga, który przedstawia się imieniem: JESTEM.

Jezus chce by doświadczenie bycia i to bycia naprawdę stało się naszym udziałem. Tymczasem większość naszego życia poświęcamy na odmianę czasowników: „chcieć”, „mieć”, „robić” a zapominamy, że żaden z nich nie ma naprawdę głębokiego znaczenia, jeśli nie nabierze wymiaru transcendentnego – pisze Eckhart.

Pozwólmy się zatem prowadzić Jezusowi tą drogą bycia i wolności, przyzywając Jego imienia.

Medytacja i czuwanie

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie przyjść ma złodziej, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie».

Wtedy Piotr zapytał: «Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich?»

Pan odpowiedział: «Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoim mieniem, żeby rozdawał jej żywność we właściwej porze? Szczęśliwy ten sługa, którego pan, powróciwszy, zastanie przy tej czynności. (Łk 12, 39 – 42)

Jezus chce skupić naszą uwagę na chwili obecnej, gdyż każda z nich może być a zarazem jest chwilą Jego przyjścia.

Jednak kluczem wydają się być w dzisiejszej Ewangelii słowa: „bądźcie gotowi”. Owa gotowość, którą ja nazywam dyspozycyjnością serca ale często określana jest też mianem uważności jest warunkiem niezbędnym, żeby rozpoznać Jezusa, który przychodzi.

Mam na myśli zarówno Jego przychodzenie w ciągu całego naszego życia, które dokonuje się na różne sposoby: przez łaskę chwili, przez obecność drugiego człowieka, przez słowo w które się wsłuchujemy, przez sakramenty…, jak i przyjście Jezusa na końcu czasów (choć te również należy rozumieć bardzo osobiście, gdyż dla nas takim ostatecznym czasem przyjścia Jezusa jest moment śmierci). Zapewne wielu z nas tu obecnych zna słowa piosenki „jakie życie taka śmierć” śpiewaną przez Edytę Geppert. Zresztą nie tylko ten wspomniany werset piosenki jest godny uwagi.

Ale wracając do sedna można powiedzieć, że ta dzisiejsza Ewangelia uczy nas jak przeżywać swój czas na ziemi. I jest tylko jeden właściwy wybór: z głębokim wewnętrznym przekonaniem, że wszystko jest w rękach Boga. Wówczas – znów odnosząc się do słów rzeczonej piosenki – „Nie zdziwi nas nic!” a naszemu doświadczaniu, choć chciałoby się powiedzieć smakowaniu codzienności chwila po chwili będzie towarzyszył „cały spokój serca” (to też z tej piosenki) a bez wątpienia mniej napięć, które rozbijają się o ufność i zawierzenie z jaką składamy nasze życie w ręce Boga.

Dla nas miejscem uczenia się takiego zawierzenia i ufności, że wszystko jest w ręku Boga jest medytacja, gdzie – i tu znów użyję słów wspomnianej piosenki „całym zapasem słów” jest wezwanie: „Jezu, ufam Tobie”, lub „Panie Jezu, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem”.

Dzisiejszy fragment Ewangelii stanowi kontynuację mowy, której część słyszeliśmy już wczoraj w liturgii.

Jak mantra powtarzają się w niej słowa Jezusa: „Syn Człowieczy przyjdzie”.

To obietnica, która nieustannie spełnia się na naszych oczach. Praktyka medytacji to nic innego jak trwanie w wierze, że Jezus przychodzi na każde wezwanie, które wypływa wraz z oddechem z naszego serca: MARANATHA – Przyjdź Panie!

Medytacja uczy nas, że nasza pamięć o Jego przyjściu ma być aktem miłości – oczekiwaniem na Tego, który pragnie być w głębokim zjednoczeniu z nami zarówno tutaj jak i przez całą wieczność. Medytacja chce nas bowiem nauczyć tego, by nie przeoczyć Jego nieustannego przychodzenia do nas, gdyż tylko żyjąc w świadomości Jego nieustannej obecności, w której zanurzone jest nasze życie będziemy realnie doświadczali wpływu tej Jezusowej obecności na nasze życie, na nasze wybory, sposób myślenia! To właśnie medytacja uczy mnie w szczególny sposób uważności na tę Jezusową obecność.

Jezus postawił nas nad swoim mieniem o czym przypomina w dzisiejszej Ewangelii. Innymi słowy życie i czas są wianem, które otrzymaliśmy od Niego. Powierzył je nam, to znaczy, że nam ufa. Medytacja uczy mnie odpowiedzialności za otrzymany czas i życie, ucząc przeżywania go z głęboką intensywnością.

A ucząc odpowiedzialności za otrzymany czas i życie uczy również przezwyciężania pokusy zajmowania się rzeczami niepotrzebnymi i przez to rozmieniania naszego życia na drobne, bo jak przypomina św. Paweł: „ Czas jest krótki!” [1 Kor 7,29]

Jezus zapewnia: „Szczęśliwy sługa, którego pan, powróciwszy, zastanie przy tej czynności”. Myślę sobie, że dobrze byłoby, żeby gdy przyjdzie, zastał nas medytujących.

Medytacja – dziesięcina czy hojność serca?

Jezus powiedział:

«Biada wam, faryzeuszom, bo dajecie dziesięcinę z mięty i ruty, i z wszelkiej jarzyny, a pomijacie sprawiedliwość i miłość Bożą. Tymczasem to należało czynić, i tamtego nie pomijać. Biada wam, faryzeuszom, bo lubicie pierwsze miejsce w synagogach i pozdrowienia na rynku. Biada wam, bo jesteście jak groby niewidoczne, po których ludzie bezwiednie przechodzą».

Wtedy odezwał się do Niego jeden z uczonych w Prawie: «Nauczycielu, słowami tymi także nam ubliżasz». On odparł: «I wam, uczonym w Prawie, biada! Bo nakładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami nawet jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie». (Łk 11, 42-46)

Dzisiejsza Ewangelia jest potwierdzeniem tego, że Jezus wie, co się kryje w człowieku. Zna nas do głębi, lepiej niż my znamy siebie. Zawsze widzi nas w prawdzie, która my lubimy często podkoloryzować, żeby lepiej wyjść w ocenie swojej lub innych… 

Ale poza spojrzeniem w prawdzie, Jezus widzi nas w miłości. Można powiedzieć, że to podwójny warunek właściwego sposobu patrzenia.

Ale Jezus też chce nas nauczyć takiego sposobu patrzenia. Czyni to przez swoje słowo i łaskę. Noszę w sobie głębokie przekonanie, że medytacja uczy nas takiego sposobu widzenia. Praktyka medytacji konfrontuje nas z prawdą o nas samych. Również tą, która nie do końca jest dostępna dla naszego wglądu a która ujawnia się z czasem, w  miarę pogłębiania sią medytacji. Każda osoba, która ma za sobą już pewną drogę medytacji wie doskonale, jak to pozornie proste wezwanie, które towarzyszy naszej praktyce dosłownie przenika głębiej niż się spodziewaliśmy, ujawniając i uzdrawiając doświadczenia, które głęboko zakopaliśmy w naszej podświadomości. To jakby osobiste doświadczenie tego o czym pisze autor Listu do Hebrajczyków: „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” [Hbr 4,12], lub jak to ładnie określił Merton: „Medytacja ma moc odkrywać przed nami samymi zamysły naszych serc” [Źródła kontemplacji].

Kolejny raz Jezus mówiąc o zewnętrznej stronie naszego życia przypomina, że bierze ono swój początek i czerpie swoją jakość z wnętrza, z serca… Dyskusja z faryzeuszami przypomina o trosce o wnętrze człowieka, ale też o tym, że tym, któremu przede wszystkim winniśmy dać je kształtować jest Pan Bóg. Medytacja monologiczna jest drogą tej duchowej formacji, w której chcemy powiedzieć: „W Twoje ręce Panie oddaję moje wnętrze i serce, ukształtuj je wedle swojej woli”.

Jedną z konsekwencji tej formacji jest wolność, którą Bóg wlewa w nasze serce. Medytacja czyni nas uczniami Jezusa, który wewnętrznie wolny i czysty nie boi się o to, jak będzie odebrany przez ludzi z zewnątrz. Jest wolny od ludzkiej opinii, które wyrażają faryzeusze. Dlatego tym bardziej im bardziej dostrzegamy, że świat, w którym żyjemy chętnie odebrałby nam wolność serca winniśmy widzieć potrzebę tej wewnętrznej formacji, która dokonuje się mocą słowa i łaski, które działają w medytacji.

Zaintrygowało mnie także to Jezusowe zdanie, w którym mówi do faryzeuszy: „dajecie dziesięcinę”… Pomyślałem, że możemy to odnieść do naszego życia. Co jest dzisiaj moją dziesięciną dla Pana Boga? Czy patrząc na ilość mojej modlitwy, medytacji mogę ją określić jako „dziesięcinę”, czyli przynajmniej dziesiątą część życia, które spędzam na modlitwie?

Utkwiło mi w pamięci pewne spotkanie, które jako klerycy mieliśmy z Matką Teresą z Kalkuty w naszym warszawskim seminarium na Bielanach. Jeden z alumnów zapytał Matkę skąd czerpać siły do tak intensywnego i zaangażowanego życia, jakie prowadzi Matka? Wówczas padła bardzo prosta i jak można by sądzić dla Matki Teresy oczywista odpowiedź: „Kiedy będzie się ksiądz modlił sześć godzin dziennie może być ksiądz pewien, że sił księdzu nie zabraknie!”

Sześć godzin dziennie, to nie dziesięcina, to prawdziwa hojność serca, na którą pewnie niewielu z nas stać. Niemniej jestem przekonany, że medytacja uczy nas czegoś więcej – uczy nas przeżywać całe nasze życie w głębokim przeświadczeniu, że wszystko, co robimy (czy jemy, czy pijemy, czy cokolwiek innego czynimy – por. 1 Kor 10,31)  jest zanurzone w Bogu; prowadzi nas drogą ku modlitwie nieustannej, ku temu by ofiarować Bogu już nie tylko dziesięcinę ze swojego życia, ale całe swoje serce i całe swoje życie.

 

Uczyć się modlitwy od Jezusa

Jezus, przebywając w jakimś miejscu, modlił się, a kiedy skończył, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów».

A On rzekł do nich: «Kiedy będziecie się modlić, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto przeciw nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie». (Łk 11, 1-4)

Jezus był człowiekiem modlitwy. Dzisiejsza Ewangelia, to tak naprawdę jedna z wielu lekcji o modlitwie, jakich udziela swoim uczniom. Z pewnością Apostołowie często widzieli Jezusa, który się modli. Być może właśnie ta obserwacja i wrażenie, jakie na nich wywarła modlitwa Jezusa skłoniła ich do dzisiejszej prośby: „Panie, naucz nas się modlić”.

Przypomina mi się w tym miejscu książka Lorenza Marti p. t. „Jak mistyk sznuruje buty”, w której autor stawiając wielkie, ale też zwykłe i powszednie pytania o życie duchowe i drogę wiary, która wiedzie przez codzienność przywołuje pewne piękne wydarzenie, które stało się inspiracją do tytułu książki. „Uczeń słynnego żydowskiego rabina Maggida pozostawił po sobie takie zdanie: Nie poszedłem do Maggida, żeby studiować u niego Torę, tylko żeby popatrzeć, jak sznuruje buty.”

Słynny mędrzec wiąże buty. Uczeń przygląda mu się uważnie. Pozwala, aby poruszyło go to, co widzi. Podobnie było z apostołami: Przyglądali się Jezusowi, jak się modli. I z pewnością poruszało ich, to co widzą, wszak sami byli ludźmi modlitwy – wierzącymi i praktykującymi Żydami. Można powiedzieć, że nie interesowała ich abstrakcyjna nauka – zwłaszcza, że byli w większości prostymi ludźmi – interesowało ich konkretne życie ich Mistrza i to, co z tego przykładu mogli wcielić we własne życie, aby móc żyć tak jak On.

Pod tym względem nic się nie zmieniło. A przynajmniej nic nie powinno się zmienić w naszych pragnieniach. Być jak On! Być jak nasz Mistrz i Nauczyciel! Uczyć się od Niego sztuki modlitwy i życia. Po to jest medytacja! W praktyce medytacji Jezus nie tylko uczy nas się modlić, ale modli się wraz z nami. Modli się w nas! Czy może być bardziej skuteczna nauka modlitwy!? Przypomina mi to pierwsze lekcje pisania, gdy mama lub tata bierze rączkę dziecka i powoli prowadzi ją, ucząc wprawy w sztuce pisania.

W medytacji Jezus także bierze nas za rękę, by prowadzić nas w głąb doświadczenia modlitwy, której Źródłem jest On Sam, kształtujący mocą swojego słowa i łaski nasze serca, naszą sztukę modlitwy.

Rzeczony bohater książki Lorenza Marti był przekonany, że obserwując swojego nauczyciela w tak prozaicznej czynności, jak sznurowanie butów odkryje więcej z tajemnicy życia niż studiując święte pisma.

Nikt lepiej niż Jezus nie wprowadzi nas w tajemnicę życia, w tajemnicę modlitwy. Byle byśmy chcieli tylko być w Niego zapatrzeni i zasłuchani, czego możliwość daje medytacja.

Jezus uczy nas całym swoim życiem, że duchowość, w tym bardziej modlitwa mają o tyle tylko znaczenie, gdy są związane z bardzo konkretnym życiem. Wówczas mają zarówno moc uświęcania naszych zwykłych czynności, jak i moc przemiany naszych serc. Miejscem tego formowania naszego serca może stać się wszystko. Przypominają mi się tu nauki benedyktyna, ojca Jana Berezy – twórcy Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej w Klasztorze Benedyktynów w Lubiniu o medytacji przy obieraniu ziemniaków czy piciu herbaty…, czy też świadectwo małego brata od Jezusa Carlo Carretto, dla którego miejscem codziennej medytacji było miejsce w kącie pociągu, którym codziennie dojeżdżał do pracy.

A wszystko zaczyna się od bycia blisko Jezusa. Od patrzenia na Niego i zasłuchania w Niego w codziennej wytrwałej praktyce medytacji. Jezus nie daje nam prostych odpowiedzi. Nie wygłasza zbyt długich teorii. To, co robi, to zabiera nas w podróż życia, która prowadzi od naszego serca do codzienności i od codzienności do naszego serca, ucząc tę codzienność widzieć i przeżywać z innej, głębszej perspektywy.